Archiwa miesięczne: Luty 2019

Poniedziałkowe Annagassan i Blackrock.

Chwilę mnie tu nie było, w międzyczasie Kraciasty poleciał na wschód, a ja przeszłam na obiady indywidualne i pasienie kota w pojedynkę. Bardzo dobre rzeczy się ostatnio powydarzały, wszystkiego w posta nie upchnę. O poranku porozdawano Oscary i pamiętam lata, gdy naprawdę interesowałam się tą nagrodą i rano nasłuchiwałam wiadomości. Przychodzi w życiu jednak taki czas, gdy ważniejsze jest nakarmienie kota 😀

drogheda walentynki

Powyżej rzeka Boyne i widok od strony miasta na XIX-wieczny most kolejowy Tarbhealach na Bóinne, wczasie budowy był siódmym tego typu na świecie, jeden z ówczesnych cudów techniki. Zdjęcie zrobiłam z mostu (po prawdzie to kładki dla pieszych) Hugh DeLacy. Ale fotka jest z walentynkowego czwartku i umieszczam ją tylko dlatego, że widok mi się bardzo podoba, a chcę Cię zabrać na spacer z  zeszłego poniedziałku …

… kiedy się człowiek włóczy w Walentynki to jeszcze jest jakiś przebrzydły argument, że lans na mieście, bo wszyscy się lansują 😀 Ale dlaczego wyleźliśmy z domu w poniedziałek, zamiast jak pambu przykazał siedzieć i się w tv gapić, tego, dajcież mi o bogowie, nie pomnę. W każdym razie wyjechaliśmy z domu na północ i minęliśmy domek o którym pisałam, że zrobił mi ciepło na sercu, bo jest w nim miejsce dla pieska:

domek po drodze

Kraciasty specjalnie zatrzymał w tym miejscu samochód, żeby zrobić parę ujęć – zobacz, jak dom jest wetknięty pomiędzy wąską drogą i skalistym brzegiem. Co kilka godzin podchodzą do niego wody Morza Irlandzkiego.

Droga prowadziła nas wybrzeżem przez Annagassan, Áth na gCasán, i nie chcieliśmy sobie odmówić przejścia się tamtejszą plażą. Na zdjęciu widać ją w pełnym odpływie, a „kijki”, które wystają z gruntu, wytyczają główny nurt rzeki, żeby się nie pochachmęciło kutrom rybackim wpływającym do małego portu po połowie sercówek czy innego tam skorupiaka:

Annagassan (2)

Nad morzem świat wydaje się większy, klarowniejszy, chmury bliższe, głowa lżejsza.

Wieś Annagassan, dawna twierdza Wikingów (tzw. longphort), jest malowniczo położona przy ujściu rzeki Glyde. Pierwsze wzmianki na jej temat są z poł. IX wieku – była tu wówczas forteca o nazwie Linn Duachaill. W tamtych czasach dwa longphorty zostały założone przez rudych wojowników z północy – drugim był … Dubh Linn. Splot okoliczności, być może też wyjątkowo spektakularne odpływy sprawiły, że to Dublin jest Dublinem, a pamięć o Linn Duachaill przywrócono dopiero kilka lat temu, gdy archeologowie dokopali się pod Annagassan do artefaktów, które potwierdziły, że stare księgi nie bujały wspominając o dwóch pierwszych longphortach

Każda z plaż ma swój własny charakter, każda jest trochę inna. W Clogher podczas odpływu podchodzimy nieraz pod same fale, tutaj, chociaż lubię spacerować w tym miejscu, nie czuję się na tyle bezpiecznie, żeby wędrować dalej po odkrytym piasku. Wyjątkowo rozległe odpływy odsłaniają grząskie dno pełne mokrych sadzawek i małży mroku, a przypływ przychodzi szybko.

Kolejny raz minęliśmy to coś, czemu tym razem dokładniej się przyjrzałam:

Annagassan (1)

Multimedialnie wygląda to tak (zwróć uwagę na górzyste, bajkowe tło):

Wytrwale szukałam wiadomości o wraku pozostawionym w tej okolicy, ale jedyna ciekawa wzmianka dotyczyła statku, który jest zatopiony głębiej w morzu. Intryguje mnie czy jest to pozostałość jednostki pływającej, resztki umocnienia wybrzeża czy atrapa dla turystów. Cokolwiek by to nie było, nikomu nie chce się o tym napisać w sieci. Takie to nawet trochę irlandzkie, leży sobie, po co drążyć …

W czasie spaceru trochę-padało-a-trochę-nie, i gdy schodziliśmy z plaży, ukazała się nad nią tęcza. Usiłowałam jej zrobić telefonem zdjęcie – w ten sposób na jedną z fotek załapał się anonimowy piesek, który niesamowicie uszczęśliwiony mknął we wszystkich kierunkach:

Annagassan (3)

Chwilę później Kraciasty zaparkował samochód pod krzaczkiem na wapiennym moście z przełomu XVII i XIX wieku i wleźliśmy na stromy pagórek, ja popiskując od czasu do czasu ojej, ojej, jak stromo, jak wejdę, jak zejdę, bo miałam na sobie nie za często noszone glanki i nie wiedziałam, czy one chcą ze mną wejść na górę, czy tak trochę nie bardzo.

Port i plaża w Annagassan jest za domami, pod mostem płynie Glyde, a my stoimy na wzniesieniu, które jest pozostałością osady Wikingów. Myślę, że wiem, co ich w tym miejscu urzekło. Widok na zatokę, kontrola nad rzeką:

Annagassan (4)

Niewielki port w Annagassan szczególnie pięknie wygląda przykryty  śniegiem lub szronem, co zdarza się niezbyt często.

Kiedy sturlałam się z pagórka, droga zaprowadziła nas wybrzeżem do Blackrock, o którym trochę już pisałam w innym poście. Byliśmy po raz drugi w Belle’s Tea Room i, jak widać na zdjęciu, przy kawie dobrze nam się wiodło, jak zawsze zresztą:

Blackrock 3

W Blackrock zazwyczaj spacerujemy po nadmorskiej promenadzie, i tym razem zauważyliśmy coś, czego wcześniej tutaj nie było – rzeźbę lokalnego artysty, Micheála McKeowna, odsłoniętą pod koniec zeszłego roku:

Blackrock

Dwie postacie błyszczące w słońcu jak roboty upamiętniają zbieraczy małży z początków XX wieku. Cockle pickers. Ludzie zbierający sercówki – nie tak dawno temu widok zupełnie zwykły, związany z wielopokoleniową tradycją. Zajęcie wydające się tak błahym, które uratowało życie wielu lokalnym rodzinom w czasach Wielkiego Głodu.

Blackrock 2

Wystarczy inna pora roku, dzień, godzina, układ chmur. Codziennie można byłoby robić zdjęcie choćby tego jednego miejsca. Promenadę w Blackrock zbudowano w latach 50-tych XIX wieku, w wieku XX zrobiono na niej miejsce na ruchliwą trasę R172. Natężenie ruchu jest więc spore, widoków to nie onieśmiela. Jakże inaczej to samo miejsce wygląda podczas przypływu:

View this post on Instagram

🌊☔

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po przyjemnie spędzonym popołudniu był powrót w kierunku domu, księżyc, plaża we wsi i uświadomienie sobie, że to nie Doris nocuje obecnie w hangarze. Taki był zeszły poniedziałek. Teraz jestem tylko z kotem i robię obiad na śniadanie. W międzyczasie dowiem się, co tam na świecie. Będzie to więc spokojny dzień spędzony tak bardziej w środku. Rysiu właśnie odkrył, że kiedy siedzi w oknie wewnątrz domu widzi te same ptaszki i pieski, co wtedy, gdy siedzi na oknie na zewnątrz, tylko, że w środku nie wieje mu wiatr. Sądzę, że to będzie jedno z jego ulubionych miejsc. A jakie są Twoje poniedziałkowe odkrycia?
Dobrego tygodnia 🙂

Reklamy

Doris.

Tego wieczoru wyoglądaliśmy ostatnie trzy odcinki rosyjskiego „Mistrza i Małgorzaty”. Wcześniej kupiliśmy w sklepie takie niezbędniki jak pizza z krewetkami, kocie chrupki walczące z kamieniem nazębnym i bazyliowe pesto pierwszej świeżości tylko do osiemnastego. W drodze do sklepu na chwilę skręciliśmy na plażę, akurat żeby zdążyć przed zachodem:

collage 12.02

Dwa powyższe zdjęcia dzieli kilka minut. Na naszych oczach zapadł zmrok, morze w odpływie zaczęło się zlewać z niebiem, a na horyzoncie coraz lepiej widać było światła sąsiednich miasteczek. Zanim zupełnie się ściemniło, zdążyłam zrobić dość wyraźne zdjęcie Doris, królowej naszego wybrzeża:

collage 12.02 2

Doris Bleasdale 12-31 jest łodzią klasy Mersey. Być może na pierwszym zdjęciu nie jest jakoś szczególnie imponująca (na drugim jest obok swojego hangaru w którym odpoczywa), ale rozwija prędkość 16-17 węzłów, a jeśli ktoś widział tutejsze sztormy, od razu nabiera szacunku dla każdej rzeczy, która w taką pogodę pruje fale. Może raz czy dwa obserwowałam ją w oddali na spokojnym morzu (w czasie sztormów to ja śpię z kordłą naciągniętą na głowę), raz jak wyciągano ją na brzeg i transportowano plażą do hangaru, gdzie po umyciu brzuszka zasypiała do następnej przygody. Czytam, że już w czasie pierwszego półrocza służby pięć razy wypływała, żeby ratować marynarzy w potrzebie, oraz że ten rok będzie dla niej ostatnim u nas. Po 26 latach Doris ma odejść na emeryturę 2 czerwca. Jeszcze chwilę zostanie jako wsparcie dla młodszej koleżanki, po czym powędruje do Poole w hrabstwie Dorset, gdzie będzie częścią floty rezerwowej. Zastąpi ją nowa, szybsza łódź klasy Shannon. Trudno w to uwierzyć widząc jaka Doris jest gładziutka i zadbana, bez ani jednej plamki rdzy na kadłubie … no cóż … siedzę po północy (za dużo kawy) i piszę o łodzi ratowniczej. Nawet jest mi trochę smutno, że już niedługo będziemy ją żegnać. Wieczór był łagodny, teraz słyszę, że wzmaga się wiatr. Wyobrażam sobie, że łodzie, jak marynarze, wolą walczyć z falą niż rdzewieć w spokojnym porcie, więc może właśnie Doris zwodowano i kręci się przy wybrzeżu oświetlona różnymi błyskotkami. Ktoś tam nie śpi i być może nawet jest z tego powodu bardzo zadowolony, jak nasz sąsiad, który w czasie sztormowej pogody zamiata przed wejściem do domu. Kraciasty mówi, że robi „klar na pokładzie”. Klar na pokładzie. No dobrze. Ja, pomimo wypitej kawy, zamierzam teraz wskoczyć do wyrka bez zrobienia uprzednio klaru i bez wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrej nocy. Tobie również, mała łódko.

Pierwszy tydzień lutego.

Raczej nie zrobię z tego reguły na początek każdego miesiąca – zwyczajnie nie umiem znaleźć innego tytułu …

Dzisiaj wolne po czterech dniach pracy, a ponieważ nic się nie dzieje wszystko Ci o tym opowiem. Myślałam, że pojedziemy do Beaumont, ale się okazało, że dzisiaj było wczoraj. Faktycznie więc w deszczowy poranek wczoraj wybraliśmy się do szpitala. Pomimo tego, że przed wjazdem napotkaliśmy strajkujących, wszystko, co miało się odbyć, odbyło się ekspresowo. Rachu ciachu i nawet zdążyliśmy wrócić z Dublina, zjeść na mieście i kupić kuwetę (dwie ostatnie rzeczy w odwrotnej kolejności … a mieliśmy na co zdążać, bo każde z nas udawało się do pracy).

20190205_123301

jedzenie i ziaziu. za oknem deszcz.

Albowiem Rysiu z nami od dwóch nocy śpi i doszliśmy do wniosku, że wywalanie go za każdym razem, gdy chcemy wyjść jest nieludzkie. Jeszcze słowo wyjaśnienia kim jest Rysiu. Jest to kot, którego poznałam pod koniec lipca zeszłego roku. Nakarmiłam i wypchnęłam za drzwi. Tak się obraził, że kolejny raz przyszedł do nas … 17 stycznia. Dostał saszetkę, która czekała na niego od poprzednich wakacji, i od tego czasu jesteśmy rodziną. Wracając do wczoraj … przy wywalaniu nieomal doszło do łapoczynów, po których z okien samochodu obserwowałam jak smutno kuśtykający kot, po chwilowym fochu, potuptał nazad pod drzwi. Pogoda była wstrętna, a my mieliśmy wyrzuty sumienia. Tak więc na 2.30 ja do roboty, a Kraciasty z kuwetą w bagażniku do Omagh, również nie na wczasy. Przed pracą tłumacząc sobie, że to będzie fujowy dzień kupiłam na pocieszkę dwie koszule w TK maxie, granatową w białe papierowe samoloty (tom tailor denim) i białą w granatowe dmuchawce (kew 159).

20190206_121010

Tymczasem dzień był robotniczo spokojny, w pracy zastałam Elaine, która wszędzie widzi jedzenie i nie omieszka się nim poczęstować (gdy mówi: I see food, wszyscy wiedzą, że przyszedł kres dla cudzych makaronów, mięsiw, ciasteczek i gorącej czekolady z bitą śmietaną) oraz inną miłą dziewczynę, dzięki której nie musiałam wieczorem po pracy łapać taksówki. Przed domem kota brak – ze smuteczkiem przelewałam gulasz zrobiony przez Kraciastego do pojemników i robiłam to bardzo zamaszyście, tak żeby zapachy kraciastych efektów kulinarnych rozeszły się po całej wsi i sprowadziły małego żebraka do domu. Nawet napisałam esemesa, że kota nadal nie ma. Ale czy kot może zrezygnować z darmowej saszetki? Akurat! Wrócił chwilę po 21-ej, opylił rybki w galarecie w minutę i zasnął, menda jedna, w swoim ortopedycznym łóżeczku dla kotów, które Kraciasty kupił mu z marszu kilka dni temu …

collage koci

Rysiu dzienny i Rysiu wieczorny.

Ponieważ we wtorek byliśmy tam, gdzie mieliśmy być w środę, dzisiaj był czas na bardzo powolne, poranno-południowe zwlekanie się z wyra i obiad w ramach śniadania. Jęczałam miłemu żebyśmy wyszli na słońce, więc Kraciasty wpadł na pomysł wyjazdu do Carlingford (miasta, nie na górę). Tak też uczyniliśmy, oczywiście dłuższą drogą, z widoczkami, przez Omeath i tak dali, gdyż tacy już jesteśmy. W zasadzie zawsze, gdy tam zajeżdżamy, robię zdjęcie temu widokowi po drugiej stronie Carlingford Lough:

20190206_163544

Akurat był odpływ. Spotkaliśmy się też ze znajomą i zjedliśmy z nią obiad w pubie na Newry St. Był to dzień bez śniadania, za to z dwoma obiadami. Spokojny, dobry dzień z widokami.

Poranki coraz częściej mówią o wiośnie, wieczory bywają zasnute zimnym deszczem, jak teraz. Spanie z nowym kotem jest bardzo niewygodne, bo się człowiek nie chce za wcześnie ujawniać ze swoim nocnym syndromem niespokojnych nóg. Naokoło nas życie przynosi nowe sprawy. Po paznokciach widzę, że dokucza mi anemia, znajoma twierdzi, że po prostu przystosowuję się do klimatu. Może być – trzeba w każdym razie zapaćkać paznokcie farbką, bo mnie ich widok denerwuje. W poniedziałek wieczorem rozmawiałam z mam. Umarł wujek z podkręconym wąsem. I Bobisia coraz słabsza, nadal zasmarkuje podłogę, nie wiadomo, czy dotrzyma do wiosny. Tak to u nas jest. Może jeszcze przed snem obejrzymy kolejny odcinek „Mistrza i Małgorzaty”, bo na gitarze w czasie Tunnel of Love już zagrałam: