Archiwa miesięczne: Marzec 2019

Titanic Belfast i SS Nomadic.

Titanic Belfast (1)

W niedzielę pojechaliśmy do Belfastu i odwiedziliśmy tytułowy obiekt, który powstał na Queen’s Island w 2012 roku. Właśnie tutaj od roku 1909, w stoczni Harlanda & Wolffa, budowano RMS Titanica. Zresztą było to także miejsce budowy jego sióstr, RMS Olimpica i HMHS Britannica. Budynek główny naprawdę robi wrażenie, został zaprojektowany przez Erica Kuhne & co. i w zamyśle ma przypominać wspomniane statki, chociaż podobno mieszkańcom kojarzy się z górą lodową i tak mówią o tym budynku – The Iceberg.

Rzeczywiście lśni w słońcu jak gigantyczna góra, a w środku, wg obecnej mody, dużo jest multipedialnych blink blink, filmów, które cały czas idą, czy kto słucha czy nie słucha, ekranów po których można przewijać palcami w górę, w dół i na boki. Są też oczywiście audioprzewodniki w kilkunastu językach, w tym po polsku.

Titanic Belfast (2)

Moje wrażenie z tego obiektu są mocno mieszane. Oczywiście jestem zadowolona, że pojechaliśmy. Bo zawsze lepiej zobaczyć wszystko na własne oczy, niż polegać na opinii innych. Moja przyjaciółka zachwalała mi kiedyś Muzeum Powstania Warszawskiego i też cieszę się, że tam poszłam, żeby wiedzieć, że nie muszę tego robić po raz drugi.

Zaczęło się od tego, że przy wejściu natrafiliśmy na wycieczkę francuskich nastolatków, którzy zdecydowanie podnieśli poziom decybeli. Nie wiem czy to sprawiło, że czuliśmy się w tym wielkim budynku nieco zagubieni, ale w każdym razie zwiedzaniu towarzyszyło poczucie chaosu, a główna atrakcja (jeżdżenie samochodzikami po replice miejsca budowy Titanica) nie była aż tak atrakcyjna, chociaż sam pomysł na coś takiego był ciekawy.

Titanic Belfast (3)

W muzeum można dowiedzieć się więcej o projektowania statku i procesie jego budowy, zobaczyć repliki kajut dla trzech klas pasażerów, poznać losy niektórych znanych podróżnych i członków załogi, przeczytać wiadomości wysyłane ze statku w czasie jego tonięcia. Gdzieś pod koniec zwiedzania dogonił nas głos Celine Dion śpiewającej wiadomą piosenkę i to był dla mnie dość cheesy moment, gdyż motyw mnie zupełnie nie wzrusza. Tajemnica albo nie tajemnica – nigdy nie obejrzałam całego „Titanica”, widziałam kiedyś początek, kiedyś koniec, i totalnie nie czuję bluesa. Oczywiście to nie jest powód, żeby kogokolwiek zniechęcać do zwiedzania.

Powyżej, pani z gołym biustem to Titanica – rzeźba z brązu Rowana Gillespie, która pewnie ma nawiązywać do galionów, figur jakie umieszczano na dziobie statku. Chociaż jest też możliwość, że to Rose trzymana przez Jacka 😉

Nasze bilety (horrendalnie drogie) pozwalały również na zwiedzenie od środka pewnego statku i tam też się udaliśmy po wyjściu z głównego budynku. Akurat w drodze złapał nas szałerek. Oto więc w irlandzkim deszczu SS Nomadic:

Titanic Belfast (4)

I to jest zwiedzanie jakie lubię 🙂

White Star Line, linia żeglugowa w której pływał Titanic i wiele innych gigantycznych statków już nie istnieje – w latach trzydziestych ubiegłego wieku firma została wchłonięta przez konkurencję. Podobnie nie istnieją wybudowane dla niej we współpracy z H&W statki, niektóre zatonęły, większość zezłomowano. Nie istnieją, poza tym jednym, którego główny pokład widzisz:

Titanic Belfast (5)

SS Nomadic wybudowano jako tender, statek pomocniczy, który miał przewozić pasażerów i bagaże na Titanica i Olimpica, ponieważ statki te były za duże, aby wpływać do portu w Cherbourgu. Zabytkowa kruszyna, która przetransportowała 274 pasażerów na Titanica wyruszającego w swoją dziewiczą podróż, pierwszy tender na świecie z elektrycznym oświetleniem. Pod pokładem jest multimedialny bajer w którym marynarz obsługujący kotły mówi „widzieliśmy wczoraj Titanica”. Oj, myślę, że 15 kwietnia 1912 roku palacze byli szczęśliwi, że obsługiwali takie maleństwo zamiast maszynowni wielkiego transatlantyku.

Statek przetrwał upadek rodzinnej linii żeglugowej, dwie wojny światowe oraz czasy powojenne, gdy wszystko co stare wysyłano na śmietnik. Na jego pokładzie nadal wszędzie są gadżety nieistniejącej White Star, tak jak tutaj na pokrywie sztormowej bulaju. Może to jest ta jedyna oryginalna pokrywa sztormowa, której nie ukradziono, gdy statek bezpańsko cumował na Sekwanie. Repliki wszystkich innych pokryw zrekonstruowała ta sama firma, która wyprodukowała oryginały w 1911 roku:

Titanic Belfast (6)

Po wojnie Nomadic służyła większym od siebie jako tender aż do roku 1968, potem zakupiona przez prywatnego właściciela była w Paryżu pływającą restauracją na Sekwanie. Przez wszystkie te lata na jej pokładzie można było spotkać prawdziwe sławy, bo przecież poza pasażerami pierwszej klasy dla Titanica, płynął nią Charlie Chaplin, Maria Curie czy aktorska para Taylor-Burton. Po śmierci właściciela po raz ostatni groziło jej złomowisko. Uratowali ją miłośnicy historii i morza, których kampania zdołała zaangażować północnoirlandzki rząd do pomocy finansowej. I tak w 2006 roku z portu w Hawrze wyruszyła SS Nomadic na barce transportu morskiego do miejsca gdzie powstała. Nadgryziona zębem czasu, częściowo rozebrana, ale  z 25 nadal działającymi, zabytkowymi gniazdkami na żarówki i nigdy nie wymienionymi, przed(I)wojennymi silnikami parowymi. Po odrestaurowaniu (H&W odbudowali jej górny pokłady zgodnie z własną specyfikacją z epoki – wcześniej przebudowano tę część, ponieważ Nomadic z kominami nie mieściła się pod paryskimi mostami) i przemalowaniu na klasyczne kolory linii White Star, z godnością prezentuje się w suchym doku tuż pod muzeum Titanica. Popatrz na tę ścianę, mówi informacja, te drewniane panele są oryginalne, takie były od samego początku, w roku 1911. Więc Kraciasty w swoim kapeluszu i jedwabnej marynarce patrzy:

Instagram: @świechna

A stara ściana patrzy na niego.
Piękne są takie spotkania.

Jedno zdjęcie. Albo nie. Pałac Lenno.

Pod koniec nowego tygodnia wskakujemy w samolot i lecimy na wschód. Ja spędzę w Polsce tydzień, Kraciasty trochę dłużej … wrócę do naszego dwukolorowego dziecka, które z taką ufnością przygarnęło imigrantów 🙂 W domu będziemy obchodzili urodziny babci, raczej więc zostaniemy na północny-wschód od Wrocławia. Na południowym-zachodzie natomiast …

Trawniczek przed pałacem Lenno, 25 sierpnia 2017.

collage 2017 lenno

Znajdź Śnieżkę 😉 W powietrzu pachnie wiosną (w końcu w Irlandii wiosna zaczyna się 1 lutego!), a ja w archiwum odnalazłam stary wpis, który zaczęłam tworzyć po zeszłorocznych świętach Wielkiejnocy i który tu nigdy nie „poszedł”. A chcę napisać o miejscu do którego wówczas, rok temu, i przy wielu innych okazjach podeszliśmy. Podeszliśmy, ponieważ miejsce to jest na wzgórzu. Skoro już na początku nie trzymam się zasady jednego zdjęcia, nie będe się dalej powstrzymywała 😀

Myślę, że powyżej jest to moja druga wizyta we Wleniu. Potem trochę przestałam liczyć, więc rok temu wiosną … to nie wiem. Ale pamiętam styl podróży … środa, 4 kwietnia, z Trzebnicy do Wrocławia, z Wrocławia do Jeleniej Góry … bez szelek Kraciastego i jego bakłażanowych spodni ani rusz. Grzaliśmy się w wiosennym słońcu, już w Jeleniej obiad, odpoczynek, robienie zdjęć metalowemu jeleniowi i wróbelkowi pod jego brzuchem. Kolejny przesiadka i Wleń. Po długiej podróży podeszliśmy ulicą Górską do pierwszego cmentarza. Z drogi do niego widać miasto zawieszone w wieczornym smogu:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

A na cmentarzu, dawniej ewangelickim, dwie z czterech zabytkowych kaplic grobowych stoją zdemolowane. Przy takiej okazji myślę o akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. Kogo Ci pradziadowie wychowali i czy w związku z tym sami zasługują na pamięć?

collage 2017 wleń cmentarz

Ludzie łasili się na wyimaginowane skarby i grabili m.in. takie miejsca, choć tego, co otrzymali i co czasami wielokrotnie przekraczało wartość ich poprzedniego dobytku, nie potrafili utrzymać w godnym stanie. Smutne to i gorzkim jest komentarzem do obecnego wyglądu wielu przepięknych domów we Wleniu, podobnie opisanych w rejestrze zabytków: Dom, drewn. ob. ruina. poł. XIX. Był wieczór, nie starczyło czasu, żeby podejść wyżej. Pomachaliśmy tylko baszcie zamku, którą było widać z miasta przez ogołocone z liści drzewa.

W niedzielę zaś dość pochmurno i deszczowo.

View this post on Instagram

#szowerek #glanymroku #kwiatkimroku

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Piesza droga z Wlenia, którą zazwyczaj wybieramy, jest bardzo urokliwa, wygodna, spokojna, z mnóstwem miejsca do obściskiwania się (poniżej w odsłonie jesiennej):

View this post on Instagram

w drodze do kominka i kawy. #mójwleń

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Pałac w Łupkach, do którego zmierzaliśmy, zawdzięcza swoje ocalenie Lukowi Vanhauwaertowi. O jego przygodzie wleńskiej możesz poczytać w reportażu „Normalny gość z pałacu Lenno” Kamili Sammler. Obiekt wybudowany na podzamczu w XVII wieku mozolnie odzyskuje życie – kiedyś był szpitalem kolejnowym, następnie częścią PGR-u, obecnie w weekendy można się tam wybrać do  kawiarni na legendarny sernik. Pięknie się czyta o takich zmianach na lepsze, z pewnością życzyłabym takiego losu wielu innym dolnośląskim budynkom, które nieuchronnie obracają się w ruinę.

lenno 1

Idąc wyżej  dojdziesz do XII-wiecznego zamku. Tym razem z podwórka pałacowego nie było widać panoramy Karkonoszy, ale one zawsze tam są, te nasze piękne góry. Już wiesz, że w pogodne dni można wypić kawę na zewnątrz, na zielonej trawce, rozkoszując się tym widokiem.

Jakiś czas temu odnalazłam w sieci Polską Kronikę Filmową 31/49, w której można zobaczyć pałac Lenno w czasach stalinizmu. Filmik obejrzysz TUTAJ. Kraciasty od razu zauważył, że pan Łapicki czyta z kartki nie mając pojęcia, co czyta. Studenci oczywiście nie mogli przebywać na wczasach w piastowskim zamku z XI (?) wieku, ponieważ zamek nie nadaje się do zamieszkania. Pałac Lenno został ufundowany przez Adama von Külhausa i faktycznie do jego budowy wykorzystano części z zamku, który wysadzono w czasie wojny 30-letniej. Kolejnymi właścicielami pałacu od XVIII wieku była rodzina von Grunfeld und Guttenstädten, a następnie od XIX wieku von Haugwitz. Niezbyt piastowskie nazwiska, musisz przyznać 🙂 W „Zimnej wojnie” jest taka scena przed pałacem obszarnika w której pan Szyc mówi kilka słów do młodzieży … jest to, jak mi się zdaje, dokładnie ten sam rok, co w kronice. Rok 1949.

Jedno zdjęcie. Rosynant.

Podjęłam wyzwanie obejrzenia wszystkich poprzednich wersji „Narodzin gwiazdy”. Challenge zakończony sukcesem, ani razu nie zasnęłam, ale nie chce mi się pisać nic na ten temat. Mam ochotę pokazać Ci za to coś zupełnie innego.

Przy starym molu w Carlingford, hrabstwo Louth, 14 marca 2019.

Rosynant

Zawitaliśmy do Carlingford ponownie w czwartek, kilka dni po oświadczynach, i dopiero wóczas w czasie spaceru zauważyłam jak nazywa się drugi statek, który stoi zacumowany przy molo. Rosynant. Rozumiesz. R O S Y N A N T. Przypomniało mi, że chciałam zrobić dwie rzeczy, których zrobić nie muszę: przeczytać „Don Kichota” i Biblię Ekumeniczną.

A dzisiaj jest dzień świętopatrykowy i w pracy Elaine Wsiowych Mądrości Pełna kazała mi trzy raz do serca obkręcić jej zaręczynowy pierścionek zakurzony mieloną kawą i pomyśleć sobie życzenie. Świętego Patryka jest, spełni się 😉 Lá fhéile Pádraig sona dhuit!

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Zimna wojna Pawlikowskiego.

Gorączka sezonu nagrodowego zelżała, dostaliśmy lub nie dostaliśmy, komuś się podobało, komuś się nie podobało. Niektórzy już wiedzą, czym się mają zachwycać, a które filmy nie są tak dobre. Cudnie, mogę to i owo obejrzeć w spokoju, spóźniona i bez nerwowego poczucia, że jestem w głównym nurcie.

zimna wojna

Przedwczoraj późnym wieczorem skończyliśmy oglądać „Zimną wojnę”, którą Kraciasty kupił w Polsce na dvd. Nuciłam Arię z Wariacji Goldbergowskich i usłyszałam, że ze mną nuci ktoś jeszcze. Niemożliwe … Glenn Gould, dobry znajomy. Nie spodziewałam się takiego zakończenia (a widzisz Sagulo, nie spodziewałam się, chociaż je przecież u siebie zdradziłaś 🙂 ).

Tomasz Kot jako Wiktor, poszukiwacz ludowych przyśpiewek telepiący się po zaśnieżonych traktach w wojskowej kurtce, którą znam z amerykańskich filmów. Kim był, co robił przed rozpoczęciem akcji filmu? Tego się nie dowiemy, zauważymy smaczek ubioru albo nie i idziemy dalej. Irena Agaty Kuleszy – postać bez puenty … znika, i dopiero po jakimś czasie orientuję się w którym wymownym momencie widziałam ją po raz ostatni. Nie wygląda na kogoś, kto nauczył się czytać dzięki państwowym programom walki z analfabetyzmem. Skąd pochodzi i jakie są jej dalsze losy? … Borys Szyc zagrał niewdzięczną rolę człowieka ograniczonego. Po roku 1945 idzie nowe, a on z nim, mozolnie pnąc się po szczeblach kariery. Człowiek bez właściwości, wie co trzeba powiedzieć, żeby było dobrze, kiedy podpieprzyć, kiedy okazać łaskę. I wygrywa, lub przynajmniej tak to widzi w łopatologicznych kategoriach człowieka ograniczonego. W tym otoczeniu autor umieszcza Zulę Joanny Kulig. Po pierwszej minucie czuję, że to dziewczyna, która zaadoptuje się do najpodlejszych warunków. Tych najpodlejszych nawet szuka, żeby poczuć się jak w domu. Ale film mówi też o tym, że możliwość adaptacji ma jakieś granice … Wiktor i Zula, w historii starej jak świat, z każdym czasowym przeskokiem w fabule zmierzają w kierunku granicy za którą nie ma już przystosowania …

Wszystko to jest podane subtelnie, a równoprawnym bohaterem tego wysmakowanego filmu jest muzyka. Od ludowej, jej bogactwa i potencjału poprzez jazz dochodzimy do nieszczęsnego Baja Bongo. Muzyczne klęski bywają różne – jest pean na cześć Stalina, jest muzyka rozrywkowa bez treści. Po tym drugim rozumiem reżysera, który nie chciał widzów zostawić w poczuciu klęski i brzydoty. „Kocham Cię nad życie, ale muszę się wyrzygać”. Dlatego na końcu musiał być Bach.

I czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala, gościa od „Idy” – żeby nie było buro.

I jeszcze, ruiny, które widzimy na początku i na końcu filmu – to greckokatolicka cerkiew św. Paraskewii w Kniaziach … jakieś 70 km od Ciebie, Stachu.

Wiem, że reżyser nie opowiedział wszystkiego i jestem mu wdzięczna, że nie połączył za mnie i dla mnie wszystkich kropek. To właśnie z tego powodu film uważam za arcydzieło.

Leszy. Zamek Trim.

Jestem w trakcie oglądania pierwszych czterech „Narodzin gwiazdy” i lekko nie jest, bo ile można przetwarzać tę samą historię? O tym jeszcze napiszę, gdy dooglądam Barbrę, ale teraz chciałam Ci pokazać coś zupełnie innego.  Dzisiaj post dwa w jednym, z dwóch różnych stron Europy.

Rano obejrzałam krótkometrażowy film Pavla Soukupa, „Władca lasu”:

Uważam, że mitologia słowiańska jest spójniejsza i logiczniejsza od mitologii chrześcijańskiej, a już z pewnością od jej kościelnej wykładni. Film przypomina Leszego, mitycznego strażnika leśnego ładu. Miłego oglądania 😉

Pozostając na chwilę w temacie mitologii Słowian, Bosz jakiś czas temu wydało dwie książki „Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach” oraz „Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach”. Obydwie polecam dla grafiki, tekst raczej prosty i nie zgłębia tematu. Są to rzeczy dla osób, które o rodzimej mitologii wiedzą niewiele i nie mają się kogo zapytać 🙂

* * *

A to już zamek Trim, Caisleán Bhaile Atha Troim:

Zamek Trim (4)

Największy zamek normandzki na terenie Irlandii znajduje się w sąsiadującym z nami hrabstwie Meath. Został zbudowany w XII wieku przez Hugh de Lacy i jego syna Waltera 

W tygodniu nie można zwiedzać wieży, więc wybraliśmy się na tour de castle. Poniżej Kraciasty wszedł do dziury i zrobił z niej interesujące ujęcie zamku. Jego dziewczyna w żółtej smerfetce (czyli moi) stoi w zadumie:

Zamek Trim (6)

W filmie „Braveheart – Waleczne serce” Mela Gibsona zamek Trim zagrał ufortyfikowane, angielskie miasto York. Faktycznie York nic o tym nie wie, aby było zdobywane przez Wallace’a – bitwa została wymyślona na potrzeby filmu, bo główny bohater nigdy nie dotarł tak daleko na południe – ale Trim udawało York bardzo godnie.

Zamek Trim (5)

Zamek obeszliśmy naokoło obfocając go obficie z każdej strony, a to aparatem, a to telefonem. Imponująca ruina …

Zamek Trim (1)
Zamek Trim (2)

Ptaki bardzo doceniają takie podziurawione budowle – w przypadku zamku Trim są to wszechobecne tutaj kawki, które Kraciasty podglądał na zoomie:

Zamek Trim (7)

Po obejściu zamku przeszliśmy przez mostek na rzece Boyne, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Rzeka była dzisiaj wyjątkowo gniewna, zresztą w drodze powrotnej zauważyliśmy sporo podtopień.

zamek trim

Powyżej na filmiku widać najstarszy irlandzki most, który bez gruntownej przebudowy pełni do dzisiaj swoją funkcję. W XVIII i XIX wieku przeszedł wprawdzie kosmetyczne naprawy, ale jego niezmieniona konstrukcja pochodzi z lat 1330-50. Poniżej widok na Trim z poziomu rzeki:

Jak więc widać, po zejściu z pagórka, wybraliśmy spacer ścieżką tuż przy rzece, aż do mostu, którym biegnie droga 154. Zakręciliśmy, żeby dojść do zamku jeszcze raz od tej samej strony od której nadjechaliśmy samochodem. Zmieniła się pogoda, słońce oświetliło mury.

Zamek Trim (3)

Chętnie wrócę tutaj, gdy będziemy mogli spojrzeć na miasto z wieży. Chłód, który nadal trochę czuję, chociaż grzeję się pod kołdrą pisząc te słowa, leczyliśmy herbatką w lokalnym barze niejakiej Rachel. Gorąca herbata w chłodne dni jest jak ambrozja 🙂 A teraz ziewam, i Kraciasty ziewa, nosy mamy zimne, ale czekamy ze zgaszeniem światła na Ryszarda, który udał się w ciemność i do tej pory nie wrócił. Mam nadzieję, że podobał Ci się film o Leszym … o tekst nie pytam, pisałam go poziewując straszliwie, z umysłem zasnutym nadmorską mgłą i przerywając sobie dyskusją z Kraciastym o ludziach i stanach psychicznych. Dobranoc pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki. Nietoperze za kołnierze, a biedronki do skarbonki. Ślimaki w kozaki. Krety do skarpety. Mrówki do kryjówki. Szczury do rury. Dobranoc. Kolorowych snów. Rano zobaczymy się znów. Tak to właśnie szło …