Archiwa miesięczne: Luty 2018

Dwa filmy o silnych kobietach. Ebbing. Pokot.

giphy

Byłam w kinie domowym i obejrzałam w niewielkim odstępie czasu (wtorek/sobota) dwa świetne filmy, które pod pewnymi względami okazały się podobne.

Po pierwsze głównymi bohaterkami są kobiety w wieku mocno średnim i wyglądające na wiek mocno średni. Nie są jedynie matkami głównego bohatera i nie starają się wyglądać młodziej. Zadają widzowi muchomora pokazując się w momencie, gdy, według prawideł trendy opowieści dla ludu, osiągnęły pewien stopień bezużyteczności. A one nie. Jedna z bohaterek zalicza, tak zupełnie zwyczajnie. Naprawdę 🙂

Po drugie akcje filmów są umiejscowione na prowincji, która traktuje główne bohaterki zupełnie niepoważnie. Po trzecie działaniem obydwu pań kieruje autentyczny wkurw na sytuację.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” walczy o Oscara. Obejrzałam wiele filmów z tym wyróżnieniem, które po kilku latach od premiery nie były warte splunięcia, jest to więc kwestia poboczna i małoznacząca. Film jest antyamerykański w formie. Ni to dramat, ni komedia, główni bohaterowie, którzy powinni siedzieć na dupie do końca, jak to gwarantuje hollywoodzka fabuła, wykonują dziwne ruchy i zaburzają obywatelowi odbiór. Akcent jest cudownie południowy, aktorzy starają się, żebyś nic nie zrozumiał, jeśli studiowałeś anglistykę w Europie. Są momenty bezsensownej przemocy. Frances McDormand, szukająca sprawiedliwości dla zgwałconej córki, wspaniała w roli Johna Wayne’a, Woody Harrelson bardzo ciepły jako policjant.

„Pokot”, wszedł na ekrany kin kilka miesięcy wcześniej i podobno był naszym kandydatem do Oscara (spójrz wyżej). Pewne środowiska uznają go za antypolski, dlaczego, doprawdy nie mogę tego wyrozumieć. Bo sugestii, że wszyscy Polacy identyfikują się z chorym układem w dwóch patogennych środowiskach (myśliwskim i kościelnym) i że wyczerpują one definicję Polaka, nie mogę brać serio. Są w filmie przepiękne okolice Kłodzka, przez przypadek dziejowy zasiedlone po wojnie frustratami*. A zamiast się wymową antyklerykalną przejmować niech da nam do myślenia, dlaczego sarny, które nie boją się człowieka (czyli lokalesa), muszą być z mitycznych Czech. Są momenty bezsensownej przemocy. Agnieszka Mandat, szukająca zaginionych Dziewczynek, w życiowej roli. Ciepły Wiktor Zborowski.

Panie chodzą w zbrojach: Mildred w granatowym kombinezonie i z bandaną, Duszejka w pstrokatej kurtce z kaczego puchu i wełnianej czapce. Dwie wściekłe kobiety na wojennej ścieżce.

Oczywiście to nie są opowieści o tym samym. Są dość różne, zbieżności same mi się narzuciły, gdy wczoraj przeżuwałam w głowie drugi seans. Uważam, że filmy warto obejrzeć i mogę dorzucić, że moim zdaniem „Pokot” słabszy jest od książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, ale z drugiej strony w książce nie usłyszy się chóry chłopięcego, którego wykonanie „Pojedziemy na łów” przechodzi w „Moją krew” Republiki. Aaaa, jeszcze jedna rzecz. Puentą obydwu filmów może być to, że w życiu dobrze jest znaleźć kogoś, kto mówi językiem podobnym do naszego. A potem się trzymać.

________________________
* myśl Kraciastego. czyli cytat.

Reklamy

Poczytaj coś o cipce.

Wylała się miłość. Wysokie Obcasy, które wspierają dobre feministyczne pomysły (np. filmiki #sexedpl), opublikowały ostatnio okładkę z hasłem „aborcja jest ok”. Skrzywiłam się, ja, która uważa, że każdy sam powinien decydować o swoim ciele. Bo co chcesz mi powiedzieć WO? „Usunięcie wyrostka jest ok”? Po co w ogóle o tym mówić w ten sposób?

Jest dla mnie jasne, że każdy człowiek ma prawo do swojego ciała, do tego stopnia, że nikt nas nie zmusza do oddawania krwi czy nerki innemu człowiekowi, tylko dlatego, że tamten drugi umiera. Możemy to zrobić, ale nikomu nigdy nie przyszło do głowy wyprodukowanie paragrafu na ten temat, bo byśmy go zjedli bez pieprzenia. I tym kończę watek, którego inspiracją był post Saguli. Może jeszcze warto poczytać wywiad o wrażliwości polskiej* z dr Rudzińskim i jeszcze bardziej przygnębiający z dr Dębskim, o obłudzie antyczojsów, którzy z aborcji i in vitro korzystają chętnie, gdy sprawa ich dotyczy. Ale chciałam o czymś innym.

Sagula napisała, że edukacja seksualna u nas leży. Zgadzam się, leży i cicho sobie pokwikuje. Na wdż uczniowie chodzą, gdy rodzic się uprze. W ostatniej klasie likwidowanych gimnazjów jest to już odwrót walny – gdy rozdaje się karteczki ze zgodą dla rodzica, dzieciaki spuszczają głowy, upychają karteluchy gdzieś w geografii, żeby spoczęły na dnie Atlantyku, albo memlą je w dłoniach tak długo, aż zostaje z nich pokarm dla rybek. Gdy do kin wchodzi „Sztuka kochania”, biografia pani Wisłockiej (film polecam, Boczarska i Lubos epiccy) i na półki trafia kolejne wydanie jej antycznego manualu, dziewczęta po wdż w gimnazjum wstawiają na instagramie okładkę tejże książki nie jako tekst źródłowy z zamierzchłych czasów. O nie! 🙂 Dla nich to jest jak najbardziej aktualny podręcznik z którego można się czegoś d o w i e d z i e ć. Naprawdę. Bo one tyle wiedzą o  t y c h sprawach. Jakby nie minęło 40 lat, a z nimi pruderyjni towarzysze, którzy przetrzymywali „dzieło” 10 lat na półkach. Dziewczyny 16-letnie same u ginekologa? A po co? Seks niepełnosprawnych ruchowo?  Że żyją i ich czasem tolerujemy, albo nawet wystawimy na wózku pod dom, to im już nie wystarcza?

Nie znęcam się dalej, bo najprostszy sposób, żeby się pozbyć kotów z mózgu to czytać, czytać. Polecam książkę, którą dostałam w listopadzie. Chociaż cipka na okładce mówi, że dla dziewcząt i kobiet, książka ta jest w zasadzie dla wszystkich. „Radości z kobiecości” wydane przez Wydawnictwo Sonia Draga:

radości z kobiecości

Jest o nieśmiałych początkach, o fizjologii, o niby-tabu, dużo miejsca autorki poświeciły na obgadanie kwestii antykoncepcji i przegląd różnych okołocipkowych dolegliwości. Panowie heteroseksualni, czyli potencjalnie zainteresowani tematem, odnajdą tutaj odpowiedzi na wiele wątpliwości, co ich kobietom może aktualnie dolegać. Ta książka to w zasadzie bejzik. Naprawdę spokojnie można dać ją nastolatce, żeby sobie zdezynfekowała mózg po dawce wdż prowadzonego choćby w oparciu o podręczniki Teresy. Nie jest to zaawansowany almanach figur seksualnych czy też rozterek genderowych, zapewne takie pozycje istnieją i zapewne odnajdę je. O je.

Książka norweskich autorek Brochmann i Støkken Dahl koi prostotą podejścia. Nie ma w niej o panach, przepraszam, może coś interesującego znajdę, wtedy polecę. Zdecydowanie gdzie indziej należy też szukać info o seksie homoseksualnym, albo życiu seksualnym z niepełnosprawnością. Jeśli masz takie źródła, przede wszystkim traktujące wszystkich ludzi jako równych, bez względu na praktyki na tej płaszczyźnie, podrzuć tytuły.

Dobrego tygodnia 🙂

________________________
* pokochałam ten zwrot odkąd słyszę kolejne beknięcia polityki historycznej. jest on dla mnie synonimem buraczanej januszowatości.

Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂

Krzysztof Zalewski – Miłość, Miłość

Clogherhead.

Podziel się chociaż jednym zdjęciem, pisze mi Celt. Będzie więcej. Zalazło mi to piękno za serce i nie da się go niczym wydłubać. Zresztą po co dłubać, tyle jest miejsc, i w Éire, i na Dolnym Śląsku, i w innych jeszcze zakątkach, które chcę Tobie pokazać. Gdy się już gdzieś było, dzięki zdjęciom można tam wrócić, powiedzieć sobie, hej! istniejesz.

Zacznę od domu, małego miejsca o irlandzkiej nazwie Ceann Chlochair (jeszcze nie wiem jak to się mówi, ale się dowiem, od czego są sąsiedzi), rybackiej wioski w hrabstwie Louth, które ma taką właśnie „głowę” jak na zdjęciach:

Clogherhead1 (1)

A w zasadzie to jest zdjęcie z samej głowy już. Mały półwysep z własnym szlakiem, którym można powędrować od portu Oriel do piaszczystej plaży przy wiosce. Zielono i fioletowo, za chaszcze robią paprotki i wrzos, tutaj obfocone w środku sierpnia. Po drodze tycie klifiki, wystarczająco wysokie jednak, jeśli planuje się spaść na mordę.

Clogherhead1 (2)

W tle widać, o matko, muszę Kraciastego spytać, co widać … ale to są chyba Góry Mourne po drugiej stronie Morza Irlandzkiego, już w Irlandii Północnej.

Clogherhead1 (3)

Dużo jest też szarości i koloru musztardy. W kamienne zaułki niespokojne morze wtłacza niezbyt ładnie pachnącą zawiesinę złożoną z morskich alg i innych małych żyjątek.

A tutaj kormorany suszą sobie skrzydła. Nie zwracają uwagi na ludzi ponad nimi, którzy chodzą po szlaku jak ja, patrząc na paprotki i krowy.

Clogherhead1 (4)

Krowy są moim podstawowym zwierzęcym zachwytem pierwszego pobytu w Irlandii, nic nie ujmując kormoranom. Krowy w Newgrange, Sí an Bhrú, idące pod nami zielonym przejściem pod mostem, krowy na szlaku przy Grobli Olbrzyma, Clochán na bhFómharach, z godnością przeżuwające irlandzką trawę. Ja wiem, że one są na steki, a ponieważ rok temu zrezygnowałam z diety wegetariańskiej, jestem współwinna tragicznego losu tych piękności. Ale tu nie o to chodzi. Jestem krową. Krowa to mój totem. Zresztą spytajcie Kraciastego, on widział jak piję z tego kubka z rogacizną, więc może wszystko potwierdzić.

No to macie, jak to mówią Anglicy, there. Taki zakątek.  To nie są jakieś dzikie ostępy, po prostu kawałek  ścieżki spacerowej za wsią. Tak będzie, nie wiem, czy będę Ci pokazywała wielkie rzeczy, ale pokażę na pewno miejsca, gdzie było mi dobrze 🙂

________________________
* autorem zdjęć jest Kraciasty i jego aparat.

Bukartyk.

To było południe. Poniedziałek. Pan Bukartyk napisał do mnie „pani C., książka wraz z autografem została właśnie przy mnie zapakowana i zaadresowana do Cz”. Bardzo się ucieszyłam, bo w cholerę trochę to trwało, aż do mnie doszła biografia, którą wygrałam, bodajże*, w październiku.

Na zdjęciu rzeczona książka, po lewej debiutancki tomik wierszy wspomnianego Bukartyka, po prawej kawa-nie-po-turecku-bo-po-turecku-robi-się-inaczej:

DSC01844

Kim jest pan Bukartyk? To zaraz Ci opowiem, i nie myśl sobie, że jestem taka mądra od zawsze, bo rok temu o tej porze też trochę słabo kojarzyłam.

Pan Bukartyk jest autorem bardzo super płyt „Kup sobie psa” i „O zgubnym wpływie wyższych uczuć”. Na koncercie promującej tę ostatnią byłam osobą mą własną we wrześniu – koncert odbył się w Sali Gotyckiej Starego Klasztoru we Wrocławiu. Byłam tam zupełnie samodzielnie, i po tym, jak ogłuszyły mnie z przodu sceny maniacko ustawione głośniki, z niemałym wzruszeniem wysłuchałam koncertu siedząc na schodach do antresoli (na schodach do antresoli siedzą osoby, które naprawdę chcą tam być). Pan Piotr od kilku płyt występuje z takim panem Krzysztofem, któremu włosy wchodzą do oczu; fenomenalna gitara. Pan Piotr pisze piosenki. I to jak pisze! Nie tylko dla siebie, ale inni też chcą to śpiewać. Gdy słuchamy Dyjaka (moje słuchanie Bukartyka zaczęło się właśnie od pana Marka, „Nie wszystko jest na sprzedaż” „U fryzjera” „Durna miłość” „Śniadanie na tapczanie” … podrzucam Ci tytuły, w końcu wujek YT za rogiem), Łobaszewską, Zamachowskiego w kabarecie, możliwe, że słuchamy Bukartyka**. Pan Piotr bywa na Woodstocku, żeby jeszcze bardziej zdeprawować młodzież. W piątek rano przechodzi też obok Radiowej Trójki, zupełnie przypadkowo z gitarą i jako gość budzi ze snu stolycę w programie Wojciecha Manna. Tzn. nie wiem czy dalej budzi, bo Trójki nie słucham. Podobno władze radia czekają, aż przestanie przechodzić. To ten szczegół powoduje, że mogłabym do tego tekstu dopisać tag #polityka.

Debiut poetycki pana Bukartyka zatytułowany „Gwoździe” kupiłam na allegro zupełnie nie szukając. Jest rok 1985. Pan Piotr ma jeszcze włosy.  Wydaje mu to Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Jest to osiem kartek kredowego papieru, za czterdzieści zł, wydanych w ośmiuset egzemplarzach. Pan Piotr jeszcze z włosami zaczął od razu od erotyku. Natomiast wydanego niedawno „Fatalnego przykładu dla młodzieży” wydawnictwa Bukowy Las (wydawnictwa mają teraz mocne nazwy) jeszcze nie przeczytałam. Dopiero dzisiaj książka wpadła mi do skrzynki. Wącham i po zajrzeniu widzę, że opisał trochę Wojtka Bellona. Pięknie. Na razie dzielę się z Tobą moim zadowoleniem i zapachem kawy. Jeśli coś jest bukartykowe, albo natrafisz na koncert tego pana w swoim mieście, z nieczystym mym sercem, polecam, bo warto.

________________________
* etymologia: Bog daj (= daj boże)
** jeśli słuchasz raczej Ich Troje, ostatnia piosenka na najnowszej płycie. Poważnie ^,^

Książki dla dzieci?

Uwielbiam … niekoniecznie dlatego, że przywołują czas dzieciństwa. Te, które pokażę Ci dzisiaj, znam od miesięcy/paru dni.

Pierwsza książka dość nietypowa. „Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci” Masłowskiej z ilustracjami Marianny Sztymy wydana przez Wydawnictwo Literackie – dostałam ją jakiś czas temu w prezencie, bo jak łatwo się domyślić, tytuł pasuje do mnie jak ulał. Masłowskiej oczywiście straszliwie zazdroszczę, jest młodsza ode mnie, a robi coś artystycznego za każdym razem, gdy nadepnę na spoinę między płytami chodnikowymi. Fotka w półmroku:

DSC01839

Książka opowiada o tym jak głodna wiedźma szuka niegrzecznych dzieci na zupę. Ponieważ napotkana dziewczynka za bardzo niegrzeczna nie jest, co grozi kulinarną katastrofą, zła wiedźma spryskuje dziewczynkę Podmianą Myśli i popycha ją do wędrówki w poszukiwaniu nadającego się do konsumpcji Bogusia, który żywi się czipsami. Dziewczynce w podróży towarzyszy tymczasowo-niedrewniany konik o imieniu Korneliusz. Postacie poboczne są rewelacyjne, np. mama głównej bohaterki trenowała teakwondo i potrafi strzelić z półobrotu we właściwym momencie. Takie coś. Zilustrowane cudnie, przeczytane w jedno popołudnie.

Druga rzecz to w zasadzie seria książek. Otóż kilka dni temu wynalazłam na FB zaproszenie do nauki jidysz w systemie on-line. Zafascynowana możliwością jeszcze jednej godziny przy komputerze tygodniowo, od kliknięcia do kliknięcia, taka cuda się mi napatoczyła:

Bez tytułu

Majzele-Majzl, Mysia Mysz / zobaczyła domek dziś /  wejść do środka miała chrapkę / no i wpadła w myszołapkę. 

Projekt Majse Stowarzyszenia Czulent to seria wydawnicza dwujęzycznych książek dla dzieci, które umożliwiają zapoznanie się z żydowską kultura i językiem. Jidysz nie znam, ale podoba mi się bardzo melodia tego języka, sami posłuchajcie:

Za mało czasu mam w nocach i dniach, ale obiecuję sobie, że kiedyś trochę się pouczę. Książka z tej serii, „Majn Alef Bejs” (o żydowskim alfabecie) Jehoszuy Kaminskiego z ilustracjami Urszuli Palusińskiej, otrzymała 4 lata temu Bologna Ragazzi Award. Wywiad z tą ostatnią panią tutaj podlinkuję.

Najsuperowsze w tym wszystkim jest to, że książki można za darmo ściągnąć z sieci w wersji elektrofonicznej. Kolejne z serii to „Jontew lider” o świętach żydowskich i „Jidiszer zoo”, już wyraźnie z inną ilustratorką, Ewą Gordon, i tekstem w trzech językach. Nie wiem jak wygląda w środku pierwsza, „A majse”. Może ją jeszcze znajdę (edit po roku: znalazłam). W każdym razie ładna seria dla zaciekawionych kulturą żydowską.

Trzecia książka jest znana, tłumaczona na kilka języków i nawet przerobiona na kreskówkę. „Room on the Broom”– w zasadzie taki dłuższy wierszyk Julii Donaldson z ilustracjami Alexa Schafflera. Wypatrzył ją dla mnie Kraciasty w irlandzkim tesco, wiedząc, że jej szukam. Piękny świat w którym czarownica nie ma problemu ze swoją twarzą, kot, pies, ptaszek i żaba nie mają problemu rasowego, a napęd miotlany jest w puencie przystosowany, aby każdemu podróż miłą była. Świetny wiersz do ćwiczenia języka angielskiego, bonusowo z mądrym przekazem i fajną kreską. Kolejna fotka w półmroku:

DSC01840

Biorąc pod uwagę, że ostatnio z lutego próbuje się nam zrobić marzec, mądry przekaz zawsze w cenie. Książki dla dzieci nie tylko dla dzieci – dla każdego z nas jest jeszcze nadzieja. Życzę sobie i Tobie na ten tydzień, żeby było miło i mądrze.

Ty, który wiesz, że do Ciebie mówię, kocham Cię 🙂