Zabawa w chowanego Sekielskich.

Mniej więcej rok temu bracia ostro weszli z pierwszą częścią (mam nadzieję) tryptyku. „Tylko nie mów nikomu” trafił na podatny grunt, bo film głośno mówił o tym, o czym szeptano po kątach, a i tzw. dziennikarze nie spieszyli się z wykonywaniem zawodu, jeśli chodzi o te sprawy – autorzy słusznie dostali za dokument parę nagród, ważniejsza okazała się jednak oglądalność i jej wpływ na polskie realia. Chociażby występujący w filmie Marek Mielewczyk kilka miesięcy po premierze wygrał w pozwie cywilnym 400 tys. złotych zadośćuczynienia, gdy jeszcze dwa lata wcześniej w tej samej sprawie suma 10 tys. złotych wydawała się innemu sądowi nieuzasadniona (pieniądze ma pokrzywdzonemu wypłacić solidarnie wespół w zespół były ksiądz, parafia św. Kazimierza w Kartuzach i diecezja pelplińska, czyli sprawca i małpki „nic nie widziałem, nic nie słyszałem”). Sądy są niezależne, ale też sędziowie wzięci są z tego społeczeństwa, takiego jakie jest, a nie innego.

Ponieważ film jest upubliczniony do wolnego rozpowszechniania, tak jak rok temu, i teraz wrzucam tutaj link dla potomności:

Dokument zapisuje i pokazuje szerszej publiczności mechanizmy jakie nadal, po prawie 2 latach od premiery „Kleru” Smarzowskiego, po roku od premiery „Tylko nie mów nikomu” funkcjonują na linii: polski Kościół Rzymskokatolicki – pedofilia – polski wymiar sprawiedliwości.

kadr z filmu

Na potrzeby filmu wspomniana jest m.in. diecezja wrocławska w której mieszkałam pół życia (Gulbinowicz i spółka) i diecezja kaliska, z której pochodzi część moich przodków. Nie łudzę się ani przez moment, że te dwa miejsca są prawnym czy mentalnym wyjątkiem na mapie Polski. Mentalnym, bo prawo i „dobre” praktyki wynikają z mentalności społeczeństwa – całego, nie tylko z mentalności uprzywilejowanej garstki. Uprzywilejowanie garstki wynika z tego, że reszta nie tylko nie ma nic przeciwko jej uprzywilejowaniu, ale wspiera je, oraz współpracuje z garstką, wynosząc ją na piedestał i grzejąc się w promieniach uprzywilejowanego słoneczka. Kiedy ostatni raz NORMALNIE rozmawiałeś/aś z księdzem?

Czekam na trzecią część tryptyku, która być może odpowie w końcu uczciwie na pytanie, jaką wiedzę na temat przenoszenia księży molestujących dzieci posiadał papież, Karol Wojtyła. A teraz idę się zdezynfekować. Niedobrze mi.

Pompa insulinowa dla Norberta.

Na tym blogu nigdy nie ogłaszałam żadnych zrzutek, teraz robię to, bo mi i trochę smutno, i trochę ręce opadają. Jeśli czytasz dłużej tego bloga, Norberta możesz znać. Spotkaliśmy go w naszej podróży poślubnej i pisałam o tym tutaj.

Zajechaliśmy do Dragan w słoneczny, wrześniowy dzień i zostaliśmy przyjęci po królewsku. Najpierw przywitały nas pieski i Norbert, Andrzej akurat wyjechał do sklepu po ciacho. Gdy wrócił, siedzieliśmy przed domem, w cieniu drzew, przy stoliku zastawionym słodyczami i kawą, i opowiadaliśmy sobie nawzajem swoje historie. Był to nasz przystanek w drodze pomiędzy Biłgorajem i Lublinem. To spotkanie pozostanie w mojej pamięci na zawsze nieodłączną częścią naszej podróży z Kraciastym.

Norbert nie jest ani niemowlakiem, który zbiera miliony na operację w klinice w USA, ani matką rodzinie, żeby móc wyliczyć imiona swoich dzieci, i przekonywać, że jemu też warto pomóc, bo ma po co żyć. To by mu pomogło rozsupłać cudze kieszenie, bo ludzie lubią takie wzruszenia, ale nie pomoże. Norbert kilka dni temu skończył 43 lata, mieszka w małym domku, w gminie Wysokie, w województwie lubelskim. Ma różne schorzenia uniemożliwiające mu pracę i marzy o różnych rzeczach, w tym żeby chodzić i o tej cholernej pompie, bo już mu brak miejsc na ciele do wkłuwania się. Wiem, że kilku moich znajomych wpłaciło na zrzutkę Norberta, dołożyłam się ja, dołożył się Kraciasty. W charytatywności nie chodzi o to, aby garstka ratowała świat dając z siebie za dużo, tylko aby każdy zrobił choć trochę. Na zrzutce jest ponad tysiąc udostępnień, ale wpłat niecałe 50. Gdyby każdy z udostępniających przelał choć 5-10 złotych, inaczej by to wyglądało. Strasznie mnie to ostatnio rozgniewało. I ja wiem, że podlinkowanie też się liczy, że przecież była wojna (wybaczcie sarkazm), poza tym bądź miłą Świechną, jak jesteś miła, to ludzie chętniej się z Tobą zgadzają, prawda? Norbert jest człowiekiem bardzo wierzącym, wierzy w Boga, wierzy w ludzi. Swoje zbiórki upublicznia głównie dla osób wierzących. I takie są jej efekty. Upubliczniam tę zbiórkę dla tego grona, mieszanego, czyli i do wszystkich bezbożnych łajz, takich jak ja i Kraciasty, co to zamiast się łączyć w modlitwie, pomagają na miarę swoich możliwości. Jeśli już kiedyś wpłaciliście, cieszę się, jeśli nie, to bardzo Was o to proszę. Nie chodzi o wiele, a jedynie o ciut więcej, niż zero. Niech ta zrzutka będzie dla Norberta zmianą na lepsze. Poniżej w linku więcej info o sytuacji i stanie zbiórki. Dziękuję.

KLIKNIJ TUTAJ

Pozytywna strona zamknięcia.

Irlandia powoli się otwiera. Plany rządu są mocno uzależnione od liczb, a te na razie dają nadzieję, że luzowanie restrykcji będzie postępowało zgodnie z harmonogramem. Osobiście wolałabym, żeby kraj w którym mieszkam radził sobie z pandemią COVID-19 w sposób zbliżony do modelu szwedzkiego, z myślą o tych, którzy pracują lub szukają pracy (jak ja), bo to od ludzi, którzy mogą pracować, zależy los tych, którzy są zmuszeni korzystać z pomocy państwa. W końcu, jak słusznie lata temu twierdziła nielubiana pani Thatcher, rząd nie ma żadnych pieniędzy ponad te, które ludzie zarobią. Oczywiście to, co bym sobie wolała, a to jak jest, to są w tej chwili dwie różne rzeczywistości, ale chcę powiedzieć, że osobiście nie jest nam źle. Finansowo i zdrowotnie jakoś dajemy sobie radę, co nie oznacza, że nie martwimy się o to, co naokoło nas. Od tego tygodnia w Irlandii bez ważnych powodów można się przemieszczać do 5 km od domu (przez cały kwiecień obowiązywał dystans 2 km). Zastanawiam się jaki świat zastanę, gdy już będę mogła bez celu wyruszyć dalej, a kawiarnie, restauracje, hotele dostaną odgórne błogosławieństwo na otworzenie swoich podwoi. Czyje drzwi pozostaną zamknięte? Kto nie wytrzyma finansowo tego czasu? Dla nowych biznesów, zawieszonych na świeżych, jesiennych kredytach, ta wiosna może się okazać kulą w plecy. Zamknięcie wali w ludzi nie tylko finansowo – nasza ponad 70-letnia sąsiadka już jakiś czas temu wychodziła na spacery łamiąc w ten sposób prawo, które dopiero w tym tygodniu pozwala jej na wychodzenie z domu. Intencją tzw. cocooningu było chronienie osób najbardziej podatnych na tragiczne efekty złapania wirusa, tymczasem samo zamknięcie osób starszych i nieodpornych na małej przestrzeni może mieć fatalne skutki dla ich zdrowia fizycznego i psychicznego. Sąsiadka wychodziła z domu, bo musiała. Wychodziła z domu jak osoba odpowiedzialna. Szkoda, że państwo wcześniej nie zaufało jej odpowiedzialności i trosce o własne zdrowie.

Miało być o pozytywach, przerywam więc kassandryczne wyliczanki pretensji i złych przeczuć na wczesnym etapie ich zaawansowania, bo mogłabym tak jeszcze długo. Pozytywy, wspomnę o dwóch – po pierwsze nasz związek się sprawdza. W ciągu tygodnia na palcach jednej ręki mogę policzyć godziny rozstania z mężem, poza tym spędzamy czas na przestrzeni kilkudziesięciu metrów kwadratowych grubo zagraconych artefaktami lub na spacerach podczas których zazwyczaj trzymamy się za ręce. Będąc w domu siedzimy w niedużej odległości i zajmujemy się swoimi sprawami, lub wchodzimy w interakcje na tematy różne, okołoogrodowe, pracownicze, życiowe, kulturalne. Nasze bycie tutaj nie ma cech „pracy nad związkiem”, przychodzi nam to naturalnie (mnie z pewnością) i jest mi z tym dobrze. Dom jest malutki, mimo to nie ma bólu dupy, nie ma kłótni o głupoty, cichych dni, obopólnych oczekiwań czytania w myślach, nienazwanych emocji. Cieszę się, że na lockdownie utknęłam właśnie z tym facetem, a że to mój mąż, mogę sobie pogratulować decyzji, którą podjęłam ponad rok temu. To nie oznacza, że nie odczuwam napięcia związanego z całą ujową sytuacją. Uważam, że psychika mi lekko siada, że trudniej jest mi zachować wrodzony optymizm. Z mężem jest po prostu lepiej, choć nie jesteśmy naroślami i umiemy żyć bez siebie.

Nie będę oszukiwała, że nadrabiam lektury, moje lenistwo nie zmieniło parametrów pod wpływem koronawirusa. Za to oglądamy sporo filmów, a na spacerach robię dużo zdjęć, takich jak te:

Drugim dużym pozytywem iryjskiego zamknięcia jest zmiana mojego podejścia do polskiej polityki w okresie przedwyborczym. Jeszcze na początku roku ekscytowałam się, co to będzie i w jakim kierunku pójdzie kampania. Jej brak, a w zasadzie jedyna aktywna kampania, obecnego prezydenta, Andrzeja Dudy, skutecznie zniechęciła mnie na tę chwilę do zgłaszania uczestnictwa w wyborach na wyspach. W normalnych warunkach, przede wszystkim w normalnych warunkach politycznych, już byłabym na liście tworzonej przez ambasadę w Dublinie. Ale nie jestem. Nie wiem, kiedy są wybory i nie wiem czy w tym roku/kadencji będę wybierała prezydenta. Zamknięcie Irlandii jest handy pretekstem, głównym powodem jest absolutny chaos informacyjny i organizacyjny w jakim funkcjonuje obecnie mój kraj ojczysty. Obiecuję sobie, że moje manie w dupie wyborów jest sprawą przejściową, ponieważ trzymanie ręki na pulsie polityki jest obowiązkiem każdego obywatela. Ale chwilowo obkręcam się na pięcie i robię tfu tfu. Czy dobrze robię? To już jest kwestia subiektywnej oceny. Dla mnie jest oczywiste, że to r o b i m i d o b r z e. Z zupełnym spokojem obserwuję szamotaniny polityków utrzymujących się z tego chleba, z uśmiechem czytam między wierszami ledwo powstrzymywane okrzyki triumfu wśród blogerów, którzy wspierają niemiłościwie nam panujących.

Podsumowując, jest mi dobrze w moim domu na tyle, na ile może mi być dobrze w tej sytuacji i mam w dupie polską politykę. Kraciasty twierdzi, że to dla niej odpowiednie, ciepłe miejsce, ja jestem gotowa do zrywu nadziei, ale też zbyt stąpam po ziemi, żeby wierzyć w nagłe olśnienie czy zmianę mentalności rodaków. Trzeci pozytyw: zatęskniłam do domu w Polsce. I to taka ładna tęsknota. Idę w niej gdzieś po Górach Izerskich z Kraciastym, albo siedzimy w niej w ogrodzie, z psem o imieniu Malinka.

Jedno zdjęcie. Doświadczenie.

Żadna szczególna myśl nie naprowadziła mnie na to niepozorne zdjęcie, chociaż teraz widzę, że łączy się z nim wiele wątków. Na przykład to, że ekspresowo rozstaję się z  miejscem na którym czytam „muzułmanie nas, białych, nienawidzą i nami gardzą, to jest fakt niepodważalny”. Albo to, że jestem tu gdzie teraz jestem, chociaż jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że trwanie tam, gdzie byłam poprzednio, będzie dobrym komentarzem do pewnej sytuacji.

Deutsch Hammer, 4 maja 2015.

Deutsch Hammer

Wieczorem siedzimy na wycieraczce w wejściu do młyna-hotelu w którym mieszka tylko nasza grupa, tutaj dwóch Polaków i dwóch Austriaków. Nie pamiętam co robiliśmy wcześniej, ale z pewnością było to świętowanie codzienności po kolejnym udanym dniu. Wolfie (z prawej) opowiadał o Brechcie, Stanisławskim i Grotowskim, tłumaczył ideę pure theatre. W ciągu dnia pił dużo mocnej kawy i zajadał się czekoladą, wieczorami, tak jak tutaj, snuł swoje historie o życiu wartym przeżycia lub z nogami na stole słuchał piosenek w językach, których nie znał. Przez te kilka dni w zasadzie nie plotkowaliśmy o ludziach, zajęci sprawami wyższego rzędu. Pamiętam szczególnie jedno posiedzenie przy herbacie, gdy Młoda tłumaczyła mi po angielsku, który znała w stopniu niżej średnim, fabułę Harry’ego Pottera. Znajome, zwyczajne miejsce stało się polem dla duchowego odrodzenia. W tym wszystkim bawiło mnie, że mieszkam i jem za darmo, a w pracy odnotowywali moją obecność, chociaż wcale mnie tam nie było. Gdy już do tej pracy dotarłam (dotarliśmy) pomarańczowym autobusem, czułam się jak Kosmitka pozdrawiająca wolkańskim salutem zapóźnioną kulturowo społeczność. Dif-tor heh smusma! Żyjcie długo i w dostatku! Społeczność nie odpowiedziała, przestraszona, że mówię w obcych językach. I tego właśnie dnia zrozumiałam, że do nich nie należę. Nie poczułam też z tego powodu ani odrobinu smutku.

Smutek przyszedł później, gdy rozjechaliśmy się do swoich spraw. Minie w tym roku pięć lata, a ja dbam, aby nie odejść od tego dnia zbyt daleko, cały czas mam go na uwadze, kątem oka sprawdzając czy nadal tam we mnie jest, chociaż  może się wydawać, że był to tylko sen.

Jedno zdjęcie nie byłoby pełne bez piosenki, której tekstu nie rozumiem. Nigdy nie chciało mi się jej przetłumaczyć, bo to akurat nie jest ważne.

Stokrotki.

Siedzę w zamknięciu, odwiedzam na przemian dwie te same plaże, nihil novi sub sole, nadrabiam zaległości książkowo-filmowe, nie miałam jednak szczególnej weny, żeby o tym pisać. Aż wczoraj sobie nadrobiłam coś, o czym nie sądziłam, że mi jest potrzebne do obejrzenia. Rzecz szalenie dziwna, film „Stokrotki” (1966) Věry Chytilovej.

Dwie zepsute dziewczyny robią na mieście rozpierduchę, płynąc na fali egoizmu nawzajem imitują swoje zachowania i manipulują starszymi panami. Jak tak siedzieliśmy i oglądaliśmy, miałam wrażenie obcowania z prawdziwie czeskim filmem – pięknie zrobiony technicznie, ale nie wiadomo o czym to jest. Internet, zanim jeszcze film odpaliłam, podrzucił mi oczywiście możliwe interpretacje: a że to jest o konsumpcyjnym stylu bycia młodzieży, a że to o wyzwoleniu feministycznym lat 60-tych. Kontrast do polskich filmów z tamtej epoki ogromny. Na „Stokrotkach” nie ma patyny, połączenie tradycyjnego filmu z animacją nawet teraz, prawie 55 lat później, jest świeże, montaż naprawdę super, film robiła jakaś Masłowska czeskiej kinematografii.

Wracając do myśli, że główne postacie irytują i „skoro już oglądam, to chciałabym wiedzieć o czym to jest”, jeszcze jedna wygooglana interpretacja jest taka, że to farsa o pasożytnictwie. Możliwe, to by przystawało do czasów w których film powstał, nie znam intencji autorki i znać nie muszę, chodzi przecież o to, co czuję. Po seansie przyszły mi do głowy dwie rzucone w różnych kierunkach refleksje o życiu, które dzisiaj, w czasie narodowej kwarantanny, może Ci się spodobają, albo zainspirują, albo coś.

Po pierwsze: refleksja o tym jak nieuważnie wybieramy sobie cele życiowe i wartościujemy osiągnięcia. Przypomniała mi się seria „600 lb Life” w którym ludzie śmiertelnie otyli marzą o operacji zmniejszającej żołądek. Rozumiesz, ktoś całe swoje życie, dzień po dniu, zabija się uzależnieniem od jedzenia. A potem zwrot akcji i … największe marzenie: mieć operację zmniejszenia żołądka i operację usunięcia nadmiaru skóry. Co robisz? Teraz chudnę. Teraz nie mogę, bo jestem na rekonwalescencji po wycięciu skóry. Największe osiągnięcie: schudłem 230 kg. Wyglądam prawie tak, jakbym nigdy nie ważył 350 kg. Chodzę prawie tak, jak chodziłbym od zawsze, gdybym nigdy nie przytył. Jestem bardzo szczęśliwy, bo ważę teraz 73 kg. Bywa, że ludzie za największe swoje cele i osiągnięcia uważają coś, co przynależałoby im zupełnie naturalnie, gdyby wcześniej nie żyli życiem bezmyślnym, nie toczyli się przez życie siłą bezwładności.

Po drugie, już o samej fabule: nie poznajemy ani przez chwilę życia wewnętrznego dziewczyn. Nie wiemy co myślą, ani co czują. Obserwujemy tylko ich zachowanie, które jest zautomatyzowane, przystające do stereotypu. Młodzież jest zepsuta, dojrzałość jest pracowita. Pracuj, pracuj, a poczujesz swoją wartość. Wszystko da się naprawić. Pracuj, pracuj i ubierz się zgrzebnie. Tak należy. Tak się robi, po tym jak młodość się wyszumi. Pracuj, pracuj. I przyznaj, że jesteś szczęśliwy. Ale teraz to naprawdę. Zdałam sobie wczoraj sprawę, że znam dziesiątki ludzi w ubraniach z gazet.

Bardzo dziwny święty Patryk.

Dzisiaj obchodzimy jedno z najbardziej irlandzkich świąt – dzień upamiętniający śmierć świętego Patryka, patrona Irlandii. Lá Fhéile Pádraig dawno wyszło poza kościelne mury i religijne przechadzki z krzyżem – na całym świecie jest to okazja do cieszenia się ze swojej irlandzkości, takie unikatowe święto narodowe ponad narodami.

Współcześnie na obchody świętopatrykowe największy wpływ miała irlandzka mniejszość narodowa zamieszkała od XIX wieku w Stanach Zjednoczonych – myślę, że przeciętny Polak kojarzy ten dzień dzięki telewizyjnym zajawkom z obchodów w Nowym Jorku, lub powtórkom „Ściganego” z Harrisonem Fordem. W Irlandii parady maszerują przez miasta tego dnia od ponad stu lat – pierwsza miała miejsce w 1903 roku w Waterford, w prowincji Munster. Republika pojawiła się na mapie Europy w 1922, przed tym rokiem parady odgrywały rolę polityczną, demonstrowały przecież gotowość społeczeństwa do stworzenia osobnego państwa, niezależnego od Korony. Już w czasach Republiki pierwsza parada finansowana z państwowych pieniędzy odbyła się w Dublinie w 1931 roku. Sekularyzacja wydarzeń okołoświętopatrykowych postępowała od lat 90-tych, gdy irlandzcy obywatele zaczęli się bogacić, a Kościół rzymskokatolicki tracić wpływy w następstwie odkrywania kolejnych skandali z przeszłości. Od kilkunastu lat obchody Saint Patrick’s Day to najczęściej kilkudniowy ciąg wydarzeń kulturalnych połączony z promowaniem irlandzkich produktów i języka iryjskiego. Zazwyczaj w tym czasie przez miasta pachnące piwem przetaczają się setki tysięcy turystów dumnych ze swoich prawdziwych lub urojonych, wyspiarskich korzeni. Wielka, dublińska parada jest dochodowym interesem, pinty piwa leją się strumieniami, trudno się więc dziwić, że do tej pory tylko dwa razy ją odwołano – pierwszy raz w 2001 roku, żeby zablokować wysyp pryszczycy, nazywanej tutaj foot-and-mouth disease (w tym przypadku wcale nie chodziło o ochronę ludzi, bo zarażamy się FMD opornie i przechodzimy ją dość łagodnie). Drugi przypadek jest właśnie dzisiaj.

Bardzo dziwny to dzień. Że pochmurny – to się zdarza. Do tej pory jednak 17 marca nasi sąsiedzi przed południem szusowali swoim zabytkowym samochodem do miasta, żeby zapisać się na listę i wziąć udział w uroczystym przejeździe. Tymczasem dzisiaj samochód stoi na trawniku, świątecznego nastroju nie czuję, a myśl o (być może późnowiosennym) wejściu na Croagh Patrick nie cieszy mnie tak, jak jeszcze kilka tygodni temu. Z powodu koronawirusa w czwartek ogłoszono zamknięcie szkół i instytucji kulturalnych do końca marca, myślę jednak, że nikt w tej chwili nie liczy na wygaśnięcie epidemii przed Wielkanocą. Z miejsca, gdzie się znajdujemy, naszej małej nadmorskiej wioseczki, paniki nie widać, wśród tubylców jest na pewno poważne zaniepokojenie i wysyp płynów dezynfekcyjnych pozostawianych do użytku w miejscach publicznych. Z rzeczy małych, odwołano nam teatr na który Kraciasty już wydrukował bilety, z rzeczy dużych nasz lot do Polski poszedł się bujać i nie spędzimy urodzin babci w jej towarzystwie. Jak będzie, tego nie wie nikt. Jesteśmy obdarzeni północnym sąsiadem, z którym trudno się zgrać, bo ich władze w Londynie przyjęły trochę inną strategię radzenia sobie z rzeczywistością pandemiczną – teraz naprawdę trudno ocenić, która metoda lepsza, a media nauczone rozdmuchiwania wszystkiego do imentu, nie pomagają osiągnąć spokoju ducha i dać działać profesjonalistom. I może dlatego, zamiast się ekscytować fake newsami, chcę ten dzień jakoś na blogu zaznaczyć … a najlepiej to zrobić obrazem i przyśpiewką. Poniżej zdjęcia pożyczone od Kraciastego, z kwietnia 2011 roku, gdy chodził mój chłopak po świecie i mnie szukał. Chciałabym tam wejść w tym roku, bo uważam, że to górka akurat na moje możliwości:

Croagh Patrick, 764 m n.p.m., góra w hrabstwie Mayo, częsty cel pielgrzymów, szczególnie latem w okolicy dawnego święta Lughnasadh. Pielgrzymki odgrywają znaczącą rolę w erozji wzniesienia – to nie jest czysty, karkonoski szlak, nogę można sobie z łatwością wykręcić, ale dla widoków w przejrzysty dzień wejść warto i jeśli mi się to uda, z pewnością napiszę o tym miejscu więcej.

Przechodząc do przyśpiewki: sama się sobie dziwię, że odkryłam The Pogues tak późno, choć oczywiście przelotnie, w latach ich świetności, nie dało się o nich nie usłyszeć. Generalnie media więcej miejsca poświęcały zębom Shane’a niż temu, co śpiewa. To teraz nadrabiam, i The Pogues in my heart. Poniższa piosenka jest zagrana i zaśpiewana przez dwa różne pokolenia wykonawców, snuje opowieść o gigantycznym statku z dwudziestoma-siedmioma masztami z którego zatonięcia uratował się tylko jeden człowiek, nasz narrator. Nikt nie może mu zaprzeczyć, gdy, zapewne przy pincie za pintą, opowiada o milionach rzeczy, które wielka Irish Rover transportowała do Ameryki i o chłopakach, którzy z nią płynęli i poszli na dno.

Dublinersi z The Pogues – Irish Rover.

Dbaj o siebie i Lá Fhéile Pádraig sona duit!

Księgi Jakubowe.

Wieszczyłam jeszcze w sierpniu, że będzie to lektura jesienno-zimowa. Nie przypuszczałam wówczas, że stanie się książka Tokarczuk osłodą na czasy zarazy (potraktuj ten zgrabny zwrot z przymrużeniem oka, bo prawdziwej zarazy to my z pewnością jeszcze nie zobaczyliśmy i raczej jej nie zobaczymy w najbliższych miesiącach). Zaczęłam ją podczytywać pod koniec lutego, z wdzięcznością zauważając, że jej układ jest bardzo mi przyjazny. Tomiszcze podzielone na siedem ksiąg, które z kolei zawierają 904 rozdziały, każdy zatytułowany drobiazgowo, tak, że moja pamięć nie ma większego kłopotu z odnalezieniem fragmentu, który szczególnie zachwycił mnie swoim pięknem. Domyślam się, że to był także patent na jej pisanie. Widzę Cię Olgo, jak archiwizujesz w swoim komputerze pomysły na obrazy malowane słowem, numerujesz je i nazywasz. Później poruszasz się w tym gąszczu, dopieszczając i dopisując szczegóły, poprawiając po zasięgnięciu języka błędy merytoryczne.

Ryszard przedstawia

Księgi są powieścią historyczną. Z tego gatunku powszechnie czytaną lekturą jest Trylogia Sienkiewicza, dzieło równie imponujące objętościowo, które zajmuje się okresem 1647-73 w dziejach Rzeczypospolitej. Księgi rozpoczynają się w roku 1752, a więc sto lat później, ale nie dlatego diametralnie różnią się od opowieści sienkiewiczowskich. Różni je przede wszystkim przyjęta optyka. Sienkiewicz idealizując Historię, opisując czyny i romanse tyleż chwalebne, co mało prawdopodobne, opowiadał bajkę krzepiącą rodaków żyjących państwem, którego nie było. Tokarczuk sięgając do faktów historycznych snuje czasem ładną, a czasem brzydką, prawdę o ludziach. Kanwa na której osnuta jest prawda pozostawała zupełnie nam nieznana, bo nikt nie poruszał tych tematów na lekcjach. Mam na myśli frankizm, heretycką sektę w łonie judaizmu, ale też ruch asymilacyjny w czasie którego wielu Żydów na terenie Rzeczypospolitej idąc za przykładem swojego guru, Jakuba Lejbowicza vel Jakuba Franka, ochrzciło się i przyjęło polskobrzmiące nazwiska – przyznasz, że tematyka może się kojarzyć raczej z blogami prowadzonymi przez osoby ziejące nienawiścią do żydostwa, a nie z faktami.

Akcja powieści rozgrywa się w wielu miejscach, jest więc i podolska Korolówka w której urodził się Frank, jest Rohatyn, Kamieniec Podolski, Lwów, tak bliska mojemu sercu ziemia lubelska, ale i Smyrna, Stambuł, ziemia bułgarska i krainy niemieckojęzyczne. Jak uprzedza podtytuł, historia bazuje na wielokulturowości, wielojęzyczności i trzech dużych religiach, judaizmie, chrześcijaństwie i islamie. Dziesiątki wątków pozwalają poruszyć i przewietrzyć skrystalizowany, zaskorupiały świat sienkiewiczowski, co to się nam zdaje, że doskonale go znamy – to już nie tylko pańskie dwory i forty zasiedlone przez żołnierzy w czapkach z piórkiem, ale i żydowskie domostwa, katolickie plebanie, biedne ulice małych miast, szopy w których chowają się zbiegli chłopi i biskupie pałace, w których śnią się rzeczy takie jak ta:

Widzi też płonące księgi, które puchną od ognia i pękają. Ale zanim ogień liźnie biel kartek, litery, podobne mrówkom lub innym małym, ruchliwym owadom, uciekają sznureczkami z kartek i przepadają w ciemnościach. Dembowski widzi je bardzo wyraźnie i właściwie wcale się temu nie dziwi, że litery są żywe: jedne przebierają maluchnymi nóżkami, inne zaś, te które są ich pozbawione, te najprostsze, z konieczności skaczą albo pełzną. Biskup nie ma pojęcia, jak się nazywają, ale ta ich ucieczka go wzrusza, nachyla się ku nim prawie z czułością i po chwili widzi, że żadna nie została, że płoną czyste, białe stronnice.

Bohaterzy, których śladami idzie Tokarczuk, to przede wszystkim postacie historyczne: obok Lejbowicza-Franka, pisarka portretuje z sympatią autora pierwszej polskiej encyklopedii, księdza Benedykta Chmielowskiego i poprzez jego listy do poetki, Elżbiety Drużbackiej, czyni go jednym z narratorów swojej historii. Mówią do nas Nachman z Buska, Moliwda vel Kossakowski, ksiądz Pikulski … Nazwiska i twarze autentycznych osób bez wrażenia sztuczności przeplatają się w fabule z postaciami fikcyjnymi, a sama opowieść jest tak wielowarstwowa, że próżno mi teraz próbować streścić ją na potrzeby tego jednego tekstu. Bo jest to sprawa o Europie i o tożsamości, opowiedziana poprzez historię plemienia Jakubowego, ludu wędrownego, który oblekał różne stroje i nazwiska, porzucał jedne języki by przyswoić nowe i tkając własny los brał udział w Historii. Nad wszystkim frunie zaś Jenta, której ciało leży w jaskinii – Olga nie byłaby sobą, żeby nie okrasić tych rozważań o narodzinach i zgubie sekty mistycyzmem własnym.

Jeśli napiszę, że nie jest to książka dla wszystkich, nie odbierz tego jako przejawu snobizmu. Znam po prostu wiele osób, które sięgnęły po Tokarczuk już po jej noblowskiej nobilitacji, i doznały rozczarowania. Jeśli nie lubisz opowieści dwuznacznych moralnie, Żydów, myślenia podczas czytania, które wymusza odłożenie książki, opisów detali, to nie będzie książka dla Ciebie. Jeśli nie cieszysz się ze sprawdzania przeczytanych rzeczy w innych źródłach, ominie Cię sporo okazji do radości, które ta książka stwarza czytelnikowi. To nie jest lektura bardzo łatwa, ani dramatycznie trudna – wymaga tylko odpowiedniego nastawienia. Jestem w trakcie czytania, gdzieś w drugiej połowie, więc nadal w aurze, i nie dla zakończenia ją czytam. Bo zakończenie znam … czyż oni wszyscy nie pomarli? W czasach łatwego dostępu do informacji wiem jak, gdzie i kiedy. Powód dla którego czytam jest zupełnie inny. To język jakim posługuje się autorka. Boginii, móc tak pisać! Lekkość z jaką Tokarczuk przechodzi od opisów wymagających wiedzy historycznej do opisów zachowań ludzkich wymagających wiedzy psychologicznej jest rzadko spotykana. Przy tym autorka pochyla się nad drobinami z których powstają fragmenty takie, jak ten zacytowany kilka akapitów wyżej. Domyślam się, że stoi za tym mrówcza praca. Czytanie może być ucztą, dlatego tak bardzo się irytuję, gdy nie jest, co zdarzyło mi się ostatnio podczas lektury „Tatuażysty z Auschwitz”.

Skunk hair, don’t care.

Mija rok od dnia, gdy Kraciasty mi się oświadczył powiewając uszami swojej czapki na molu w Carlingford. W sobotę minęło pół roku od ślubu. Czas biegnie szybko, irlandzka pogoda nie pozwala natychmiast się zorientować, gdzie jesteśmy. Dzisiaj, na przykład, pada jak w listopadzie. Czas odmierzają też moje włosy – ostatnio potraktowałam je farbą dzień przed zamążpójściem, od tego czasu żyją własnym życiem odsłaniając przede mną kolejne tajemnice. Dawno ich już nie widziałam tak na serio, bez picu, i jestem szczerze zaintrygowana.

Od tego czasu dwa razy byłam u tej samej fryzjerki. Już we wrześniu, gdy sugerowałam jej przyszłe zmiany w jeździe obowiązkowej, trochę się podśmiewała: „No przecież nie jest pani taka stara, ma pani jeszcze czas”. Gdy byłam u niej w lutym radykalnie podciąć sobie włosy na elfa i do lewego wygolonego baczka dodać prawy, komentarzy już nie było. Ostatnie półrocze powoli zdjęło ze mnie stres świadomości, że mam siwy odrost. Została świadomość, bez stresu 😉 Nie wiem jak to się stało, że przez kilka lat byłam niewolnicą farbowania – niewolnicą, bo wcale nie miałam takiej wewnętrznej ochoty, był to raczej przymus związany z przebywaniem w pewnym środowisku. Na genetycznej loterii wygrałam dość szybkie siwienie po trzydziestce. Na początku niby wcale ich nie było, nie chce mi się farbować, bo za długie … to może grzebanie się henną … to dwa, trzy razy, pięć, a potem nagle się okazuje, że spod henny buntowniczo wystają siwe włosy. Skróciłam (w moim przypadku oznaczało to zejście z długości do pupy na włosy do połowy pleców), przeszłam na radykalną koloryzację, i zleciało. Taka historia, nic intrygującego. W międzyczasie zaliczyłam dłuższe znajomości z trzema fryzjerami, którzy mniej lub bardziej utrafiali w to, co było na mojej głowie zanim zaczęłam siwieć. Gdyż ja nie chciałam być inna, ja tylko chciałam nic nie zmieniać 😉 Fryzjerka numer trzy znalazła patent – stopniowe rozjaśnianie goldwellem numer siedem bez natury. Samorozjaśniające się pasma naokoło twarzy i ciemniejszy włos przy odroście, który i tak co kilka tygodni trzeba było machnąć chemią. Efekt był niezły … „to Ty farbujesz włosy? no way!” usłyszałam, gdy stwierdziłam, że pierniczę, już mi się nie chce.

Teraz witam się z nimi centymetr po centymetrze. Najpierw wygolony miałam jeden baczek i gładzenie go sprawiało mi frajdę. Teraz już wiem, że skronie i baki wcale nie są tak na 100% jak myślałam, raczej 90%, rozwojowo, ale nadal sól i pieprz, a mój naturalny kolor bez siwizny to chłodny, zimowy brąz. Nie wiem czy będę podobna do Kraciastego, który osiwiał przez to szukanie mnie po świecie. Może będę bardziej jak borsuk, lub skunks 😀 Poczekam, moim celem na dzisiaj jest srebrna lisica i wyobrażam sobie, że gdy odrosną mi włosy zniszczone farbą, zapuszczę futro, żeby drażnić nim ludzi. Czy to znaczy, że już nigdy nie pofarbuję? Nie, raczej to znaczy tyle, że gdy zrobię to następnym razem, to dlatego, że mam taki kaprys, a nie dlatego, że czuję, że muszę. Moją małą inspiracją jest sąsiadka z naprzeciwka, niewiele od nas starsza, a dużą inspiracją jest Irlandia, kraj w którym ludzie pilnują swojego nosa.

* * *

Środowy spacer po Carlingford.

Ardgillan i Skerries.

Widok na Skerries z parkingu w posiadłości Ardgillan.

Od jakiegoś czasu dokuczały mi problemy zdrowotne, niewielkie, ale irytujące. Jeszcze w Polsce ćmiło zapalenie korzonków, potem ból gardła, zapalenie zatok, nawet jakaś ebola próbowała mnie obezwładnić pod koniec zeszłego tygodnia. Nagle zaczęły mi smakować mandarynki na kilogramy i w ogóle organizm mówi mi, że jestem osłabiona i że fajnie gdyby zaczęła się już wiosna. Wiosna czy nie, wyjść z domu kiedyś trzeba. We wtorek Kraciasty zaplanował mały rekonesans, taki w sam raz, żeby żadne z nas zdrowia sobie nie wywichnęło, bo bardzo oboje zrobiliśmy się wrażliwi na chłodne powiewy. Gdzieś niedaleko, by w razie czego szybciutko zbiec do samochodu, odpalić ogrzewanie oraz skoczną melodyjkę i pognać do domu na herbatę z miodem zanim chwycą nas spazmy. Ucieszyłam się więc, że pojedziemy do Ardgillan, choćby tylko na kawę, bo sporo czasu minęło od ostatniej wizyty.

W XVIII-wiecznej posiadłości Taylorów byliśmy w sierpniu 2 lata temu, napisałam wówczas nieco więcej o historii majątku. Dom z zewnątrz surowy, w środku jest całkiem przytulny. Chociaż podejście od parkingu trochę trwa i owiewał nas chłodny wiatr od lądu, daliśmy sobie szansę zajrzeć chociaż na chwilę do ogrodów. Oczywiste było, że w ogrodzie różanym nie mamy czego szukać, ale widać, że posiadłość przygotowuje się do sezonu. Grządka przed murem jest już uprzątnięta i ma nowe, ładnie opisane nasadzenia, w wielu miejscach kwitną żonkile, przebiśniegi, krokusy, a zahibernowana reszta z pomocą ogrodników przygotowuje się do zmartwychwstania lada moment.

Dom od strony morza widoki ma spektakularne – we wtorek najwyraźniej było widać górę Carlingford, ale w pogodny dzień widoczne są także Góry Mourne. Drobny deszczyk, który spadł na nas pod koniec spaceru wyprodukował nawet kawałek tęczy, nie udało mi się jednak uwiecznić jej na zdjęciu.

Po obejściu domu zaszliśmy jeszcze do małej herbaciarni, zasiedliśmy w tym samym miejscu, co ostatnio, racząc się kawą, ciastem czekoladowym i malinową muffinką. Jeszcze będąc na parkingu widzieliśmy drugie miejsce do którego chcieliśmy dojechać – rozciąga się stamtąd panorama na zachód i leżące poniżej Skerries, stare miasteczko portowe i jego dwa wiatraki. Po kawie wyruszyliśmy więc trochę na czuja, bo Kraciasty już tam był, ale nie pamiętał dokładnie, gdzie jest główny wjazd do centrum turystycznego. Sądziłam, że zwiedzimy wiatraki od środka, gdy przybyliśmy okazało się jednak, że wejście przed godziną czwartą nie jest już możliwe. O tej porze roku przybytek zamykany jest o 16.30, rozminęliśmy się kilkadziesiąt minut z ostatnią grupą. Centrum było jeszcze pełne ludzi, my też zostaliśmy chwilę, żeby obejrzeć pamiątki, które nadawałyby się na prezenty dla naszych znajomych. Wiatraki niestety mogłam obfotografować tylko z daleka …

Skerries jest naprawdę pięknym, malowniczo położonym miasteczkiem. Tuż za wiatrakowym parkiem, na pasie zieleni dzieciaki mają tor do ćwiczenia jazdy na deskorolce, a za nim są widoczne dwie kościelne wieże. Ta poniżej to pozostałości starego protestanckiego kościoła na cmentarzu Holmpatrick:

Zrobiłam kilka zdjęć okolicy i z parkingu zawróciliśmy do domu. Jadąc nadmorskimi drogami delektowaliśmy się widokiem na morze w takt muzyki The Pogues 😀

The Pogues – Dirty Old Town

Pomimo niemożności obejrzenia wiatraków z bliska, wyjazd był udany i dostosowany do naszych możliwości zdrowotnych. Było naprawdę chłodno, w drodze powrotnej złapał nas deszcz ze śniegiem, ale obyło się bez kichań, prychań czy narzekań. Przewietrzyłam głowę, weszliśmy i zeszliśmy z trasy w odpowiednim momencie, miło spędziliśmy czas gadając o wszystkim i nucąc melodyjki w rodzaju „lend me ten pounds, I’ll buy you a drink”. Żadnych uszczerbków na zdrowiu i to chyba z tej radości Kraciasty właśnie mi oświadczył, że idzie sprawdzić czy działa kosiarka. Działa. Sezon kosiarkowy’20 na naszym trawniku uważam za otwarty.

Jedno zdjęcie. Ptak.

Cozumel, 17 lutego 2011.

To mała, piękna wyspa mrugająca światłami przy wschodnim wybrzeżu Półwyspu Jukatan. Jej nazwa pochodzi z języka Majów, po hiszpańsku brzmi Isla de las Golondrinas. Wyspa Jaskółek. Od strony lądu widać z Cozumelu miasto Playa del Carmen, od północy i zachodu uderzają w nią ogromne fale otwartego morza. Cykliczne zagrożenie huraganami wymusza tu odpowiednie nastawienie, logistyczne i stanu ducha 🙂 W czasach przedkolonialnych był tu najważniejszy po Chichen Itzy ośrodek kultu i pielgrzymek w tej części Meksyku – święta wyspa Ix Chel, bogini z uszami jaguara. Hernán Cortés, młot na Azteków, zatrzymał się na Cozumelu w roku 1519 w drodze do Veracruz – tubylcy przyjęli go przyjaźnie … wyspiarze bywają inni, bardziej wyciszeni, niedoinformowani o okrucieństwie świata. W XIX wieku o włos kupiliby ją Amerykanie, widząc w zdepopulizowanej wówczas wyspie miejsce na kolonię dla amerykańskich ex-niewolników. Teraz najeżdżają ją głównie pasjonaci nurkowania z północy, którzy zatrzymują się w hotelach all-inclusive, a nowe pokolenie meksykańskich osadników obsługuje te giganty i mieszka w maciupensich domkach.

Przylot zimą na Cozumel 9 lat temu był moim pierwszym kontaktem z Meksykiem. Ptak, którego widzisz, siedzi na oparciu krzesła w otwartej na morze jadłodajni hotelu El Cozumeleño. Pewnie zastanawiam się, co wybrać do jedzenia. Hotel jest ogromny – kilkupiętrowy klocek górujący nad wyspą, z windami przeżartymi morskim powietrzem. Kilka miesięcy wstecz nie przypuszczałam, że kiedykolwiek odwiedzę którąkolwiek z Ameryk. Tymczasem byłam tutaj, bo wysiadłam z samolotu z Toronto przykrytego śniegiem. Towarzystwo było średnie, ale powiedzmy, że to towarzystwo na tamten czas, we wspomnieniach udało mi się je wyekstrahować i zapomnieć bez zbytniego uszczerbku dla całej reszty. Pamiętam za to odgłosy selwy o poranku, pogwizdywania ptaków jak tego na zdjęciu, ciepły podmuch od morza przy śniadaniu, drobnego Maję mówiącego w trzech językach, który oprowadzał nas po ruinach w środku wyspy. Może tam wrócę, bo wiem już, że wszystko się może zdarzyć.

Judy.

kadr z filmu

W poprzednim poście wspomniałam, że byliśmy z Kraciastym w kinie. W czwartek w zeszłym tygodniu, po seansie wybiegliśmy pod deszcz ze śniegiem na skwer JPII. Kilka dni po naszym wieczorze filmowym Renée Zellweger, którą wówczas oglądaliśmy, dostała Oscara za sportretowanie Judy Garland. Nie przywiązuję się do tej ostatniej myśli, nie ceniąc zbytnio hollywoodzkich laurów, raczej opiszę Ci wrażenie z jakimi film mnie pozostawił.

Judy Garland była gigantem amerykańskiej sceny – kino ją jedynie wypożyczyło, przemieliło i wypluło, gdy z początkiem lat 60-tych przemijała moda na filmowe musicale. Frances Gumm (to było jej prawdziwe nazwisko) już jako piętnastolatka śpiewała jak „stara”. Jej dojrzewanie i wstęp do Hollywoodu przypadły na złote czasy kina i królowanie takich piękności jak Hedy Lamarr, Greta Garbo czy Vivien Leigh. To z nimi musiała konkurować niska (1,52 m), pulchna dziewczynka urodzona w Minnesocie, której głównym atutem był głos. Judy nie trzeba było dubbingować w piosenkach, ale w związku z tym trzeba było ją głodzić, oraz poprawiać jej nos i zęby za pomocą dziwacznych nakładek.

W filmie jest rok 1968, jest impreza u córki (Lizy Minnelli), która właśnie staje się gwiazdą, jest wątek miłości do dzieci (a jakże!), są mężowie, jest w końcu sama gwiazda, będąca głównie „pod wpływem”, którą co rusz trzeba odnajdywać, dowozić i wypychać na scenę. Z fabuły filmu nie za bardzo natomiast wynika dlaczego tak trudno ją zwolnić – są flashbacki z czasu jej pracy nad „Czarnoksiężnika z Oz” w 1939 roku, więc dowiadujemy się, że jej młodość była produktem Hollywoodu, w kuluarach którego orano nią jak dzikim osłem. Pokazują nam to, abyśmy zrozumieli dlaczego teraz (rok 1968) Judy kiwa głową jak popsuta lalka i (przywołując w zawoalowany sposób akcję #metoo) troszkę się wzruszyli. Dlaczego jednak tak trudno ją zwolnić? W fabule brak kontekstu, bo nie ma na niego czasu, film upraszcza, skraca, przeinacza i dostarcza widzowi słodką pocieszkę na koniec. Ta kobieta spada z rozrywkowego Everestu i twórcy biografii zakładają niejako, że oglądacz o tym wie. Nie jest to więc fabuła wystaczająco czytelna dla widza z Europy Środkowej niezainteresowanego tematem kina złotej ery Hollywoodu. W zasadzie nie ma wątku z czasów wielkiego triumfu Garland w kinie jako dorosłej kobiety (gdy zatrudniano ją, choć nie była w stanie pojawiać się na czas w pracy … później ten scenariusz powtarzała Marylin Monroe), nie ma jasno pokazanej niszczącej relacji z matką, niekoniecznie wiadomo też skąd fenomen Judy jako gejowskiej ikony (jej ojciec i dwóch mężów, którzy się do biografii „nie załapali”, miało tzw. skłonności, ale czy tylko to?). W tym miejscu wydaje się, że moja ocenafilmu robi się trochę na minus. Tymczasem oboje wyszliśmy z kina zadowoleni. Pomijając praprzyczynę taką, że my w ogóle jesteśmy zadowoleni, ja znalazłam jeden powód, a Kraciasty … to niech sam opowie. Bo jeśli byłam ciekawa jak film zostanie odebrany przez kogoś, kto niewiele wie o Garland, to moja ciekawość została natychmiast zaspokojona właśnie dzięki obecności Kraciastego.

A wracając do mojego zadowolenia … JAK ONA TO CUDNIE ZAGRAŁA! Jeśli sądzisz, że Zellweger ma tu jakiś paraliż twarzy od operacji plastycznej, to ja Ci mówię: to Judy. Charakterystyczne zgarbienie głowy, niezborne trzymanie mikrofonu, dziwaczne pląsy, dramatyczna mimika. Oglądamy lekomankę i alkoholiczkę, która nie ma przerwy w nałogu na czas fabuły. Cieszę się, że Zellweger zaśpiewała swoim głosem, że twórcy wzięli taką możliwość pod uwagę – to ukłon w stronę tych, którzy znają barwę głosu gwiazdy. Jeśli aktorka śpiewa do playbacku, to swojego własnego, i nie robi przy tym strasznych min dlatego, że nie umie „kłapać”. Ona właśnie jest Garland, obnażoną bezlitośnie przez zbliżenia kamery, wychudzoną, z fatalną protezą, pomarszczoną, rozedrganą, teatralną z nawyku. Wielka gwiazdą spadającą z firmamentu z gracją wysłużonej prostytutki. Bo tak to widzę i czuję: w ostatnim swoim roku, który oglądamy na ekranie, artystka wyglądała bardzo źle, jak psująca się lalka, której za chwilę wysiądzie bateria. A to boli, jeśli porówna się jej występy z czasu świetności.

W zeszłym roku, na fali popularności „Narodzin gwiazdy”, postawiłam sama przed sobą wyzwanie obejrzenia wszystkich wersji tego filmu. Dokonało się, nawet napisałam długaśny tekst porównawczy, który słusznie wrzuciłam do szuflady (za dużo słów, nawet jak na tego bloga). Tylko wersję z Lady Gagą odłożyłam na nieokreślone „później”. W wersji niemuzycznej Janet Gaynor, w wersjach muzycznych Garland i Streisand (obejrzałam też pierwowzór pierwowzoru z 1932 z Constance Bennett). No proszę Cię, co mogła lepiej zrobić Lady Gaga? Spójrz na Judy z roku 1954. „Narodziny gwiazdy” i piosenka „The Man That Got Away”: