Archiwa miesięczne: Lipiec 2019

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Reklamy

Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Jedno zdjęcie. Tolerancja.

Dublin, 23 czerwca, 2019.

Już kupiliśmy wówczas buty. Ja miałam jedną papierową torbę, Kraciasty drugą i płynęliśmy tak przez Dublin jak dwa zadowolone morświnki. Akurat był tęczowy tydzień i widzieliśmy tego dnia wiele flag, tak, tych „z haczykiem” (w Polsce trzeba policzyć kolory, jeśli jest sześć obrażają uczucia i nachalnie promują homoseksualizm). Szczególnie zaczarowało mnie to miejsce. To jest mój bank. Tzn. nie w tym sensie – ani go posiadam, ani do tego akurat budynku nigdy nie weszłam. Ale mam ich plastikową kartę, jesteśmy ze sobą blisko, oni wiedzą najdokładniej ile dostaję przelewów na konto i gdzie jem moje ulubione ciastko. W „katolickim kraju”, w banku narodowym (w Polsce spsiało to słowo, ale chodzi o to, że 99% akcji należy do Republiki Irlandii) w czasie tygodnia celebrującego mniejszości seksualne logo banku zostało wywieszone na tle tęczowej flagi. Czy to mogłoby się wydarzyć teraz w Polsce? Co czujesz? Any thoughts?