Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczył z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za free.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V – VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1

monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

View this post on Instagram

#porkpie #mojeclogherhead

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

***

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂

Reklamy

34 myśli w temacie “Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.”

  1. Ostatnią ruinką, którą widziałam, jest Ruinka Mamy, czyli mnie. Po drodze do rodzinnej wsi przejeżdżamy obok ruinki kaplicy i kiedyś ubzdurałam sobie, że kupię ją i zrobię z niej Świątynię Dumania. Oczywiście rodzina mnie wyśmiała, ale od tej pory jest to Ruinka Mamy.
    Kiedyś kupiłam sobie różowy kapelusz z pięknymi kwiatami między główką a rondem. Chciałam niebieski, ale był zbyt mały. Jako że go nigdy nie założyłam i przeszkadzał w domu, trafił na działkę i tam go zakładam, gdy sąsiedzi nie widzą;)
    Nie mam kota, ale na działce mamy mnóstwo kotów, które karmimy przez okrągły rok. Czasami z miski podjada im pies Maks, zwany przez swego pana Bambułą.
    Nie znałam wyrazu „lawaterz” i musiałam zajrzeć w Google, Okazuje się, że Twoje podróże mnie kształcą.

    Polubione przez 1 osoba

    1. A wiesz, ja też nie znałam tego słowa po polsku, zastanawiałam się jak je przetłumaczyć, bo po angielsku jest to lavabo. Mnie również cały czas podróże kształcą 🙂

      No właśnie, gdy sąsiedzi nie widzą. Tutaj trochę wieje, więc nakrycia głowy się przydają. Poza tym do Polski też w nim przyjadę. A niech patrzą.

      Z Kraciastym chcielibyśmy wyremontować co drugą ruinę, którą mijamy na Dolnym Śląsku. I gdy kiedyś staniemy się obrzydliwie zamożni, tak właśnie będzie.

      Koty moich rodziców to, w kolejności wiekowej od najstarszego: Maciej, Niunia, Rózia, Wojtuś i Mruczuś. Mruczuś ma imię niedbałe, bo myśleliśmy, że gdy wyleczymy mu chorą dupę, pójdzie sobie. No i jakoś tak mijać będzie już niedługo rok jak sobie nie poszedł 🙂

      Polubienie

      1. Ja też jestem pod wrażeniem. Chociaż takie wycieczki są dla mnie już nieosiągalne, to lubię podążać za kimś, kto pięknie opowiada i dokumentuje swoją opowieść zdjęciami

        Polubione przez 1 osoba

        1. Piękne miejsca są wszędzie. To, co tutaj pokazałam jest po kilka km od mojego obecnego domu. Ale pewnie każdy z Was znajdzie coś pięknego wokół siebie.

          Polubione przez 1 osoba

  2. Wydaje mi się, że kiedyś widziałam ten lawaterz na blogu znajomego z Warmii, tylko jakoś inaczej się nazywał. Wiem, że też musiałam sprawdzić, bo tak już mam, że muszę wszystko wiedzieć, tylko zapominam, że pamięć nie zdoła tego ogarnąć.
    W jakiejś powieści o Sherlocku Holmesie była scenka rozmowy z doktorem Watsonem, który powiedział detektywowi, że Kopernik odkrył, że Ziemia krąży wokół Słońca. Na to Holmes spytał, czy ta wiadomość jest mu potrzebna do życia, bo jeśli nie, to wyrzuca ją z pamięci.
    Wydaje mi się, że jedno z piórek na Twoim kapeluszu należało kiedyś do szpaka. Wiem o tym, bo kiedyś jeden z działkowych kotów zjadł szpaka i zostawił tylko jego piórka w białe plamki.
    Boleję nad dolnośląskimi ruinami, bo jest ich zbyt dużo, a brakuje pieniędzy, aby je odrestaurować. Dobrze, że zamek nad Czochą i w Kliczkowie zostały wyremontowane. Jednak wiele pałaców i dworków jest w ruinie, z której się już nie podniesie. Jednak priorytetem po wojnie było odbudowanie fabryk i domów mieszkalnych.
    Nie mogę sobie przypomnieć nazwy malutkiej miejscowości na Dolnym Śląsku i zamku na wzgórzu, który kupiło małżeństwo archeologów z Wrocławia.za sto tys. złotych i próbuje go odbudować. Pamiętam tylko, że właścicielka ma na imię Żanna, a swego synka nazywa kasztelanicem. Kilkakrotnie się tam zatrzymywaliśmy i zawsze finansowo wspomagaliśmy tych dzielnych ludzi.
    A teraz przez pół dnia będę się zastanawiać, co to za wieś.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Niestety, a może stety, nie jestem geniuszem jak Holmes i jeszcze mi się wiedza uszami nie ulewa, więc takie różne słowa zatrzymuję, chociaż znikają, gdy na nie nie patrzę ^^

      Myślę, że piórko rzeczywiście jest szpacze. Bardzo lubię te ptaki. Gnieździły się zawsze na dębie przy moim rodzinnym domu i po sąsiedzku wpadały powyjadać, co tam na drzewach rosło. Szpaki wspaniale imitują wszelkie dźwięki i może z tego powodu wydaje mi się, że ciągle mają dobry humor.

      Ruiny na Dolnym Śląsku bolą i nie bardzo przyjmuję do wiadomości tłumaczenia, bo polityka osiedlania w pałacach najcięższej patologii, która miała problem z zadbaniem o siebie, a co dopiero o dom nie wybaczę nigdy.

      Może chodzi o zamek Świecie? Kraciasty mi podpowiada to miejsce:

      Polubienie

  3. Jednak internet jest niezastąpiony, to zamek w Świeciu przy drodze do Leśnej. Na razie jest to jedna wielka ruina, której nikt nie odbuduje, ale gdy byliśmy kilka lat temu, pani Żanna mówiła nam, że na razie odbudowują jeden z niewielkich budynków, aby zrobić tam hotel i restaurację. Nie wiem, czy im się udało, bo dawno tam nie byłam, ale życzę im jak najlepiej..
    Teraz z kolei się zastanawiam, czy czasami nie jest to pani Żaneta 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. No widzisz, odpowiadałam Ci, gdy Ty pisałaś swój komentarz. Przynajmniej jeden właściciel jest z Wlenia, też o nich jakiś czas temu rozmawialiśmy z Kraciastym.

      Polubienie

  4. Kiedy patrzę na ruiny robi mi się bardzo smutno. Wyobrażam sobie ile trudu, wyrzeczeń, potu, łez i pieniędzy czasami kosztuje wzniesienie jakiejś budowli,
    a potem na oczach innych zagryza ją ząb czasu, zostaje po niej ruina. Może dlatego unikam wędrówek po takich zakamarkach.
    Kapelusza nigdy nie nosiłam, choć bardzo mi się podobają. Chciałam mieć do ślubu, ale kolega mi odradził. Uznał, że z racji niskiego wzrostu będę wyglądać w nim, jak nakryte pudło.
    Kotów nie mam i przepędzam z podwórka, bo mi sikają na drzwi wejściowe, śmierdzi jak….

    Polubione przez 1 osoba

    1. Kiedy patrzę na ruiny myślę o ludziach, których już nie ma i o tym jak pewnie zajmowali się nie tym, co trzeba, myśląc, że robią coś strasznie ważnego. To ważna lekcja życiowa. Dlatego zawsze w pomieszczeniach staram się głównie mieszkać, zamiast zastanawiać się, co o nich ludzie powiedzą.

      Jeśli chodzi o kapelusz i wzrost, nigdy nie miałam takich przemyśleń, 172 cm dają radę, ale myślę, że to też kwestia dobrania modelu.

      Całe życie mieszkam na wsi i przyznam Ci, że nigdy nie miałam problemu z niewychowanymi draniami obsikującymi drzwi wejściowe 🙂 Sami dżentelmeni. W tamtym roku wbił się do nas na kwadrat bardzo śmierdzący kocurem Mruczuś z gnijącą nogą, to mu ładnie wytłumaczyliśmy, że jak chce mieszkać to tylko w garażu. Chciał mieć u nas forever home, więc poszedł na kastrację, tak jak wszystkie nasze koty. W związku z tym mogę powiedzieć, że uwielbiam koci zapach – koty w moim rodzinnym domu, a jest ich teraz pięć, wszystkie pachną czystością i wiatrem.

      Polubienie

  5. Nie mam kota, wolę psy, chociaż i jego nie mam, nad czym ubolewam strasznie, bo to moja miłość od dziecka – ale okoliczności niestety nie pozwalają trzymać psa w domu a podwórka też nie mam 🙂
    Kapelusz? No właśnie już rok temu postanowiłam, że sobie go kupię i nadal tego nie uczyniłam. Ale coraz mocniej jestem przekonana, że do jego zakupu dorosłam.
    A nawiązując do Twoich przygód – zazdroszczę widoków. Zatrzymywałam się na każdym zdjęciu i chłonęłam całą sobą… Woda i góry jednocześnie ❤ A gdy tak czytałam o tych ruinach, zresztą mam już tak od dawna gdy na takie natrafiam czy to w opisach, zdjęciach czy na żywo, zastanawiam się zawsze jak naprawdę żyło się tam ludziom? Co czuli, kiedy spacerowali korytarzami, ogrodami? I te suknie. Czy tamta kobiecość różniła się mentalnie od tej obecnej? Tyle pytań i większość bez realnej odpowiedzi z ust tych, które tego doświadczyły.
    Pozdrawiam 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. Teraz sama tutaj gdzie mieszkam nie mam w domu zwierzątek, ale witam się grzecznie z mijanymi panami kotami i pytam, co tam u nich.

      Kapelusz to impuls, bardziej on znajduje nas niż my jego – tak myślę.

      W tych ruinach były zakony męskie. Chyba nie jestem w stanie sobie wyobrazić kobiet z tamtej epoki w tym miejscu. Mam jednak z tyłu głowy, że musiały być inne, pod silnym wpływem celtyckiej mentalności. Chrześcijaństwo kontynuowało ideologię patriarchalną starożytnego Rzymu, podczas gdy u Celtów kobiety mogły dowodzić armiami (zresztą Rzymianie uważali to za jeden z przejawów ich barbarzyństwa 🙂 ). My, wychowane w patriarchalnym społeczeństwie, poddane obróbce „wypada, nie wypada” mogłybyśmy być zaskoczone.

      Polubienie

  6. O, kot podobny do tych pod krzyżem, hehe. Piękny widok z góry i mówisz, że wejście trudniejsze niż na Śnieżkę? Pewnie dlatego, że mało ludzie ingerują w przyrodę. Super wycieczka 😀 Pozdrawiam serdecznie 🙂

    Polubione przez 1 osoba

    1. No właśnie do cywilizacji wszędzie blisko, bo to mały kraj. Po prostu na szlaku jest mało ludzkiej ingerencji, a jeśli chodzi o Carrauntoohil, myślę, że trudność szlaku plus zmienność pogody i nasz błąd mogą doprowadzić do bardzo przykrego wypadku. Nie ma też schronisk. Muszę jeszcze przyzwyczaić się do tej myśli. No i kondycję sobie wyrobić.
      Pozdrawiam.

      Polubienie

  7. Podziwiam za to wejście , mała niemała ale odsłonięto i blotnista. Żadnych drzew tam nie widziałam, za to widoki dookoła świata piękne. Czyli o to chodzi. Wysiłek się oplacil pięknym widokiem. Trzeba było mały plecaczek na jedzenie wziąść , bo chyba z wysiłku zglodnialas. 😉

    Polubione przez 1 osoba

  8. Oczywiście, że to ten zamek, który jest na filmiku, a ta pani, to pani Żaneta. Gdzieś mam jakiś obrazek z tym zamkiem, bo kupiliśmy, aby wspomóc odbudowę. Pani Żaneta pozwoliła nam wejść do wnętrza jednego z pomieszczeń, pokazała też, artefakty, które znaleziono.
    Wspaniali ludzie, którzy swoje życie i własne pieniądze poświęcają na ratowanie tak zaniedbanego zabytku.
    Wydaje mi się, że minister od kultury powinien wspomóc finansowo prace w zamku, ale on woli zajmować się różnymi niepotrzebnymi duperelami.
    Po wojnie dworki oddano w zarząd PGR-om, bo cóż innego było robić. Jednak to był największy błąd.
    W pobliżu mojej rodzinnej wioski nie było pałacu, ale willa dyrektora najsłynniejszej na Dolnym Śląsku olbrzymiej cegielni z mnóstwem pięknych kominów. Willa wyglądała jak pałacyk i tak na nią mówiono. Jeszcze gdy byłam licealistką, była w niezłym stanie, ale z biegiem lat rozkradziono z niej cegły do samych piwnic. Teraz już nie ma po niej śladu.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Chciałabym odwiedzić zamek o którym piszesz.

      I przed wojną słabe było zarządzanie dobrami narodowymi, trzymało się to, co było prywatne. Złości mnie peerelowska polityka zarządzania zabytkami, bo moim zdaniem była to polityka: osadzić tam najbardziej wykorzenionych, żeby do cna zniszczyli dane miejsce. Już to wielokrotnie pisałam, że we Wrocławiu jeszcze w latach 60-tych rozbierano zabytkowe domy, żeby wywieźć cegły do Polski pod budowę „nowoczesnych” pudełek. Polityka centralistyczna i grabieżcza … a prawda jest taka, że te grabieże niewiele dały, w jednym miejscu niszczyli, żeby w drugim postawić byle co i dopiero po 1989 roku zaczęto zajmować się wyglądem miast. Pierwszy raz byłam w Wawie właśnie ok. roku 1990 i wydało mi się to po prostu brzydkie miasto. Zmieniłam zdanie na ten temat dopiero w ostatnich latach, chociaż oczywiście czasy współczesne też mają swoje za uszami. Ale jest lepiej, jaśniej, bardziej kolorowo, i w końcu ludzie z pasją czasami mają szansę zrobić coś dobrego … pod warunkiem, że inni z zawiści nie podkładają im nóg.

      Polubienie

  9. Może kiedyś będziesz miała czas, aby pojeździć po Dolnym Śląsku. Może pojedziesz do Leśnej lub nad jezioro Czocha, to po drodze wstąpisz do pani Żanety. Po filmiku widzę, ze dalej jest szczuplutka i pasja jej nie minęła.
    Wiesz, jaka Warszawa była po wojnie zrujnowana, Może czytałaś „Chłopców ze Starówki” Haliny Rudnickiej. Dla mojego profesora z teorii literatury opracowałam modele lekcji do tej lektury, więc jestem z nią związana.
    Gdyby nie Fundusz Odbudowy Stolicy, Warszawa do tej pory nie zostałaby odbudowana. Z całej Polski zwożono cegły z rozbieranych domów i w tej sposób stolica się podźwignęła z tych straszliwych ruin.
    Nie ma możliwości, aby odbudować zamki, ale obecni milionerzy mogliby za grosze odkupić od państwa nieduże dworki i niewielkie pałacyki i przywrócić im dawną świetność. Ale to tylko moje marzenie.
    Moje miasto też wypiękniało, bo wszędzie są zadbane…banki, które mają pieniądze na pomalowanie elewacji, zrobienie chodnika, postawienie fikuśnych iglaków., tylko nikomu nie przyjdzie do głowy, aby wspomóc panią Żanetę.
    Gdy byłam w Pompejach, widziałam mnóstwo ekip wolontariuszy z wielu krajów, którzy grzebali się w ziemi, aby odkryć np. zabytkowy kibelek- serio.
    Niemcy, do których należał zamek, też mogliby się dołożyć do odgruzowania Świecia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Zdaję sobie sprawę, że odbudowa po wojnie była trudna, ale sama polityka, myśl za tym stojąca była dość koślawa. Zarządzanie centralne sprawdza się na wojnie, nie w czasie pokoju. Obecna Warszawa ma swój urok. Akurat nie za bardzo przemówiło do mnie muzeum powstania, nie lubię też pomnika małego powstańca, bo po prostu odrzuca mnie. Natomiast są w stolicy uliczki, które mają klimat.

      Kłopot z milionerami polega na tym, że najczęściej kasa przysłania im pasje. Jeśli jakieś mają, to jest to najczęściej golf. Na Dolnym Śląsku taki przykład prywatnej inicjatywy odbudowy i to zrobionej z sercem jest pałac Łomnica, który jest w tej chwili w rękach Elisabeth von Küster. Wspaniała sprawa … nie tylko uratowali te budynki od ruiny, ale jeszcze rozkręcają zbyt regionalnych produktów i mają ambicje bycia ośrodkiem kulturalnym.

      Polubienie

  10. Przepraszam za znaki interpunkcyjne, ale podczas pisania komentarza druk jest słabo widoczny i ledwo widzę, czy już postawiłam kropkę, czy przecinek.
    Byłaś kiedyś na zamku Czocha, gdzie kręcono wspaniałą komedię „Gdzie jest generał?”, bo ja byłam kilkakrotnie i nawet kąpałam się w bardzo zimnym jeziorze. Zwiedzałam też podziemia, w których urządzono katownię.

    Polubione przez 1 osoba

    1. A wiesz, nie umiem Ci odpowiedzieć na to pytanie. Zwiedzałam sporo miejsc tego typu, zamek Czocha jest dość znany, z pewnością była w nim moja mama … ja prawdopodobnie go ominęłam w swoich wędrówkach … pamięć płata figle. Chętnie do niego zawinę przy byle okazji.

      Polubienie

    1. Wędrówki dadzą się zrobić mniej więcej wszędzie 🙂 Teraz już wiem, że z kijkami mi lepiej, zawsze wydawało mi się, że wolę mieć wolne ręce do asekuracji, ale przy większym nachyleniu podłoża i moich zaburzeniach równowagi kijki są jak złoto.
      Pozdrawiam 🙂

      Polubienie

  11. Notka kapitalna!
    a teraz spróbuję odpowiedzieć na pytania:
    – mój ulubiony kot wabił się Adel, był czarny jak smoła i lśniący, z białą „muszką i skarpetkami,, niestety od czasu, kiedy niechcący wyprałam go w pralce zrobił się dziki i przestał mnie lubić … też bym na jego miejscu przestała
    – co do kapelusza to widać na zdjęciu wyżej 🙂 mój ulubiony z czasów młodości
    – a góry ? kiedy byłam dzieckiem z okna naszego mieszkania , przy dobrej pogodzie oglądałam Ślężę, mieszkaliśmy na poddaszu … teraz z pierwszego piętra Ślęży nie widać za to kilkanaście kilometrów za miastem mam Góry Sowie i rzut kamieniem do zamku Grodno
    – ostatnią ruiną, którą widziałam i nad którą teraz pracuję jest ruina zamku w Starej Kamienicy … wiesz, przez moment mnie zamurowało – na drugiej Twojej fotografii, w lewym rogu zdjęcia majaczy w dali ruina wieży – prawie jak ta moja ! Kiedyś opowiem u siebie, to arcyciekawa ruina, nie tylko wieża, piwnice zamku też się zachowały, powoli są odgruzowywane a ja w miarę odkrywania się nowych rzeczy koryguję projekt. Da się odsłonić i częściowo odtworzyć mury zamku do wysokości okolo mera przyziemia, już oczyszczona jest fosa, i pięknie odremontowany kamienny most. Zamek ma układ czworoboku z dziedzińcem, w zagruzowanych piwnicach znajdują się elementy renesansowego portalu a że zw ikonografii zachował się rysunek Zamku prawdopodobnie uda się portal zrekonstruować

    Polubione przez 1 osoba

    1. Oj, kotka w pralce? Nieładnie 😦

      Zamek Grodno – byłam, podobnie jak Góry Sowie … jestem z drugiej strony województwa, ale czasami robiłam wypady mniejsze lub większe.

      Pracujesz nad ruiną – wspaniale to brzmi. Chętnie o niej poczytam.
      Pozdrawiam wieczornie 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s