Archiwa miesięczne: Kwiecień 2019

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejsc, dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę i człowiek, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog jeszcze bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar), po prostu wypas. Prawdziwe zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Reklamy

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe” przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Książka Tuska, książka Ani.

dwie książki (2)

Ewidentnie można nazwać to zdjęcie: Rysiu przedstawia …

A sytuacja jest taka, że za każdym razem, gdy latamy, w walizkach przewozimy różne rzeczy. Nigdy nie są to butelki wódki. Tak mi się teraz przypomniało, że gdy siedziałam na lotnisku we Wro, nieznana kobieta uraczyła mnie półgodzinnym rozważaniem na temat tego jak to nie wiedziała, że w podręcznym nie można przewozić flaszek, więc musiała dokupić dodatkowy bagaż, gdyż się jej irlandzcy znajomi nie mogli wprost doczekać smaku polskiej wódki (wiadomo, że ta w polskich sklepach jest nieprawdziwa … może wiadomo, może nie, ja tam nie wiedziałam) … anyway … nigdy nie są to butelki wódki, książki natomiast i owszem. Pokażę Ci dwie spore książki z kilku, które Kraciasty przytaszczył w zeszły piątek. Coś starego i coś nowego. Jedną, którą kupiłam przez allegro, napisał … Tusk Donald.

dwie książki (3)

Album „Pojezierze Kaszubskie” zilustrował Jerzy Baranowski, tekstem opatrzył Doland Tusk, były premier RP i obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Książkę opublikowało wydawnictwo „Sport i Turystyka” w roku … 1985. Wydawnictwo to istniało od 1953 roku, po ogłoszeniu upadłości w latach 90-tych jego majątek przejęło wydawnictwo „Muza”.

dwie książki (4)

Nigdy świadomie nie byłam na Pojezierzu Kaszubskim, tzn. nigdy nie pojechałam nad polskie morze, żeby akurat kaszubskiej kultury tam poszukiwać. Album w jakiś sposób rekompensuje mi moje niedouczenie w temacie. Jest to rekompensata nieco spóźniona, bo zdjęcia przedstawiają stan pojezierza sprzed ponad trzydziestu lat. Gdzieś w tamtych latach miała miejsce moja pierwsza wyprawa z rodzicami nad morze. Przypominam sobie, że mam z niej czarno-białe zdjęcia, ze mną w sztruksowych spodniach, z krótkimi włosami, stojącą na falochronie.

Jestem zaskoczona stanem albumu – prawdopodobnie brakuje mu obwoluty, natomiast sama książka jest niemalże nietknięta zębem czasu, zażółcenia są minimalne, w zasadzie niewidoczne na pierwszy rzut oka.

dwie książki (5)

Ponieważ to głos z przeszłości, zapewne będę sprawdzała wiele informacji z drżącym sercem … czy te miejsca jeszcze trwają, czy nie zostały zaorane, nie rozsypały się w pył …

dwie książki (6)

Rysiu przedstawia:
książka Ani Komsty „Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód” wydana przez jeleniogórskie AD REM.

A to już inny kraniec Polski, na dodatek historia „rozjechana” od Wschodu na Zachód. Rok temu pisałam na blogu, że Ania zbiera fundusze na wydanie książki kucharskiej. Zostało zebrane i jest. W takich sprawach kompletnie nie mam wyobraźni i nie wiedziałam czego oczekiwać, uważałam po prostu, że będzie to coś ładnego …

dwie książki (7)

„Opowieści stołu” nie są zwykłą książką kucharską. Pisana w okolicach wleńskich (Pilchowice), opowiada o smakach przywiezionych z Kresów, ale jest także spisem wspomnień kilkunastu kresowych rodzin, albumem rodzinnych zdjęć … książka kilka dni temu wyszła z drukarni, dziko i ostro pachnie nowością … Kraciasty dostał ją wczesnym porankiem, dzień przed oficjalną premierą, która miała miejsce w tę sobotę.

dwie książki (1)

Płynie z niej nauka za którą autorce dziękuję. Nauka ta brzmi: jeśli masz coś do opowiedzenia, pisz; jeśli chcesz, żeby przeczytali to ludzie, wydawaj. Ania Komsta zebrała wokół siebie osoby, które potrafią pięknie opowiadać słowem i obrazem, zebrała również fundusze i pokazała światu historie, które leżały jej na sercu. Nie jest to świat przedrukowany (zjawisko tak powszechne wśród albumów kulinarnych), który w kawałkach możesz znaleźć gdzie indziej. Ja z kolei nie mając wiele wspólnego z terenami kresowymi, lub też nic o tym nie wiedząc, a umiejscawiając swoje geny z dziada pradziada gdzieś pomiędzy Kaliszem, Sieradzem i Wieluniem, ciekawa jestem świata i ludzi, ich historii i smaków. Cieszę się więc na tę podróż jak dziecko 🙂

Takie moje dwie książki na wiosnę. Jest jeszcze opasła biografia Ciechowskiego i zaczęte tomiszcze Simony o puszczy, nietknięte Księgi Jakubowe, a przedwielkanocnie zostały mi dwa rozdziały z rozważań Eilstein o micie ukrzyżowania. Fju, fju, powiedziałby Ćwirek.

Spacer po Trzebnicy.

W czasie, gdy byliśmy w Polsce nie było tych spacerów tyle, ile bym sobie życzyła. Pisałam już o tym, że pogoda nas zaskoczyła, nie była zła, raczej niemile nieznośna, nie zachęcała do dalszych wędrówek. Ale pochodziliśmy trochę po Trzebnicy, mieście, które kojarzy mi się z kwitnącymi jabłoniami, ciężką, gliniastą ziemią, patisonami (dlaczego, to nie jest tak łatwo wytłumaczyć), kotami, obciętymi kończynami i z barokiem. To ostatnie w zwiazku z bazyliką, gdzie przynajmniej w części leży Hedwig von Andechs, znana bardziej jako św. Jadwiga Śląska. W części, bo takie już życie świętych, że rozkładają ich na puzzle. A skoro już o niej mowa, to zupełnie bez porządku jej sarkofag:

Trzebnica 1

Sarkofag z czarnego i różowego marmuru jest z końca XVII wieku. Zawsze, gdy go widzę, wydaje mi się, że „Jadzisia” ma za pulchne dłonie jak na kogoś kto był być może dotknięty anorexia mirabilis. Barok w architekturze, bleeee! To miejsce – kaplica św. Jadwigi – jest moją ulubioną częścią bazyliki. Pierwszy w Polsce budynek w całości zbudowany w czystym gotyku (tak głoszą różne źródła, chociaż wątpię, by współcześni kombinowali w ten sposób) również nie uszedł barokizacji. Zawsze, gdy tam wpadam, pozdrawiam bezgłowe anioły z portalu odkrytego w 38 roku:

Trzebnica 2

Wyczerpujący opis obiektu zamieścił na swoim blogu Jeż, odsyłam Cię tam po wiedzę i więcej zdjęć.

W Trzebnicy jest jeszcze druga parafia, zgromadzona wokół innego obiektu sakralnego, Piotra i Pawła. Obecny budynek w stylu neogotyku zbudowano w połowie XIX wieku, kościół ma jednak XV-wieczną wieżę, a prace badawcze potwierdziły obecność XIII-wiecznych fundamentów. Czy to tutaj był pierwszy w Trzebnicy, XII-wieczny kościół parafialny wybudowany przez Piotra Włosta, tego nie wiem. Faktem jest, że budynek w swojej historii kilkakrotnie zmieniał przynależność wyznaniową oraz przeznaczenie. W 1987 roku ze składnicy części zamiennych i ogumienia ponownie stał się kościołem katolickim i w zasadzie w ostatniej chwili (dach już się zapadał) przystąpiono do jego remontu.

Trzebnica 3

Wewnątrz prostota architektoniczna została oczywiście popsuta różnymi chwościkami, ale bardzo mi ten budynek przypomina neogotycki kościółek parafialny z mojej rodzinnej miejscowości. Kościoły z czerwonej cegły rządzą! Niestety nie mogliśmy wejść do środka, wystawiłam tylko nos aparatu za kraty, które o tej porze były zamknięte.

A to już inne miejsce, które spodobało się Kraciastemu:

Park zdrojowy przy Leśnej. Kurpark. Tutaj można zobaczyć jak wyglądał sto lat temu. Albowiem istniało kiedyś Bad Trebnitz z leczniczymi wodami mineralnymi i borowinami. Dzisiaj pozostało po kurorcie kilka budynków o zmienionym przeznaczeniu (ówczesny hotel Hedwigsbad to aktualnie Starostwo Powiatowe) …

Trzebnica 5
na pocztówce z 1909 roku, oprócz Hedwigsbad, w głębi widać także przepiękny Etablissement Waldhaus, dzisiaj opisywany jako budynek na Leśnej 3. Unikam fotografowania go, bo mi serce krwawi.

… i (chyba) mrzonki na temat przywrócenia Trzebnicy statusu uzdrowiska. W międzyczasie część dawnego uzdrowiska zabudowano osiedlem (na filmiku po lewej), szlaki w Lesie Bukowym odnowiono kilka lat temu, ale nie chcieliśmy sprawdzać jak teraz wyglądają … po co psuć sobie humor. Ta okolica jeszcze tchnie spokojem, innym miastem, do którego pasują kapelusze i spodnie w kratę lub prążki, choć może to kwestia tego, że oboje patrzymy na wszystko oczami turystów. Wiem przecież, że zimowymi wieczorami zasnuwa się Trzebnica cichym, złowieszczym smogiem, a w letnie popołudnia zapach z kanalizacji w środku miasta fiołków nie przypomina.

Tymczasem my jako dusze wolne szukamy miejsc ładnych, gdzie można się czegoś napić (brzmi dwuznacznie, jak na to inaczej spojrzeć … uściślam: kawa, herbata, soki). Jest więc, zazwyczaj gwarna w środku dnia, Markiza przy Bochenka 49 w której podają dobrą zimową herbatę. Przed wojną ulica nazywała się Breslauerstrasse, a kawiarnia znajduje się w nowym budynku, który ma lokalizację podobną do dawnej Paul Schuster Conditorei Cafe.

Trzebnica 6

Jest też spokojna, schowana w bocznej ulicy, więc bardziej dla lokalesów niż pielgrzymów, Beza na Jadwigi 29c, cukiernia Kosowskich. Można również pójść na pizzę i włoską kawę do Damiano’s Ristorante Pizzeria na Roosevelta 6, miejsca otworzonego przez Damiano Serrę, lub na obiad z widokiem na bazylikę do umieszczonej na piętrze przy JPII 1 restauracji nie wiadomo czemu nazwanej Palermo (wiele lat temu kiedy naprawdę byłam przed maturą, na dole, w sławetnej Kasztelańskiej, wypiłam mój pierwszy trunek w restauracji – herbatę z cytryną, podaną w szklance). Takich miejsc jest pewnie więcej, wspominam wszystkie w których można było nas spotkać tydzień temu, trochę dlatego, że chowaliśmy się przed chłodnym wiatrem, a trochę dlatego, że tak lubimy …

Trzebnica 4

… co jeszcze mogę napisać? Region jest piękny, jak cały mój ukochany Dolny Śląsk. Myślę o winnicach, które były tutaj przed wojną i czytam, że ktoś też o nich myśli. O kotach z których widzieliśmy tym razem tylko Stawcia i o cmentarzu żydowskim, którego nikt nie odwiedza, bo oficjalnie go nie ma. Zagłębiwszy się w stare pocztówki zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej odbiegam od miasta takiego, jakim widzą je ludzie codziennie czekający na nie-dworcu przy zbiegu dawnych ulic Braslauerstrasse z Langestrasse. Pewnie popukaliby się w głowę, może zresztą się i pukali widząc mój różowy kapelutek w kratkę 🙂 Jeśli będziesz miał/a okazję spacerować po tym mieście w pojedynkę, warto zaopatrzyć się w „Muzykę na wodzie” G.F. Händela w słuchawkach:

Powrót myślami do minionego tygodnia sprawił mi dzisiaj wiele frajdy. Tymczasem Kraciasty właśnie zadzwonił, że niepostrzeżenie przeleciał nad morzem i siedzi na przystanku autobusowym na dublińskim lotnisku. Będzie tu za raz, dwa, trzy, z chlebem z Lidla i książką Ani. Zjemy ruskie pierogi ze śmietaną, napijemy się herbaty i opowiemy sobie, co tam było jak nas nie było, czego nie opowiedzieliśmy sobie przez telefon. Albo może opowiemy sobie to, co przez telefon, tylko inaczej. Idę się poradować zmywając gary. Dobrego weekendu, Czytelniku 🙂

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Wesoły Wojtuś.

A jak już jesteśmy przy ochronie, to ja dam ci podarek. Kotka. Będziesz go karmił, czesał i codziennie głaskał, bo kotek to bardzo lubi. Za to jak ktoś przyjdzie ciemną nocką, żeby ci poderżnąć gardło, to kotek go zeżre.
– Ewa Białołęcka

No może niekoniecznie, żeby poderżnąć, ale, na ten przykład, użreć? Jak taki wielki włochaty pająk, albo nawet całkiem mały, ale z dużą ilością nóg, taki co to się gapi setkami oczu i nie wiadomo w zasadzie w które spojrzeć, żeby się zmierzyć wewzrokiem. Wojtuś Wesoły, pogromca wszystkiego latająco-tupiącego, co mieści się pod łapką, tak właśnie odwdzięcza się za miłość.

W zeszłym roku swoje notki biograficzne mieli Maciej, Niunia i Rózia. Teraz chcę Ci opowiedzieć prostą historię o tym, jak doszło do mania przez moich rodziców kota numer cztery. Bardzo długo z nią zwlekałam, może dlatego, że nie mam naprawdę dobrych zdjęć Przydymionego. Jest to piękny kot o rzymskim profilu.

Wojtuś 2

Powyżej fotografia sprzed dni kilku.
Wojtuś wszedł w posiadanie nas jako swojej rodziny około sierpnia 2015 roku. W owym to czasie Tajemnicze Zwierzątko podjadało chrupki, które tata zostawiał Maciusiowi w ogrodzie (tata już jest takim człowiekiem, że zostawia kotom chrupki w ogrodzie, gdyż uwielbia swoim zwierzakom ułatwiać życie). Podjadanie odbywało się najpierw cichcem, anonimowo, skrytożernie, aż się rozbeszczelniło i uaktywniło w świetle dnia. Tajemnicze Zwierzątko okazało się milutkim, głośnym kociakiem, który bardzo chciał, żeby ktoś się nim zajął. Tata odwiózł go rowerem na jakąś tam odległość w nadziei, że poprzedni właściciele zaskoczą jak zajmować się kotkiem z brzuchem bez dna. „Weźcie mnie, weźcie”, nalegał jednak Chudziak, który dzielnie przybiegł do ogródka dnia następnego (musiał pokonać przynajmniej jedną ulicę) i tym razem łakomie zapchał brzuszek resztkami kaszy dla Dziewczynek. Takoż i się stało, gdyż serca mamy cokolwiek miękkie, uczynione prawie w całości z różowej waty cukrowej.

wojtuś i łasiczka

Od tego czasu wojtusiowe uszy często wystają w naszym oknie, gdyż jest to kot niewychodzący-wylegujący. Zainteresowania główne: hydraulika, ceramika i lizanie masła. Gdy jeszcze w domu była wanna, lubił siadać na jej krawędzi i obserwować gdzie znika woda. Zajmuje go również cieknący kran i pralka nastawiona na wyżymanie. Zestaw kubków w które wlewaliśmy wigilijny barszcz wytłukł za jednym zamachem, pierwszej swojej zimy u nas, na dobry Nowy Rok. Wojtuś ma swoje własne chrupki (wynika to z tego, że gdy zaczął dorastać zepsuło mu się sikanie) oraz własne zwyczaje. Np. to dla niego tata nalewa do pełna kubeczek świeżej wody i stawia na wieczór przy kuchennym zlewie. Jeśli zaś chodzi o lizanie masła, śpieszę nadmienić, że z zawodu jest Wojtuś inspektorem d/s nieschowanej żywności.

Instagram: @świechna

Wspomniałam, że jest to kot niewychodzący. Przez dłuższy czas sądziliśmy, że jego udręczenie zamknięciem wynika wyłącznie z tego, iż jesteśmy źli-i-niedobrzy, ale światło na tę sprawę zostało rzucone w zeszłym roku, gdy kot, korzystając z otwartego nocą okna, wyszedł na ogród. Szukaliśmy go dwa dni, żeby odkryć, że cały ten czas siedział w wysokim żywopłocie przed domem, głodny i przerażony. Zatroskana Rózia wpadała tam do niego, siadała na przeciwko i próbowała mu wytłumaczyć, że z siedzenia w żywopłocie nie wynikają dobre rzeczy. Trudno powiedzieć, czy psychoterapia (zdecydowania, moim zdaniem, w ujęciu freudowskim) pomogła, ale w każdym razie mamie udało się w końcu wyciągnąć Przydymionego z kłujących krzaczysk metodą na chrupki. Te kilka dni na zewnątrz były dla niego ogromnie stresujące, miało nawet miejsce coś na kształt błyskawicznego wyparcia. „Nigdy tam nie byłem i to się nie wydarzyło”. I tak Pasjonat Jedzenia i Tropiciel Robactwa kolejny rok spędza w domu, po którym najchętniej biega o trzeciej nad ranem.

* * *

W piątek pożegnaliśmy koty moich rodziców, a w sobotę rano przywitałam się z naszym rezydentem, Ryszardem. Rytm dobowy się nam uregulował, w nocy śpimy, potem Ryś leżakuje w promieniach wschodzącego słońca żeby po południu wyruszyć na eksplorację osiedla. Nawet jeśli tylko drzemie w sypialni, tak jak teraz, dobrze, że tutaj jest. Bez niego czekanie na powrót Kraciastego byłoby o wiele bardziej uciążliwe, a tak od rana przenika mnie kocia mądrość – trzeba tak długo paczać, aż ukochana osoba otworzy drzwi.

Jedno zdjęcie. Odpoczynek.

Patrzę w tę blogową dziurę bez zaniepokojenia. W końcu przecież planuję ją zapełnić – będzie coś o spacerze po Trzebnicy, zapewne coś o kotach (zobaczymy, co napisze się jako pierwsze). Chcę jedynie donieść, że zacne były powody milczenia. Poprzedni tydzień, od piątku do piątku, spędziliśmy z Kraciastym w Polsce oglądając kolejne odcinki „Co ludzie powiedzą” i „Poirota”, spacerując, gadając, robiąc zdjęcia i stroniąc z obrzydzeniem od jakiejkolwiek pracy. Jedyną chmurką na tym rozkosznym niebie była dla mnie myśl, że w Irlandii Ryszard zamartwia się patrząc w okno naszej sypialni.

Dom rodzinny, poprzednia sobota w Polsce.

dom

Polska niemiło zaskoczyła nas chłodną, wietrzną pogodą. Od tego wszystkiego Kraciasty musi teraz łykać tabletki, a to mi się bardzo niepodoba, szczególnie, że łyka je 1600 kilometrów z dala ode mnie, na co sobie absolutnie nie zasłużyłam. Jestem już w naszym domu, z Rysiem, który przespał ze mną całą noc, a po śniadaniu drzemie w promieniach słońca. Odpoczynek niedzielny nie dla mnie, dopiero w środę mam jeden dzień wolny, ale tak jest dobrze. Nie będę sobie głowy i serca łamała zbytnio czekaniem.

Na zdjęciu z Kraciastym jest Mruczysław. Solenizancie (po lewo), kocham Cię ❤ A Ciebie, Czytelniku, pozdrawiam. Napisz mi jak się masz 🙂