Archiwa miesięczne: Maj 2019

Życie jest piękne.

Port Oriel (1)

Sądziłam, że dni będą na tyle intensywne, że się raczej nie odezwę, ale … różne są niespodzianki, na przykład sobota taka jak dzisiaj, którą chcę zapisać. Słońce dodało mi energii, do tego zmiana w pracy przyzwoicie krótka. Wypiliśmy z Kraciastym popołudniową kawę w znajomej Coście i po zakupach pojechaliśmy do „naszego” portu „zorganizować” obiad. W porcie zaś tak:

Na miejscu mijaliśmy dużo spacerowiczów, ale to przede wszystkim miejsce pracy lokalnych rybaków i krajobraz pachnący rybką 😉 Betonowy mur chroni zacumowane kutry przed wysokimi falami, które zdarzają się na tych wodach dość często:

Port Oriel (2)

Wiedziałam, że w porcie są foki, nie sądziłam tylko, że zobaczymy je tak od razu. Początkowo podekscytowałam się, że widzę w wodzie focze łebki, ale po chwili odrzuciłam tę myśl, biorąc je za pływające boje. Kiedy doszliśmy do końca mola, po prostu się nam ukazały, żeby rozwiać nasze wątpliwości. Wielkie nosy szarych fok, Halichoerus grypus, przepiękne, duże zwierzęta, spokojnie unoszące się na wodzie.

Byliśmy na to zupełnie nieprzygotowani i lepiej wychodziło mi fotografowanie tafli wody niż samych fok. Prosz badzo,  krajobraz jaki już znasz z tego bloga, widok na piękny świat na północy, gdzie dostałam od Kraciastego pierścionek:

Port Oriel (3)

Gdyby nam pomysł na chowdera nie kręcił dziury w brzuchu pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej. A tak z zupą zapakowaną do kubków zjechaliśmy do domu i mogłam zadzwonić do mamy, gdy Kraciasty ściągał mi spodnie.

Wiatr jest ledwie odczuwalny, widoczność wspaniała po wielu dniach zasnutych mgłą, niedziela będzie nie dla rodziny, bo jutro oboje wybywamy, żeby popracować. Mam taki plan, że w poniedziałek zabiorę się z Kraciastym do Sligo na zachodnim wybrzeżu, ale to się jeszcze okaże. A z rzeczy bliższych, na drugie będzie kalafior w sosie beszamelowym. I film Sekielskiego – pod warunkiem, że nie siądą łącza. Jeśli okaże się ciekawy, jeszcze tu o nim wspomnę.
Dobrego wieczoru 🙂

Port Oriel (4)

Reklamy

Jedno zdjęcie. Przed siebie.

Za oknem wiosna, kosiarki chodzą pełną parą, szpaki jedzą lunch spacerując w trawie obciętej akurat do szpaczych kolanek. A przed Tobą na zdjęciu Śląski Grzbiet, którym biegnie polsko-czeska granica – dawne tereny rodziny Schaffgotschów, z widoczną w oddali stacją przekaźnikową wybudowaną nad Wielkim Śnieżnym Kotłem. Właśnie tam zmierzaliśmy. Przed Śnieżnymi Kotłami Wielki Szyszak, Vysoké Kolo, Hohe Rand, z  pozostałościami po kamiennym kopcu wzniesionym na cześć Wilhelma I, cesarza Niemiec, który żywot swój zakończył w roku trzech cesarzy, Dreikaiserjahr. Jeszcze bliżej, tuż nad lasem kosodrzewiny, widzisz Czeskie Kamienie, Mužské kameny, Mannsteine.

Czerwony szlak, 3 lipca 2017, drugi dzień wędrówki.

Karkonosze 17

Karkonosze, moje pierwsze góry. Nasze pierwsze góry. Chce mi się iść.

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.