Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej” przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy” niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty”. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

* * *

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard”

Reklamy

29 komentarzy do “Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

    1. świechna Autor wpisu

      Ale tam żadnej ekstremalności nie było. Dość długo szliśmy (na szlaku byliśmy dobre 8 godzin), ale samo wchodzenie na górę trudne nie było, kąt nachylenia, jak to pod górę, ale nie było niebezpiecznych skrętów czy gapienia się w przepaść. Kiepsko się czułam wcześniej – przeskakując po mokrych kamieniach na rzece – reszta to bułka z masłem 🙂

      Polubienie

      Odpowiedz
        1. świechna Autor wpisu

          No powiedzmy. Ale widzę postęp w porównaniu z poprzednim rokiem, kolana tak nie bolą, najwyraźniej codzienne kilkakrotne wchodzenie i schodzenie po schodach się opłaca 😉 Odpoczęliśmy jeden dzień, a niedziela już była „na mieście”.

          Polubienie

          Odpowiedz
    1. świechna Autor wpisu

      Gdy człowiek się zaweźmie i dalejże wiosłować kijkami, to także zaczyna być gorąco 😀 U nas dzisiaj lajtowo, niby z rana ptaszki ćwierkają i okno można otworzyć, ale jednak warto coś na sobie mieć ubrane 🙂
      Owce mroku są mądre 🙂

      Polubienie

      Odpowiedz
  1. Caffe

    Zazdroszczę i podziwiam jednocześnie. Nie wiem nawet co bardziej. W każdym razie gratuluję, bo po takiej wyprawie satysfakcja na pewno ogromna! Filmik obejrzałam, niesamowite, że ta chmura rzeczywiście się przemieszczała!!

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. świechna Autor wpisu

      Zaskoczyła nas, bo chwilę wcześniej obserwowaliśmy ją nad innym szczytem, ale rozmyśliła się jednak i dawaj do nas. Nic takiego, bo i góra niewielka, ale było to interesujące. Gdy tylko chmura nas doszła, okazało się, że przywiewa ją silny wiatr 🙂

      Polubienie

      Odpowiedz
  2. widzianezekwadoru

    Z tymi gwałtownie opadającymi chmurami to trzeba być ostrożnym. W moich górach można zabłądzić. Nie wiem czy tam tez to jest możliwe wiem jednak, że takie maszerowania we mgle z chmur może skończyć się o wiele dłuższą wędrówką. No ale wycieczka super.

    Polubione przez 1 osoba

    Odpowiedz
    1. świechna Autor wpisu

      Na szczęście to nie Andy 🙂 Kraciasty mi podpowiada, że i w takich niskich górach jak irlandzkie można się zgubić, bo mgła jest tu zjawiskiem pospolitym, a w tych warunkach pogodowych łatwo stracić orient. Nie wyobrażam sobie zgubienia się w górach Kerry, one nawet z okna samochodu wyglądają groźnie.

      Polubione przez 1 osoba

      Odpowiedz
                1. świechna Autor wpisu

                  No proszę 🙂 Nigdy nie byłam, czy kiedyś się wybiorę? Może … choć z pewnością nie zimą, za duży ze mnie zmarzluch.

                  Polubione przez 1 osoba

                2. świechna Autor wpisu

                  Coś innego z pewnością, ale tu nie chodzi o trudność, tylko o odmrożenia u niskociśnieniowca 🙂 Chętnie patrzyłabym na góry z ciepłego domu w zimowe dni 🙂

                  Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na widzianezekwadoru Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s