Archiwa miesięczne: Kwiecień 2018

Memoriał po raz XXVII.

Żałuję, że nie mogłam tam być w ten weekend. To lokalny bieg upamiętniający osobę bardzo z osobistych powodów dla mnie ważną. Impreza robi wiele dobrego dla miasteczka, niewielkiej miejscowości z ludnością nie przekraczającą dwóch tysięcy – łatwo zapaść w marazm spędzania czasu przed gadającym pudłem, a pomimo we tego Wleniu biegających naprawdę widać, prawie jak w Irlandii.

… sztuka życia z ludźmi jest to wielce pożyteczna umiejętność. Podobnie jak wdzięk i piękność, ułatwia nam ona pierwsze zbliżenie i zażyłość; a tym samym otwiera bramę ku uczeniu się z przykładu drugich i spożytkowaniu, i objawieniu przykładu własnego żywota, jeśli jest w nim coś pouczającego i godnego udzielenia.

Taki cytat z Prób Montaigne’a. Wszystko ucieka z głowy, przecież to była moja pierwsza magisterka, a patrzę na te słowa, jakbym pierwszy raz je czytała. Obrazy, dźwięki, miłości, twarze też uciekają. Podobno z zapachami jest trochę lepiej, zapachy uderzając przywołują emocje gwałtownie i żywo.

W memoriale wzięły udział także dzieci. Widziałam na zdjęciach ich zacięte buźki – dzieci walczą inaczej niż dorośli, nie udają jeszcze, że im nie zależy – gdy przebierają nóżkami, robią to jak pieski: z prawdziwym zaangażowaniem, z radością zwycięzcy i smutkiem przegranego. Zapachy może przypomną im jakieś radości tego dnia, ale nie przypomną osoby pana Michała, bo znać go przecież nie mogły. Minęło całe pokolenie, jego twarz umyka pewnie i tym, którzy dobrze go znali.

Wróciłam dzisiaj do kilkustronicowej książeczki i do tego zdjęcia:

Michał Fluder

I już sobie przecież obiecałam „nie pisać żadnych kolejnych słabych tekstów w tym miesiącu”, z drugiej strony jak się bardzo chce … to można. A bardzo chcę, chociaż najmądrzejsze to mam w głowie cytaty. Są w tej książeczce kawałki listów pana Michała, wychowawcy sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”. Znam parę jego obrazów, parę rzeźb, widziałam też opasłe albumy ze sztuką, które kupował w czasach PRL-u. Wiem, że za własne pieniądze sadził drzewa i krzewy wokół Wlenia. I na chmury patrzył.

Straciłem jedną brzózkę – ktoś ściął ostrym narzędziem oraz jeden klon złamany, no i jeszcze na samym początku jakiś gościu przejechał Fiatem przez sosnę ozdobną.*

Pamiętał o swoich drzewach, które syzyfowo sadził dla wszystkich. Chodził wokół nich, obserwował jak rosną. Myślę, że są tam nadal we Wleniu, te jego drzewa, zupełnie już dorosłe i samodzielne. Teraz przyszło mi do głowy, że przypomina mi mojego tatę, który pamięta pogodę podczas sadzenia każdego ze swoich drzew.

Z mojego kuchennego okna widok na Góry Kaczawskie osłonięty chmurami prawie ołowianymi, bo altostratus opacus i stratus fractus całkowicie pokrywa nasze podsudeckie pejzaże.

No więc sprawdzam te chmury, akurat wyskakuje jakaś niemiecka strona. Ale opacus istnieje („Diese Altostratus-Unterart beschreibt den dicken As. Sonne und Mond sind durch diese Wolke hindurch nicht mehr zu sehen” – tak piszą). A, to już wiem jakie to są chmury, piękne, ale głupie, gdy chce się coś zobaczyć. Zalesione pagórki bawią się w chowanego i guzik widać, albo nawet nie. A tak w ogóle, ciekawe czy wiedział, że jego nazwisko to też lokalna nazwa die Kriechen-Pflaume, śliwki domowej, damaszki. Albo że brzmi dokładnie jak toponimiczne przezwisko nadawane w anglo-saksońskich czasach osobie, które mieszkała nad okresowym potokiem w południowych hrabstwach.

Chodzę po starych ruinach, cmentarzach i staram się coś odnaleźć – atmosferę czegoś utraconego, co bezpowrotnie od nas odeszło i pozostał nastrój taki sudecki-dolnośląski z pagórkami i górami.

Strata jest na Dolnym Śląsku namacalna, na cmentarzach właśnie, w domach remontowanych bez wyobraźni i miłości, w książkach z których wypadają kartki. Tak mówi człowiek uważny, refleksyjny, przyjaciel, którego stracić żal. Ciekawe czy wiedział czyj jest grobowiec, obok którego teraz jest jego grób. Dawny cmentarz ewangelicki przy ulicy Górskiej – dwie z czterech kaplic grobowych są mocno już uszkodzone. W sieci znalazłam tylko opis grobowca rodziny Ander, ale to nie o ten mi chodzi. Chodzi mi o kaplicę przywołującą na myśli zamek Kórnik. Może by wiedział, znał w końcu dziwne nazwy chmur. Może też po wyjściu z cmentarza patrzył na miasto przez ten szczerbaty płot, tak jak my to robiliśmy na początku kwietnia.

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Wleński memoriał uliczny jest właśnie o tej osobie. Wiem o nim tyle akurat, ile można wiedzieć o kimś, kogo się nigdy nie spotkało. Wyobrażam sobie, że ze zdjęcia patrzy na mnie ktoś zupełnie wyjątkowy, dobry, wrażliwy człowiek, który liczył się dla wielu osób, wielu drzew. Ludzie w weekend pobiegli bez względu na to czy pamiętali, czy nie. Jeśli dobrze się przy tym bawili jest nadzieja, że dzięki temu bieg będzie organizowany przez wiele następnych lat. Lubię w sobie pielęgnować myśl, że nic tak do końca nie znika.

________________________
* ten i kolejne cytaty z książki-wspomnienia Czesława M. Szczepaniaka.

Dublińskie klimaty.

Sobota była ciepła; jeszcze można było dostać wilka siedząc w Stephen’s Green na trawie, ale przez słoneczne ulice przelewały się kolorowe tłumy w mniejszym lub większym negliżu. Spacerowaliśmy nie gonieni żadną większą koniecznością, trochę nonszalanccy, a ja w trochę za krótkiej kiecce. Dublińskie centrum z pewnością warto przejść na własnych nogach, nawet jeśli obok pubów zalatuje nam nieciekawym zapaszkiem.

Wąską uliczką idziemy z Kraciastym trzymając się za ręce i z naprzeciwka mija nas para homoseksualna, która robi dokładnie to samo. I to mi pasuje w centralnym Dublinie: otwartość na różnorodność i multikulti. Ludzie demonstrują swoje poglądy, zbierają na cele charytatywne, wylewają się z pubów i kawiarń, reprezentują każdy wiek, styl, kraj, język, kulturę i nikt nie robi z tego zagadnienia. Jednym zimno, innym gorąco, są kurtki i podkoszulki, klapki i trapery, kapelusze i dredy. Osobiście kieruję swój zachwyt w kierunku ludzi z szarmancką elegancją noszących kamizelki i zegarki z dewizką oraz różnej maści naturalnych hipsterów starej daty; ale każdemu, co lubi.

Jak ten pan. Co pan w zasadzie rysuje?

multi-culti dublin
Trochę faktów na temat widocznego tu Dublin’s Last Supper TUTAJ

W takiej atmosferze nawet lampowy zapał zygotarian mi nie przeszkadza. W Irlandii trwa obecnie walka ideologiczna o utrzymanie ósmej poprawki do Konstytucji. Wojna na hasła na latarnianych słupach jest widoczna nie tylko w Dublinie. Poprawka jest bzdurna, natomiast niebzdurna jest dla mnie wolność wypowiedzi, nawet, gdy osoba plecie trzy po trzy. Mam w tej sprawie stanowisko jasne: każdy ma prawo być głupi (bo odmawianie sobie samemu prawa do swojego ciała jest głupotą), tak jak ma prawo mieć skrzywienie kręgosłupa i nic z tym nie robić.

Oprócz kulturowej różnorodności podoba mi się tu religia kawiarniana*. Nie jestem kawiarą w tym peerelowskim stylu starszych nauczycielek, które ogłaszają, że piją kawę, żeby wszyscy wiedzieli, że było je stać na zakupy w pewexie. Piję kawę z dwóch powodów: żeby się skupić, gdy pracuję umysłowo i dla towarzystwa. Od dłuższego czasu piję espresso zalane gorącą wodą, czyli americanę. Bez cukru, bez mleka. I nie uważam, że najlepsza jest w domu. Lubię chodzić do kawiarń i patrzeć na ludzi; cholernie mnie cieszy, że nie jestem w tym odosobniona.

religia kawiarniana Dublin

to miejsce, które jest w każdym zakątku świata. Jest najwyższym osiągnięciem naszej cywilizacji oprócz języka, pisanego i mówionego, oczywiście. Tam spotykają się ludzie i wszystkie poglądy można w tym miejscu pogodzić. W kawiarni nie ma kłótni, nie ma indoktrynacji. Wszyscy przychodzą tu licząc, że załatwią jakąś sprawę pozytywnie. Broń zostaje za drzwiami. Wszyscy, bez względu na poglądy czy wyznanie, mogą normalnie rozmawiać. Nie ma prania mózgu. To namiastka tego, jak byśmy mogli zbudować świat.

Tyle K. Pieczyński w wywiadzie sprzed trzech lat. Opinie ma radykalne, powyższą potwierdzam własną obserwacją. Siedzimy z Kraciastym w tę sobotę w Coście (odmiana słowa Costa wygląda dziwnie, wiem). Siedzimy pod szklaną ścianą, Costa jest na którymś piętrze Jervisa, centrum handlowego przerobionego z XIX-wiecznego szpitala. Na wprost mój wzrok pada na azjatyckie zgromadzenie familijne. Po prawej stronie mam dziewczynę w kapelutku (prawie) Annie Hall i jej koleżankę z fryzurą na Jennifer Grey w epoce „Dirty Dancing”. Po lewej  siedzi paru młodzieńców i dziewic ciemnoskórych, ubranych w hip-hopowym stylu. W kącie sali pan w wieku średnim zaczytany w „Folk” Zoe Gilbert. Siedzimy, pijemy kawę, rozmawiamy, po pół godzinie pan nadal zaczytany. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt nikogo nie próbuje przekonać do bycia Azjatą lub hip-hopowcem lub do noszenia kapeluszy. Panie obsługujące co najwyżej poinformują, że zamykają za półgodziny, nie zaburzają picia klauzulą sumienia w kwestii „dolewać mleka czy nie dolewać”, nie kołyszą się pomiędzy stolikami z kubkami pełnymi śmietanki, nie zachwalają, że ich śmietanka cieplejsza i nie powoduje sraczki. Pan z kąta w niewidzialny sposób inspiruje mnie do sprawdzenia kim jest Zoe Gilbert, ot, cały atak duchowy. Tak, do tej religii przypadkowych przechodniów mogę i chcę należeć.

stephens green dublin

I trzecia sprawa: modlitwa trawnikowa, albo parkoterapia. Stephen’s Green, Faiche Stiabhna, wiktoriański park w środku miasta (piszę, wiktoriański, chociaż park ma dłuższą historię, ale w każdym razie swój obecny kształt zawdzięcza XIX wiekowi). Tłumy zastaliśmy dzikie, wydaje mi się nawet, że większe niż gdy chodziliśmy po nim latem zeszłego roku. Tu spacerował James Joyce, tu ludzie wylegują się na trawnikach, podpierają drzewa czytając, rozmawiają, łapią promienie słońca, tańczą tango, albo jak my, jedzą drugie śniadanie. Garda przechadza się pilnując porządku, mewy kołują nad małym stawem i walą zdrowe kupy na przechodniów, chłód od wody chroni przed przegrzaniem – chociaż w mieście ciepło, właśnie u Stefana poczułam, jak zatoki mówiły mi „ej no”. Zastanawiam się jak tu jest, gdy pada lub jest zupełnie poza sezonem, w środku irlandzkiej, trzydniowej zimy, czyli dnia drugiego. W taki dzień jak ta sobota tłumy mogą irytować, ale przecież to dość logiczne, że każdy chce pobyć chwilę na zielonym polu Stefana, albo chociaż się po nim przejść. To piękne miejsce jest i należy do wszystkich:

Ja tu o Dublinie i jeszcze ani słowa o pubach (poza sikami) i o Guinnessie. Da się? Oczywiście. W Dublinie w ogóle nie trzeba pić piwa, żeby poczuć specyficzny klimat miasta, a nawet wręcz warto zachować trzeźwość spojrzenia. Wypić kawę, pospacerować, przyjrzeć się godności z jaką niektórzy starsi mieszkańcy noszą swoją własną modę. Gdy już dorosnę i zdam maturę, też tak będę, całym sercem.

________________________
* Mój stosunek do religii i instytucji opisany jest TUTAJ. Irlandia, poza tym, że katolicka, ma trochę inne tempo; czasami jest to problemem, czasem wręcz przeciwnie.

Patrzę w niebo, więc nie czytam książek o wyciszeniu.

Kilkakrotnie zabierałam się do pisania o naszym pobycie w Polsce, ale za każdym razem zarzucałam temat.

Czas bardzo udany, spokojny, wypełniony spacerami, przejazdem do i z Wlenia, ale tekst o tym zwyczajnie nie chce się przelać na monitor (i tylko na zdjęciu pokażę Ci nasze nogi z Bobrem pod butami). W międzyczasie dopadła mnie niedorobiona infekcja, która wieczorami daje się we znaki. Jeszcze tu jesteśmy, a ja mam ochotę napisać Ci o chmurach. Kroi się kolejny wpis dla bezsennych.

20180406_182615

Chmury …

Chmury soczewkowate, altocumulus lenticularis, szczególnie pamiętam z czerwcowej wycieczki w kierunku Karpacza trzy lata temu. Wypiętrzały się nad wzniesieniami w czasie marszu z leśnej huty do Wodospadu Szklarki. Podobno towarzyszą im wiatry pionowe cenione przez pilotów szybowców. Chmury soczewkowate kojarzą mi się ze spokojnym spacerem, dobrą pogodą, górami, chodzeniem. Łatwiej jest być szczęśliwym w ich obecności.

Arcus, wał szkwałowy, chociaż ja wolę tłumaczenie z języka angielskiego: chmura szelfowa; niesamowite zjawisko. Sama raz tylko miałam okazję szybciej przebierać nogami, gdy mroczna półka zaczęła gonić za mną po niebie z jakąś szaleńczą prędkością – po lampce wina i na wysokich obcasach wcale nie było to łatwe. Wszystko się zadziwiło, miałam wrażenie, że koty przyległy nosami do szyb i zamilkły kury sąsiada, gdy wał przetoczył się nad lasem w kierunku północnym, przynosząc szarość, poryw wiatru i gwałtowny deszcz. Ale piękny był, fascynująco groźny.

Poza tym podobają mi się różne odmiany cirrusów, chmur górnej troposfery, bardzo wysoko wędrujących po niebie, koronkowych, złożonych z kryształków lodu. Wśród nich ucinusy przypominają zwiewne końskie ogony, a fibratusy sieci pajęcze. To rodzaj chmur, które najchętniej obserwuję siedząc na ławce pod rodzinnym domem. Podobno powodują w atmosferze opady, które nigdy nie dotykają ziemi. Z wycieczki w kierunku Karpacza, tym razem cztery lata temu, pamiętam mądrość wypowiedzianą przez pana Lecha, naszego przewodnika:

Gdy cirrus na niebie, pogoda się zjebie.

Nie wiem czy można mu wierzyć. Facet zgubił szlak i szliśmy na szagę, taki ekspert. Jeszcze zastanawiam się co za jedna była ta chmurka, która zbliżała się do nas, gdy staliśmy w kolejce przed grobem korytarzowym Newgrange, Sí an Bhrú, w hrabstwie Meath. Nisko sunąca, z deszczem widocznym z daleka. Ściana kropli przesuwała się po zielonej trawce cicho szeleszcząc. Mówimy na to szałerek. W Irlandii mamy mnóstwo szałerków. Kiedy wyszliśmy z grobowca było już po wszystkim, krajobraz przetarty, trawa odświeżona. Był sierpień.

To tyle, jeśli chodzi o moje ulubione, te, które mam teraz w pamięci.

* * *

A wczoraj kwiecień, dziesiątego. Podobno tego dnia w roku 837 Kometa Halleya minęła Ziemię w najbliższej do tej pory odległości. Co myślę o schodach bez barierki? Brakuje mi w naszej polityce osoby takiej jak Jaruga-Nowacka i nie mam ochoty obchodzić rocznicy jej śmierci. Oficjalny „ból” dawno stał się własną karykaturą. Ale wierzę, że każdy naród ma takich polityków i takie „bóle” na jakie zasługuje. Udawana zaduma na 1 listopada, szwy popękane z dumy na 11 listopada, wiedza historyczna jak ser szwajcarski w każdy dzień zwykły, w międzyczasie kult pana Wojtyły malejący w cieniu tablic pana Lecha.
Tymczasem w Norwegii:

Exploring the Svalbard Global Seed Vault

Svalbard globale frøhvelv, bank nasion na Spitzbergenie, przechowuje dla przyszłych pokoleń nasiona jadalnych roślin z całego świata. Myślą o przyszłości po globalnej katastrofie, o tym, żeby ci, którzy przeżyją, mieli jakąś szansę.
Tymczasem w Szkocji:

Homophobia In 2018 | Time For Love

Czym jest normalność?

Są rzeczy, które robią różnicę i takie, które nie robią. Schody bez barierki w środku miasta. Kupowanie kolejnych książek o wyciszeniu, gdy nie ma się zamiaru przestać być histerykiem. Kolejny post kolejnego blogera na ten sam modny ostatnio temat problemów z FB, następnie promowanie go na FB.

W związku z tym upiekłam wigilijne krokiety, przeszłam się też po wsi z moim chłopakiem za rękę, więc pani Romana pomachała nam przez okno. A teraz oglądam jak Deckard prawie ześlizguje się z gzymsu czy czegoś tam. Czasem też martwi mnie, że być może dla Kosmitów z innych galaktyk jesteśmy po prostu za głupi.

Czytasz mnie jeszcze?
Dobrej nocy.

Domownik. Demitologizacja życia.

the Homesman meryl streep

W kinie byłam, ale teraz to naprawdę. Stoi przed nim nawet mała maszyna do popcornu.

Byliśmy i w kinie i na filmie, ja z Kraciastym. Dokładnie było nas dwoje na widowni, my oraz nasze herbatki. I tutaj wtrącę smutek, że we wleńskim kinie, naprawdę uroczym, nastawionym na widza (seans jest grany nawet dla jednego) bywa tak mało publiczności. Z całą pewnością było nas tam wczoraj dwa razy mniej niż panów stojących o tej porze przed sklepem z piwem. A na film Tommy Lee Jonesa naprawdę warto było przyjść.

Instagram: @świechna

Mnie „Eskorta” ogromnie poruszyła i wśród różnych rozważań mam jedno wielkie pytanie. Jak odebrałaby go osoba, która ma głowę wypełnioną myślami w rodzaju „wszystko dzieje się po coś”. Jesteś fanem motywacyjnych tekstów Beaty Pawlikowskiej? Obejrzyj film i powiedz mi, co myślisz.

W sieci natknęłam się nawet na tekst What Does The Ending Of The Homesman Really Mean? i moją szczerą reakcją było „co za gówno”. No tak, wszystko musi means something. Musi mieć jaką wartość. Gdy ktoś kogoś uratował dostaje za to nagrodę, przemoc wykonana przez bohatera jest uzasadniona, a na końcu będzie morał. Główna bohaterka ma w głowie ułożone, jak życie powinno wyglądać. Na terytorium XIX-wiecznej Nebraski pije płyny z delikatnej porcelany i przebierając palcami po wyhaftowanych klawiszach udaje, że gra na fortepianie. I otóż nasza bohaterka podejmuje wyzwanie: przewozi trzy kobiety, które straciły rozum, do raju o nazwie Iowa. Na początku świta mi myśl: oj, film feministyczny, twarda laska wśród niesprzyjających okoliczności przyrody. Dowiadujemy się przy okazji, że trzy kobiety straciły rozum, bo społeczeństwo było niemiłe. Tu niejeden zechce przymknąć oko na konkrety, np. penisa wsadzonego w celu zapłodnienia, noworodka wrzuconego do dziury w wychodku, kolejne dziecko zabite przez błonicę lub matkę wywleczoną na śnieg, żeby „doszła”. Idźmy dalej, pojawia się jakiś brudas i nasza zacna i silna Bogiem kobieta ratuje go oraz dezynfekuje. Będzie miłość. Po wielkich trudach wszyscy dotrą na miejsce, wariatki dostrzegą swoje życie i to, co się im przydarzyło, w optymistycznych barwach,  bo w końcu wiemy od Beaty, że wszystko wydarza się po coś, brudas od tej pory będzie czysty, a główna bohaterka znajdzie męża. Robi to, co należy, oraz mówi rymowane modlitwy – jak nic, czeka ją nagroda, przynajmniej w postaci ludzkiej pamięci.

(pytanie pomocnicze: jak myślisz, kto ją będzie pamiętał dzień po zamknięciu fabuły?)

Jones to wyreżyserował godnie i dużo się uśmiechał w roli brudasa. W podanym wyżej linku interpretacja jego tańca jako tańca życia wskazuje, że człowiek z lęku przed bezsensem zinterpretuje ładnie wszystko, nawet pijackie podrygiwanie.

Postać grana przez Swank początkowo skojarzyła mi się z jej rolą u innego aktora-reżysera. „Za wszelką cenę” – to był film. Też warto obejrzeć. Ale ten dziwny western opowiada historię bardziej prawdziwą, mało kinową, mało książkową, w ogóle mało cokolwiek.

Polskie tłumaczenie tytułu sugeruje film akcji. Mnie bardziej podoba się oryginał. The Homesman. Bohaterami tego filmu są sami domowi ludzie, ceniący wartość rodziny, pracujący, dbający o swoje ważne cele, jak postawienie domu, spłodzenie potomka, zrobienie dobrego biznesu hotelowego lub bycie dobrą żoną pastora. Bo to ważne, tak? Migająca na chwilę Meryl jest piękna w roli kobiety pełnej dobrych intencji. Podobnie jak postać grana przez Swank, zna ładne modlitwy, których Bóg z pewnością wysłuchuje.  Ciepła, miękka kobieta. I tylko te trzy panie niepokoją. Jakieś takie mało domowe, nie wiadomo, o co im chodzi. A przecież, Bóg dopuszcza tyle cierpienia, ile człowiek jest w stanie unieść. Karma wraca. Proście, a będzie wam dane. Nie lękajcie się. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu.

Tak sobie teraz myślę, że panowie spod sklepu faktycznie nie muszą oglądać tego filmu. Im się już spełniło. Oni chyba wiedzą.

Zanim kliknęłam „opublikuj”, wygrzałam plecy w słońcu. Pięknie dzisiaj jest, a ja wcale nie mam ochoty snuć egzystencjalnych rozważań. Naprawdę, wspaniale zaczął się ten dzień i zastanawiam się teraz, co tu miłego napisać, tak w stylu Beaty, ale tylko trochę, bo nie mam jej zaburzeń. Czyń dobrze i nie czekaj na rezultaty? A więc, czyń dobrze. I nie czekaj.