Chodź, pokażę Ci górę.

Sporo zastanawiałam się, o czym by tu jeszcze przed Wielką Przeprowadzką. Tym bardziej, że jestem teraz uwięziona w domu i siedzę w papierach napisanych w dwóch nadal mi obcych językach. Więc chodź, pokażę Ci górę. Moją pierwszą. Oczywiście po górze (czyt. zalesionym pagórku z lisimi norami) za domem z której zjeżdżałam na saneczkach.

Schneekoppe. Leży sobie na Czarnym Grzbiecie i posapuje; są dni, gdy oddycha tak mocno, że gdy wchodzisz od strony Domu Śląskiego czerwonym szlakiem, zwiewa z głów czapki i zadziera niedopięte kurtki. Śnieżka jest najwybitniejszą górą Polski, widać ją więc z różnych miłych miejsc, np. gdy w letnie popołudnie pije się kawę przed Pałacem Lenno.

To, prosz bardzo, Śnieżka we wrześniu 2011 roku, z widokiem na Dom Śląski:

Śnieżka 9.2011

Na górze, ludzkie mróweczki pracowicie wchodzą i schodzą w palącym słońcu. Czyż wszyscy nie wpadamy na ten sam pomysł, kiedy jest dobra pogoda i długi weekend? Tutaj moi rodzice pokazują technikę prawidłowego wspinu w parze:

DSC09864

Góra pachnie goframi. Restauracja w statku kosmicznym na jej szczycie opieszale, lecz konsekwentnie chyli się ku upadkowi, więc jeszcze w 2015 roku jadłam tam gofry przy stole, a w zeszłym roku siedząc na podłodze, na szczęście w towarzystwie Kraciastego. Może w tym roku ponownie sprawdzimy trend :).

Zejście szlakiem czerwonym z wietrznej królowej 2,5 roku temu:

Śnieżka 6.2015

Dała nam wtedy górka popalić, posmyrała deszczem, postraszyła czułymi sapnięciami.

Dom Śląski, Schlesierhaus, w którym mieszkaliśmy ostatnio z Kraciastym, wyglądał przed WWII tak:

schneekoppe

Na historycznej pocztówce, którą znalazłam w sieci, widać jeszcze po prawej stronie budynek Obří boudy (Riesenbaude), który zdewastowany po wojnie, został w końcu rozebrany w latach 70-tych. Równina pod Śnieżką wydaje się dzięki temu o wiele dziksza:

DSC09854

A to już lipiec zeszłego roku:

Śnieżka 7.2017

Warto poznać to uczucie, gdy wieczorem niezainteresowani schodzą ze szlaku i góra zostaje z nami sama. Spokój, tylko wiatr i w oddali Karpacz gada.

Chodzę po górach, żeby pobyć z własnym głosem, z głosem ludzi, których lubię. Stanowczo odradzam taki wypad z byle kim. Byle kto się totalnie nie nadaje. Jeśli teraz oczami duszy zobaczyłeś kolejkę do dorożek na Morskie Oko, powiem Ci, że na Śnieżce też bywa tłoczno, a widok z góry paskudzi Hotel Gołębiewski.  Gdy kierujesz aparat na Karpacz, niewiele da się zrobić z tym ersatzem luksusu-dla-słabo-zorientowanych . Ale na szlak można wyjść wcześniej, da się też wybrać mniej popularny. Idzie się i idzie, można wolno, w końcu to nie wyścigi. Zatrzymujesz się, żeby zrobić zdjęcia, pogapić się albo ustalić nazwy tego, co widzisz. Zawsze rozbrajały mnie w tym momencie szkolne wycieczki. „A jak wejdziemy, to co będzie?”. Nic nie będzie. Nie pamiętam nazwiska tego krytyka filmowego, ani filmu o którym mówił, ale sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki „oglądam film, jest cudowny, nudny, i tak sobie myślę, żeby tylko nic nie zaczęło się dziać”. Po nicniedzianiesię idę.

Nie jestem wielkim chodziarzem górskim i nie planuję być, nie mam w zasadzie żadnych osiągnięć, za to lęk wysokości mam i chodzę ostrożnie, jak przestraszony królik ze skoliozą. Ale w domku nad morzem czekają na mnie w szafie buty z membraną gtx, niebiesko-pomarańczowe. Gdybym takich akurat szukała, zapewne bym nie znalazła. A tak, serendipity. I już wiosną będziemy sobie razem gdzieś szli. Cieszę się na tę myśl.