Archiwa miesięczne: Marzec 2018

Nie-święta i kotko-baranek.

Chciałam przedświąteczne niemycie okien zakończyć ciężkim tematem aborcji, ale uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, gdy spędzę wielkanocne śniadanie inaczej i uznałam to za warte odnotowania.

Dzisiaj idziemy na późny obiad do znajomych, potem pakujemy się i jutro wieczorem lecimy w dół i na prawo. Z powodu braku śniadania z jajkiem na twardo nie odczuwam smutku. Moi rodzice spędzają niedzielne przedpołudnie tak, jak chcą, my również tak, jak chcemy. Potem przylatujemy i będziemy coś robić wspólnie. Zamiast świątecznego baranka mam zdjęcie czarno-białego kotka:

kotek clogherhead

Spotykamy go prawie za każdym razem, gdy idziemy na wiejską plażę. Raz siedzi schowany za doniczkę, innym razem w pełnym słońcu, zawsze blisko jednego z rzędu domków przy ulicy słusznie nazwanej Nadbrzeżną. Jego miejsce sąsiaduje z zapuszczonym pustostanem, więc czasami, tak jak tutaj widać, przechodzi przez murek i chowa się w niekoszonej trawie. Taki mój wielkanocny kotko-baranek, stały element wypatrywania podczas spaceru.

Gdy byłam dzieckiem, drapałam kraszanki wyjęte z wywaru cebulowych łupinek. Drapałam żyletką, pomagał mi w tym dziadek Bronek. Robiłam to całkiem udanie i jeszcze niedawno gdzieś w domu widziałam taką wydrapaną przeze mnie kraszankę, którą rodzicom żal było roztłuc. Zbuk mógł mieć z trzydzieści lat, strach upuścić, H2S to nie przelewki. W piątek mama telefonicznie obwieściła mi triumfalnie, że ma świetny obiad, bo właśnie woda ze śledzia się robi. O wodzie już pisałam.  Dzisiaj dzwoni tata Kraciastego, pyta skąd jestem. Jak to skąd, z domu. Dla mnie Wielkanoc to kraszanki i woda. A bardziej jeszcze ludzie i święty spokój; cieszę się, że nie kojarzę świąt jakichkolwiek ze stękaniem urobionych kobiet i nieproszonymi gośćmi. Teraz widzę, że ludzie oraz święty spokój pozostali stałym elementem moich nie-świąt.
Jest mi z tym tak dobrze, wiesz?

Moher.

Nie, nie będzie to wpis o paniach w beretach.

Klify Aillte an Mhothair  przypominają warstwy biszkoptu. Wczoraj kręciłam się tam bezpiecznie w sąsiedztwie centrum dla zwiedzaczy, zrobiłam kilka zdjęć i wiem, że za jakiś czas wrócę, aby przejść cały szlak najlepszą techniką górsko-klifową czyli za-rączkę.

IMG_7927

Poszłam trochę na prawo, potem na lewo. Pośrodku wzmocniłam się kawą i patrzyłam na deszcz za szybą, który pojawił się, jak to w Irlandii, w międzyczasie.

Trochę na prawo jest wieża O’Briena, wybudowana dla turystów w pierwszej połowie XIX. Wieża zawdzięcza swoją nazwę irlandzkiemu politykowi o którym mówi się, że w okolicy zbudował wszystko oprócz samych klifów.

IMG_7932

Pomimo tego, że to dopiero wiosna, ilość turystów wczesnym popołudniem spora, mogę sobie wyobrazić te wielonarodowe pielgrzymki w szczycie turystycznym. Dopiero przelotny deszczyk trochę rozpędził towarzystwo, więc gdy po kawie i irlandzkim gulaszu poszłam na lewo, szlaki były mniej zatłoczone, choć na szczytach klifów nadal majaczyły jakieś ludzkie postacie.

Na zdjęciu poniżej, na samym końcu widać Głowę Wiedźmy, Hag’s Head, a nad nią Wieżę Moher, Túr an Mhothair, wybudowaną w czasach napoleońskich. Tę historię zostawię na inny post, gdy będę miała własne zdjęcia spod wieży.

IMG_7941

Z innego punktu widokowego wyraźnie widać jeden ze stateczków, który podpływa do klifów, żeby turyści mogli obejrzeć je z poziomu morza. W tle powinno być widać wyspy Aran, i widziałam je, dopóki nie nadeszła widoczna z lewej chmurka, która postanowiła napadać do oceanu więcej wody.

IMG_7959

Na klifach zachwyciła mnie bezustanna gra światła, która zmieniała nastrój krajobrazu. Na obydwu zdjęciach jest Wieża O’Briena, a pod nią igła o wysokości 60 m nazywana An Branán Mor, „wielki książę” albo „wielki kruk”. Na tej formacji skalnej siedzi tysiące ptaków, zresztą podobnie jak i w innych częściach wielkiego biszkopta.

IMG_7961

Wybrzeże eroduje, biszkopt klifów cały czas się kruszy i zmienia. Z powodu ogromnego ruchu turystycznego na pewnej części szlaku powstały murki zabezpieczające, które turyści regularnie przekraczają. Jeszcze do niedawna to wypłaszczenie widoczne na historycznym zdjęciu z końca XIX wieku było dostępne dla zwiedzających:

Cliffs_of_Moher_postcard_circa_1890–1900
pocztówka kolorowana techniką fotochromu, żródło.

Stolik, dwie butelki, taka fantazja.

Bardzo podobała mi się podróż, przejechaliśmy spory kawałek ze wschodniego na zachodnie wybrzeże. Ładna ta nasza Irlandia, choć nie zdążyła się jeszcze przybrać w najlepszy odcień zieleni. Wiem, że piękno in the eye of the beholder, ale to znaczy też, że nie trzeba pisać o egzotycznych miejscach; żeby pisać ładnie, wystarczy dobrze patrzeć. Następnym razem będzie pewnie coś o jakimś miejscu na Dolnym Śląsku, bilety już kupione.

Za chwilę pukają święta i przypomniało mi się właśnie, że Marek Dyjak w Wielkanoc przymocował do drzewa linkę holowniczą. To już 10 lat. Czy to było jakieś drzewo owocowe? Dobrego kolejnego roku, Panie Marku. Dobrego nam wszystkim.

Aa! Aa! Aa!

czekając na sobotę

Zachciało mi się.

Ptaszek śpiewa, dziewczę kwili, społeczeństwo przygotowuje się do zmartwychwstania myjąc okna, a mnie z moim miłym przypiliło wczoraj obejrzeć dwa dokumenty. Epos o wsi Zagórki, „Arizonę” Ewy Borzęckiej i „Czekając na sobotę” Morawskich o kulturowej roli dyskotek.

I tak Słońce wyszło, a mnie dalej chodzą po głowie obrazy beznadziei, nudy, specyficznego stanu umysłu i kresowego osadnictwa, przeszczepu spod strzech pod dachówki i papę.

Pracowałam przez 25 lat w klubie kultury przy PGR. Było tam 20 krzeseł, 4 stoliki, 2 fotele, jedna lada, jeden chodnik przez całą długość, eee…2 gazetki ścienne, 6 żarówek, stolik pod telewizor… ymm… uuu… tam ludzie przychodzili z obory, pili napoje chłodzące typu oranżada, czytali prasę… więcej już nic było.

Myślę o tej Pani co zjadła Burka, czy jeszcze żyje. I o chłopaku, synu nauczycielki, który do połowy filmu wydaje się nie mieć ojca, a potem okazuje się, że właśnie na tym lepiej by wyszedł. Nigdy nie nudził się aż tak, aby po „Łysku z pokładu Idy” przeczytać jakąś książkę i wprawdzie na dysce zalicza dziewczyny, ale za żonę chciałby jakąś inną, chociaż dokładnie nie wiadomo, gdzie miałby ją poznać (już wiemy, że biblioteka odpada). Myślę o Pani, która pamięta imiona krów sprzedanych po rozpadzie PGR-u. O panu, co wyprowadzał konia na spacer. I o pałacu, czy jeszcze stoi.

Masłowskiej tekst niech sobie poleci w związku z tym:

Mister D. – Społeczeństwo jest niemiłe

Mój pradziadek Ignac obrządkiem koni zaczynał swój dzień. Chodził w wypolerowanych oficerkach. To była inna wieś, w której tacy z „czekając na sobotę” uświerkliby na mrozie przy lepszej zimie i do wiosny przegnili w rowie.

Recepty żadnej nie wysnuję, bo tu trudno być mądrym. Tzn. łatwo być mądrym. Dlatego trudno. Jest cała rzesza mądrych z korwinistami na czele i z obecnym populistycznym rządem, a ja uważam, że lepiej nie być w ich szeregach, bo to nigdy nie przestał być obciach. Nie wiem jak naprawić intelektualną biedę. Ale wiem, że nie jest metodą promowanie w tv publicznej disco polo. Od tego nie robi się mądrzej. Tylko intelektualnej biedzie jeszcze trudniej jest zauważyć własną ubogość, nie mówiąc już o próbie wyciągnięcia się z niej.

A teraz, bardzo proszę, wczesna Siekiera:

Naprzód poszli, sierściotłuki
karły, burki, kurze łapki
aaa…. aaa…. aaaa …. aaaa!

trupie główki, mysie trutki
samce wrony, stare sromy
aaa…. aaa…. aaaa…. aaaa!

dalej poszli gdzieś
wronie serca nieść
dalej poszli gdzieś
kurze łapki jeść.

Usłyszeć utwór „Sierściotłuki” w wykonaniu Zenona Martyniuka byłoby bezcenne. Albo „Marysię” vel „Burek dobry pies”:

Zabij ubij kiedy chcę,
I Marysia i ty Burek
meee…. meee… meee…. meee!
Helu Krzysiu utnij mi
Szczurek Burek gryź i ty
tyyy…. tyyy…. tyyy…. tyyy!

Dokumenty mają już swój wiek, a telewizja uraczyła nas w międzyczasie tyloma obrzydlistwami, że może już pewne rzeczy tak nie szokują. Niemniej te dwa filmy obejrzeć warto, bo łapią one pewien fragment rzeczywistości, który tłumaczy, dlaczego w telewizji dużą oglądalność ma pseudodokument „Szkoła” i jubileusz disco polo, a koncerty bachowskie nie schodzą.

* * *

Myślę o tych filmach i myślę, więc znajduję zwieńczenie historii Zagórek, Sagerke, w tekście „Tak się kończy Arizona” w Gazecie Wyborczej. A właśnie rozmawialiśmy z Kraciastym wczoraj, czyli dzisiaj, bo po północy, jak to jest być dzieciakiem w takim miejscu. Jeśli Ci dobrze w życiu, spójrz na ten świat, oczu nie zamykaj.

Jutro jadę na klify, a za kilka dni do Polski. Będzie ładniej.

Wierzysz w Księżyc?

Lubomski przydarzył mi się w zeszłym roku, w maju. Jego „Ambiwalencja” była pierwszym prezentem. Zagrała mi dzisiaj ponownie. Chodź, coś Ci opowiem.

Ostatnio często sprawdzam tablice pływów. Wiem już, że przypływ jest dwa razy w ciągu doby i dzieje się tak za sprawą zmiennej grawitacji Słońca i Księżyca. Największe pływy są w zatokach otwartych mórz – np. na Zatoce Fundy koło Nowej Szkocji, szesnaście metrów. Nowa Szkocja to jest takie miejsce do którego pojadę, gdy już tu ogarnę i po tym, jak zobaczę starą Szkocję, która zresztą też ma ładne pływy. Pływy nie są cały czas takie same, więc tablice pokazują nie tylko kiedy pojawi się przypływ, ale z jaką mocą. Jeśli Słońce, Ziemia i Księżyc są w linii prostej, a jest tak w nowiu i przy pełni, pływy są syzygijne, czyli maksymalne. Jeśli te trzy obiekty niebieskie tworzą ze sobą kąt prosty, pływy są kwadraturowe, czyli słabe. Przypływ występuje dwa razy w ciągu doby, pływy maksymalne i minimalne są po dwa razy w miesiącu. Matematycznie piękne, prawda? Ale nie dla matematyki są tablice, ale dla statków, które gromadzą się przed ujściem rzeki Boyne, An Bhóinn. Zdarza się, że podczas odpływu widzę je na horyzoncie, jak  mówią do siebie ściszonymi głosami i z nudów grzebią kotwicami w mule czekając na przypływ, który da im wejść do portu w Droghedzie, Droichead Átha. Rzeka, która zaczyna być moją rzeką, była znana już Ptolemeuszowi – wg irlandzkiej mitologii, została stworzona przez boginię Boann, bó fhionn. Białą Krowę 🙂 . Krowę, widzisz? I to w niej pływał sobie Łosoś Mądrości, bradán feasa, który jedząc żołędzie spadające z drzewa wiedzy, posiadł całą mądrość świata. Kawałek skóry tego łososia przykleił się do kciuka oprawiającego go Fionna mac Cumhaila, legendarnego wojownika, który potem ssąc kciuk przywoływał moc łososia.

wierzysz w księżyc

Urodziłam się dzień przed nowiem. To musiał być wąziutki sierpik. Sprawdziłam, bo w słowiańskiej mitologii urodzeni podczas nowiu mają się podobno cieszyć szczególnym zdrowiem i siłą. Czy wigilia nowiu się liczy? Yhhh … musi mi wystarczyć, że jestem śliczna, inteligentna i mam szczęście w miłości (wybierz sobie, co wężykiem). W biodrze będzie mnie jednak nadal strzykać – trudno, słyszałeś, Kraciasty? Ale to nawet dobrze się składa, w takiej sytuacji martensy mają więcej sensu niż szpilki. Wracając zaś do Księżyca, w mitologii chrześcijańskiej Księżyc występuje pod nogami Maryi, jako tej, która zwycięża nad zmiennością tego świata. Zmiana jest tu złem, inaczej niż w nauce, gdzie zmiana jest po prostu potwierdzeniem życia. Błogosławieni Ci, którzy mogą się pomarszczyć i osiwieć, bo nadal żyją, żeby opowiedzieć swoją historię. Mogą ssać kciuki lub inne części ciała, wyjmować ości z łososia podczas sobotniego obiadu, nosić dwie różne skarpetki, grać w hurling albo patrzeć jak pracowite statki każdego dnia czekają na wpłynięcie do rzeki stworzonej przez Białą Krowę. Tak jak i w czasie majowego tygodnia roku 1847, gdy trzy statki, dwa z ottomańskich Tesalonik i jeden z pruskiego Szczecina po grzebaniu kotwicami w mule wpłynęły w to wąskie gardło. Na ładunek, zboże i nowość – kukurydzę, pewnie już nerwowo czekali kupcy z hrabstw Louth i Meath, w końcu był to czas Wielkiego Głodu, An Gorta Mór.  Nie było wówczas jeszcze wiaduktu kolejowego, Tarbhealach na Bóinne, który, ukończony 8 lat później, dopełnia od tamtej pory wygląd Droghedy od strony morza. Dzięki temu w mojej historii mogę powiedzieć „pojedźmy brzegiem rzeki, żebym mogła sfotografować Słońce, które zachodzi za przęsło wiaduktu na rzece Białej Krowy”.

A tak w ogóle, to miałam Ci opowiedzieć o moim pierwszym św. Patryku na Wyspie. Opowiadam Ci więc, że pogoda w weekend była okropna, skauci szli w ulicznej paradzie bardzo zziębnięci. Dzielne dzieciaki, sine z zimna, niektóre maluchy prawie płakały, buźki miały wygięte w podkówki. Było kilka klubów młodzieżowych i szkół, pamiętam jak dziewczynka wykrzykiwała „Who are we?”, a koledzy jej odpowiadali. Prawdziwy wyczyn w tym wschodnim wietrze; staliśmy wtedy przy dokach, na samym końcu długiego marszu. Pomimo zimna duch święta unosił się w powietrzu, a maszerujący z laską i srogą miną pan nauczyciel pogroził nam, bo też pewnie uciekliśmy z lekcji. W paradzie jechał nasz sąsiad w swoim zabytkowym lincolnie, pomachaliśmy mu, poznał nas i odmachał nam radośnie. Potem byliśmy na kawie i zostawiłam w kawiarni torebkę. Taki był mój pierwszy św. Patryk. Cieszę, że tu jestem.

W zasadzie nie wiem już jaki był zamysł tego wpisu, poza tym, że chciałam przywołać różne obrazy, np. teraz obraz rzeki Białej Krowy zamienił mi się w zakole rzeki Bóbr. Gdy staniesz w ciemności na moście, słychać jak Bóbr szumi w dole prawie groźnie. Z mostu po którym idziesz na ogródki działkowe widać na dnie rzeki kwitnące, rzeczne chwasty. Tam taki Pan wołał „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?”. A wiesz, że była Bitwa nad Bobrem? W 1813. I Battle of the Boyne? W 1690.

Musisz jeszcze wiedzieć, że dla Szczecina, Stettin, tablice pływów nie mają żadnego znaczenia. Na Bałtyku pływy są w zasadzie niewidoczne. W ten sposób nikogo nie interesuje, czy Księżyc jest w linii prostej czy w kącie prostym. Zapewne, gdy ktoś długo mieszka w Nowej Szkocji, musi mu się to wydawać podejściem wielce oryginalnym.

Na „Ambiwalencji” większość tekstów napisał Sławomir Wolski. Od pierwszego odsłuchu lubowałam się w „Już nie płynę”. Od dzisiaj gra mi również ta poniżej,  piękna piosenka, która poza Księżycem, kojarzy mi się z pulsowaniem morza. Nie narzekajmy, że piękne polskie teksty i melodie się skończyły. Płaćmy godnie ludziom za nagrywanie takich płyt, wychodźmy z domu na koncerty.

Na korzeni grubym sznurze,
w rękach ziemi niczym drzewo,
wbrew logice i naturze
uporczywie patrzę w niebo.

Zasypiasz już od tego mojego gadania?
Dobrej nocy.

Coś dobrego. Wleń.

Trudno jest ogarnąć pęd życia. Różnych miejsc nie znamy, potem stają się one nagle częścią naszej własnej legendy.

We Wleniu, Lähn, są ludzie, którzy tworzą wiele dobrego, motywowani okolicznościami otaczającej go przyrody, wzruszeniem, wspomnieniami. Kręcą się tutaj filmy amatorskie, piszą się wiersze, powstają książki. Jeśli w nim mieszkasz i to o czym mówię jest dla Ciebie nowością, powiadam Ci, zmień ścieżki, którymi chodzisz.

miasteczko Wleń

Miasteczko jest malowniczo położone w zakolu rzeki Bóbr, która w tym miejscu idealnie nadaje się do spływów kajakowych. Jego panoramę można dojrzeć z górującej na wygasłym wulkanie baszty zamku Wleński Gródek, Hedwigsburg, jednego z najstarszych zamków murowanych w Polsce, o którym więcej poczytać można na stronie wlen.org. Basztę widać z miasta doskonale, gdy sezon jesienny na dobre zdejmuje liście z drzew na wleńskich pagórkach. Być może tak samo widoczne były kiedyś wleńskie szubienice.

Jak jasno wynika z pierwszego zdjęcia, punk we Wleniu nie umarł, a w miasteczku można przy odrobinie szczęścia napotkać czterdziestokilkuletnie relikty tej subkultury noszące szelki wyłącznie dla stylu.  Bywa, że uliczki zapadają się wieczorem w smogu, który niszczy cerę kamiennej Gołębiarki o wielkiej stopie. W centrum jest Cafe Bar Magnolia – miejsce gdzie można smacznie i tanio zjeść, patrząc przy tym przez okno na sennie poruszających się użytkowników miejskiego ryneczku i klientów sklepu, którzy vis-a-vis kupują chleb od Płońskiego. Po drugiej stronie rynku, na przedłużeniu tej samej ulicy, tym razem pod nazwą Chopina, jest Kino za Rogiem mieszczące się na piętrze wleńskiego domu kultury. Gdy spojrzy się z niego przez okno, wyraźnie widać, że ulica Chopina jest ulicą Politajewa. Zmiana nazwy nie jest efektem jędrnej działalności ostatniej miotły, o nie. Politajew miał być rzekomo ofiarą bohaterskiego wyzwalania miasta w 1945, pamięć ludowa umieszcza go a to na furmance, a to na rowerze. Całkiem możliwe też, że nie istniał, ale choć w ten sposób bogu ducha winny, nazwisko miał nadal zbyt wschodnie, co jest interesujące, biorąc pod uwagę, że powojenni osadnicy Wlenia też z daleka. Zachowała się jeszcze poprzednia nazwa ulicy na urokliwym choć mocno zmęczonym domu pod numerem 9, widocznym właśnie z okien domu kultury. Dom stoi pusty i zawsze zastanawiam się, czy w swoim środku nie kryje zielonego drzewa, które bawi się kafelkami w przedpokoju, a w słoneczne dni wygląda przez kuchenne okno.

Pisanie o mieście zaczynam od pięknej sprawy książkowej i od tego, że komuś coś chce się robić. Obydwu książek nie przeczytałam, więc chcę się na ich temat wypowiedzieć ^^. Pierwsza jest taka:

Instagram: @świechna

Ma 18 stron, zawiera w sobie tekst i wiersze Czesława Mirosława Szczepaniaka. Książeczka jest wspomnieniem o Michale Fludrze, miejscowym pedagogu, malarzu i społeczniku. Wydano ją w 1991 roku, bogowie wiedzą w jak małym nakładzie. Na okładce już widać żółtawe plamki, być może jakieś wesołe pleśnie. Wesołym pleśniom na razie nie smakuje zawartość – bardzo mnie to cieszy, bo zamierzam zdążyć przed nimi i przeczytać o panu Fludrze, tak bardzo związanym z wleńską okolicą. W miasteczku organizowane są biegi uliczne jego imienia, w tym roku po raz XXVII; wrócę jeszcze do tego tematu.

Druga książka pisana jest ręką Ani Komsty. To książka kucharska „Kulinarne opowieści. Wleń. Ze Wschodu na Zachód” wzbogacona o wspomnienia i anegdoty ostatnich żyjących dolnośląskich Kresowiaków. Ania zbiera w tej chwili fundusze na jej wydanie. Tutaj można zobaczyć jak autorka opowiada o swoim projekcie. Sama niewiele mam wspólnego z kresową kulturą, porusza mnie natomiast pasja pozytywnego utrwalania pamięci o czasach minionych. Kultura jedzenia zamknięta w ładnej szacie graficznej – na taki efekt końcowy tego projektu liczę i trzymam za to kciuki*.

___________________________________
* nie jest to artykuł sponsorowany, na tym blogu w ogóle takowych nie ma. nie jestem też Anią. podziwiam jej zapał oraz talenta kucharskie, i chciałabym, aby ta książka powstała. tekst z korektą Kraciastego – jedynej osoby, którą pytam o zdanie na temat tego, co piszę.

O rozlewaniu kawy.

Ktoś tam gdzieś pochrapuje, na gazie owsianka pyrka, przede mną od metra wykładu do wysłuchania i gramatyka do obrobienia. W taki oto sposób nie uczestniczę w niedzieli tylko dla rodziny.

Kilka dni temu był Dzień Kobiet, czas tak dobrze spędzony, że naprawdę nie chciało mi się zasiąść do pisania. Skoro dzisiaj za to dzień pracujący, podzielę się tutaj pewną refleksją. Na instagramie w przeddzień naszego święta pojawił się post Amnesty International Polska na którym pani Magdalena Środa, filozofka specjalizująca się w etyce i feministka, migała pewien przekaz. Gdy go upubliczniłam na swoim koncie obserwowałam jak wyświetlenia filmu rosną, natomiast liczba lajków dla tego posta jest mocno umiarkowana w porównaniu z innymi filmikami na których jest cokolwiek innego w ruchu, jak kawałek wybrzeża lub dyjaboliczny czajnik w półmroku. Co migała pani Środa? PRAWA KOBIET TO PRAWA CZŁOWIEKA. Poważnie. Innymi słowami, stwierdzała, że kobieta to człowiek. Wiem, że obserwują mnie głównie kobiety, a jednak tylko 1/4 wyświetlających post była w stanie zgodzić się z przekazem. Możliwe, że nie lubią pani Środy. Jest ona pozbawiona jednej ważnej cechy przypisywanej przez tradycję kobietom, cechy tak stereotypowej i kulturowo oczywistej, że najczęściej wyłapujemy dopiero jej brak i brak ten budzi w nas lęk: przymilanie się. Bo wiedzy i inteligencji pani Środzie nie brakuje.

Mam w związku z tym bardzo sprzeczne emocje, z jednej strony ubawienie, z drugiej przyznaję sama sobie naganę za to, że tak nisko oceniam polskie kobiety, bo z góry założyłam wynik i rzeczywistość się do niego dopasowała.

Skąd kawa w tytule? Notatkę jako szkic rozpoczęłam, gdy napotkałam pewną analogię wylewanej kawy do tego, co z nas wypada, gdy życie nas potrąci. Nie zostaniemy oblani niczym ponad to, co mamy we własnej filiżance. Mój początkowy zachwyt nad prostotą tego porównania zmalał, gdy zaczęłam myśleć, że pewnie można go znaleźć na co drugim blogu motywacyjnym. Z moim podejściem, żeby podawać autora cytatu i z podejściem wielu blogerów, aby przedstawiać cudze myśli jako swoje … to byłoby długie niedzielne popołudnie. Myśl wyskrobałam więc z zajawki tekstu, tytuł pozostał, a łączy się on w jakiś sposób z tym, co napisałam o instagramowym nie-wydarzeniu. W jaki, domyśl się Czytelniku. Kraciasty mi już mówił, że czasem piszę hermetycznie. To jest najwyraźniej ten dzień.

rozlewanie kawy

P.S. Chciałabym Cię zaprosić na blog o tematyce społecznej, który uruchomiliśmy wczoraj z moim partnerem. Nazywa się Związek niesakramentalny. Możliwe, że tylko tam będę wylewała moją feministyczną żółć, a to miejsce pozostanie jedynie do mizdrzenia się i czarowania Cię moimi niewątpliwymi urokami. Zapraszam.

Atrakcje zagłady.

W brzydkich okolicznościach przyrody również można wzrosnąć duchowo.

Poniżej jedno z kilku zdjęć, które udało mi się zrobić na spacerze w niedzielne przedpołudnie, gdy zagłada dobiegała już końca. Na drodze błąkały się tylko farfocle po wydarzeniu, więc spokojnie mogliśmy pojechać nadbrzeżną drogą na północ od Clogher.

morze irlandzkie

Jak widać, mój geniusz fotograficzny przegrał z bryzą. Ale w środę z powodu wiatru nie daliśmy rady wejść na plażę, zaliczam więc wczorajszy spacer do sukcesów. Niedaleko od tego miejsca jest stary domek położony nad wodą, towarzyszy mu kilka rachitycznych drzew. Dzisiaj „jadąc” tą drogą jeszcze raz na google street view zauważyłam, że w otwartych drzwiach domu stoi sobie piesek. Poczułam ciepło, że mieszka tam ktoś, kto przyjaźni się z pieskiem. Droga w czasie najgorszego wiatru była z pewnością podtopiona morską pianą i zastanawiam się, co robią piesek i jego przyjaciele w czasie takiej pogody. Długo w noc wyglądają z niepokojem przez okno zaparzając kolejną herbatę czy raczej doświadczenie podpowiada im, że woda nigdy nie zalała tego fragmentu wybrzeża i że spokojnie można iść spać?

Filmik nie oddaje tego, co działo się obok nas w czwartek. Byliśmy bezpieczni w naszej borsuczej przystani mając najbliżej jakieś 500 m do fal, ale wiatr kręcił i nie zachęcał do snu przed dobre trzy dni. A przechodząc do plusów zagłady, była to dla mnie bardzo pouczająca lekcja poglądowa, jaka może być pogoda na Wyspie. Gorzej bywa rzadko i zapisuję to jako element optymistyczny.

Była to również lekcja tego, jak Irlandczycy radzą sobie z załamaniem aury. Jak wspomniałam w ostatnim poście, nakarmiono nas zacnie (dzielna załoga poddała się dnia następnego … ale nie wymagajmy od innych nadmiaru bohaterstwa, wymagajmy od siebie, jako rzekł Wielki Higienista) i w barze tym mieliśmy okazję zobaczyć pana w T-shircie i rękawiczkach (my odziani w rynsztunek bojowy, z czapkami, szalikami i w ocieplanych gatkach; na zewnątrz śnieg).

Dowiedziałam się też, jak my sobie radzimy. Przejdę od razu do faktów, które można publikować. Obejrzeliśmy np. dwa filmy Monty Pythona, Żywot Briana i Sens życia. O ile pierwszy zawsze mi się podobał, do drugiego zdecydowanie musiałam dorosnąć. Takie czytanie Biblii, na przykład, dopiero teraz, gdy siedząc obok Kraciastego majtałam palcami u stóp w jurgowych skarpetach,  objawiło mi swoją głębię:

„And spotteth twice they the camels before the third hour. And so the Midianites went forth to Ram Gilead in Kadesh Bilgemath by Shor Ethra Regalion, to the house of Gash-Bil-Betheul-Bazda, he who brought the butter dish to Balshazar and the tent peg to the house of Rashomon, and there slew they the goats, yea, and placed they the bits in little pots. Here endeth the lesson.”

Modlitwa prowadzona przez Michaela Palina doprawdy rozwinęła mi pogląd na temat „duchowości” nagradzanej zbawieniem:

„Oh Lord,
Oooh you are so big.
So absolutely huge.
Gosh, we’re all really impressed down here … I can tell you.
Forgive us, oh Lord, for this dreadful toadying and barefaced flattery.
But you are so strong and, well, just so super.
Fantastic. Amen.”

A słysząc słowa hymnu poczułam się jak w domu:

„O Lord, please don’t burn us.
Don’t grill or toast your flock.
Don’t put us on the barbecue
Or simmer us in stock.
Don’t braise or bake or boil us,
Or stir-fry us in a wok.”

A propos jurgowych skarpet, chodzi o to, że temperatura w naszym domku niepokojąco spadła, więc dość szybko zaprzyjaźniłam się z szarymi skarpetami Kraciastego zrobionymi przez Jurgę*. Uważam, że to bardzo dogodny przypadek, że jakiś czas temu zbiegły się o pięć numerów.

W czasie zagłady prowadziłam też ciekawe dyskusje. Zazwyczaj z Kraciastym. Chciałabym napisać, że prowadziłam inteligentne rozmowy w sieci, ale tutaj trochę poniosłam klęskę. Jedna moja rozmówczyni uznała, że problem pana Paetza w kościele to problem medialny, a nie zinternalizowany. Ponieważ niestety rozumiem słowo „zinternalizowany”, zjadłam zbyt łakomie danisza z syropem klonowym i potem bolał mnie brzuszek. Drugi rozmówca odkrył dopiero teraz, że kobieta nie musi stracić błony dziewiczej, żeby zajść w ciążę. O czterech słoniach na których wspiera się Ziemia niestety nie porozmawialiśmy – wycofałam się w poczuciu braku kompetencji, tego nie ukrywam. W ogóle ja tylko wiem, że są trzy gatunki słonia, i na tym moja wiedza elefantologiczna się kończy.

Oprócz tego rozwinęłam się muzycznie. Wczoraj np. kawałki AC/DC i Lou Reeda, trochę Behemotha (ale za to dzisiaj pod obiadek wróciłam do utworu w którym jest „idziemy kijem mieszać piach” i „welurowy bajpas daj”. Jestem pełna podziwu dla Nergala, nie wiem jak można tak porażająco latami ryczeć i nie stracić głosu).

I tyle całej imprezy. W międzyczasie śnieg zniknął, fale zostały, słońce nadal się ukrywa. Solę steka, ryż do wrzątku, byle do wiosny.

________________________
* Jurga to imię litewskie, jest żeńską formą imienia Jerzy.

Freilichen Purim.

Irlandia stanęła, zapadało nas śniegiem, podwiało wiatrem od morza; jedząc owsiankę czytam o sztormie Emma i widzę go przez okno. Wiatr tarmosi drzewko, które przedwczoraj przycięli panowie od przycinania.

Chciałam dzisiaj podrzucić kilka filmów o Żydach, ale może innym razem, bo filmy głównie smutne, a Purim wesołe. Święto wszystkich, którzy przeżyli i żyją dalej, więc także każdego, kto może przeczytać ten tekst. Czy to miał być blog lajfstajlowy? Miał być. Zapewne powinnam więc coś o minimalizmie teraz zapuścić, o slołlajfie, hygge, lagom i generalnym obrzydzeniu do konsumpcjonizmu. O tym, że mam tylko dwa kremy do twarzy, ale za to współpracuję z wydawnictwami, które przysyłają mi do „recenzji” jakieś gnioty, o których po roku nikt więcej nie usłyszy. Że właśnie piekę bezglutenowy sernik bez sera. Czy coś. Ty, który żyjesz na glutenie, seksie, nie recenzując marnych książek i chodząc na bezcelowe spacery nad morzem, nie trać ducha. Mam trzy kremy, wiem co mówię.

Powiem Ci, że Irlandia potrafi sprostać moim oczekiwaniom. Wczoraj zamknięto nam przed nosem dwa urzędy (bad weather, panie, bad weather), ale za to nakarmiono nas za rozsądną cenę irlandzkim jedzeniem (ziemniaki, kapusta, marchew, kurczak, hej). To, co w Polsce uważamy za zdobycz slołlajfu, tutaj jest luzem lub uprzejmością. Domy są najczęściej niskie, przyczajone pomiędzy zielenią osłaniającą od wiatru. Stare drzwi mają półokrągłe, szklane zwieńczenia. Piękne widoki na morze wyskakują na nas, gdy wyjeżdżamy zza jakiegoś pagórka z pastwiskiem pachnącym krowią kupą. (właśnie widzę, jak nasz antyczny sąsiad wyszedł w zadymce w krótkim rękawku, żeby przynieść sobie drew na opał). Wszystko jest mniej więcej blisko, tak jak i mniej więcej blisko jest wybrzeże i wiatr od morza. Coś czuję, że mogę lubić to miejsce tak, jak lubię Czechy. (obecnie w naszym małym domku często koncertuje Nohavica; minulost to takie ładnie brzmiące słowo). W duchu minimalizmu to w zasadzie wszystko, co chciałam napisać. Namoczyłam fasolkę, tylko nie wiem, co z niej jeszcze będzie. Napisz jak tam się masz.

irish winter