Archiwa miesięczne: Styczeń 2019

Wtorek w hrabstwie Meath.

Nim się człowiek obejrzy 1/12 roku już za nim. Zaczęliśmy go pięknie, bo spacerem nad morzem, a potem kontynuowaliśmy mniej pięknie, oboje ciężko przeziębieni. Pozytywy był takie, że kurowaliśmy się w Polsce. W styczniu zapoznaliśmy dwa koty, z czego jeden codziennie ostatnio wpada do nas na śniadania i obiady. A skoro tak, dostał kocie imię – Rysiu. W środku miesiąca Kraciasty prawie codziennie pracował, dopiero pod koniec stycznia mieliśmy trochę czasu na bezcelowe łażenie tu i tam …

We wtorek wyskoczyliśmy do Meath – niedaleko, hrabstwo po sąsiedzku. Zobaczyliśmy z bliska Slane Castle, siedzibę Henry’ego Mountcharlesa, ósmego markiza Conyngham:

slane castle 1

Dom z końca XVIII wieku, zaprojetkowany przez Jamesa Wyatta, James Gandona i Francisa Johnsona, nadal jest w prywatnych rękach, co jest fajne i niefajne. Niefajne, bo nie można po nim bezkarnie łazić, fajne, bo muzea pachną inaczej niż budynki zamieszkałe przez domowników. Nie za bardzo lubię zapach domów-muzeów. W listopadzie 1991 roku Slane Castle został mocno uszkodzony przez pożar (część od strony rzeki Boyne, nad którą leży zamek, została zupełnie strawiona przez ogień). Doprowadzano go do porządku z dziesięć lat i, jeśli dobrze rozumiem, obecnie  mogą go zwiedzać zapowiedziane grupy. Od 1981 obok zamku wielu znanych muzyków grało koncerty, w zasadzie kto nie grał … może tylko wspomnę, że był tu z koncertem David Bowie, bo jego płyty akurat słuchaliśmy w samochodzie w czasie podróży. W budynku został nagrana czwarta studyjna płyta U2 … pod tytułem, nomen omen, „Unforgettable Fire” (niezapomniany ogień). Jeden z klipów do piosenki „Pride (In the Name of Love)” pokazuje zamek sprzed pożaru:

Obeszliśmy dom z jednej strony i daliśmy sobie spokój z zachodzeniem do baru, który jest otwarty pod zamkiem. Zrobiły na mnie wrażenie te nowe-stare drzwi, wejście do cudzego świata:

slane castle 2

Na terenie posiadłości jest też możliwe zwiedzanie lokalnej destylarnii. We passed on this, either.

Na północ od Slane znajduje się miejsce na które zajechaliśmy wracając z zamku – wzgórze Slane, the Hill of Slane. Wg legendy na tym pagórku w roku 433 św. Patryk rozpalił ogień, aby sprzeciwić się królowi Lóegaire, który zakazał palenia ogni, gdy święty ogień płonął na wzgórzu Tara, the Hill of Tara (również znajduje się w hrabstwie Meath i pewnie za jakiś czas tam trafimy). Rzekomo był to więc płomień od którego św. Patryk rozpoczął chrystianizację Irlandii.

the hill of slane

Na tym niewielkim wzgórzu (158 m) jest teraz XIX-wieczny cmentarz, ruiny XVI-wiecznego kościoła-zakonu, a na zewnątrz cmentarnego muru pozostałości po przyklasztornej szkole z której kawałek po kawałku odpadają kamienie. Budynki opuszczono w pierwszej połowie XVIII wieku.

Będąc na miejscu nawet nie zauważylismy, że po drugiej stronie jest zarośniety drzewami kopiec, pozostałości XII-wiecznego grodziska, które zbudowała rodzina le Flemingów. Anglo-saksończycy rządzili tymi ziemiami najpierw stąd, potem przenieśli się nad rzekę Boyne i zbudowali swoją siedzibę dokładnie w miejscu, gdzie obecnie jest Slane Castle. Dopiero po zwycięstwie Wilhelma Orańskiego, ziemie przeszły w ręce protestanckiego rodu Conynghamów.

Drzewa na wzgórzu mają skrywać też inną legendę – miejsce spoczynku Sláine’a mac Dela, pierwszego króla Fir Bolg (Fir Bolg to lud, który wg średniowiecznego zbioru poezji i prozy „Lebor Gabála Érenn” był czwartą z sześciu grup osadników na wyspie). Wg legendy Sláine rządził tylko jeden rok, zmarł w Dind Ríg, w hrabstwie Carlow, a jego prochy spoczęły gdzieś tutaj, wiele lat przed tym, zanim św. Patryk bawił się zapałkami. Legendarny król jest pierwszy na liście High Kings of Ireland, wg datowania XVII-wiecznego historyka Geoffreya Keatinga, lata jego panowania to 1514-13 p.n.e.  – nic dziwnego, że kopiec mógł się trochę … przytrzeć.

Na koniec naszego wtorkowego włóczenia się po okolicy wróciliśmy do hrabstwa Louth … do rybnego sklepu w porcie, po dorsza i lokalny, domowy chowder, którym podzieliliśmy się z kotem. Sam sklep rybny nie jest może antyczny, ot zwyczajny, ze świeżym połowem i kociołkiem na zupę, którą pani rozlewa do piankowych kubków, dodając do każdego po kromce sodowego chleba. Ale miejsce, które wybrano na port również ma swoją piękną historię:

Seismic Collision The Birth of Ireland

Opływające go wody są zasilane przez lodowaty prąd z północnego Atlantyku, co czyni to miejsce krystalicznie czystym, idealnym do połowu skorupiaków. Pierwszy raz jadłam zupę rybną, jeśli nie liczyć wsiowej wody ze śledzia. Rysiu po dłuższym dmuchaniu i sprawdzaniu łapką temperatury, również pochwalił czałderek. Żeby zjeść, musieliśmy oczywiście dojechać do domu, najpierw żegnając się z widokiem ośnieżonych gór Mourne:

widok 29. stycznia 19

Zrobiliśmy to bardzo szybko, bo zimno było jak cholera. No ale sam powiedz … pięknie. Jeśli marzę o większym domu, to jeden niech będzie z takim widokiem z okna.

Reklamy

Jedno zdjęcie. Auschwitz.

Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, 17 czerwca 2013.

Tego dnia wyruszyliśmy o 6.30, najpierw obóz I, potem II w Brzezince. Gorąco, coraz goręcej, latały nad nami jaskółki i mewy, słońce rozświetlało ulice między budynkami, w środku dziwny chłód, sterty butów, walizek, przedmiotów należących do ludzi z przeszłości. Mówi się o takich rzeczach artefakty. Na szerokich polach Birkenau coś jakby do niektórych zaczęło docierać, jedna latorośl zemdlała. Nie zmienia to faktu, że w drodze powrotnej w autokarze leciała zabawa „powiedz samolot powiedz sa-mo-lot powiedz samo lot”, a Robert widział fatamorganę cepeenu.

auschwitz 2013

Oczywiste jest, że żyjemy. I że było wiele takich sytuacji, nie tylko w Europie, gdy „świat” mądry i pomocny, tak rozgadany na mównicach, nie zrobił nic, aby im zapobiec. To była moja pierwsza i jedyna do tej pory wizyta w tym miejscu. Gdzieś w obozie I rozstrzelano wujka mojego dziadka. W niedzielę minęło 74 lata od wyzwolenia Auschwitz, miejsca, z którego cywilizacja nie może być dumna. Wieczorem chciałam po prostu spokojnie obejrzeć jak wyglądały obchody. Poczulam fetor premierowskiego bąka.

Podstawowy błąd atrybucji.

W czasie ostatniego tygodnia przeczytałam w sieci u przyjaciół i nie-znajomych wiele emocjonalnych ocen. Sama nie za bardzo miałam motywację do wieczornego pisania, gdy Kraciasty ciężko pracował i wracał krętymi drogami późno w noc, poza tym polityczny serial gdański (morderstwo Adamowicza) naprawdę lekko mnie przygniótł. Temat błędów poznawczych narzucił się w końcu sam, i myślę, że będzie się przewijał w nowej kategorii w związku z różnymi wydarzeniami. Otwieram w ten sposób iluminacje. Iluminacje będą trywialne dla znawców tematu, jeśli jednak zachęcą kogoś do zgłębiania pojęć z zakresu psychologii lub filozofii, będzie mi … bardzo miło.

Co to jest ten podstawowy błąd atrybucji, fundamental attribution error, zapytasz? Jest to błąd w wyjaśnianiu zachowań innych ludzi, polegający na tym, że interpretując przyczyny zachowania, przeceniamy rolę wewnętrznych predyspozycji danej osoby, a nie doceniamy wpływu sytuacji. Zdarzyło Ci się kiedyś spóźnić na ważne spotkanie? Czy pomyślałeś wówczas, że wynika to z tego, że jesteś leniwą i lubiącą się spóźniać osobą? Sądzę, że raczej miałeś zupełnie racjonalne wyjaśnienie w postaci s y t u a c j i, która spowodowała, że nie mogłeś dotrzeć na czas. A teraz wyobraź sobie siebie w roli tego, kto na kogoś czeka. Co myślisz, w szczególności, gdy jesteś w stanie przywołać z pamięci kilka innych spóźnień tej osoby? To jest właśnie podstawowy błąd atrybucji. O ile potrafimy bardzo dobrze wytłumaczyć własne działania splotem okoliczności, które do nich prowadzą, o tyle powody działania innych ludzi upatrujemy w przyczynach względnie stałych, takich jak charakter czy osobowoś. Uważamy, że to jak inny człowiek się zachowuje pokazuje nam jaki on j e s t.

Co z tego wynika? Na przykład to, że jeśli ktoś popełni czyn zły i aspołeczny, jesteśmy skłonni sądzić, że dana osoba j e s t zła i aspołeczna, a gdy ktoś zrobi coś pożytecznego, jesteśmy skłonni do twierdzenia, że j e s t to dobra osoba (za pomocą efektu halo możemy też rzutować jedną cechę na inne – punktualność może być cechą wyjściową do naszego przekonania, że skoro ktoś jest punktualny to jest też przyjazny, uczciwy, tolerancyjny lub inteligentny).  Podstawowy błąd atrybucji łatwo wyprowadza nas w pole – w efekcie ufamy nie tym, którym powinniśmy ufać lub unikamy ludzi, którzy są w innych sytuacjach mili i pasują do nas charakterologicznie. Z drugiej strony, swoje zachowanie odrywamy często od cech własnego charakteru. Czyż nie mówimy raczej, że „ktoś” nas zdenerował, niż że „jesteśmy nerwowi” (co pozwala nam zignorować fakt, że obiektywnie faktycznie … jesteśmy nerwowi)? Nie przez przypadek piszę „my”, ponieważ nikt z nas nie jest wolny od tego błędu, co najwyżej możemy go korygować z pomocą samoobserwacji. Możemy też dać sobie spokój i w odniesieniu do pewnych jednostek mieć to w dupie 😉 Sama dokonuję różnych wyborów w tym temacie … w zależności od sytuacji 😀 Podstawowy błąd atrybucji nie wiąże się z niskimi kompetencjami społecznymi – jeśli go popełniasz nie oznacza to, że jesteś głupi. Dodatkowo, bardziej podatni są na niego ludzie wychowani w kulturze indywidualistycznej (a więc kulturze zachodniej), gdzie akcent z kontekstu przesuwa się na jednostkę. Czyć to nie jest interesujące? 😀

Ciekawa jestem, czy po przeczytaniu tej notatki przypominasz sobie jakąś niedawną sytuację, gdzie w Twoją ocenę mógł być wmieszany podstawowy błąd atrybucji. A efekt halo …? Ładny = inteligentny, szczodry = empatyczny? Myślę, że wielu Czytelników miało okazję przekonać się in a hard way, że to tak nie działa 🙂

* * *

Wojciech Fangor. E10 i E19 (rok 1966).
Zbiory Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Narodowe w Warszawie.

20190109_171754

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.

Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy” Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina” Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej” Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku” Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami” Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia” von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum” Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum” pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność” (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry” Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce” zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie” wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz” Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej” wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie” (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy” bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa”. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz”, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …” lub powtarzać „nie pij, nie pij” nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle”), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?