Jesień w Kells.

Hill of Lloyd.

Słońce piękne, chłód arktyczny. We wtorek odebrałam nowe okulary i lepiej wszystko widzę. Widzę też lepiej z innych powodów, uzupełniłam cv i rozsyłam gdziekolwiek – byłoby miło jeszcze przed końcem roku zrobić jakąś zmianę 🙂. W ostatnią sobotę po raz trzeci byłam w dodatkowej pracy, tym razem związanej z moim poprzednim zawodem. Taka sobotnia odmiana, nie wiążę z nią wielkich nadziei nasłuchując kiedy polskie piekiełko wybije, ale w długą podróż na północ jedziemy razem z Kraciastym, który pracuje w tym samym miejscu jako wolontariusz. Dla mnie to wartość dodana 😊, z nim dobrze jest jechać gdziekolwiek. W tym tygodniu mężu jest przez kilka dni w Polsce, więc zgodnie poinformowaliśmy, że nas nie ma, bo zamknięte, gdyż nieczynne. Świadoma zbliżającego się rozstania zamówiłam u Kraciastego spacer „gdzieś”, a kochany po głębokiej analizie sytuacji stwierdził, że pojedziemy do Kells. I pojechaliśmy 🙂 Opowiem Ci więc o Kells, Ceananns, dlaczego tam i wogle.

The Book of Kells – uczyłam się o tej książce na jednej z filologii. Ewangeliarz świętego Kolumby jest jednym z piękniejszych manuskryptów zachowanych do naszych czasów, a przez wieki przechowywany był właśnie w opactwie Kells, w hrabstwie Meath. Obecnie księga jest w Trinity College w Dublinie (jeszcze się z nią zobaczę). Załóżmy, że historyczność miasteczka to główny powód podróży, poza tym Meath jest za rogiem, poza tym świeciło słońce.


Zatrzymaliśmy się na chwilę przy moście Headford nad rzeką Blackwater. Czarna Woda opływająca Kells nie ma nic wspólnego z Blackwater płynącą przez Mallow, zresztą naliczyłam w Irlandii z osiem czarnych wód. Zanim przekroczyliśmy most, zauważyliśmy przed nim wjazd do interesującej posiadłości o której można poczytać tutaj. Kells Blackwater zasila w Navan nurt Boyne, naszej ulubionej rzeki …

Po krótkim postoju (zimno zimno) wjechaliśmy do miasteczka, zaparkowaliśmy samochód przed nowym kościołem św. Kolumby (St Colmcille’s Church, jakiś miły pan dał nam swój bilet parkingowy, bo została na nim jeszcze godzina i nie była mu potrzebna) i wyruszyliśmy główną drogą na spotkanie opactwu.

Jak widać, opactwo było kiedyś położone poza osadą, dzisiaj jego pozostałości są szczelnie opakowane z wszystkich stron domkami 6-tysięcznego miasteczka. Nie sprawiło nam wielkiego trudu zlokalizowanie charakterystycznej wieży obronnej, która obecnie przylepiona jest do muru chroniącego tereny kościelne od hałaśliwej ulicy, ale znajdująca się obok niej brama była zamknięta na głucho. Przez chwilę nawet pomyślałam sobie, że może miejsce jest niedostępne dla zwiedzających, ale podjęliśmy dzieło obejścia go zegarowo najbliższymi ulicami i to się nam opłaciło. Na tyłach, poza granicami opactwa, znaleźliśmy bowiem stareni budynek (na mapie powyżej widać go jako osobną budowlę położoną na prawo od opactwa, otoczoną murkiem, vallum) nazywany domem św. Kolumby.

Budynek jest prawdopodobnie najstarszą konstrukcją w mieście, podobno zawiera trzy pomieszczenia, a w jednym z nich był kiedyś kamień o nazwie Łóżko Kolumby, który dzisiaj można znaleźć w Downpatrick (zastanawiam się czy chodzi tu o kamień na legenadarnym grobie trójcy cudotwórców, byliśmy tam już z Kraciastym i tutaj możesz go zobaczyć). Wg legendy to w tym miejscu dokończono pisanie Księgi z Kells.

Obchodząc mury opactwa nagle znaleźliśmy przyjazne wejście, nawet bardzo przyjazne, bo okazało się, że jeszcze przed cmentarzem jest dom z frontowym ogródkiem w ciepłym, wioskowym stylu i… przedszkole Montessori 🙂

Opactwo w Kells, ufundowane było najpierw w VI wieku przez św. Kolumbę, a w IX wieku stało się swego rodzaju siedzibą opactwa na uchodźctwie. Sprawa bowiem ma się tak, że mnisi z klasztoru św. Kolumby na wyspie Iona od VI wieku zarządzali na zachodnim wybrzeżu Szkocji centrum ewangelizacji Piktów i Szkotów. Było tak aż do epoki wikingów, która zaczęła się głośno – złupieniem klasztoru na Lindisfarne w 793 roku. Zaledwie kilka lat później wikingowie opłynęli Szkocję ze wschodu na zachód i dotarli do Iony, w tym czasie mnisi zaczęli uciekać z zachodniego wybrzeża i zabierając ze soba pewną kolorową książkę osiedlili się w Kells. Historia ta ma więc wiele wersji, w jednej z nich Księga z Kells powstaje na Ionie, w innej w Kells, w jeszcze innej, zaczęto ją pisać na Ionie i dokończono w Kells.

Najstarszy znany pochówek na tym cmentarzu jest z roku 1577. Na zdjęciu powyżej widać okrągłą wieżę z X wieku i jeden z kilku średniowiecznych krzyży, Krzyż Południowy (wg inskrypcji na podstawie jest to krzyż Patryka i Kolumby). Irlandzka wieża z Kells nie ma nakrycia, ale i bez tego mierzy 26 metrów. W 1076 roku zamordowano w niej Murchadha, władcę średniowiecznego królestwa Mide, które na wschodnim wybrzeżu rozciągało się od malutkiego dziś Linns (Annagassan) aż po Dublin.

Krzyż Zachodni, the Broken Cross, pomimo uszkodzenia jest znacznie wyższy od poprzedniego, wznosi się na 3,5 m, na jego wschodniej części ornamentyka przedstawia historie biblijne, m.in. kuszenie w raju:

Nie zobaczyłam wszystkich średniowiecznych krzyży, niektóre są obecnie poza granicami cmentarza. Te, które zauważyłam, dominują nad grobami chowającymi się w cieniu wszechobecnych, trujących, starych cisów.

Sama postać św. Kolumby, opata z Hy (Iony), znanego również pod irlandzkim imieniem Columcille, jest intrygująco dwoista. Pochodził z królewskiego rodu, zakładał klasztory, ale też wdawał się w intelektualne awantury. W tajemnicy skopiował około roku 560 psałterz przywieziony z Rzymu przez św. Finiana z Moville (wg legendy wystarczyła mu na to jedna noc), a gdy sprawa się wydała, kłótnia o prawa autorskie miała zakończyć się bitwą pod Cúl Dreimhne, w której zginęło wielu ludzi, by Kolumba mógł odzyskać swoją książkę, która była kopią cudzego pomysłu.

Poza okrągłą wieżą w granicach wytyczonych przez vallum są jeszcze dwa duże budynki. Nowszy powstał pod koniec XVIII wieku, obok niego zieje nieoszklonymi oknami stara wieża poprzedniego, średniowiecznego kościoła, którą gdzieś w okresie budowy nowego kościoła ukoronowano iglicą.

Słyszysz jak wiało? 🙂


Wychodząc z cmentarza trochę pokręciliśmy drogę i zamiast iść od razu do samochodu wpadliśmy na popiersie Maureen O’Hary. Samochodzik jednak w końcu się odnalazł i pojechaliśmy nim w jeszcze jedno miejsce w okolicy, na Wzgórze Lloyda, niewielkie wzniesienie znane dawniej pod nazwą Mullach Aiti. Wg legend stacjonowała tu ze swoim wojskiem królowa Medb (czyż ona nie była wszędzie?), a w 1315 Edward Bruce założył obóz po zwycięstwie w Bitwie pod Kells.

Mówi się o tej budowli, że to jedyna w Irlandii latarnia morska bez morza 🙂 Spire of Lloyd, wybudowano ją w 1791 roku wg projektu Henry’ego A. Bakera. Od czasu do czasu można zobaczyć ją od środka, napis na drzwiach informował, że ostatnia taka okazja była w październiku. Zamknięta na głucho, a wewnątrz coś cały czas stukało i pukało jakby budynek był pilnowany przez niewidzialnych mieszkańców, którzy łypali na mnie przez dziurkę od klucza, gdy dotykałam drzwi. Z jej schodów omiatanych mroźnym wiatrem widok zaś taki:

Za płotem czarnolice barany, a w dole wieże kościołów w Kells. Zaciekawiło mnie „pastwisko” wydzielone obok wieży. Jest tam postawiony krzyż, są dwa kamienie z inskrypcjami, jeden przy wejściu, drugi na „pastwisku” i jeszcze ścieżki wydeptane na kształt celtyckiego krzyża. To miejsce pochówku ofiar głodu, cmentarz biedaków, który nie pamięta ani jednego imienia …

Wystarczy, wracamy do domu. Tak się akurat złożyło, że główna droga była remontowana i musieliśmy jechać objazdem, a ponieważ nie szło nam tak szybko jak zakładaliśmy, wybraliśmy Ardee jako przystanek na lunch. Nosh to bardzo ładne, smaczne miejsce. Oboje zamówiliśmy ostrą chicken tikkę z makaronem, a ja jeszcze na deser jabłka z jagodami pod kruszonką (apple & berries crumble) … ciepły deser z lodami okazał się przepyszny …

Coraz szybciej zapada zmrok, nie mogę się już doczekać przesilenia. Powrót do domu był z przystankiem na Queensborough, żeby popatrzeć na wielki księżyc nad Boyne (tego dnia akurat był szczyt pełni) i światełka naprowadzające statki, które wpływają do portu w Droghedzie …


Dzisiaj nadal wieje, a krajobraz jest przykryty szarością przez cały dzień. Kraciasty stojąc już w kuchni w pełnym rynsztunku, z uszanką na głowie, przykazał mi, żebym wyszukała miejsca kultu maryjnego w Irlandii, bo pamiętamy o obietnicy, chłopaki, żeby Wam przysłać jakieś tematyczne kartki pocztowe. Tylko najpierw musimy się dowiedzieć gdzie są i się tam pojawić. I jeszcze żebym na stronie Empiku poszukała może jakiegoś ciekawego wydania Biblii, bo Miły wyjeżdża z małą torbą, a wraca z większym bagażem, choć nic się u nas, poza nami i kotem, nie mieści. Lampa, którą dostaliśmy od sąsiadki w prezencie ślubnym nadal nierozpakowana. Myślę o niej jak o dobrej wróżbie na większy dom do którego będzie pasowała. Może rozpakuję ją jutro albo w piątek. Okna mokre. Jeszcze chwilę temu wąchałam wełnianą marynarkę Kraciastego, a teraz … przez te kilka dni muszę pamiętać, żeby wychodzić z domu z kluczem, bo nikt mi nie otworzy … without you it sucks, my love

14 comments

    • Rzekłaś 🙂 Deser był bardzo dobrym pomysłem, chociaż samo grzanie dłoni o kubek z herbatą też było niezłe.
      Ciekawe jest też to jak prawda przetyka się ze zmyśleniem. Napotykam wielość wersji tego samego wątku, historia miesza się z legendą, a postacie z krwi i kości stają się archetypami 🙂

      Polubienie

  1. Ciekawie i pięknie jesiennie było w tym Kells, z przyjemnością obejrzałam widoki, zapoznałam się nieco z historią, zajrzałam do tego archiwalnego wpisu… I nabrałam ochoty, żeby sama gdzieś się wybrać. A że wreszcie jestem zdrowa, to najbliższy weekend zamierzam wykorzystać na włóczęgę, oby tylko znów nie lało!

    Polubione przez 1 osoba

    • Po spacerze oboje byliśmy wychłodzeni, Kraciasty wziął nawet coś przeciwzapalnego przed snem …ale było warto, bo jak ma się już ulubionego człowieka, to aż się prosi spędzać z nim jak najwięcej czasu. Mam nadzieję, że zdrowie będzie u Ciebie dopisywało i zrobisz mnóstwo zdjęć nowym apartem 😉

      Polubienie

      • Mam nadzieję, że się Twój mąż wykurował, ja musiałam sobie zrobić dłuższą kurację naturalnym antybiotykiem, czyli czosnkiem i już jest bardzo dobrze.
        Zdjęcia na pewno porobię, chociaż akurat jutro mam zamiar dokupić ramek i wreszcie wywołać, oprawić i powiesić trochę moich zdjęć na ścianach tego mieszkania. Bo ściany nadal w większości puste..
        Pozdrowienia 🙂

        Polubione przez 1 osoba

        • Dał radę i nic poważniejszego się nie przyczepiło.
          Mam podobny projekt na czas pobytu w domu w Polsce. Wywołam kilka zdjęć i obkupię się ramkami, żeby pozagracać rodzicom ściany 😉

          Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s