Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

19 comments

  1. Masz taki dar opowiadania, że za każdym razem jak czytam o jakiejś Waszej wycieczce, czuję się tak, jakbym był tam z Wami 😉 Wspaniale, że trafiliście akurat na taki festiwal. Gryzoń jest super, muzyka i tańca też.

    Ciekawi mnie ta głowa Plunketta. Chodzi o duchownego Oliwera Plunketta, czy może o powstańca wielkanocnego Josepha Plunketta?

    Pozdrawiam Was Oboje jak zawsze gorąco! 🙂

    Polubione przez 2 ludzi

    • Całe miasto mówi o Fleadh, aż wstyd jest nie zajść, tym bardziej, że nie wiadomo, czy w następnym roku będzie tak po sąsiedzku.

      Chodzi o arcybiskupa Olivera Plunketta, którego w XVII wieku skazano na śmierć na podstawie sfabrykowanych oskarżeń o spiskowanie przeciwko angielskiemu monarsze 🙂

      Oboje dziękujemy i również pozdrawiamy 😀

      Polubione przez 1 osoba

      • Czyli dobrze mi się wydawało, jak o głowie przeczytałem – Oliver Plunkett 🙂

        Z kolei co do opowiadania historii, Irlandczycy mają to we krwi, a każde dziecko zdaje się to wysysać z mlekiem matki. Mają nawet na to specjalne słowo: SEANCHAS. Zamiłowanie do opowiadania historii, narodowe hobby 🙂

        Polubione przez 1 osoba

        • I w związku z tym nawet ich folkowe granie jest inne – gdy się wsłuchasz w teksty The Dubliners, to nie są to jakieś „majteczki w kropeczki” jak w polskiej muzyce biesiadnej czy disco polo, tylko konkretne historie o konkretnych miejscach (wiele tekstów wspomina nawet nazwy geograficzne).

          Polubione przez 1 osoba

          • Posłuchaj sobie „Banna Strand” zespołu The Wolfe Tones. Nie dość, że sam zespół swoją nazwą nawiązuje do postaci historycznej, to ta piosenka też o kimś opowiada – o sir Rogerze Casemencie z czasów Powstania Wielkanocnego…

            Polubione przez 1 osoba

    • Mnie się wydawało, że takie płyty nagrobne to efekt baroku, kontrreformacji, ale podobno są i średniowieczne, tworzone pod wpływem kolejnych rzutów Czarnej Śmierci. W tym przypadku znane są imiona pochowanych, ale nie znam dat. Płyty już dawno ściągnięto z ich grobu i umieszczono pionowo, a naokoło nie ma żadnych innych inskrypcji.

      To był dobry dzień …

      Polubienie

Odpowiedz na Barbara Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s