Archiwa miesięczne: Październik 2018

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach”, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście”, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić”. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy”.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Reklamy

Poniedziałek w hrabstwie Wicklow.

Ale nie ten wczorajszy poniedziałek, tylko poprzedni, gdy nie było jeszcze tak dyniowo. Dzień wcześniej byliśmy na północy, tym razem pojechaliśmy bliżej, na południową stronę Dublina, skąd już tylko rzut beretem do gór Wicklow. Opowiem Ci o tym najszybciej jak się da 🙂 …

… tak więc, w dolinie pomiędzy górą Djouce i Górą Cukru, Great Sugar Loaf,  znajduje się najwyższy całoroczny wodospad Irlandii, Eas Chonaill, wodospad na rzece Dargle, An Deargail. Prosz bardzo:

Powerscourt Waterfall collage

Zdjęcia z rąk Kraciastego. Historia mówi, że w sierpniu 1821 roku właściciel Powerscourt, którego wodospad był częścią, postanowił podczas wizyty króla Jerzego IV w Irlandii zrobić małe przedstawienie przyrodnicze. Zatamował wody wodospadu, aby móc je spektakularnie zwolnić, gdy król będzie razem z nim podziwiał ogromny potok stojąc na moście zbudowanym na dole. Piąty wicehrabia pomysł miał mocarny, na szczęście król z jakichś powodód nie opuścił bankietu w posiadłości. Gdy wody rzeki Dargle uwolniono spiętrzona fala zmyła most w kilka sekund. Szansa zmiany historii, jak widać, nadarza się każdego dnia 🙂

A tak w ogóle nazwa rzeki Dargle oznacza małą, czerwoną plamę – nawiązanie do koloru, którym upstrzone są znajdujące się w niej kamienie.

Wspomniałam o właścicielu posiadłości, jest i posiadłość. Oto ona:

Powerscourt Estate (6)

Uważam, że wielkością trudno ją porównać z Castle Ward. W moim odczuciu to gigant. Powerscourt ma długą historię, już w XII wieku stał tu zamek, który został zupełnie przebudowano w XVIII wieku. Wtedy też pojawiły się przeróżne odniesienia architektoniczne, między innymi do stylu włoskiego, a przez XIX wiek przebudowywano ogrody wg wówczas panującej mody. Oczywiście są więc różne mitologiczne golasy:

powerscourt estate collage

Tarasy wychodzą na staw z fontanną i wspaniały widok na kwarcytową Górę Cukru, która na tym wieczornym ujęciu chowa się za drzewem po prawej stronie:

Powerscourt (3)

Jest ogród „za murem”, jak to zwykle bywa w takich posiadłościach. I są w nim róże:

Powerscourt Estate (2)

Jest część angielska, z  pięknym starodrzewem.

Powerscourt Estate (3)

W 1908 roku na miejscu podsuszonych topielisk stworzono w obniżonej niecce ogród japoński. O tej porze roku mieni się kolorami. Podobno było to ulubione miejsce do robienia niewielkich, rodzinnych imprez:

Powerscourt (2)

Zaskoczyła mnie wiadomość wyczytana w sieci, że w XX wieku Powerscourt Estate spłonął – została z niego właściwe skorupa murów bez dachu, która straszyła przez następne 20 lat. Jakoś nie wyłapałam tego słuchając audioprzewodnika. Pożar zaczął się na poddaszu i służąca wspominała, że udało się jej wynieść całą porcelaną miśnieńską, którą zawsze planowała obejrzeć, ale gdy była w pracy nigdy nie miała na to czasu. 🙂

Jedno miejsce w parku wydało mi się szczególnie urokliwe. Pomiędzy kwitnącymi wiosną azaliami i rododendronami, na tyłach ogrodu za stawem założono cmentarz dla zwierząt. Psy, konie, ale również ten grób:

Powerscourt Estate (4)

To miejsce spoczynku dwóch krów, Eugienii i Księżniczki. Pierwsza była rudawą krową z Jersey, druga długowłosą panienką szkockiej rasy Angus. Co o tym myślisz? Wiem, że na terenie parku nadal można zobaczyć wolno pasące się zwierzęta, chociaż my nie mieliśmy szczęścia, żeby przywitać się z końmi. Boncho, Giddy i Glencree czasami skubią trawę niedaleko parkowego stawu.

Zmarzłam tego dnia. Zmarzłam, ale jeszcze w drodze powrotnej uśmiechałam się na myśl o krowach, które zostały zapamiętane. Ludzie sortują w swojej głowie świat w różnych szufladkach i bywają zaskoczeni, gdy coś się nie mieści w żadnej. Od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że nie powinnam mówić, że zwierzę umiera, ponieważ umiera człowiek, a zwierzę zdycha. Czyż kultura nie jest zmyśleniem? 🙂

Powerscourt (4)

PS. Kraciasty, śliczny ten rudzik filujący na Ciebie czujnie jednym okiem 😀 , więc go pożyczam i teraz będzie patrzył na wszystkich Czytelników.

Niedziela w hrabstwie Down.

Niedziela Dundrum Castle

Przyszedł czas, żeby opowiedzieć Ci bardzo rozwlekle o jednodniowej podróży. Na górze masz kawałek panoramy widocznej z ruin Dundrum Castle. Pojechaliśmy tam w zeszłą niedzielę.

Plan był inny. Poinformowani przez internet o dobrej pogodzie chcieliśmy się wybrać znacznie dalej na północ, aż za przeprawę promową do Portaferry. Po drodze słońce było takie piękne, że zdecydowaliśmy o zajechaniu do zamku w Dundrum, żeby stamtąd popatrzeć na góry Mourne. Na co dzień obserwujemy je od południa, tym razem zaszliśmy je od tyłu:

Niedziela góry Mourne widziane z Dundrum Castle

Ten Dundrum Castle (bo jest jeszcze drugi, w republice) w hrabstwie Down w Irlandii Północnej został zbudowany na przełomie XII/XIII wieku przez anglo-nomańskiego rycerza, Johna de Courcy.  To co z zabytku pozostało jest obecnie pod opieką National Trust, organizacji użyteczności publicznej, która zajmuje się ochroną dziedzictwa narodowego Zjednoczonego Królestwa.

W ruinach zamku schody na główną wieżę były niestety zamknięte, ale i z resztek murów obronnych widok na okolicę rozpościerał się wspaniały. Mieliśmy zresztą tego dnia wyjątkowe szczęście do przejrzystości powietrza, Kraciasty wypatrzył na horyzoncie wyspę Man zanim jeszcze zdołaliśmy wdrapać się na ruiny.

Następny przystanek był jakieś 16 mil na północny-wschód  – posiadłość o nazwie Castle Ward. Miejsce pewnie jest znane miłośnikom „Gry o tron”. Oboje nie oglądaliśmy serialu i nie mamy o niczym pojęcia, na wstępie więc poszliśmy spokojnie na kawę, potem obejrzeliśmy dom trochę z wierzchu, trochę od środka.

Niedziela Castle Ward 1

Gdy patrzę na to zdjęcie uświadamiam sobie jak jest jesiennie. Lato było suche i Irlandia szybko wyblakła, a teraz, zanim ponownie wszystko zdążyło się zazielenić, znowu trzeba zrzucać liście 😦

Zabytkowy dom pod Strangford jest otoczony zielonymi polami starannie przystrzyżonymi przez grazing animals – konsumpcja trawy przez krówki odbywa się cały czas. Podoba mi się ten zwrot, powtarzałam go sobie w głowie przez dalszą część podróży wiele razy, grazing animals, grazing animals.

Castle ward grazing animals

Bardzo dziwny to dom, XVIII-wieczny, z jednej strony klasycystyczny (z tej która wita turystów zajeżdżających na parking), od tyłu z gotycką ścianą.

Niedziela Castle Ward 2

Za to wnętrza są raczej wiktoriańskie, z ogromną liczbą bibelotów. I element, który kocham do szaleństwa w wielkich domach: nie po raz pierwszy okna chujowej pani domu:

Niedziela Castle Ward wnętrza (1)

Meble w pociemniałym drewnie, na nich mnówstwo przedmiotów z różnorodnego materiału: szkła, skóry, marmuru, istna rupieciarnia XIX-wiecznego zbieractwa. W jednym pokoju martwe owady przyszpilone w tych ramkach od ponad stu lat  …

Niedziela Castle Ward wnętrza (2)

… w jadalni porcelana jakby zastawiona przed chwilą przez służbę, która z niewiadomego powodu zniknęła. Naokoło białe golasy, ukryte drzwi, tykający zegar …

Niedziela Castle Ward wnętrza (3)

… a pomiędzy tym w różnych miejscach domu wypchane zwierzęta. Mnie zachwyciła sowa z białą szlarą w kształcie serca, która spod klosza przygląda się światu swoimi szklanymi oczami. Nie zapamiętałam twarzy ludzi z portretów, za to zastanawiam się czyje było to kopytko u stóp płomykówki:

Niedziela Castle Ward wnętrza (4)

Trafiliśmy akurat na darmowe zwiedzanie (zupełnie niechcący), dostępny był jednak tylko parter budynku na którym przywitał nas i pożegnał wypchany niedźwiedź. W prawie każdym pomieszczeniu stały panie, które chętnie opowiadały co widać tu i tam. Pewnie gdy do nich dotarliśmy mówiły to już dwadzieścia razy, pomimo tego były miłe i zaangażowane. Ostatnim prywatnym właścicielem tego miejsca był Maxwell Ward, szósty hrabia Bangor – zapach jego fajki można nadal poczuć w pokoju umiejscowionym w gotyckiej, tylnej części domu.

Poniżej dom od gotyckiej strony:

Niedziela Castle Ward naokoło (1)

… i sielankowa cisza. W tych warunkach wydaje się aż nierzeczywiste, że w przeszłości tą wyspą szarpało tyle sąsiedzkich konflików. Jeszcze w  latach 70-tych na terenie parku z powodu przedwczesnej eksplozji ładunków wybuchowych zginęło dwoje młodych radykałów z Prowizorycznej IRA.

Sam spacer po parku również był niezwykle przyjemny – sporo w nim zwierząt, dużych i drobnicy, przede wszystkim nie do przeoczenia jest krowie pastwisko, ale w małej zagrodzie znaleźliśmy też inne stworzenia, takie jak te trzy kózki, które akurat stanowczym meczeniem wyprosiły podwieczorek i nie miały ochoty na pozowanie do pamiątkowych zdjęć. Kim, Missy i Marley:

Niedziela Castle Ward naokoło (2)

A skoro już zdanie o „Grze o tron” się rzekło, zaszliśmy także do wieży, która zagrała coś tam w którymś tam odcinku. Ponieważ nie wiem jak i co, weszłam na górę i skupiłam się na okienku:

Niedziela Castle Ward naokoło (3)

W przechadzce cały czas towarzyszył nam taki jesienny krajobraz jak poniżej. Jeszcze ciepło, jeszcze tli się w drzewach nadzieja, że to chwilowy kryzys:

Niedziela Castle Ward naokoło (4)

Po wizycie w Castle Ward było już dość późno. W drodze powrotnej do republiki zajrzeliśmy do miejsca, gdzie wg legendy pochowano patrona Irlandii, św. Patryka. Downpatrick jest stolicą hrabstwa. Centrum św. Patryka było już o tej porze zamknięte, ale my byliśmy zainteresowani dotarciem do katedry i cmentarza. Urzekła mnie ta scena w zachodzącym słońcu – dwóch mężczyzn, jeden dużo starszy i o lasce, stojących nad czyimś grobem:

Downpatrick 1

Jak widać, w Downpatrick już ścigaliśmy się ze zmierzchem. Dopiero później okazało się, że sfotografowani panowie stali nad kamieniem Patryka. Zanim tam zaszliśmy, po raz kolejny rzuciliśmy okiem na wspaniały widok na góry Mourne:

Downpatrick (1)

Vis-a-vis tego widoku w ostatnich promieniach jesiennego słońca katedra św. Trójcy …

Downpatrick (4)

… miejsce o długiej historii, choć nie tak znowu antycznym kamieniu – np. jej neogotycka wieża jest z początku XIX wieku. W XIII wieku kościół został zniszczony przez trzęsienie ziemi, w XIV spalony przez Edwarda de Bruce’a, a w XVI pełnił funkcje stajni. W czasie skomplikowanej historii swoich renowacji wchłonął w siebie część innego kościoła, opactwa benedyktynów, czarnych mnichów z Down.

Zawsze warto spróbować otworzyć drzwi, ale tego dnia były dla nas zamknięte. Innym razem 🙂

Poniżej natomiast wspólny grób św. Patryka, oraz czerwone spodnie Kraciastego. Robiłam te zdjęcia  myślą o pewnym blogerze, który kocha Irlandię. Celcie, mam nadzieję, że dorzucisz tu jakiś link z legendami o św. Patryku jako dopełnienie naszej podróży:

downpatrick collage

Wspomniałam już wcześniej o Johnie de Courcy. To on jest odpowiedzialny za to, że pod jednym kamieniem wg  tradycji spoczywać mają św. Patryk, św. Brygida z Kildare i św. Kolumba, opat z Hy, czyli irlandzka trójca cudotwórców. Oczywiście trzy te postacie są obrosłe legendami i dzieli je od naszych czasów 1500 lat historii, trudno jest więc z pewnością dziś powiedzieć, kto i dlaczego leży tu gdzie leży. Jest to jednak znamienny grób, irlandzki w swojej zwykłości duży kamień, bez żadnych kolorowych szkiełek i innych pierdolników.

Pomimo galopującego zachodu, pod Newcastle zaliczyliśmy (przed)ostatni zjazd z trasy do domu. Skusił nas Murlough National Nature Reserve, pierwszy rezerwat przyrody na terenie Irlandii. Od 6 tys. lat znajdują się tutaj wydmy piaskowe. Nie zagłębiliśmy się w nie wystarczająco, chociaż wiem, że można tu długo spacerować podpatrując lokalne uskrzydlone i futrzaste stworzenia. Wieczór był coraz chłodniejszy, a my grzecznie, pomiędzy wydmami podskakiwaliśmy drewnianym szlakiem …

Murlough (2)

… rozglądając się naokoło i wypatrując grazing animals, które, a jakże, pojawiły się na horyzoncie w postaci wszędobylskich krówek. Czytałam gdzieś również, że w charakterze kosiarek są używane kuce z Exmoor …

Murlough (3)

… przede wszystkim jednak naszym celem było morze. Teraz, gdy to piszę, przypomniało mi się, że w lewej kieszeni granatowego  płaszcza nadal śpią zapakowane w chusteczkę dwie karbowane, białe muszle małży znalezione tego wieczora.

A szliśmy po ten widok – Slieve Donard przyglądający się sam sobie w lusterku na plaży:

Murlough (1)

Ogryzek Księżyca patrzył na nas już od jakiegoś czasu, a Słońce zachodziło, gdy zmierzaliśmy w kierunku Dundalk, tego miejsca, gdzie zginął Edward de Bruce w bitwie z Birminghamem. Czekała tam na nas herbata z miodem i odgrzany, sobotni obiad. Bardzo to było miłe. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy o filmie widzianym poprzedniego wieczora i off we went, kontynuacja podróży do domu. O rany, to już powiedziałam Ci prawie wszystko, co chciałam. Pisałam to z doskoku, bo jestem ostatnio w jakimś mentalnym niedoczasie. Dzisiaj jest piątek, ale coś tak czuję, że następny post będzie o poniedziałku.

A Ty, jak zwiedzasz?
Wyjazdy zorganizowane przez biuro czy raczej na własną rękę?
Daleko czy blisko?
Co w zasadzie wtedy robisz? Też się szwendasz tak jak my?

Kler Smarzowskiego.

Kler Braciak

Byłam, zobaczyłam. Zazwyczaj nie piszę tutaj o modnych filmach na które walą tłumy, bo mam długą listę ciekawych rzeczy do obejrzenia i każda czeka na moją osobistą weryfikację hot or not. Poza tym nie przepadam za entuzjazmem świeżego tłumu popkornożerców i colowciągaczy. Gdy idę na coś niemodnego, jest większa szansa, że ludzie nie przychodzą się tylko nażreć i naśmiecić.

Sytuacja była o tyle wyjątkowa, że to mój pierwszy seans filmowy w irlandzkim kinie. I to traktuję jako podstawową motywację. Oczywiście wiem, że „Kler” bije w Polsce rekordy box office’u, mam internet, czytam co ludzie piszą. Wczoraj o osiemnastej w Dundalk widownia była wypełniona, wydawało się nawet, że cała miejscowa polonia przybyła,  ani jednego wolnego miejsca, nalot na kino w grupach, ludzie pozdrawiali się nawzajem.
I jak było?

Trailer zapraszał na inny film – miało być śmiesznie lub, jak kto chce, obrazoburczo. I owszem, pierwsza scena to ta, którą znamy z zapowiedzi. Trzej panowie piją do piosenki Kultu. Potem jednak robi się coraz smutniej. Krótka recenzja mogłaby brzmieć tak: przygnębił mnie ten film. Warto dodać na samym początku: nie jest to film ani o wierze, ani o którymkolwiek bogu. I skoro to już mamy wyjaśnione … miałam w wyobraźni jakiś tam obraz czy listę życzeń tego, co może pojawić się na ekranie. Np. wyobrażałam sobie koncert aktorski w wykonaniu pana Gajosa. Jego Morda jest mordą wszystkich mord. Mordowicz to wspaniała personifikacja sapiącego biskupa wygłaszającego okrągłe przemowy w stylu „lata spędzone w służbie Maryi przeżyłem w ubóstwie …”. Przy okazji obwieszczanych przez filmowych duchownych formułek – momentami odnosiłam wrażenie jakby były żywcem wycięte z medialnych wypowiedzi. Nie pokuszę się teraz o sprawdzenie, bo nie mam filmu pod ręką, ale zrobię to kiedyś, gdy będę miała go na dvd. Czy były to cytaty? Bo choćby po to, żeby usłyszeć jak brzmią w zestawieniu z obrazem cierpienia jednostki, warto było pójść na ten film. Ale wracając do aktorstwa, wyobrażałam sobie koncert gry Gajosa, dostałam cielesność i nie narzekam. Jakubik i Więckiewicz zagrali krwiste postacie i to oni w zapowiedziach są gwiazdami „Kleru”. Nie dajmy się jednak zwieść 🙂 Zamiast napadu na wiarę, który niejeden jej fałszywy obrońca chciałby tu wytropić, dostrzeżmy psychologiczną prawdę, której jest tu sporo. Dwóch z trzech księży, chociaż zło czynią, są postaciami pozytywnymi, bo niewiele jest w życiu rzeczy czarno-białych, a już z pewnością nie o takich rozprawia ten film. Jednym ze sposobów radzenia sobie z byciem ofiarą jest naśladowanie kata, przejście na jego stronę mocy. Trzeba tylko stać się bezdusznym. To co mnie zachwyciło, to Braciak grający księdza dorastającego w miejscu do złudzenia przypominającym zabrzański ośrodek wychowawczy osławionej siostry Bernadetty. Jeśli dopiero na film się wybierasz, patrz na jego twarz, nie spuszczaj jej z oczu. Tylko silni i ambitni docierają do Watykanu.

Jeśli chodzi o reakcje publiczności, dwie rzeczy. Odnosiłam wrażenie, że część widowni na takie filmy nie chodzi, a gdy już pójdzie to gorączkowo szuka w nich czegoś zabawnego. Bo tak odbierałam chichoty, gdy któraś nobliwa postać na ekranie przeklęła. Podsumowanie jednego z widzów pod napisy końcowe: no i nic takiego nie było – w sensie nic kontrowersyjnego. Inaczej mówiąc: wszyscy wiedzą, że duchowieństwo obraca wielkimi pieniędzmi i uczestniczy w podejrzanych przetargach, festiwal tego typu zachowań jest jawny, parę miast z nich słynie. Wszyscy wiedzą, że są przypadki przemocy, pedofilii, co łaska, zwykłego zdzierstwa, chamstwa, pogardy. No i nic takiego nie było – wisienka na torcie tego seansu. Wszyscy wiedzą i nic z tego nie wynika. Czy to nie jest najsmutniejsza rzecz jaką można usłyszeć w takim kontekście?

To tyle na szybko, bo wrażenie siedzi mi w głowie, chociaż w międzyczasie kończy się cudowna niedziela o której więcej napiszę w tygodniu. Jeszcze dzisiaj przy okazji herbaty u znajomych analizowaliśmy różne wątki ostatniego filmu Smarzowskiego. Myślę, że to zawsze jest radość dla twórcy, gdy wsadzi kij w mrowisko na tyle, że ludzi to rusza w tym świecie w którym niby widzieliśmy już wszystko. Film nieobojętny.

Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Październikowa galeria Highlanes.

Highlanes Gallery Drogheda 1

To miejsce możesz już znać, byłam tutaj i nawet pokazywałam zajawki sierpniowej wystawy. W deszczowym poście przeczytasz trochę informacji o galerii Highlanes, niedużym miejscu przytulonym do gwarnej jadłodajni, wymoszczonym w byłym kościele franciszkańskim. Kontakt z kulturą jest tu za darmoszkę, w drzwiach powita Ciebie jakaś dyżurująca osoba, która zaproponuje informacyjne wydawnictwa albo plakaty. Nie wiem czy to taki zwyczaj, ale po raz drugi widzę, że na balkonie jest coś lekkostrawnego, natomiast główna sala, ta z ołtarzem, wystawia współczesnych, irlandzkich twórców – patrzeć tutaj trzeba chcieć i lubić 🙂

highlanes texaco competition

I tak obejrzałam wczoraj dwie wystawy. Najpierw podsumowanie konkursu 64th Texaco Children’s Art. Prace był nagrodzone w sześciu kategoriach wiekowych oraz dodatkowo w kategorii dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – wszystkie tegoroczne wyróżnienia możesz obejrzeć pod linkiem. Uwierzysz, że środkowy, bardzo szczegółowy rysunek dziewczynki robiącej bańki mydlane narysowała 12-latka z Dublina? Podziw miesza się u mnie z odrobinką smolistego dziegciu. Gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce odgruzowywałam biurko, znalazłam na jego dnie trzy szkice. Szczególnie zaskoczył mnie mój autoportret, lustrzane odbicie machnięte z natury, przysiadłam do niego ot tak, bez minimum choćby ćwiczenia, a jednak proporcje są niezłe, kreska zaskakuje poradnością. I tu część, która mi zalega – nigdy nie byłam dość wytrwała, żeby wznieść się ponad swój twórczy perfekcjonizm przemieszany z lenistwem. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym się była uczyła, byłabym wybitną pianistką 😀 jak to mawiała o sobie Lady Katarzyna de Bourgh w pewnej klasycznej powieści. Gdybym ćwiczyła, rysowałabym teraz jak ta 12-latka. I to byłoby coś. Kto wie … może jeszcze będę. Chcę, choć drżę na myśl o tych wszystkich ohydnych, nijakich dziełach, które mogę po drodze popełnić.

collage highlanes texaco competition

Portrety, autoportrety, pejzaże, zwierzątka – twórczość najlepszych musiała być naprawdę czasochłonna, niektóre obrazy zdradzają talenty impresjonistyczne autorów, ich naturalnie harmonijne postrzeganie kolorów. Konkurs Texaco ma już niezłą historię – po raz pierwszy, pod inną nazwą, odbył się w 1955 roku w trudnej do wyobrażenia Irlandii, rządzonej przez księży, słabo skomunikowanej, poza stolicą straszliwie prostej i biednej. Czytam, że obecnie do konkursu jest zgłaszanych nawet 40 tys. prac każdego roku, można więc powiedzieć, że pełni rolę kulturotwórczą. I przypuszczam, że kierunkuje przyszłość niektórych uczestników.

Wystawa w listopadzie przenosi się do Cork. Może jeszcze zdążymy z Kraciastym wpaść tam razem, ot tak sobie, przy jakiejś okazji 🙂

Tymczasem na dole, na prawo od ołtarza, w czerwonej wnęce w której ostatnio widziałam niepokojące maziaje Rity Duffy, na trzech ścianach są przyczepione identycznej wielkości kartki z samoopisami. Trzy rozdziały  życia: „not sorry”, „master of my universe” i „trying to behave”.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (1)

To tutaj spędziłam większość czasu, czytając jak ludzie w różnym wieku, zapewnieni, że ich wypowiedzi będą anonimowe, dokańczali zdanie zaczynające się od „I am” – Jestem … Samoopisy bazują na Teście Dwudziestu Stwierdzeń Manfreda Kuhna, są efektem zainteresowania autorki psychologią.

Just a bit extraordinary … taki tytuł nosi wystawa Theresy Nanigian – oprócz słów także zdjęcia, portrety osób w różnym wieku, patrzące w obiektyw, tańczące. To jest w zasadzie kompilacja trzech innych wystaw, których tytuły już wspomniałam.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (2)

Zazwyczaj, gdy wchodzę na bloga lub inny profil, czytam samoopis, który oczywiście w mniejszym lub większym stopniu jest autokreacją. Wiem, że nie dowiaduję się z niego jaki jest człowiek, raczej zyskuję wiedzę jak chciałby być przez innych widziany. Niektóre opisy blogerskie brzmią jak nęcące teksty z biur matrymonialnych. No i dobrze, każdy pisze jak umi …

Highlanes Gallery Drogheda 2 (3)

… czytając samoopisy z instalacji Nanigian ani razu nie poczułam niechęci do autora wypowiedzi, bez względu na to ile w nim było niepodobieństwa do mnie samej. Szczerość, prezentacja za którą nie ma żadnej nagrody budzi natychmiastowe współodczuwanie w stosunku do drugiego. A przynajmniej tak poczułam. Wyszłam stamtąd w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nasze światy czasami się dotykają i jesteśmy wszyscy jak tańczące na wietrze, mydlane bańki.

Autorka jest postacią zdecydowanie nietuzinkową. Menagerka z Bostonu, która na pewnym etapie życia postanowiła wziąć sobie do serca swoje własne rady i zdecydowała, że jeśli teraz nie zacznie być artystką, o czym zawsze marzyła, to kiedy? 🙂 Z ogromnego zdjęcia patrzyła na mnie kobieta z czerwonymi ustami, wyprostowana jak stara arystokracja, osoba, której niestaranną kreskę wokół oka uznałam za coś zupełnie na miejscu, działanie zamierzone. Takim widokiem galeria mnie pożegnała, jeszcze tylko mała ankieta, czy mi się podobało i skąd jestem. Podobało mi się, jestem stąd 🙂

Tak że ten … przedpołudniowy wtorek uaktywnił mi tęsknoty za byciem twórczą i błyskotliwą. A miałam na sobie akurat mundurek pracowniczy, niezupełnie doprany. Tzn. góra obleci, ale spodnie trzeba już dać do pralni chemicznej. I piszę to wyprzedzając komentarze, że w galerii byłam, bo mam czas i szczęście. Galerianka taka. Czas faktycznie miałam, bo do zmiany popołudniowej były dwie godziny. To sobie poszłam w nie za czystych spodniach.

Piszę to wszystko spod kordełki, bo ostatnio w mieszkaniu bardzo marzną mi stopy, paluszki mam jak sople lodu. I tak zastanawiam się ilu czytających tutaj też chciało/chce być twórcami.

Co tworzysz?
Jakie talenty zakopałeś i teraz robisz dziurki pod drzewami w ich poszukiwaniu?
Kim jest według Ciebie artysta?
Kto jest artystą, a kto nie jest, może jakieś przykłady?