Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂

Clogherhead.

Podziel się chociaż jednym zdjęciem, pisze mi Celt. Będzie więcej. Zalazło mi to piękno za serce i nie da się go niczym wydłubać. Zresztą po co dłubać, tyle jest miejsc, i w Éire, i na Dolnym Śląsku, i w innych jeszcze zakątkach, które chcę wam pokazać. Gdy się już gdzieś było, dzięki zdjęciom można tam wrócić, powiedzieć sobie, hej! istniejesz.

Zacznę od domu, małego miejsca o irlandzkiej nazwie Ceann Chlochair (jeszcze nie wiem jak to się mówi, ale się dowiem, od czego są sąsiedzi), rybackiej wioski w hrabstwie Louth, które ma taką właśnie „głowę” jak na zdjęciach:

Clogherhead1 (1)

A w zasadzie to jest zdjęcie z samej głowy już. Mały półwysep z własnym szlakiem, którym można powędrować od portu Oriel do piaszczystej plaży przy wiosce. Zielono i fioletowo, za chaszcze robią paprotki i wrzos, tutaj obfocone w środku sierpnia. Po drodze tycie klifiki, wystarczająco wysokie jednak, jeśli planuje się spaść na mordę.

Clogherhead1 (2)

W tle widać, o matko, muszę Kraciastego spytać, co widać … ale to są chyba Góry Mourne po drugiej stronie Morza Irlandzkiego, już w Irlandii Północnej.

Clogherhead1 (3)

Dużo jest też szarości i koloru musztardy. W kamienne zaułki niespokojne morze wtłacza niezbyt ładnie pachnącą zawiesinę złożoną z morskich alg i innych małych żyjątek.

A tutaj kormorany suszą sobie skrzydła. Nie zwracają uwagi na ludzi ponad nimi, którzy chodzą po szlaku jak ja, patrząc na paprotki i krowy.

Clogherhead1 (4)

Krowy są moim podstawowym zwierzęcym zachwytem pierwszego pobytu w Irlandii, nic nie ujmując kormoranom. Krowy w Sí an Bhrú (Newgrange) idące pod nami zielonym przejściem pod mostem, krowy na szlaku przy Clochán na bhFómharach (Grobla Olbrzyma) z godnością przeżuwające irlandzką trawę. Ja wiem, że one są na steki, a ponieważ rok temu zrezygnowałam z diety wegetariańskiej, jestem współwinna tragicznego losu tych piękności. Ale tu nie o to chodzi. Jestem krową. Krowa to mój totem. Zresztą spytajcie Kraciastego, on widział jak piję z tego kubka z rogacizną, więc może wszystko potwierdzić.

No to macie, jak to mówią Anglicy, there. Taki zakątek.  To nie są jakieś dzikie ostępy, po prostu kawałek  ścieżki spacerowej za wsią. Tak będzie, nie wiem, czy będę Wam pokazywała wielkie rzeczy, ale pokażę Wam na pewno miejsca, gdzie było mi dobrze :).

* autorem zdjęć jest Kraciasty i jego aparat.

 

Bukartyk.

To było południe. Poniedziałek. Pan Bukartyk napisał do mnie „pani Cecylio, książka wraz z autografem została właśnie przy mnie zapakowana i zaadresowana do Cz”. Bardzo się ucieszyłam, bo w cholerę trochę to trwało, aż do mnie doszła biografia, którą wygrałam, bodajże*, w październiku.

Na zdjęciu rzeczona książka, po lewej debiutancki tomik wierszy wspomnianego Bukartyka, po prawej kawa:

DSC01844

Kim jest pan Bukartyk? To zaraz Wam opowiem, i nie myślcie sobie, że jestem taka mądra od zawsze, bo rok temu o tej porze też trochę słabo kojarzyłam.

Pan Bukartyk jest autorem bardzo super płyt „Kup sobie psa” i „O zgubnym wpływie wyższych uczuć”. Na koncercie promującej tę ostatnią byłam osobą mą własną we wrześniu – koncert odbył się w Sali Gotyckiej Starego Klasztoru we Wrocławiu. Byłam tam zupełnie samodzielnie, i po tym, jak ogłuszyły mnie z przodu sceny maniacko ustawione głośniki, z niemałym wzruszeniem wysłuchałam koncertu siedząc na schodach do antresoli (na schodach do antresoli siedzą osoby, które naprawdę chcą tam być). Pan Piotr od kilku płyt występuje z takim panem Krzysztofem, któremu włosy wchodzą do oczu; fenomenalna gitara. Pan Piotr pisze piosenki. I to jak pisze! Nie tylko dla siebie, ale inni też chcą to śpiewać. Gdy słuchamy Dyjaka (moje słuchanie Bukartyka zaczęło się właśnie od pana Marka, „Nie wszystko jest na sprzedaż” „U fryzjera” „Durna miłość” „Śniadanie na tapczanie” … podrzucam wam tytuły, w końcu wujek YT za rogiem), Łobaszewską, Zamachowskiego w kabarecie, możliwe, że słuchamy Bukartyka**. Pan Piotr bywa na Woodstocku, żeby jeszcze bardziej zdeprawować młodzież. W piątek rano przechodzi też obok Radiowej Trójki, zupełnie przypadkowo z gitarą i jako gość budzi ze snu stolycę w programie Wojciecha Manna. Tzn. nie wiem czy dalej budzi, bo Trójki nie słucham. Podobno władze radia czekają, aż przestanie przechodzić. To ten szczegół powoduje, że dopisuję do tego tekstu tag #polityka.

Debiut poetycki pana Bukartyka zatytułowany „Gwoździe” kupiłam na allegro zupełnie nie szukając. Jest rok 1985. Pan Piotr ma jeszcze włosy.  Wydaje mu to Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Jest to osiem kartek kredowego papieru, za czterdzieści zł, wydanych w ośmiuset egzemplarzach. Pan Piotr jeszcze z włosami zaczął od razu od erotyku. Natomiast wydanego niedawno „Fatalnego przykładu dla młodzieży” wydawnictwa Bukowy Las (wydawnictwa mają teraz mocne nazwy) jeszcze nie przeczytałam. Dopiero dzisiaj książka wpadła mi do skrzynki. Wącham i po zajrzeniu widzę, że opisał trochę Wojtka Bellona. Pięknie. Na razie dzielę się z Wami moim zadowoleniem i zapachem kawy. Jeśli coś jest bukartykowe, albo natraficie na koncert tego pana w swoim mieście, z nieczystym mym sercem, polecam, bo warto.

* etymologia: Bog daj (= daj boże)
** jeśli ktoś słucha raczej Ich Troje, ostatnia piosenka na najnowszej płycie. Poważnie ^,^

Książki dla dzieci?

Uwielbiam. A więc chyba nie tylko dla. Uwielbiam niekoniecznie dlatego, że przywołują czas dzieciństwa. Te, które dzisiaj pokażę, znam od miesięcy/paru dni.

Pierwsza książka dość nietypowa. „Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci” Masłowskiej z ilustracjami Marianny Sztymy dostałam jakiś czas temu w prezencie, bo jak łatwo się domyślić, tytuł pasuje do mnie jak ulał. Masłowskiej oczywiście straszliwie zazdroszczę, jest młodsza ode mnie, a robi coś artystycznego za każdym razem, gdy nadepnę na spoinę między płytami chodnikowymi.

DSC01839

Książka opowiada o tym jak głodna wiedźma szuka niegrzecznych dzieci na zupę. Ponieważ napotkana dziewczynka za bardzo niegrzeczna nie jest, co grozi kulinarną katastrofą, zła wiedźma spryskuje dziewczynkę Podmianą Myśli i popycha ją do wędrówki w poszukiwaniu nadającego się do konsumpcji Bogusia, który żywi się czipsami. Dziewczynce w podróży towarzyszy tymczasowo-niedrewniany konik o imieniu Korneliusz. Postacie poboczne są rewelacyjne, np. mama głównej bohaterki trenowała teakwondo i potrafi strzelić z półobrotu we właściwym momencie. Takie coś. Naprawdę. Zilustrowane z polotem, przeczytane w jedno popołudnie.

Druga rzecz to w zasadzie seria książek. Otóż kilka dni temu wyzerkałam na FB zaproszenie do nauki jidysz w systemie on-line. Zafascynowana możliwością jeszcze jednej godziny przy komputerze tygodniowo, od kliknięcia do kliknięcia, taka cuda się mi napatoczyła:

Bez tytułu
Majzele-Majzl, Mysia Mysz / zobaczyła domek dziś /  wejść do środka miała chrapkę / no i wpadła w myszołapkę. 

Projekt Majse Stowarzyszenia Czulent to seria wydawnicza dwujęzycznych książek dla dzieci, które umożliwiają zapoznanie się z żydowską kultura i językiem. Jidysz nie znam, ale podoba mi się bardzo melodia tego języka, sami posłuchajcie:

Za mało czasu mam w nocach i dniach, ale obiecuję sobie, że kiedyś trochę się pouczę. Książka z tej serii, „Majn Alef Bejs” (o żydowskim alfabecie) Jehoszuy Kaminskiego z ilustracjami Urszuli Palusińskiej, otrzymała 4 lata temu Bologna Ragazzi Award. Wywiad z tą ostatnią panią tutaj podlinkuję.

Najsuperowsze w tym wszystkim jest to, że książki można za darmo ściągnąć z sieci w wersji elektrofonicznej (oprócz pierwszej, ja pod linkiem jej nie widzę). Kolejne z serii to „Jontew lider” o świętach żydowskich i „Jidiszer zoo”, już wyraźnie z inną ilustratorką, Ewą Gordon, i tekstem w trzech językach. Nie wiem jak wygląda w środku pierwsza, „A majse”. Może ją jeszcze znajdę. W każdym razie ładna seria dla zaciekawionych kulturą żydowską.

jontew lider
„Jontew lider”

Trzecia książka jest znana, tłumaczona na kilka języków i nawet przerobiona na kreskówkę. Taki dłuższy wierszyk Julii Donaldson z ilustracjami Alexa Schafflera. Wypatrzył ją dla mnie Kraciasty w irlandzkim tesco, wiedząc, że to książka z mojego rozdania. Piękny świat w którym czarownica nie ma problemu ze swoją twarzą, kot, pies, ptaszek i żaba nie mają problemu rasowego, a napęd miotlany jest w puencie przystosowany, aby każdemu podróż miłą była. Dla mnie przede wszystkim świetny wiersz dziecięcy do ćwiczenia języka angielskiego, bonusowo z mądrym przekazem i nieksiężniczkową kreską.

DSC01840

Biorąc pod uwagę, że ostatnio z lutego próbuje się nam zrobić marzec, mądry przekaz zawsze w cenie, więc zachęcam do czytania, bo książki dla dzieci nie tylko dla dzieci – dla każdego jest jeszcze nadzieja. Życzę sobie i Wam na ten tydzień, żeby miło i mądrze. Ty, który wiesz, że do Ciebie mówię, kocham Cię :).

Czapkins.

Od piątku nosiłam w sobie niepokój, że oni gdzieś tam siedzą na tej górze w ciemności i takim zimnie, że nie starcza mi wyobraźni. Sama nigdy tak wysoko, nigdy zimą. Jestem królikiem ciepłolubnym, spacer po płaskim, w śniegu, ok, przez godzinę, a ślepoty śnieżnej dostaję idąc do supermarketu. Ale rozumiem ich wszystkich. Chociaż dreszcz mnie przeszywa na samo oglądanie takich ekscesów. Pienię się czytając komentarze w stylu „po co tam poleźli”. Mackiewicz i Revol walczą w tym momencie o życie.

W sobotę błądziłam myślami, jak tam Bieleckiemu i Urubko idzie się po szarej, śliskiej powierzchni Kinshofera. Napięcie, napięcie niesamowite. Polak z Kazachem z narażeniem życia idą ratować Francuzkę, bo człowieczeństwo nie zna narodowości, ale ta idea wydaje się być dla pewnych komentatorów pojęciem zbyt abstrakcyjnym (sama nie pochwalam ryzykanctwa czy bezmyślności, po prostu wiem, kiedy o czymś nie pisać). Bywa, jestem w sieci sporo lat, niby okrzepłam.

Dzisiaj rano obudziłam się w wygodnym łóżeczku i sprawdzając newsy poczułam ukłucie zawodu, chociaż głowa już wczoraj mi to podpowiadała. Wracają bez niego. W tych warunkach góra grozi im utknięciem – bez aklimatyzacji na poziomie powyżej siedmiu tysięcy śmierć może zajrzeć w oczy nie tylko jemu. Zawód, oni też go pewnie czują, są urobieni, Francuzka jest w kiepskim stanie, decyzje trzeba jakieś podjąć, decyzje niesamobójcze, oparte na doświadczeniu. Po raz kolejny piana na komentarze obudzonych tak jak ja w ciepłych łóżeczkach, albo wracających z sobotnich bibek. Odmawiam sama sobie napisania zdania „kondolencje dla rodziny”. Na Wikipedii w końcu pojawia się wpis o nim, bo wcześniej nie był dość znany. O ósmej rano w niedzielę jeszcze nie piszą mu daty śmierci.

To się nie pojawi w kategorii „wydarzenie”.
To nie jest dobry pomysł 😦

Wspomnienie o Shoah.

27 stycznia –  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu – ustanowiony w rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Dla mnie osobiście przypomnienie, że do 1945 roku Polska była krajem multikulti, z wieloma religiami i wieloma językami zupełnie naturalnie obecnymi w przestrzeni publicznej.

Od jakiegoś czasu jestem zainteresowana historią i kulturą polskich Żydów i pewnie znajdzie to odzwierciedlenie na tym blogu. A dzisiaj chciałam polecić książkę Jerzego Majewskiego stworzoną z prasowego cyklu „Warszawa nieodbudowana”.

DSC01834

DSC01835

Dwa lata temu wybrałam się z nią do stolicy, gdzie zwiedziłyśmy z przyjaciółkami m.in. muzeum Polin. „Żydowski Muranów i okolice” to dość nietypowy przewodnik po mieście, pozycja dwujęzyczna, więc może zainteresuje osoby uczące się języków. A samo muzeum niezwykłe, wymaga dłuższego czasu, namysłu, zdecydowanie nie jest na dzień, w którym zaplanowaliśmy oblecieć jeszcze pół miasta.

DSC01387

Krótki  film zrobiony przez dr Benjamina Gasula pokazuje okolicę Nalewki, głównej handlowej ulicy żydowskiej Warszawy, tuż przed wojną, latem 1939:

Tak było. Tego świata już nie ma. Zgadzam się z tym, że życie jest ciągłą zmianą oraz wiem, że świat mojej zgody do tego nie potrzebuje, ale przeraża i smuci mnie myśl, że nie mamy tej historii w naszej zbiorowej pamięci. Jest za to watolinowy, jednorodny, zafałszowany obraz wynoszony ze szkoły. Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili przed wojną ok. 10% naszego społeczeństwa, w tym w Warszawie licząc ostrożnie ponad 1/4 mieszkańców. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że jesteśmy wymieszani i część z nas, jak bohater „Cudu purymowego” Cywińskiej, ma bezpośrednio żydowskich przodków nawet o tym nie wiedząc. Tymczasem rośnie nam pod bokiem wyjęta z dupy (bo powiedzieć wyssana z palca byłoby zbytnią uprzejmością) wizja Polski jednorodnej narodowo i religijnie jako rzekomej wielowiekowej tradycji. Brzmi to niemiło? No cóż mogę poradzić. Educate yourself and embrace the reality :).

Chodź, pokażę Ci górę.

Sporo zastanawiałam się, o czym by tu jeszcze przed Wielką Przeprowadzką. Tym bardziej, że jestem teraz uwięziona w domu i siedzę w papierach napisanych w dwóch nadal mi obcych językach. Więc chodź, pokażę Ci górę. Moją pierwszą. Oczywiście po górze (czyt. zalesionym pagórku z lisimi norami) za domem z której zjeżdżałam na saneczkach.

Schneekoppe. Leży sobie na Czarnym Grzbiecie i posapuje; są dni, gdy oddycha tak mocno, że gdy wchodzisz od strony Domu Śląskiego czerwonym szlakiem, zwiewa z głów czapki i zadziera niedopięte kurtki. Śnieżka jest najwybitniejszą górą Polski, widać ją więc z różnych miłych miejsc, np. gdy w letnie popołudnie pije się kawę przed Pałacem Lenno.

To, prosz bardzo, Śnieżka we wrześniu 2011 roku, z widokiem na Dom Śląski:

Śnieżka 9.2011

Na górze, ludzkie mróweczki pracowicie wchodzą i schodzą w palącym słońcu. Czyż wszyscy nie wpadamy na ten sam pomysł, kiedy jest dobra pogoda i długi weekend? Tutaj moi rodzice pokazują technikę prawidłowego wspinu w parze:

DSC09864

Góra pachnie goframi. Restauracja w statku kosmicznym na jej szczycie opieszale, lecz konsekwentnie chyli się ku upadkowi, więc jeszcze w 2015 roku jadłam tam gofry przy stole, a w zeszłym roku siedząc na podłodze, na szczęście w towarzystwie Kraciastego. Może w tym roku ponownie sprawdzimy trend :).

Zejście szlakiem czerwonym z wietrznej królowej 2,5 roku temu:

Śnieżka 6.2015

Dała nam wtedy górka popalić, posmyrała deszczem, postraszyła czułymi sapnięciami.

Dom Śląski, Schlesierhaus, w którym mieszkaliśmy ostatnio z Kraciastym, wyglądał przed WWII tak:

schneekoppe

Na historycznej pocztówce, którą znalazłam w sieci, widać jeszcze po prawej stronie budynek Obří boudy (Riesenbaude), który zdewastowany po wojnie, został w końcu rozebrany w latach 70-tych. Równina pod Śnieżką wydaje się dzięki temu o wiele dziksza:

DSC09854

A to już lipiec zeszłego roku:

Śnieżka 7.2017

Warto poznać to uczucie, gdy wieczorem niezainteresowani schodzą ze szlaku i góra zostaje z nami sama. Spokój, tylko wiatr i w oddali Karpacz gada.

Po co chodzi się w góry? Żeby pobyć z własnym głosem, z głosem ludzi, których lubisz. Stanowczo odradzam taki wypad z byle kim. Byle kto się totalnie nie nadaje. Jeśli teraz oczami duszy zobaczyłeś kolejkę do dorożek na Morskie Oko, powiem Ci, że na Śnieżce też bywa tłoczno, a widok z góry paskudzi Hotel Gołębiewski.  Gdy kierujesz aparat na Karpacz, z tym ersatzem luksusu-dla-słabo-zorientowanych niewiele da się zrobić. Ale na szlak można wyjść wcześniej, da się też wybrać mniej popularny. Idzie się i idzie, można wolno, w końcu to nie wyścigi. Zatrzymujesz się, żeby zrobić zdjęcia, pogapić się albo ustalić nazwy tego, co widzisz. Zawsze rozbrajały mnie w tym momencie szkolne wycieczki. „A jak wejdziemy, to co będzie?”. Nic nie będzie. Nie pamiętam nazwiska tego krytyka filmowego, ani filmu o którym mówił, ale sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki „oglądam film, jest cudowny, nudny, i tak sobie myślę, żeby tylko nic nie zaczęło się dziać”. Po nicniedzianiesię idę.

Nie jestem wielkim chodziarzem górskim i nie planuję być, nie mam w zasadzie żadnych osiągnięć, za to spory lęk wysokości i chodzę ostrożnie, jak przestraszony królik ze skoliozą. Ale w domku nad morzem czekają na mnie w szafie buty z membraną gtx, niebiesko-pomarańczowe. Gdybym takich akurat szukała, zapewne bym nie znalazła. A tak, serendipity. I już wiosną będziemy sobie razem gdzieś szli. Cieszę się na tę myśl.