Archiwa miesięczne: Sierpień 2018

Jedno zdjęcie. Poranek.

Mam takie zdjęcia, które chciałabym Ci pokazać – historie niezwiązane z niczym, co aktualnie robię. Tam taradam, oto ogłaszam na blogu nową kategorię. Będą co jakiś czas takie właśnie rzeczy …  starowakacyjne, rodzinne, pracownicze, wspomnieniowe, sentymentalne dziwaczki, może też zrobione przez kogoś, ale śpiące w moim albumie. Zainspirowała mnie seria Agnieszki. A wszystko przez to, że gdy u niej patrzyłam na fotograficzne wspomnienia przypominało mi się to ujęcie:

Agia Marina, 7 sierpnia 2014, przed wschodem Słońca.

1. a photo

Wyjazd we trzy laski. To był nasz drugi wakacyjny pobyt z eL na Krecie. Towarzyszyła nam tym razem A. Mieszkałyśmy w niezwykle dogodnym i czystym miejscu, Despina Studios prowadzonym przez George’a Panigirakisa. Miejsce polecam, mam nadzieję zresztą, że sama kiedyś jeszcze tam pomieszkam. Do morza jest stamtąd kilkadziesiąt metrów, z balkonu pomiędzy setkami linii telefonicznych pomachają do Cię Góry Białe, a pod mieszkaniem zatrzyma się podmiejski autobus do Chanii.

To były pierwsze zagraniczne wakacje ever na których rzygałam. Rzygałyśmy we trzy, do dzisiaj nie wiemy dlaczego. Pierwsze na których zamiast lokalnego jedzenia najbardziej smakowała mi pizza zapijana pepsi. Jeden z kilku wyjazdów, gdy obudziłam się z nosem w rudych włosach eL (Kraciasty wie, że sypiam z eL, nie trzeba donosić), z tym, że po raz pierwszy pani sprzątająca obudziła nas w południe i ładnie nas pożałowała mówiąc w swoim narzeczu bidusie bidusie. Jest całe mnóstwo historii, które teraz przepychają mi się w głowie w związku z tymi wakacjami, ale wróćmy do zdjęcia. Razem z eL wyszłyśmy po czwartej rano zobaczyć wschód Słońca i zostałyśmy nagrodzone takim właśnie widokiem jak powyżej. Para śpiąca na leżakach, a obok trochę mokry piesek. I wiesz jakie są pieski – zwierzątko obudziło się, przeciągnęło pod moimi nogami, przywitało się grzecznie i puściło pędem brzegiem morza do dwóch jeszcze takich samych rudych koleżków, którzy wyszli o tej porze na poranny jogging. Oczywiście zrobiłyśmy zdjęcia wschodowi. Było jak zwykle, najpierw „no wychodź, wychodź”, a potem, gdy się zagadałyśmy Słonko wyskoczyło na nas zupełnie niespodzianie. To był dobry poranek, czuły spacer, suche bułki, kozi ser i dżemy. Ciągle jednak myślałam o tej parze. Piesek pewnie wrócił i naniósł na leżak więcej mokrego piasku. Taki piękny widok, i zobacz eL, że ludzie tak mają. Zastanawiałam się dlaczego nie mogę tak i ja. Nie było mi jakoś tam straszliwie smutno, ale długo przetrawiałam tę chwilę, którą ukradkiem uwieczniłam … i coś Ci teraz powiem Czytelniku bardzo trywialnego – z niespodziewanych stron nadchodzą szczęśliwe odmiany losu.

Kiedyś do odtworzenia tej sceny brak mi było wszystkiego, teraz chyba tylko pieska 🙂

Reklamy

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5
Howth 6
Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Ardgillan.

Ardgillan (1)

W oknach pajęczyna, kilka warstw starej farby na framugach okna i nasze nakrycia głowy 🙂 Ładna pogoda zachęciła nas wczoraj do obejrzenia Ardgillan Castle (oficjalna strona TUTAJ) położonego kilka kilometrów od domu. Taki widok rozpościerał się już przy parkingu: nad jeżynowymi krzakami spłowiałe pole i morze irlandzkie …

Ardgillan (2)

Ponieważ byliśmy niedaleko naszej chaty, na horyzoncie poniżej powinno być widać te same góry, które fotografuję na krótszych spacerach, na przykład tutaj. Jeśli się uważnie przyjrzysz, zobaczysz na horyzoncie ich delikatny cień. W rzeczywistości były wczoraj łatwo widoczne … myślę, że dość często właściciele tego XVIII-wiecznego domu mieli z okna niesamowite widoki.

Ardgillan (3)

Główna część Ardgillan Castle powstała w 1738 roku,  skrzydła w których zamieszkiwała służba dodano w XIX wieku. Od powstania do 1962 roku budynek należał cały czas do rodziny Taylorów. Wcześniej lokalne ziemie były w posiadaniu irlandzkiej rodziny O’Casey, następnie Earla of Tyrconnell. Po podboju Irlandii przez Cromwella wiele z tych okolic zmieniało właścicieli z katolików na protestantów, przydarzyło się to i Ardgillan, i pojawili się Taylorowie, potomkowie Thomasa Taylora, współpracownika Petty’ego przy pomiarach znanych w historii jako Down Survey.

Nazwa Ardgillan pochodzi od irlandzkiego Ard Choill , Wysokiego Lasu, bo właśnie taki las znajdował się na tym terenie zanim żołnierze i najemni robotnicy za pensa dziennie, posiłek i mieszkanie wykarczowali go odsłaniając teren pod budowę. Obecnie budynek jest odrestaurowany choć, jak widać na pierwszym zdjęciu, nieprzesadnie wychuchany i parter jest otwarty dla gości. Naokoło kilka ścieżek zaprasza do łatwych spacerów, kwitnie kilka tematycznie podzielonych ogrodów i jest dużo krzaczorów w których kryją się domki dla ogrodowych wróżek.

Na samym początku spaceru sfotografowałam interesujący głaz. Okazało się, że jest to lawa poduszkowa z epoki ordowiku, która tak właśnie zastygła ok. 470 mln lat temu w zetknięciu ze słoną wodą:

Ardgillan (4)

Czytałam, że znaleziono go na wybrzeżu pod zamkiem i początkowo z powodu bliskości innych starożytnych artefaktów, takich jak w Newgrange, sądzono, że i ten kamień wyrzeźbiła ręka z przeszłości. Tymczasem jest to niemy świadek formowania się współczesnej Irlandii, w całości dzieło sił natury*.

W zasadzie przyjechaliśmy do Ardgillan pospacerować po ogrodach. I rzeczywiście były one piękne, chociaż i tutaj widać spustoszenie jakie zasiał brak wystarczającej ilości deszczu. Wiele posadzonych w tym roku i niezbyt ukorzenionych roślin ledwo zipie, a mieszkaniec zamulonej fontanny, jeśli takowy jest, zapobiegliwie chował się przed naszym obiektywem.

Ardgillan (5)

Ogrody są podzielone na kilka części. Oprócz sporych rozmiarów ogrodu różanego, jest ogród za murem, który pierwotnie był po prostu przydomowym ogródkiem zapewniającym stałą dostawę prowiantu dla kuchni. Dzisiaj znajduje się w nim kolekcja wonnych ziół, które przyciągają pszczoły, trzmiele i motyle, najzwyczajniejsze warzywa, starannie zasadzone krzaczki  różnokolorowych porzeczek, agrestu, stare odmiany irlandzkich jabłoni.

Te na zdjęciu poniżej to dzikie jabłonie, malus sylvestris, crann fia-úll, które do dzisiaj można znaleźć na całej wyspie, na pastwiskach lub przygarnięte przez gęste żywopłoty. W przypałacowym (podzamkowym? przydworkowym?) ogrodzie rosną zaopiekowane w efektownych, niskich espalierach.

Ardgillan (6)

Najbardziej rozbroiła mnie chowająca się w cieniu szałwia z tymiankiem i dumnie majtający na wietrze koper za którym chwilę później ukazuje się spacerowiczom widok na morze zza ogrodowego muru.

Dom, na wyrost nazywany zamkiem, nadal żyje. Na parterze ustawia się kolejka do kawy i ciastka, na obrusy czasem rozleje się trochę popołudniowej herbaty, w kątach podłogi i załamaniach krzeseł chowają się okruszki jedzenia. Czasem ktoś przetrze kurze, a czasem nie, co pewnie bardzo cenią sobie lokalne pająki. Ludzie wychodzą z napojami na ogród przed domem i walczą z podmuchami wiatru kradnącymi papierowe serwetki. Dzieci piszczą na widok wróżkowych domków i przechodzą w te i wewte przez niski, frontowy murek. Po kawie z ciastkiem uczyniliśmy podobnie przechodząc okrakiem przy zamkniętej na kłódkę bramce, w końcu nadal jesteśmy przed maturą. Dzieci siedzące na murku spojrzały na nas znacząco …

Ardgillan (7)

Teraz, gdy wieczne wakacje mam przerywane pracą i czasem dowiaduję się że pracuję, jak przed chwilą, z dnia na dzień, jeszcze bardziej cieszą niedalekie wyprawy. Warto wykorzystać każdy promyk słońca, bo już noce zaczęły się robić chłodniejsze, szpaki zaczynają się zbierać na narady i nie wiadomo kiedy będzie następne lato latem. Zresztą mam nowe rybaczki, mam kapelusz, trzeba ponosić … 🙂
_______________________________________________
* taka mądra nie jestem, że sama z siebie to wiedziałam, zajrzałam tutaj:

  1. The Geological Heritage of County Fingal.
  2. Geological periods in irish history.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Rózia.

To gdzie ja skończyłam? Doszliśmy do momentu „dwa w zupełności wystarczą”. Poznałeś więc bezoką Niunię z komórki cioci Basi. W ostatni poniedziałek zadzwoniłam do taty i okazało się, że zastałam rodziców jak chodzą po cmentarzu. Kilka godzin wcześniej dowiedzieli się, że ciocia Basia zmarła jeszcze w marcu. Ktoś tam, po drugiej stronie telefonu sprezentowanego cioci dziwił się zapewne, jak to telefon dostaje doładowania z nieba. Rodzice chodzili wypatrując grobu bez krzyża. Smutne to …

* * *

Ale miałam Ci pisać o tamtym październiku. Październik 2013 był słoneczny, od strony południowo-zachodniej mamy piękny żywopłot w którym mogą się chować wróbelki …  prawdziwy busz dla małych drapieżników. Tata zauważył, że w słoneczne popołudnia w wytuptanym w zeschłych liściach gniazdku przesiaduje w tym żywopłocie kot. Początkowo myśleliśmy, że to kot sąsiada. Maciej nie alarmował nas o najeździe wrogich darmozjadów, więc uznaliśmy, że flanki są odpowiednio zabezpieczone. Dopiero po jakimś tygodniu sprawa zaczęła nas intrygować zupełnie poważnie. Nie, kot sąsiada, też trójkolorek, podobny, ale to nie ten. Przyłapałam naszego nowego kolegę jak pochłaniał z tragiczną miną zeschniętą mysz podrzuconą przez Macieja. Kota był w złym stanie, miał podrapany nos i ogólnie marnie wyglądał. Po wywiadzie środowiskowym, że nie wiadomo czyj, tata zaczął zostawiać mu jedzenie, ale nieufne stworzenie nie dawało się nikomu złapać w celu bliższej inspekcji – ani jemu, ani sąsiadce, Dobremu Człowiekowi. Aż do pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z miasta – wysiedliśmy z samochodu a on miaucząc wybiegł z żywopłotu i z entuzjazmem poszedł z nami do domu, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. W domu odkrył, że nie tylko są już u nas dwa koty, ale na dodatek w kuchni mieszkają Dziewczynki. To złamało mu trochę serce. Znalazł sobie jednak miejsce na krześle pod stołem i tam postanowił się na nas za to gniewać.

Rózia VIII.2015

Do momentu przewiezienia kota do naszej ulubionej wetki nie wiedziałam, że trójkolory to głównie dziewczynki. Rózia była przeziębiona i dystyngowanie pokichiwała, co okazało się galopującym zapaleniem płuc. Leczymy więc, tępimy pchły, sterylizacja o mały włos ją zabija. Rose była wtedy młoda, mogła mieć ze dwa lata, ale miała też wypadające zęby, zapalenie dziąseł, łysą bliznę na plecach. Nieudana mieszanka rasowa? Trudno powiedzieć. Jest uczulona na anestetyki, z każdym zabiegiem trzeba u niej ostrożnie, taka nasza kocia dziewczynka, bardzo delikatna, jasny puszek smutku. Nasz dom stał się jej domem początkowo ostrożnie i trochę dramatycznie. Minęły tygodnie zanim doczyściła blady, ciągle zabrudzony nosek, przez kilka pierwszych miesięcy wylizywała sobie futerko tak mocno, że łapki i brzuszek wyłysiały. Diagnoza: nerwy. Potrzebny spokój, cisza, dobra, najlepiej mokra karma.

Rózia II 2017

Idzie nam wspólnie piąty rok, nam, bo przecież ja też tam w mojej głowie nadal trochę mieszkam. Rózia, kot tak spokojny, że prawie go nie ma, wychodzi wolno na dwór, ale prawie zawsze trzyma się ogrodu, nie nęcą jej atrakcje wielkiego świata. Od kocich mieszkańców domku pod lasem woli kolegę, którego sama sobie wybrała, kota Dobrego Człowieka. Przechodzi więc przez płot, żeby pobawić się z nim na wewnętrznej drodze. Do sąsiada vis-a-vis biegnie przez inną drogę, żeby w ogródku zrobić mu kupę. Lubi długo patrzeć w jedno miejsce, czasem o czwartej nad ranem budzi domowników pomrukiwaniem do siebie „Popacz, widziałam liska, pod moim żywopłotem chowa się lisek” i nie wiem jak ona to robi, bo wypatruję tego leśnego patrolu i gdyby nie Rózia w życiu nie dostrzegłabym przemykającego pod płotem zwierzątka. Jej miauczenie brzmi trochę jak pobekiwanie bardzo małej, niezadowolonej owieczki. Czasami wyprowadza Niunię na spacer, wyprowadzanie polega na tym, że Niunia ma szeleczki, a Rózia goni za końcówką od smyczy, a gdy dogoni trzyma ją nieustępliwie łapką. W lepsze dni podryguje bawiąc się sama ze sobą słomką albo kłębkami kurzu, w wiele innych filozoficznie spogląda w dal lub leżakuje zawsze gotowa do śledzenia uchem poruszających się obiektów. Interesuje ją psychoterapia analityczna, choć nie chcę tu wyprzedzać innej historii. Zdarza się, że w bardzo upalne noce zostaje na dworze, ale jest raczej kotem domowym – nawet najmniejsza kropla deszczu przeszywa jej nikłe, puchate futerko na wskroś. Jeden z niewielu kotów, który od zwijania się w rogalik woli spać na wprost z czułkiem wtulonym w coś miękkiego, a gdy w takiej pozycji dotknąć jej aksamitnego uszka, podrywa łepek i z jeszcze zamkniętymi oczami mówi „emmmmrrrrrr?”. Nasza Rózia. Od czasu do czasu snujemy przypuszczenia kim mogła być wcześniej i opowiadamy sobie historię w której miła staruszka umiera i niewdzięczna rodzina wyrzuca Rózię na tułaczkę po świecie. Jak było nigdy się już nie dowiemy, zresztą gdyby któregoś dnia złoczyńcę ruszyło sumienie gotowi jesteśmy łgać, że biała chmurka jest z nami od zawsze. Nawet ją o to pytałam, czy nie chciałaby wrócić tam skąd przyszła. Ale ona już dawno postanowiła. Tu jest mój dom i tutaj będę sobie mieszkała, może było coś wcześniej, ale nie pamiętam.

Rózia V.2014