Archiwa miesięczne: Październik 2019

Jesień w Laytown.

Zmogę to. Przesilenie jesienne jest trudne dla nas obojga – po chorobie nastrój nie chce pójść w górę, a praca głównie męczy i się naprasza. Ale zmogę to. Słońce kiedyś wyjdzie. W sypialni bardzo dobry człowiek śpi po swojej stronie łóżka zmęczony krótkim „na zewnątrz”. Wybyłam z nim dzisiaj, żeby przebadać wzrok (za tydzień będę miała nowe okulary), potem ubzdurałam sobie spacer, ale sam widzisz … zimno. Kot przesiaduje w domu całe dnie, a ja zaraz wskakuję pod kołdrę, żeby się przytulić do ciepłych pleców Kraciastego. Drzemka przed snem. Niewiele jest lepszych rzeczy jesienią. Spotkamy się w listopadzie.

Halloween’s coming.

Cudownie jest po pracy nie musieć iść do pracy 😉 W związku z tym wstąpiliśmy po południu do kawiarni, rozsiedliśmy się nad kofeiną i miałam chwilę przyjemnego klapnięcia po kilku godzinach przebywania z ośmiolatkami. Byliśmy tutaj pierwszy raz, ale dopiero po jakimś czasie zaczęłam się rozglądać, żeby w połowie kawy zauważyć, że nad głową Kraciastego wisi urwana, ludzka kończyna …

Oczywistość 🙂 Już wczoraj wieczorem po supermarkecie hasały wróżki, zombi i jednorożce, sama zresztą weszłam tam, żeby kupić diabelskie różki do mojej dzisiejszej, wieczornej pracy, do której w końcu nie doszłam. Trudno, poczekaj, niech no sobie je założę …

… już. W irlandii widać jak to święto wzięły w posiadanie dzieci i jak bardzo odcisnęła się na nim kultura popularna JuEsEj. Rodowód zabawy jest niezbyt jasny dla badaczy – niektórzy twierdzą, że jest to kolejna odsłona Samhain, celtyckiego święta zbiorów, w czasie którego przepowiadano sobie przyszłość za pomocą jabłek i orzechów oraz palono wielkie ognie mające moc oczyszczenia …

… a przez otwarte drzwi z Innego Świata sprowadzały się rzekomo na ziemię ponadnaturalne siły i mroczne dusze. Każdego roku w Samhain grający na harfie goblin Áillen miał usypiać władców Tary i swoim płomiennym oddechem wypalać im pałac królewski do fundamentów, gdy tymczasem obywatele tego świata trochę dla jaj, a trochę z innych, równie ważnych powodów, robili latarnie z rzepy lub buraka pastewnego. Niektórzy więc twierdzą, że Halloween to Samhain, inni, że może raczej ludowa wersja chrześcijańskich obchodów Wszystkich Świętych, bezustannie aktualizującą się baśń w której rzepa zamienia się w amerykańską dynię, a goblin w straszydło z horroru.

Czymkolwiek Halloween by nie było, właśnie nadchodzi. Świętują dzieci, neopoganie, a rodzice i panie na kasie w supermarketach mają urwanie głowy. Dokształcam się u Kraciastego, co będą rozpalali Irlandczycy 31 października – z braku puszczy na drewno zapłoną palety. Mnie też się udziela, bo choć nie mam w planach okadzania się nad paletami, to gdy wracając z pracy patrzyłam na migające za oknem góry Irlandii Północnej, marzył mi się spacer po cmentarzu. A jeśli przychodzisz i mi mówisz, że my Słowianie mamy własną, równie dobrą tradycję, to ja Ci mówię „i tu się nie mylisz”:

Merfolk – Dziady

Sodoma.

Jeszcze nie rozprawiłam się z trzema opasłymi tomiskami, a bez ostrzeżenia zaczęłam czwarty na zupełnie inny temat, który na razie pochłania mnie zupełnie. Może pamiętasz, że jeszcze będąc w Zamościu kupiliśmy książkę Frédérica Martela wydaną przez Agorę „Sodoma. Hipokryzja i władza w Watykanie”:

Nie przepadam za wydawnictwami, które żerują na spiskowej teorii dziejów, pamiętam, że ich prawdziwe zatrzęsienie wylało się po roku 1990, mam nawet kilka w rodzinnej biblioteczce w Polsce (w tym sławetnego w swoim czasie Dänikena). Uważam, że „Sodoma”, pomimo prowokującego tytułu, nie zalicza się do takich „dzieł”. Jest ona efektem kilkuletniej pracy dziennikarskiej i setek wywiadów z duchownymi na różnych szczeblach watykańskie hierarchii (w tym z 42 kardynałami), którzy mówią o sobie, chętnie też mówią o innych, analizują poczynania swoich kolegów, komentują mniej lub bardziej zawoalowanie decyzje kolejnych papieży. Martel nakreśla układ sił, starcia pomiędzy tradycjonalistami i postępowcami, przebija się przez archiwa, nagrywa, notuje, popija kawki. Uczciwie jest dodać, że nie robi tego sam, ma duże grono współpracowników w różnych częściach świata. Materiał jest w związku z tym gigantyczny, choć obszar zainteresowania został nakreślony na potrzeby tej publikacji dość wąsko i opiera się na następującej hipotezie: im wyżej w hierarchi kościelnej, tym więcej homoseksualistów.

O czym więc jest „Sodoma” konkretnie, skoro z podtytułu wiadomo już, że o hipokryzji i władzy? Tok myślenia autora jest taki: cóż mógł robić zniewieściały młodzian w macho kulturach przeszłości, które piętnowały homoseksualizm? Otóż, zostać księdzem 🙂 A skoro już nim został, pnąc się po szczeblach kariery łatwiej było o sukces łapiąc się ledwo dostrzegalnych nitek podrzucanych przez starszych „kolegów”, którzy bezbłędnie potrafili rozpoznać kogoś z „rodziny”. Łatwość dotyczyła nie tylko duchowieństwa, ale też świeckiej obsługi. W efekcie o ile na dole hierarchiii „zagęszczenie” osób homofilnych nie odbiega zasadniczo od normy, w Watykanie występuje ich nadreprezentacja, tak twierdzi Martel – dobór preferencyjny utrwalił, że heteroseksualizm jest tu wyjątkiem, nie regułą. Można zapytać, no i co z tego? We współczesnym świecie bycie gejem nie jest przestępstwem. Wg autora, przez lata obowiązywania podwójnej moralności wytwarzało to atmosferę skrajnie patologizującą zjawiska, które dzisiaj, w dobie błyskawicznego przepływu informacji, wybijają jak szambo, a konieczność ukrywania skłonności i idąca za homoseksualizmem zinstytucjonalizowana mizoginia są kluczem do zrozumienia wielu decyzji, takich jak utrzymanie zakazu sztucznej kontroli płodności przez Pawła VI, wojna z teologią wyzwolenia czy zakaz używania prezerwatyw jako środka do walki z AIDS za JP II. Na stronach książki pojawia się odpowiedź na pytanie skąd się brała opieszałość papieży w temacie pedofilii, pojawia się też, a jakże, teoria genderu 🙂 , wśród zasad Sodomy wyartykułowana została zaś i taka:

Im zapalczywiej jakiś duchowny występuje przeciw gejom, im silniejsza jest jego homofobiczna obsesja, tym większe prawdopodobieństwo, że jest nieszczery, i że za jego zapałem coś się kryje.

Nadgorliwość ma oddalić podejrzenia, ale mówi się też o niej, że jest gorsza od faszyzmu, panie Jędraszewski 🙂 Z pewnością nie jest to lektura łatwa dla wyznawców kultu JPII lub stronników kardynała Dziwisza. Zresztą w linku poniżej znajdziesz krótką i jasną opinię autora: „Jan Paweł II był główną postacią, dzięki której proceder tuszowania pedofilii był możliwy”*. Nie jest to łatwa lektura także z powodu nadmiaru materiału. Stron 715, bo autor dorzuca fakty podkreślające jego zażyłość z rozmówcami, i wykazuje się drobiazgowością w rzeczach trzeciorzędnych, jak miejsca spotkań oraz rodzaje trunków. Czy założenia przedstawione w książce mają rację bytu? Czy aż tyle w życiu wspólnoty Kościoła zależy od guilty pleasures? Amerykański sznyt wg którego wszystko da się wytłumaczyć jednym czynnikiem momentami bardzo mnie razi, ale portrety papieży i ich otoczenia, które autor nakreśla przy okazji szukania potwierdzenia dla swojej hipotezy jest, moim zdaniem, główną wartością tej książki. W Polsce nadal żyjemy w kulturze hagiografii, brak jest zaś luźnych, szczerych rozważań o człowieku, szczególnie, gdy człowiek ten zrządzeniem losu i własnych ambicji osiągnął wysoką pozycję w instytucji stworzonej przez ludzi i dla ludzi.

________________________ 
* Wywiad z autorem w Kulturze Liberalnej „Homoseksualizm w Watykanie to norma”.

Jedno zdjęcie. Zamek we mgle i dymie.

Zamek Grodziec, 14, października 2014.

Obudziły mnie dzisiaj głosy gawronów latających nad naszym domem i w swojej wyobraźni zobaczyłam obraz, który Ci teraz pokazuję. To był wtorek i przystanek na Zamku Grodziec, Gröditzburg, późnogotyckiej warowni wybudowanej na bazaltowym wzgórzu Pogórza Kaczawskiego. Pogoda była idealna na piesze wędrówki, nieco deszczowa i mglista, ale ciepła. Pod zamkiem dogaszano ogniska.

Najwcześniejsze wzmianki o tym miejscu mówią, że był tu w XII wieku gród obronny tajemniczego plemienia zachodniosłowiańskiego Bobrzan, Poborane. Ostatnim właścicielem przed nastaniem Polski Ludowej był z kolei Herbert von Dirksen, zaufany współpracownik Hitlera. Jeśli uważasz, że magiczne zamki w Irlandii obfocam, koniecznie jedź do Grodźca, bo magia jest wszędzie 🙂 To jedna z budowli na Szlaku Zamków Piastowskich. Pamiętam jak siedziałam na balkonie i robiłam z ukrycia zdjęcia moim koleżankom i dzikiemu ogrodowi na dole. Tak patrzę na nie i widzę, że teraz pasowałabym do nich jak pięść do oka, pozmieniało mi się. To był dzień nauczyciela, po Grodźcu pojechaliśmy do Bolesławca zwiedzić Manufakturę na ulicy Gdańskiej i Muzeum Ceramiki, oraz zjeść obiad w Piwnicy Paryskiej. Gdzieś „pomiędzy” widziałam Ciebie, Joanko, jak maszerujesz po drugiej stronie ulicy w czerwonym płaszczu 🙂

Tamtego lata i jesieni robiłam na drutach, chodziłam z tatą na spacery, czego teraz czasami mi trochę brakuje, miałam też chłopaka, którego nie brakuje mi wcale 😀 Dobry człowiek był, tyle, że nie mój. Trzeba wiedzieć, czego się nie chce, prawda? 😀 …

… nie wiem czy wspominałam, że na koncercie Dezertera napiłam się dosłownie kilka łyczków coli, tyle co kot napłakał. No i jestem od kilku dni uziemiona, żadnych spacerów, robi mi się zimno od wyglądania przez okno. Wczoraj mój chłopak-mąż wybył na ponad trzy godziny w celu przywiezienia z sąsiedniego miasta (12 km away) ruskich pierogów dla swojej obłożnie chorej połowicy. Okazało się, że w ich poszukiwaniu zajechał do innego kraju i oprócz pierogów przywiózł dziewczynie-żonie plecak górski. Czasem trzeba kawał świata zejść, wiele dni przemaszerować pod parasolem patrząc na swoje stopy, tak jak tego dnia, gdy wchodziłam na Grodziec, żeby znaleźć kogoś, kogo się kocha nad życie.

Niedziela zapowiada się słoneczna, niech to szlag …

Koncert Dezertera i nasze wybory.

Kilka dni temu, w trakcie rozglądania się za jakimś polonijnym wyjściem „na miasto” (liczyliśmy na polski film w kinach) Kraciasty przypomniał sobie, że w sobotę gra Dezerter. Ostatnio był na jego koncercie jeszcze na starym Jarocinie, w towarzystwie nieżyjącego już kuzyna. Dezerter jest raz, kino poczeka – sobota została zaplanowana co do godziny. Pobudka, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Północnej na kurs od dziewiątej do czwartej, powrót do domu, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Dublina. Ponieważ od kilku dni nie dosypiam, w drodze do stolicy padałam z nóg. A mimo wszystko to był dobry wyjazd. Czarowne chmury nad nami i zmienna aura w trakcie podróży, miasto nocą, takie inne, pijane, chwiejne, przetkane ludzką biedą. Lubię spacery w nocy, oglądanie sufitów w cudzych mieszkaniach.

Koncert odbył się w kultowym the Grand Social (to czerwone na prawo). Support grający na początku nazywał się the Blow Ins, polski punk na uchodźctwie. Punkt mają za brodę perkusisty, ale gdy na scenę wszedł Dezerter widać było różnicę poziomów. Co ciekawe, w koncertowej atmosferze o wiele łatwiej docierały do mnie teksty …

Przyszłość rodacy …
Zbudujemy nowy świat.
Zdechniemy przy pracy,
jeszcze tylko parę lat.

Wielki problem małych ludzi –
Zdobyć dobre stanowisko,
Zdobyć spokój, zdobyć krzesło,
Stracić nic – to znaczy wszystko.

I bezczelnie łypią okiem w moją stronę.
Szczerzą wściekle swoje ostre zęby,
Nie wiem tylko czy chcą ugryźć,
Czy to naturalny grymas durnej gęby.
Krzyż kurczowo ściskają jedną ręką,
Drugą zaciśniętą wygrażają światu.
Plują, wrzeszczą, wszystkich straszą
Polską tylko dla Polaków.

Budujesz faszyzm przez nietolerancję.
Budujesz system przez ignorancję.

Teraz udają, że są przygnębieni,
Gdy patrzą na groby poległych.
Udają, że czują zagrożenie i że są przejęci losami świata,
Udają, że walczą o pokój i wolność.
(…)
Ja urodziłem się 20 lat po wojnie,
Nie zastałem tu pokoju.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny
Właśnie z drewna, a nie z plastiku, produkuje trumny.

Jutro wcześnie rano drzwi zatrzasnę mocno
Tuż przed nosem pańskich ludzi.
Pójdę żebrać o życie na gościńcach świata.
I rozkażę ludziom: „nie idźcie na wojnę!”
A jeśli trzeba krwi, niech pan odda własną
Panie Prezydencie …

Świat potrzebuje punka. I aby punk doroślał i zmieniał świat, miast zapijać się na śmierć.

* * *

Niedziela wyborcza dała nam obojgu poczucie mocy, takie miłe smyranie. Raz, że musiałam się przeczołgać przez pracę, dwa, wieczorem zrobiliśmy ze swoimi głosami to, co mogliśmy zrobić. Nie jestem wyborcą podobnym fanom klubu piłkarskiego, wynik poniżej oczekiwań nie jest dla mnie powodem do osobistych dramatów, nie mam też jednej partii za którą dałabym sobie głowę obciąć … moją głowę bardzo lubię. Co mi się nie podoba? To, że wygrało PiS, bo to partia podpierająca się populistycznym bełkotem, i nadal uważam, że wstyd na nią głosować, wstyd, że tylu ludzi popiera skubanie z cudzego, którego głównym celem są wyborcze profity. Konfederacja w Sejmie się mi nie podoba, bo faszystów nie lubię. Plusy? Reprezentacja nowej lewicy, chociaż na nich nie głosowałam. Głosy będą spływały, sytuacje się wyklarują, a w międzyczasie rano wstał nowy dzień. I wbrew sieciowym hasłom, nie budzimy się w innym świecie. To był dobry tydzień, dużo pracy, więc trochę pieniędzy, które rozpieprzę na głupoty 😀 , czytanie „Sodomy”, Nobel dla Tokarczuk, kurs w Północnej, koncert Dezertera, wybory. Zmiany i tak nadejdą.

Late bloomer.

Zabrałam dzisiaj mamę na spacer po mojej wsi – gadałam do telefonu machając nim na lewo i prawo i pokazując jej to i owo. Tak wymyśliłam, bo ostatnio spacerować sama nie lubię, a mąż-mój-i-chłopak godzinę wcześniej pojechał był do pracy. Przed wyjazdem powiedział mi, żebym coś napisała, żeby go rozweselić. I szkopuł jest w tym, że pomimo dobrej pogody mam jakiś zamuł, a kawę powinni mi podawać przez port dożylny. Czym mogę Cię rozweselić, mój Kochany? Może Morze przed pełnym przypływem wyglądało tak:

A bardziej w ruchu tak:

Chciałam mamie pokazać jakąć meduzę lwią grzywę, ale akuratnie w meduzy nie obrodziło, za to w chusteczce do nosa przytargałam do domu jedną skorupkę. Trzymam je w słoiku, bo to typowe dla ludzi takich jak ja (w Polsce na parapecie kładłam kamienie):

I jeszcze zauważyłam, że ustawiono rusztowanie pod tym uroczym domem, którego strzecha zarosła już mchem:

Morze Może znów napełni się życiem. 65 lat temu kręcił się w jego pobliżu Rock Hudson:

W zasadzie miałam nie o tym, ale o czymś zupełnie innym. To jest tort, którym poczęstowali nas wczoraj nasi przyjaciele:

Zdmuchnęłam świeczkę, bo to ja byłam solenizantką. Dzień wcześniej pracowałam, ale też było bardzo miło – koledzy wręczyli mi róże w doniczce i voucher tk-maxxa, który natychmiast spożytkowałam na różowaty berecik Diefenthala i koszulę Hilfigera. Kraciasty sprezentował mi bukiecik podobny trochę do ślubnego. Nie piszę tego, aby ktoś składał mi życzenia, bo facebookowa aplikacja pokazująca nam kto ze znajomych i co dzisiaj obchodzi bardzo mi procedurę życzeniową obrzydziła – więcej z tym kłopotu, niż przyjemności 🙂

Mam 44 lata i 2 dni. Nigdy nie robiłam hucznych urodzin i nie chciałam takich mieć, nie dlatego, że przygnębiał mnie upływający czas, po prostu … nie uważałam tego za ważne. Zawsze było miło, gdy ktoś pamiętał, ale liczba osób, które chciałabym, żeby pamiętały, jest niewielka. Bieg czasu jest oczywisty, ostatnio bolą mnie części, które nie powinny, choć z drugiej strony nie bolą te, które powinny. Czym innym jest jednak starzenie się ciała, a czym innym poczucie tego kim się jest. W psychologii obowiązują podziały na etapy w życiu – widziałam te tabelki i pamiętam jakie uczucie towarzyszyło mi przy ich oglądaniu: niedopasowania, ale też buntu. Nie mieściłam się nigdy jak należy, wszystko zaczynałam za późno i ogólnie rzecz biorąc fatalnie pominęłam jazdę obowiązkową od razu przechodząc do miłości 😀 . Pamiętasz tę scenę z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”:

Przepraszam, że taka smutna, ale ona zawsze mi się przypominała, gdy ktoś, zanim jak Pambu przykazał wybrałam zamęście, wygłaszał mi moralizatorskim tonem, że wymiguję się od pełnienia jasnych ról społecznych, gdy tymczasem „on/a w moim wieku …” (inna sprawa, że pouczenia tego typu dostawałam głównie w internecie). Nigdy nie chciałam być trybikiem, Adasiem Miauczyńskim, który wprawdzie robi, co ma do zrobienia, ale poza tym ma pseudorelacje z ludźmi. Myślę zresztą, że nikt, zapytany, tego nie chce. Ludziom pseudorelacje zdarzają się po drodze, zazwyczaj gdy zawzięcie realizują cudzy plan na własne życie.

Kilka lat temu nie robiłam podsumowań i nadal nie widzę puenty na swoje eciepecie-lecie. Jestem late bloomer i bardzo mi z tym dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Piszę to wszystko dla tych osób, które czują niepokój, bo im się zdaje, że coś już powinno się wydarzyć, a się nie wydarza. W życiu nie ma „powinno”. Jest to, co jest. Pomyśl sobie czego naprawdę pragniesz. Albo pomyśl sobie „ale ona to jest naprawdę stara”. Zawsze można wybrać 🙂

Za oknem wiatr, w środku ciepło.

Przed południem wpadła nam do domu przez otwór w drzwiach przesyłka z Polski. Teściowie dbają o analogową tradycję, nadal wysyłają myśli na papierze. Dostaliśmy pocztówkę przedstawiającą piekarnię Sarzyńskiego w Kazimierzu i starannie zapakowany, nowy tomik Cz.M. Szczepaniaka. Na pierwszej stronie precyzyjnie doklejono wiersz o Michale, który już tutaj publikowałam.

Rysiu przedstawia więc tomik wierszy, który dzisiaj wieczorem przeczytam, „Zabrałem milczenie, słowo daję”, niszowy nakład mamiko.pl:

Oprócz wklejki, na pierwszej stronie jeszcze kilka słów skreślonych ręką teścia. Ładny prezent na taki dzień jak dzisiaj. Wieje straszliwie, krzew po drugiej stronie drogi gnie się do ziemi i walczy. Gniewa mnie bardzo, że w taką pogodę Kraciasty musiał jechać na zachodnie wybrzeże. Jest już w drodze, zabrał ze soba ciepłą kurtkę i śpiwór, tak na wszelki wypadek. Może go jeszcze zawrócą.

Przyglądam się ostrzeżeniom pogodowym. Hrabstwo Sligo ma do godziny szóstej ogłoszony alarm żółty (podobnie jest u nas), ale już w sąsiadującym z nim Mayo jest alarm pomarańczowy ogłoszony na całą najbliższą noc. Prognozy dla wybrzeża przestrzegają przed dziesiątką. Rysio wcale nie śpi, zakopał się w kołdrę, tylko czasami podnosi głowę i łypie na mnie okiem. Dobrze, że mam dom mamo, bez domu co by ze mną było? Wiatr bawi się jakimiś metalowymi wihajstrami, czasami z całą siłą próbuje staranować drzwi wejściowe. Znajduję na półce jeszcze jeden tomik Szczepaniaka, „Zapisz jako Wleń”, przysłany nam przez teściów w grudniu zeszłego roku, wydany w nakładzie 30 (!) egzemplarzy. W środku jest kilka rodzinnych zdjęć i nadryziony opłatek. Kawa, poczytam, poczekam.

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.