Przychodzę do Ciebie z kinem …

bo praca skradła mi chwile, które moglibyśmy przeznaczyć na spacery. Jesienna aura też nie pomaga 🙂 to taki okres, gdy częściej śpię z poduszką na głowie niż pod głową. Podrzucam Ci kilka dobrych tytułów obejrzanych w ciągu moich jesiennych miesięcy. Pierwszy świetny, jeszcze listopadowy film to …

control sam riley.gif

biograficzny „Control“ zrobiony ponad 10 lat temu przez Antona Corbijna, który opowiada o krótkiej karierze nowofalowego Joy Division, zanim stało się popowym New Order.

Wizualnie przemyślany obraz skupia się na prywatnym życiu frontmana zespołu, Iana Curtisa. Muzyki Joy Division słuchałam krótko gdzieś w okolicach edukacji licealnej … obok ówczesnego zafascynowania The Doors był to jedynie epizod, ale film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Nie jest dziełem głównie dla fanów (tak mogłabym powiedzieć raczej o „Bohemian Rhapsody“  na które poszliśmy do kina pod koniec października – muzyka zwycięża, Malek jako aktor nieźle dobrany), psychologicznie prawdziwy chwyta i ducha epoki i osobiste dramaty.

Główne role są naprawdę trafnie obsadzone … Sam Riley grający Curtisa pozwolił mi zapomnieć, że nie tak dawno widziałam go jako pana Darcy’ego w „Dumie i uprzedzeniu i zombie“, w roli jego żony Samantha Morton – dla mnie do tej pory aktorka na stałe przypisana do ról kostiumowych. Druga połowa lat 70-wcale nie jest jak kolorowe jarmarki, zresztą koloru innego niż czarno-biały w tym filmie brak, i nie chodzi tylko o to, co widzimy, także o świat wewnętrzy bohatera … Curtis był utalentowanym, charyzmatycznym liderem, który w zasadzie „robił“ zespół, ale z innej perspektywy był postacią zupełnie typową dla swojego pokolenia czy wieku, zerojedynkową, niedojrzałą, zagubioną. Nie dał też sobie czasu, żeby się odnaleźć. Robotnicze miasto w jego sercu ciągnie się za nim jak cień, gdy Ian wyrusza w wielki świat … gdzieś tam daleko pobrzmiewa David Bowie, migocze inna rzeczywistość. Gdy zespół Warsaw (sic!) staje się Joy Division*, a spełnienie artystycznych marzeń widać na wyciągnięcie ręki, nie ma fajerwerków. Sukces niczego nie zmienia, jeśli nadal jest się tym kim się jest. A mówią Bądź sobą …

Kolejny dobry film obejrzałam, gdy kilka tygodni temu byłam w Polsce. „Amator“, opowieść o tym, jak można odnaleźć coś, co pochłania, co spełnia życie i jakie są tego konsekwencje – mamy go w naszej domowej kolekcji filmowej, po prostu tym razem był to seans telewizyjny, czyli nic nowego, ale Kieślowskiego nadal się ogląda, nawet lepiej za drugim czy entym razem. Poboczna uwaga jest taka, że czas akcji filmu jest mniej więcej ten sam, co wspomnianej wyżej biografii Curtisa.

Jest to historia zaopatrzeniowca, któremu się wydaje, że ma wszystko czego chce, a chce tego, czego zazwyczaj ludzie pragną: rodziny, miłości bez szaleństw, świętego spokoju. Któregoś dnia Filip kupuje kamerę i świat mu się odmienia. Kino moralnego niepokoju – dziwna nazwa, wydaje mi się, że film Kieślowskiego wyrasta ponad jego założenia. Z uśmiechem przeczytałam, że kręcono go w Chrzanowie … ileż nasłuchałam się o tym Chrzanowie od pewnej osoby … Chrzanów spełnieniem marzeń. Miasto gra Wielice, miejsce „tak bliżej Krakowa trochę“, prowincjonalne blokowisko na którym rodzi się artysta. Z tych narodzin nie wszyscy się cieszą, w szczególności najbliżsi, którzy woleliby, żeby było jakoś tak normalnie. Z drugiej strony jest Wawrzyniec, bohater kręconego przez Filipa filmu, jest jego wzruszenie. I tu muszę zauważyć, że aktorom zawodowym nie ustępują amatorzy, jak pan Rzepka, prywatnie pracownik Biblioteki Narodowej w Krakowie, grający szeregowego, starego pracownika zakładu przemysłowego. Nie ma dziadostwa rodem z „Klanu“, nikt nie podaje tekstu jak robot starej generacji. I to też jest zasługą reżysera – sztuką jest pozwolić ludziom zagrać co mają do zagrania. „Amatora“ cyfrowo zrekonstruowano i tę wersję z pewnością warto u siebie mieć – uwielbiam świeżość kadru połączoną z patyną czasów i okoliczności. Aaaaa … i nie wiem czy wiesz, ale film miał pierwotnie mieć inne zakończenie. Potem dopiero dopisano i zagrano to, które oglądamy,

bo tamto zakończenie to była nieprawda, przestaniesz robić filmy?, a ja przestanę robić filmy?

Z peerelowskiej Polski przechodzę do zimowego Berlina. W październiku obejrzałam niemiecki „Upadek“, film o ostatnich dniach Hitlera – portretuje go u Hirschbiegela doskonały w tej roli Bruno Ganz. Tak kończy się wódz, jego wyznawcy, współpracownicy, miasto. Dobrze jest wrócić do seansu myślami po jakimś czasie i zastanowić się czy coś mi po nim w głowie zostało. Jest tam powtarzający się obraz młodych ludzi, którzy sami postanawiają obsługiwać posterunek z działem – taki młodzieńczy hurapatriotyzm, mówi ci to coś (że zacytuję pana Jasińskiego z serialu „Dom“)? …  Czytałam gdzieś o oburzeniu/kontrowersji, że przedstawiono Führera jako człowieka. Hitler był człowiekiem … zachowaj się jak człowiek, mówią … paradne, biorąc pod uwagę ile nasz gatunek ma niedoróbek – podobno świniom łatwiej jest rzucić alkohol niż nam …  🙂

Hitler był człowiekiem, a młodzi ludzi byli patriotami. Czy nastolatkowie walczą kiedykolwiek w jakiejś swojej wojnie, czy to jest jedna wielka ściema dorosłych? To nie jest nowa myśl, już mi zaświtała, kiedy letnim wieczorem obejrzeliśmy „Miasto 44“ (też całkiem niezły film, świetnie łapiący groteskę powstania, chociaż wcale nie jestem pewna, czy szkoły w swoim czasie waliły na ten film w celu oglądania groteski).

Oprócz prac historycznych podstawą scenariusza były wspomnienia Traudl** Junge, osobistej sekretarki wodza – dzięki temu jest w filmie element bardzo autentyczny, powtarzający się w wielu kulturach, w wielu czasach: z bliska zło nie wydaje się takie okropne, szczególnie, gdy widzimy je jak cieszy się wegetariańskim obiadkiem, rozmawia z dziećmi, gdy damy mu okazję do zadzierzgnięcia z nami prywatnej znajomości. Zło, inaczej niż w amerykańskich kreskówkach, jest bliskie, niepozorne i ponieważ jesteśmy skłonni je usprawiedliwiać, łatwiej zaraża. Wiedzą to nie tylko uczestnicy wielkich wydarzeń historycznych, wiedzą to przecież również bite żony. Czyż Hitler po prostu nie pomagał narodowi wstać z kolan? Bardzo cieszę się, że ten film zrobili akurat Niemcy,  język ogromnie pomógł nadać spójność mojemu odbiorowi tego, co dzieje się na ekranie. Jeśli tylko będzie ku temu okazja wyląduje w mojej kolekcji dvd, bo jest to jeden z filmów do których można wracać (takim do którego wracać nie warto okazał się kilka dni temu „Kod Da Vinci“ Rona Howarda, z odległości czasu cieniznę dialogów słychać straszliwie i tylko autentyczna scenografia podsłodziła mi seans).

A na koniec wrześniowy „Whiplash“, ponownie film muzyczny. Autorskie dzieło Damiena Chazelle z 2014 roku i współczesny Nowy Jork jako tło historii o złudzeniach młodości, technice gry na perkusji i psychicznych manipulacjach. Osią opowieści jest relacja pomiędzy ambitnym studentem jazzowego grania i jego toksycznym nauczycielem.

„Whiplash“ był początkowo filmem krókometrażowym, który dostał powiew funduszy po bardzo dobrym przyjęciu go przez krytykę w Sundance 2013. Wraz z pieniędzmi w roli ambitnego nastolatka pojawił się nowy odtwórca, Miles Teller. Utwór tytułowy napisany przez Hanka Levy’ego pierwszy raz zabrzmiał w 1973 roku na płycie „Soaring“ Dona Ellisa. Jakoś nie mogę zebrać słów, żeby napisać coś więcej o warstwie muzycznej tego filmu, co by się zresztą zgadzało, bo Zappa rzekł był, że

Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.

Btw. wczoraj minęło 25 lat od jego śmierci. W każdym razie czuję się zwolniona z tego punktu programu i dobrze, bo jeszcze palnęłabym jakieś głupstwo. Długi muzyczny finał tego filmu jest wisienką na torcie, tym na co liczyłam, chociaż nikt tu nie wygrywa żadnego konkursu. Puenta taka mi się nasuwa, że życie jest czymś więcej niż walką o cudzą akceptację, rodziny lub mistrza i że może pojawić się jako skutek uboczny, gdy robimy to co robimy not giving a fuck.

Każdy z tych filmów był powodem naszych domowych dyskusji, nawet teraz gdy to piszę wracamy do fabuł i gadamy. Przez moment zastanawiałam się czy nie poświęcić im osobnych postów, bo tematyka jest tak różna i przemyślenia w związku z tym różnorakie. Ale z drugiej strony nie chcę zafilmowywać sobie bloga, bo nie tylko o tym jest moje życie, nie widzę też powodu, żeby pisać o wszystkim, co oglądam … o rzeczach słabszych pisać się nie chce, narzucanie sobie reżimu miesięcznych podsumowań filmowych uważam za bezużyteczne. Wracając pamięcią do naszych wieczornych seansów widzę, jak szybko mija ten czas, mija dobrze choć mógłby wolniej, mógłby się ciągnąć jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i dać nam się przesycić, aż do radosnego oczekiwania na choinkę … już grudzień, za chwilę nowy rok.

Jak przeżyć młodość, żeby nie zrobić sobie krzywdy … pasja ważniejsza niż rodzina … wojny nie dzielą się na sprawiedliwe i niesprawiedliwe … rób swoje i nie żebraj o poklask, uznanie przyjdzie samo. Jakieś Twoje myśli w związku z tymi zdaniami?

Dzień dobry 🙂

_______________________________
*Joy Division to tłumaczenie słowa Freudenabteilung, nazwy grupy więźniarek z obozu w Auschwitz wybranych do świadczenia usług seksualnych.
**tak w ogóle, to jakie to bajeranckie imię! Wersja Gertrudy (nigdy bym na to nie wpadła), pochodzi ze starogermańskiego i oznacza mocną włócznię.

Advertisements

Wątpliwość.

doubt meryl streep wind

Gdy zapuszczam się w rejony filmów w których gra Meryl Streep, każdorazowo po seansie uzmysławiam sobie, co jeszcze chciałabym obejrzeć z tą świetną aktorką i widzę, że lista jest przede mną długa 🙂

Tym razem film sprzed 10 lat, którego akcja dzieje się w roku 1964, w katolickiej parafii na Bronxie. Sucha, krytyczna, konserwatywna siostra Bouvier od św. Alojzego (cóż za imię) nabiera wątpliwości, czy kontakty z uczniami jej przełożonego, postępowego księdza Flynna, są tylko niewinnej natury. Ksiądz Flynn jest postacią sympatyczną, wygłasza ciekawe kazania, jest lubiany … myślę, że także przez widzów – w tej roli nieodżałowany Philip Seymour Hoffman, który cztery lata temu zakończył życie bawiąc w Nowym Jorku (zabił go luty w mieście wymieszany z heroiną i amfetaminą). Obsadę dopełniają Amy Adams jako naiwna siostra od św. Jakuba i Viola Davis grająca matkę jednego z uczniów. Nie wyróżniłabym ponad innych żadnego z aktorów – cały kwartet mocny, grający czysto i harmonijnie.

Gdzie leży prawda? Zakonnica prześladuje sympatycznego księdza wiedziona pychą, czy w księżych kontaktach jest coś na rzeczy? Celem autora scenariusza (oraz reżysera i dramatopisarza w jednym) nie było walenie widza po głowie oczywistościami, zresztą sztuka teatralna ma podtytuł „przypowieść“. Są za to obserwacje … choćby krótkie, dosadne porównanie jak siadają do posiłku księża, jak to robią zakonnice … ten pierwszy świat jest w filmie gdzieś daleko, widzimy ich zetknięcie tylko w szermierkach pomiędzy księdzem Flynnem i siostrą Bouvier. Podnoszą się głosy, wieje wiatr na zmianę, przepalają się żarówki.

Zaintrygowało mnie, że film wydał mi się bardziej kostiumowy niżby na to wskazywał rok akcji – Siostry Miłosierdzia, których przedstawicielką jest siostra od św. Alojzego, noszą w Nowym Jorku kapelusze z epoki regencji. Kiedy zagłębiłam się w temat okazało się, że wcale nie pomyliłam się z umiejscowieniem kostiumu – zakon został założony przez Elizabeth Seaton w 1809 roku, wdowę, która ubierała się jak włoskie kobiety z epoki stosownie do tego statusu i taki też mundurek obowiązywał przez lata w zgromadzeniu – siostry nowojorskie przestały go używać dopiero w roku 1968. Ten mundur wspaniale komponuje się z opowieścią, zresztą poza aktorstwem i subtelnościami scenariusza, „Wątpliwość“ zachwyciła mnie scenografią, sposobem kadrowania, złamanymi kolorami jesieni (butelkowa zieleń przebijająca w tle jest po prostu przepiękna). Doskonale jesienny film z miejscami, które prawie pomyliłam z Bostonem, bo w mojej wyobraźni istnieje taki właśnie Boston 🙂 John Patrick Shanley pokazał miasto swojego dzieciństwa, a postać siostry od św. Jakuba wzorował na nauczycielce, siostrze Margaret McEntee, o której mówi, że miała ogromny wpływ na jego życie.

Może Cię zaskoczę, ale temat zakonnic uważam za feministyczny i z tego punktu widzenia, pozycji jaką zajmują w hierarchii kościoła (zazwyczaj najpodlejszą), jest to temat dla mnie bardzo interesujący. Że ta pozycja choćby w porównaniu z zakonami męskimi jest słaba … wystarczy pomyśleć na czym lans robi Szostak, a z czego jest znana Chmielewska. Temat rzeka. Film jak najbardziej polecam – jest bardzo dobrze zrobiony w ogóle i wybornie jesienny w szczególe.

Pewnie za jakiś czas zaopatrzymy się z Kraciastym w kilka „zakonnych“ książek i wtedy wrócę do tematu, a tymczasem na Związku rozmawiamy o zjawisku dziewic konsekrowanych – zajrzyj, zapraszam.

Dobrego tygodnia 😉

Kolory jesieni na Howth.

Howth 12 listopada (2)

Robiliśmy podejście do tego szlaku w środku sierpnia – pierwsze wspólne, bo oczywiście Kraciasty był tu wcześniej w innych okolicznościach. Wtedy zawrócił nas deszcz. Wczoraj postanowiliśmy wykorzystać wolny poniedziałek i udało się, pospacerowaliśmy od portu do latarni morskiej Baily.

Howth 12 listopada 4

Pewnie wspominałam, że wybrzeże jest znane z mapy Ptolemeusza, nie wiem tylko czy wtedy Howth był połączony z lądem, czy też był wyspą. Dzisiaj na tombolu znajduje się przedmieście Dublina o nazwie Sutton. My zaczęliśmy swój spacer podobnie jak poprzednio, trochę dalej, w porcie pełnym mew, który już znasz. Kiedy podjechaliśmy na parking ciemne chmurki zaniepokoiły nas na tyle, że weszliśmy do Starbucksa (jakie oni mają słabe kawy, aż kolejny raz się powtórzę), żeby przeczekać ewentualne pogorszenie pogody. Późnie mogło być już tylko ładnie 🙂

Angielska nazwa Howth ma pochodzenie staronordyckie, pojawiła się wraz z Wikingami w IX wieku (hoved, Hǫfuð – cypel). Nazwa irlandzka Bhinn Éadair jest mniej jasna – zawiera imię osoby, której nikt nie zna, możliwe zresztą, że imię zostało z czasem zniekształcone. Howth jest miejscem ważnym dla historii, kultury i mitologii. Znajduje się tu kromlech (nie doszliśmy do niego), rzekome miejsce pochówku Aideen, żony Oscara, wojownika Fianny, który zginął pod Gabhra w roku 284. Starożytne śmietniki potwierdzają, że już tysiące lat temu w tej okolicy polowano z psami i jedzono skorupiaki. Wg mitologii miejsce było odwiedzane przez postacie takie jak Cú Chulainn czy Fionn mac Cumhail, zresztą to właśnie z półwyspu oddział Fianny miał wyruszyć na swoją ostatnią bitwę …

Tyle razy słuchałam piosenki Kate Bush, a nie słyszałam tego, co teraz wiem …

Then I’d taken the kiss of seedcake back from his mouth
Going deep South, go down, mmh, yes,
Took six big wheels and rolled our bodies
Off of Howth Head and into the flesh, mmh, yes …

„The Sensual World“, opowieść o Molly, bohaterce „Ulissesa“ Jamesa Joyce’a. Na Howth oświadcza się jej Leopold Bloom. Półwysep był dobrze znany Joyce’owi i wielu innym twórcom, występował jako tło obrazów malarzy, w tym Williama Orpena, a gdy wchodziliśmy na szlak odkryłam zupełnie przeoczony przeze mnie wcześniej napis na domu:

Howth 12 listopada (1)

… w latach 70-tych można było tu spotkać spacerującą z dziećmi Lynn Redgrave … Dublinersi, Dolores O’Riordan, Stuart Townsend, aktorzy, pisarze, dziennikarze … kto wie kogo zna pies, który zerkał nam w oczy, gdy wracaliśmy do portu przez Thormanby Rd 😀 Zresztą, każdy na swój sposób okazuje się czasem dla nas ważny …

Przeglądam zdjęcia i cieszę się jak dziecko, że zwlekliśmy się w wolny dzień, żeby przemaszerować po rancie półwyspu, może nie naokoło, ale całkiem spory jego kawałek. Woda migotała wieloma kolorami, przy brzegu wyglądała jak mleko do flat white, pełna powietrza i aksamitna:

Howth 12 listopada 3

Zielone latem paprocie zupełnie zrudziały i odsłoniły strukturę klifów. Wiatr był słabszy niż oczekiwałam, a pod koniec spaceru zachodzące słońce na bogato oświetliło nam nadmorską ścieżkę.

Howth 12 listopada 2 (1)Howth 12 listopada 2 (2)Howth 12 listopada 2 (5)Howth 12 listopada 5

Około 15 zauważyliśmy statek wypływający z portu w Dublinie – Oscar Wilde zbudowany w 1987, prom typu ro-ro. Sądziłam, że zmierza do wyspy Man, ale z rozkładu floty jasno wynikało, że wieczorem był w Holyhead, w Walii. Gdy teraz sprawdzam jego namiary znowu jest w drodze 🙂

KIsh Bank lighthouse

Za Oscarem Wildem Kraciasty sfotografował latarnię i głowiłam się przez dłuższy czas co ona za jedna. Kish Bank, Banc na Cise, stoi na płyciźnie, którą statki mają z daleka omijać. Latarnia powstała dopiero w drugiej połowie XX wieku. Na krótko przed zakończeniem I wojny światowej 4 mile morskie na wschód od latarni Niemcy storpedowali statek pocztowy płynący do Holyhead, RMS Leinster. Była to największa katastrofa na Morzu Irlandzkim – życie straciło przynajmniej 564 osoby.

Być może za kilka lat gdzieś na tej ławicy powstanie elektrownia wiatrowa … na razie cieszyliśmy się widokiem otwartej, niczym nie zmąconej przestrzeni z jednym, złowieszczo błyskającym światełkiem.

Z każdym krokiem pogoda była coraz lepsza … i już w pełnym słońcu dotarliśmy do Baily – pierwsza latarnia morska powstała tu w 1667 roku. Obecna została zaprojektowana przez George’a Halpina Sr. i w takiej formie towarzyszy morzu od 1814 roku.  Zanim zainstalowano na niej dzwon przeciwmgielny i to miejsce było świadkiem kilku katastrof, w tym PS Queen Victorii, która wypłynęła z Liverpoolu zimą 1853 roku i zgubiła szlak zaskoczona śnieżnym sztormem. Tylko jedna łódź ratunkowa z 17 osobami dotarła do brzegu. Reszta z około stu pasażerów utonęła kilkadziesiąt metrów od latarni, zaledwie kilkaset metrów od portu.

Howth 12 listopada 2 (3)

W rezultacie tej ostatniej katastrofy dzwon został zamontowany na wiosnę tego samego roku, po siedmiu latach planowania, odkładania i cięcia kosztów. W rejonie jest jeszcze kilka widocznych gołym okiem latarń, które cały czas migoczą i ostrzegają. A przecież w słoneczny dzień, taki jak wczoraj, jakże to malownicze, nieomal rajskie miejsce … tutaj złapane aparatem Kraciastego:

Howth 12 listopada 2 (4)

Zadziorny cycuszek w tle to oczywiście Góra Cukru, która dość często zerka na nas, gdy wyruszamy na spacery niedaleko Dublina. Nie podeszliśmy blisko latarni, odbiliśmy w górę, w kierunku parkingu do miejsca oznaczonego na mapie jako The Summit. Jest tam dziwna, okrągła budowla, którą obeszłam w nadziei na małą choćby wskazówkę cóż to takiego. Nic z tego, nadal nie wiem, zaznaczenie owego summit czy jak … tak czasami jest z Irlandią. Skręciliśmy w Thormanby Rd., która bezbłędnie zaprowadziła nas do portu. Po drodze przyglądałam się ludziom, bo wielu w nimbie dziwności przemierza irlandzkie ścieżki. W tym pani o ciężkich nogach, a wcześniej chudy chłopak, który jeszcze w Starbucksie nieźle a z pewnością głośno składał zdania, a na Thormanby Rd. z pytającym wzrokiem i słuchawkami w uszach zachwiał się lekko próbując zrobić nam na chodniku miejsce, którego mieliśmy wystaczająco dużo. Spotkaliśmy też lokalnego hipopotama w kosmicznym skafandrze:

Howth 12 listopada

W drodze do domu utknęliśmy jeszcze w korku – niewielka cena oglądania pięknych okolic Dublina. Na szczęście jakoś tak mamy z Kraciastym, że to nie za bardzo jest problem – my w samochodzie, a na zewnątrz cały świat, już bez słońca, z migoczącymi gwiazdami i światłami naszej prowincji.

Wiem, że w Polsce tego dnia wielu ludzi miało wolne z okazji poprawin po święcie niepodległości, opowiedz mi więc jak wyglądał Twój poniedziałek. Jednak praca? Leżakowanie czy coś? 😉

_______________________________________________
w celu dokształcenia się zajrzałam choćby tutaj:

oraz na ogólnodostępne strony o flocie, i na wiki.

Jedno zdjęcie. Warszawskie wróble.

Jedno zdjęcie warszawskie wróble

Warszawa, ulica Freta, 1 sierpnia 2016.

Przez dwa lata (rok 16 i 17) w okresie obchodów powstania wyruszałyśmy z psiapsiółkami do stolycy. Wizyty wymiernie zmieniły mój stosunek do tego miasta – stało się mi trochę bliższe, mniej tekturowo-rekonstrukcyjne, mniej związane z moimi osiemnastymi urodzinami, gdy spałam na piętrowym łóżku, a za oknem w Warszawie lał deszcz. Odnalazłam w nim miejsca czarowne i wyprodukowałam własne opinie, np. przyswoiłam Polin i odrzuciłam Muzeum Powstania Warszawskiego, albo też raczej ono odrzuciło mnie. Zdjęcie, które dzisiaj pokazuję, zostało zrobione przed kawiarnią Pożegnanie z Afryką. Chyba pierwszy raz jadłam ciasto marchewkowe, lub przynajmniej smakowało ono na tyle dobrze, że zapamiętałam to wydarzenie. Zleciały się do niego wróble i co odważniejsze brały mi okruszki z ręki. W grupie zawsze znajdzie się ten pierwszy, nieustraszony, ze świdrującymi oczkami, które obserwowują każdy ruch. Po aromatycznej kawie, sycącym ciastku i spacerze wzięłyśmy udział w tworzeniu znaku Polski walczącej na Placu Zamkowym. Potem, na Nowym Świecie, zaszłyśmy do Klubokawiarni Pożyteczna.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma ostatnimi wydarzeniami na ulicy pochłonął mnie faszystowski marsz. Stałam na chodniku w milczeniu … ludzie obok szli tam dokąd mieli iść, jakby było to najnaturalniejsze wydarzenie pod słońcem. Świeżo uprasowane koszule, starannie przygładzone włosy, pewnie uchwycone proporce, dźwięki czyste wyrwane z przepony. Przez miasto maszerowało Hitlerjugend. To było zupełnie niespodziewane przeniesienie w czasie. W sercu wielkiego miasta marsz wygolonych chłopców przetkany gdzieniegdzie dziewczynami, aby odrzucić tak niemiłe wyższej rasie podejrzenie o homoseksualizm. Nie wiem czy to właśnie miało decydujący wpływ na mój odbiór, ale w kolejnym roku moje wrażenia z obchodów rocznicy powstania były bardziej płaskie i nieprzychylne. Nagle dotarła do mnie absurdalna symbolika czerwonych rac z których dym unosi się nad Warszawą. Miasto, które spłonęło nie umie świętować inaczej jak prezentując finezyjność na poziomie przeciętnego kibica Legii.

Przypomniała mi się dzisiaj moja wizyta i wróbelki, bo sporo w mediach o kolejnych obchodach, tym razem święta niepodległości. Są w Warszawie rzeczy drobne i piękne, są też inne, większe i wyższe, które coraz bardziej wdzierają się w miasto swoją betonową retoryką. Finezję znam, poziom przyzwolenia na faszystowskie poglądy również. Teoria rozmija się z praktyką – to co medialnie jest negowane, gdzie indziej zostaje przyklepane. Za dwa dni Warszawa znowu zapłonie racami … już przyzwyczajono Polaków do tego widoku, więc ilu pomyśli, że to zupełnie idiotyczne i nie na miejscu, jak sądzisz?  I tak oto zeszło mi na politykę, którą się interesuję na tyle na ile interesuję się przyszłością. Czy wiesz, że pomnik Dzierżyńskiego stał w Warszawie 38 lat? Życzę Ci samej dobroci z okazji 100-lecia niepodległości. Nie daj się / nie dajmy się prywatnej frustracji, która jest pożywką dla publicznej nienawiści.

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach“, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście“, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić“. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy“.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Poniedziałek w hrabstwie Wicklow.

Ale nie ten wczorajszy poniedziałek, tylko poprzedni, gdy nie było jeszcze tak dyniowo. Dzień wcześniej byliśmy na północy, tym razem pojechaliśmy bliżej, na południową stronę Dublina, skąd już tylko rzut beretem do gór Wicklow. Opowiem Ci o tym najszybciej jak się da 🙂 …

… tak więc, w dolinie pomiędzy górą Djouce i Górą Cukru, Great Sugar Loaf,  znajduje się najwyższy całoroczny wodospad Irlandii, Eas Chonaill, wodospad na rzece Dargle, An Deargail. Prosz bardzo:

Powerscourt Waterfall collage

Zdjęcia z rąk Kraciastego. Historia mówi, że w sierpniu 1821 roku właściciel Powerscourt, którego wodospad był częścią, postanowił podczas wizyty króla Jerzego IV w Irlandii zrobić małe przedstawienie przyrodnicze. Zatamował wody wodospadu, aby móc je spektakularnie zwolnić, gdy król będzie razem z nim podziwiał ogromny potok stojąc na moście zbudowanym na dole. Piąty wicehrabia pomysł miał mocarny, na szczęście król z jakichś powodód nie opuścił bankietu w posiadłości. Gdy wody rzeki Dargle uwolniono spiętrzona fala zmyła most w kilka sekund. Szansa zmiany historii, jak widać, nadarza się każdego dnia 🙂

A tak w ogóle nazwa rzeki Dargle oznacza małą, czerwoną plamę – nawiązanie do koloru, którym upstrzone są znajdujące się w niej kamienie.

Wspomniałam o właścicielu posiadłości, jest i posiadłość. Oto ona:

Powerscourt Estate (6)

Uważam, że wielkością trudno ją porównać z Castle Ward. W moim odczuciu to gigant. Powerscourt ma długą historię, już w XII wieku stał tu zamek, który został zupełnie przebudowano w XVIII wieku. Wtedy też pojawiły się przeróżne odniesienia architektoniczne, między innymi do stylu włoskiego, a przez XIX wiek przebudowywano ogrody wg wówczas panującej mody. Oczywiście są więc różne mitologiczne golasy:

powerscourt estate collage

Tarasy wychodzą na staw z fontanną i wspaniały widok na kwarcytową Górę Cukru, która na tym wieczornym ujęciu chowa się za drzewem po prawej stronie:

Powerscourt (3)

Jest ogród „za murem“, jak to zwykle bywa w takich posiadłościach. I są w nim róże:

Powerscourt Estate (2)

Jest część angielska, z  pięknym starodrzewem.

Powerscourt Estate (3)

W 1908 roku na miejscu podsuszonych topielisk stworzono w obniżonej niecce ogród japoński. O tej porze roku mieni się kolorami. Podobno było to ulubione miejsce do robienia niewielkich, rodzinnych imprez:

Powerscourt (2)

Zaskoczyła mnie wiadomość wyczytana w sieci, że w XX wieku Powerscourt Estate spłonął – została z niego właściwe skorupa murów bez dachu, która straszyła przez następne 20 lat. Jakoś nie wyłapałam tego słuchając audioprzewodnika. Pożar zaczął się na poddaszu i służąca wspominała, że udało się jej wynieść całą porcelaną miśnieńską, którą zawsze planowała obejrzeć, ale gdy była w pracy nigdy nie miała na to czasu. 🙂

Jedno miejsce w parku wydało mi się szczególnie urokliwe. Pomiędzy kwitnącymi wiosną azaliami i rododendronami, na tyłach ogrodu za stawem założono cmentarz dla zwierząt. Psy, konie, ale również ten grób:

Powerscourt Estate (4)

To miejsce spoczynku dwóch krów, Eugienii i Księżniczki. Pierwsza była rudawą krową z Jersey, druga długowłosą panienką szkockiej rasy Angus. Co o tym myślisz? Wiem, że na terenie parku nadal można zobaczyć wolno pasące się zwierzęta, chociaż my nie mieliśmy szczęścia, żeby przywitać się z końmi. Boncho, Giddy i Glencree czasami skubią trawę niedaleko parkowego stawu.

Zmarzłam tego dnia. Zmarzłam, ale jeszcze w drodze powrotnej uśmiechałam się na myśl o krowach, które zostały zapamiętane. Ludzie sortują w swojej głowie świat w różnych szufladkach i bywają zaskoczeni, gdy coś się nie mieści w żadnej. Od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że nie powinnam mówić, że zwierzę umiera, ponieważ umiera człowiek, a zwierzę zdycha. Czyż kultura nie jest zmyśleniem? 🙂

Powerscourt (4)

PS. Kraciasty, śliczny ten rudzik filujący na Ciebie czujnie jednym okiem 😀 , więc go pożyczam i teraz będzie patrzył na wszystkich Czytelników.

Niedziela w hrabstwie Down.

Niedziela Dundrum Castle

Przyszedł czas, żeby opowiedzieć Ci bardzo rozwlekle o jednodniowej podróży. Na górze masz kawałek panoramy widocznej z ruin Dundrum Castle. Pojechaliśmy tam w zeszłą niedzielę.

Plan był inny. Poinformowani przez internet o dobrej pogodzie chcieliśmy się wybrać znacznie dalej na północ, aż za przeprawę promową do Portaferry. Po drodze słońce było takie piękne, że zdecydowaliśmy o zajechaniu do zamku w Dundrum, żeby stamtąd popatrzeć na góry Mourne. Na co dzień obserwujemy je od południa, tym razem zaszliśmy je od tyłu:

Niedziela góry Mourne widziane z Dundrum Castle

Ten Dundrum Castle (bo jest jeszcze drugi, w republice) w hrabstwie Down w Irlandii Północnej został zbudowany na przełomie XII/XIII wieku przez anglo-nomańskiego rycerza, Johna de Courcy.  To co z zabytku pozostało jest obecnie pod opieką National Trust, organizacji użyteczności publicznej, która zajmuje się ochroną dziedzictwa narodowego Zjednoczonego Królestwa.

W ruinach zamku schody na główną wieżę były niestety zamknięte, ale i z resztek murów obronnych widok na okolicę rozpościerał się wspaniały. Mieliśmy zresztą tego dnia wyjątkowe szczęście do przejrzystości powietrza, Kraciasty wypatrzył na horyzoncie wyspę Man zanim jeszcze zdołaliśmy wdrapać się na ruiny.

Następny przystanek był jakieś 16 mil na północny-wschód  – posiadłość o nazwie Castle Ward. Miejsce pewnie jest znane miłośnikom „Gry o tron“. Oboje nie oglądaliśmy serialu i nie mamy o niczym pojęcia, na wstępie więc poszliśmy spokojnie na kawę, potem obejrzeliśmy dom trochę z wierzchu, trochę od środka.

Niedziela Castle Ward 1

Gdy patrzę na to zdjęcie uświadamiam sobie jak jest jesiennie. Lato było suche i Irlandia szybko wyblakła, a teraz, zanim ponownie wszystko zdążyło się zazielenić, znowu trzeba zrzucać liście 😦

Zabytkowy dom pod Strangford jest otoczony zielonymi polami starannie przystrzyżonymi przez grazing animals – konsumpcja trawy przez krówki odbywa się cały czas. Podoba mi się ten zwrot, powtarzałam go sobie w głowie przez dalszą część podróży wiele razy, grazing animals, grazing animals.

Castle ward grazing animals

Bardzo dziwny to dom, XVIII-wieczny, z jednej strony klasycystyczny (z tej która wita turystów zajeżdżających na parking), od tyłu z gotycką ścianą.

Niedziela Castle Ward 2

Za to wnętrza są raczej wiktoriańskie, z ogromną liczbą bibelotów. I element, który kocham do szaleństwa w wielkich domach: nie po raz pierwszy okna chujowej pani domu:

Niedziela Castle Ward wnętrza (1)

Meble w pociemniałym drewnie, na nich mnówstwo przedmiotów z różnorodnego materiału: szkła, skóry, marmuru, istna rupieciarnia XIX-wiecznego zbieractwa. W jednym pokoju martwe owady przyszpilone w tych ramkach od ponad stu lat  …

Niedziela Castle Ward wnętrza (2)

… w jadalni porcelana jakby zastawiona przed chwilą przez służbę, która z niewiadomego powodu zniknęła. Naokoło białe golasy, ukryte drzwi, tykający zegar …

Niedziela Castle Ward wnętrza (3)

… a pomiędzy tym w różnych miejscach domu wypchane zwierzęta. Mnie zachwyciła sowa z białą szlarą w kształcie serca, która spod klosza przygląda się światu swoimi szklanymi oczami. Nie zapamiętałam twarzy ludzi z portretów, za to zastanawiam się czyje było to kopytko u stóp płomykówki:

Niedziela Castle Ward wnętrza (4)

Trafiliśmy akurat na darmowe zwiedzanie (zupełnie niechcący), dostępny był jednak tylko parter budynku na którym przywitał nas i pożegnał wypchany niedźwiedź. W prawie każdym pomieszczeniu stały panie, które chętnie opowiadały co widać tu i tam. Pewnie gdy do nich dotarliśmy mówiły to już dwadzieścia razy, pomimo tego były miłe i zaangażowane. Ostatnim prywatnym właścicielem tego miejsca był Maxwell Ward, szósty hrabia Bangor – zapach jego fajki można nadal poczuć w pokoju umiejscowionym w gotyckiej, tylnej części domu.

Poniżej dom od gotyckiej strony:

Niedziela Castle Ward naokoło (1)

… i sielankowa cisza. W tych warunkach wydaje się aż nierzeczywiste, że w przeszłości tą wyspą szarpało tyle sąsiedzkich konflików. Jeszcze w  latach 70-tych na terenie parku z powodu przedwczesnej eksplozji ładunków wybuchowych zginęło dwoje młodych radykałów z Prowizorycznej IRA.

Sam spacer po parku również był niezwykle przyjemny – sporo w nim zwierząt, dużych i drobnicy, przede wszystkim nie do przeoczenia jest krowie pastwisko, ale w małej zagrodzie znaleźliśmy też inne stworzenia, takie jak te trzy kózki, które akurat stanowczym meczeniem wyprosiły podwieczorek i nie miały ochoty na pozowanie do pamiątkowych zdjęć. Kim, Missy i Marley:

Niedziela Castle Ward naokoło (2)

A skoro już zdanie o „Grze o tron“ się rzekło, zaszliśmy także do wieży, która zagrała coś tam w którymś tam odcinku. Ponieważ nie wiem jak i co, weszłam na górę i skupiłam się na okienku:

Niedziela Castle Ward naokoło (3)

W przechadzce cały czas towarzyszył nam taki jesienny krajobraz jak poniżej. Jeszcze ciepło, jeszcze tli się w drzewach nadzieja, że to chwilowy kryzys:

Niedziela Castle Ward naokoło (4)

Po wizycie w Castle Ward było już dość późno. W drodze powrotnej do republiki zajrzeliśmy do miejsca, gdzie wg legendy pochowano patrona Irlandii, św. Patryka. Downpatrick jest stolicą hrabstwa. Centrum św. Patryka było już o tej porze zamknięte, ale my byliśmy zainteresowani dotarciem do katedry i cmentarza. Urzekła mnie ta scena w zachodzącym słońcu – dwóch mężczyzn, jeden dużo starszy i o lasce, stojących nad czyimś grobem:

Downpatrick 1

Jak widać, w Downpatrick już ścigaliśmy się ze zmierzchem. Dopiero później okazało się, że sfotografowani panowie stali nad kamieniem Patryka. Zanim tam zaszliśmy, po raz kolejny rzuciliśmy okiem na wspaniały widok na góry Mourne:

Downpatrick (1)

Vis-a-vis tego widoku w ostatnich promieniach jesiennego słońca katedra św. Trójcy …

Downpatrick (4)

… miejsce o długiej historii, choć nie tak znowu antycznym kamieniu – np. jej neogotycka wieża jest z początku XIX wieku. W XIII wieku kościół został zniszczony przez trzęsienie ziemi, w XIV spalony przez Edwarda de Bruce’a, a w XVI pełnił funkcje stajni. W czasie skomplikowanej historii swoich renowacji wchłonął w siebie część innego kościoła, opactwa benedyktynów, czarnych mnichów z Down.

Zawsze warto spróbować otworzyć drzwi, ale tego dnia były dla nas zamknięte. Innym razem 🙂

Poniżej natomiast wspólny grób św. Patryka, oraz czerwone spodnie Kraciastego. Robiłam te zdjęcia  myślą o pewnym blogerze, który kocha Irlandię. Celcie, mam nadzieję, że dorzucisz tu jakiś link z legendami o św. Patryku jako dopełnienie naszej podróży:

downpatrick collage

Wspomniałam już wcześniej o Johnie de Courcy. To on jest odpowiedzialny za to, że pod jednym kamieniem wg  tradycji spoczywać mają św. Patryk, św. Brygida z Kildare i św. Kolumba, opat z Hy, czyli irlandzka trójca cudotwórców. Oczywiście trzy te postacie są obrosłe legendami i dzieli je od naszych czasów 1500 lat historii, trudno jest więc z pewnością dziś powiedzieć, kto i dlaczego leży tu gdzie leży. Jest to jednak znamienny grób, irlandzki w swojej zwykłości duży kamień, bez żadnych kolorowych szkiełek i innych pierdolników.

Pomimo galopującego zachodu, pod Newcastle zaliczyliśmy (przed)ostatni zjazd z trasy do domu. Skusił nas Murlough National Nature Reserve, pierwszy rezerwat przyrody na terenie Irlandii. Od 6 tys. lat znajdują się tutaj wydmy piaskowe. Nie zagłębiliśmy się w nie wystarczająco, chociaż wiem, że można tu długo spacerować podpatrując lokalne uskrzydlone i futrzaste stworzenia. Wieczór był coraz chłodniejszy, a my grzecznie, pomiędzy wydmami podskakiwaliśmy drewnianym szlakiem …

Murlough (2)

… rozglądając się naokoło i wypatrując grazing animals, które, a jakże, pojawiły się na horyzoncie w postaci wszędobylskich krówek. Czytałam gdzieś również, że w charakterze kosiarek są używane kuce z Exmoor …

Murlough (3)

… przede wszystkim jednak naszym celem było morze. Teraz, gdy to piszę, przypomniało mi się, że w lewej kieszeni granatowego  płaszcza nadal śpią zapakowane w chusteczkę dwie karbowane, białe muszle małży znalezione tego wieczora.

A szliśmy po ten widok – Slieve Donard przyglądający się sam sobie w lusterku na plaży:

Murlough (1)

Ogryzek Księżyca patrzył na nas już od jakiegoś czasu, a Słońce zachodziło, gdy zmierzaliśmy w kierunku Dundalk, tego miejsca, gdzie zginął Edward de Bruce w bitwie z Birminghamem. Czekała tam na nas herbata z miodem i odgrzany, sobotni obiad. Bardzo to było miłe. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy o filmie widzianym poprzedniego wieczora i off we went, kontynuacja podróży do domu. O rany, to już powiedziałam Ci prawie wszystko, co chciałam. Pisałam to z doskoku, bo jestem ostatnio w jakimś mentalnym niedoczasie. Dzisiaj jest piątek, ale coś tak czuję, że następny post będzie o poniedziałku.

A Ty, jak zwiedzasz?
Wyjazdy zorganizowane przez biuro czy raczej na własną rękę?
Daleko czy blisko?
Co w zasadzie wtedy robisz? Też się szwendasz tak jak my?

Kler Smarzowskiego.

Kler Braciak

Byłam, zobaczyłam. Zazwyczaj nie piszę tutaj o modnych filmach na które walą tłumy, bo mam długą listę ciekawych rzeczy do obejrzenia i każda czeka na moją osobistą weryfikację hot or not. Poza tym nie przepadam za entuzjazmem świeżego tłumu popkornożerców i colowciągaczy. Gdy idę na coś niemodnego, jest większa szansa, że ludzie nie przychodzą się tylko nażreć i naśmiecić.

Sytuacja była o tyle wyjątkowa, że to mój pierwszy seans filmowy w irlandzkim kinie. I to traktuję jako podstawową motywację. Oczywiście wiem, że „Kler“ bije w Polsce rekordy box office’u, mam internet, czytam co ludzie piszą. Wczoraj o osiemnastej w Dundalk widownia była wypełniona, wydawało się nawet, że cała miejscowa polonia przybyła,  ani jednego wolnego miejsca, nalot na kino w grupach, ludzie pozdrawiali się nawzajem.
I jak było?

Trailer zapraszał na inny film – miało być śmiesznie lub, jak kto chce, obrazoburczo. I owszem, pierwsza scena to ta, którą znamy z zapowiedzi. Trzej panowie piją do piosenki Kultu. Potem jednak robi się coraz smutniej. Krótka recenzja mogłaby brzmieć tak: przygnębił mnie ten film. Warto dodać na samym początku: nie jest to film ani o wierze, ani o którymkolwiek bogu. I skoro to już mamy wyjaśnione … miałam w wyobraźni jakiś tam obraz czy listę życzeń tego, co może pojawić się na ekranie. Np. wyobrażałam sobie koncert aktorski w wykonaniu pana Gajosa. Jego Morda jest mordą wszystkich mord. Mordowicz to wspaniała personifikacja sapiącego biskupa wygłaszającego okrągłe przemowy w stylu „lata spędzone w służbie Maryi przeżyłem w ubóstwie …“. Przy okazji obwieszczanych przez filmowych duchownych formułek – momentami odnosiłam wrażenie jakby były żywcem wycięte z medialnych wypowiedzi. Nie pokuszę się teraz o sprawdzenie, bo nie mam filmu pod ręką, ale zrobię to kiedyś, gdy będę miała go na dvd. Czy były to cytaty? Bo choćby po to, żeby usłyszeć jak brzmią w zestawieniu z obrazem cierpienia jednostki, warto było pójść na ten film. Ale wracając do aktorstwa, wyobrażałam sobie koncert gry Gajosa, dostałam cielesność i nie narzekam. Jakubik i Więckiewicz zagrali krwiste postacie i to oni w zapowiedziach są gwiazdami „Kleru“. Nie dajmy się jednak zwieść 🙂 Zamiast napadu na wiarę, który niejeden jej fałszywy obrońca chciałby tu wytropić, dostrzeżmy psychologiczną prawdę, której jest tu sporo. Dwóch z trzech księży, chociaż zło czynią, są postaciami pozytywnymi, bo niewiele jest w życiu rzeczy czarno-białych, a już z pewnością nie o takich rozprawia ten film. Jednym ze sposobów radzenia sobie z byciem ofiarą jest naśladowanie kata, przejście na jego stronę mocy. Trzeba tylko stać się bezdusznym. To co mnie zachwyciło, to Braciak grający księdza dorastającego w miejscu do złudzenia przypominającym zabrzański ośrodek wychowawczy osławionej siostry Bernadetty. Jeśli dopiero na film się wybierasz, patrz na jego twarz, nie spuszczaj jej z oczu. Tylko silni i ambitni docierają do Watykanu.

Jeśli chodzi o reakcje publiczności, dwie rzeczy. Odnosiłam wrażenie, że część widowni na takie filmy nie chodzi, a gdy już pójdzie to gorączkowo szuka w nich czegoś zabawnego. Bo tak odbierałam chichoty, gdy któraś nobliwa postać na ekranie przeklęła. Podsumowanie jednego z widzów pod napisy końcowe: no i nic takiego nie było – w sensie nic kontrowersyjnego. Inaczej mówiąc: wszyscy wiedzą, że duchowieństwo obraca wielkimi pieniędzmi i uczestniczy w podejrzanych przetargach, festiwal tego typu zachowań jest jawny, parę miast z nich słynie. Wszyscy wiedzą, że są przypadki przemocy, pedofilii, co łaska, zwykłego zdzierstwa, chamstwa, pogardy. No i nic takiego nie było – wisienka na torcie tego seansu. Wszyscy wiedzą i nic z tego nie wynika. Czy to nie jest najsmutniejsza rzecz jaką można usłyszeć w takim kontekście?

To tyle na szybko, bo wrażenie siedzi mi w głowie, chociaż w międzyczasie kończy się cudowna niedziela o której więcej napiszę w tygodniu. Jeszcze dzisiaj przy okazji herbaty u znajomych analizowaliśmy różne wątki ostatniego filmu Smarzowskiego. Myślę, że to zawsze jest radość dla twórcy, gdy wsadzi kij w mrowisko na tyle, że ludzi to rusza w tym świecie w którym niby widzieliśmy już wszystko. Film nieobojętny.

Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Październikowa galeria Highlanes.

Highlanes Gallery Drogheda 1

To miejsce możesz już znać, byłam tutaj i nawet pokazywałam zajawki sierpniowej wystawy. W deszczowym poście przeczytasz trochę informacji o galerii Highlanes, niedużym miejscu przytulonym do gwarnej jadłodajni, wymoszczonym w byłym kościele franciszkańskim. Kontakt z kulturą jest tu za darmoszkę, w drzwiach powita Ciebie jakaś dyżurująca osoba, która zaproponuje informacyjne wydawnictwa albo plakaty. Nie wiem czy to taki zwyczaj, ale po raz drugi widzę, że na balkonie jest coś lekkostrawnego, natomiast główna sala, ta z ołtarzem, wystawia współczesnych, irlandzkich twórców – patrzeć tutaj trzeba chcieć i lubić 🙂

highlanes texaco competition

I tak obejrzałam wczoraj dwie wystawy. Najpierw podsumowanie konkursu 64th Texaco Children’s Art. Prace był nagrodzone w sześciu kategoriach wiekowych oraz dodatkowo w kategorii dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – wszystkie tegoroczne wyróżnienia możesz obejrzeć pod linkiem. Uwierzysz, że środkowy, bardzo szczegółowy rysunek dziewczynki robiącej bańki mydlane narysowała 12-latka z Dublina? Podziw miesza się u mnie z odrobinką smolistego dziegciu. Gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce odgruzowywałam biurko, znalazłam na jego dnie trzy szkice. Szczególnie zaskoczył mnie mój autoportret, lustrzane odbicie machnięte z natury, przysiadłam do niego ot tak, bez minimum choćby ćwiczenia, a jednak proporcje są niezłe, kreska zaskakuje poradnością. I tu część, która mi zalega – nigdy nie byłam dość wytrwała, żeby wznieść się ponad swój twórczy perfekcjonizm przemieszany z lenistwem. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym się była uczyła, byłabym wybitną pianistką 😀 jak to mawiała o sobie Lady Katarzyna de Bourgh w pewnej klasycznej powieści. Gdybym ćwiczyła, rysowałabym teraz jak ta 12-latka. I to byłoby coś. Kto wie … może jeszcze będę. Chcę, choć drżę na myśl o tych wszystkich ohydnych, nijakich dziełach, które mogę po drodze popełnić.

collage highlanes texaco competition

Portrety, autoportrety, pejzaże, zwierzątka – twórczość najlepszych musiała być naprawdę czasochłonna, niektóre obrazy zdradzają talenty impresjonistyczne autorów, ich naturalnie harmonijne postrzeganie kolorów. Konkurs Texaco ma już niezłą historię – po raz pierwszy, pod inną nazwą, odbył się w 1955 roku w trudnej do wyobrażenia Irlandii, rządzonej przez księży, słabo skomunikowanej, poza stolicą straszliwie prostej i biednej. Czytam, że obecnie do konkursu jest zgłaszanych nawet 40 tys. prac każdego roku, można więc powiedzieć, że pełni rolę kulturotwórczą. I przypuszczam, że kierunkuje przyszłość niektórych uczestników.

Wystawa w listopadzie przenosi się do Cork. Może jeszcze zdążymy z Kraciastym wpaść tam razem, ot tak sobie, przy jakiejś okazji 🙂

Tymczasem na dole, na prawo od ołtarza, w czerwonej wnęce w której ostatnio widziałam niepokojące maziaje Rity Duffy, na trzech ścianach są przyczepione identycznej wielkości kartki z samoopisami. Trzy rozdziały  życia: „not sorry“, „master of my universe“ i „trying to behave“.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (1)

To tutaj spędziłam większość czasu, czytając jak ludzie w różnym wieku, zapewnieni, że ich wypowiedzi będą anonimowe, dokańczali zdanie zaczynające się od „I am“ – Jestem … Samoopisy bazują na Teście Dwudziestu Stwierdzeń Manfreda Kuhna, są efektem zainteresowania autorki psychologią.

Just a bit extraordinary … taki tytuł nosi wystawa Theresy Nanigian – oprócz słów także zdjęcia, portrety osób w różnym wieku, patrzące w obiektyw, tańczące. To jest w zasadzie kompilacja trzech innych wystaw, których tytuły już wspomniałam.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (2)

Zazwyczaj, gdy wchodzę na bloga lub inny profil, czytam samoopis, który oczywiście w mniejszym lub większym stopniu jest autokreacją. Wiem, że nie dowiaduję się z niego jaki jest człowiek, raczej zyskuję wiedzę jak chciałby być przez innych widziany. Niektóre opisy blogerskie brzmią jak nęcące teksty z biur matrymonialnych. No i dobrze, każdy pisze jak umi …

Highlanes Gallery Drogheda 2 (3)

… czytając samoopisy z instalacji Nanigian ani razu nie poczułam niechęci do autora wypowiedzi, bez względu na to ile w nim było niepodobieństwa do mnie samej. Szczerość, prezentacja za którą nie ma żadnej nagrody budzi natychmiastowe współodczuwanie w stosunku do drugiego. A przynajmniej tak poczułam. Wyszłam stamtąd w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nasze światy czasami się dotykają i jesteśmy wszyscy jak tańczące na wietrze, mydlane bańki.

Autorka jest postacią zdecydowanie nietuzinkową. Menagerka z Bostonu, która na pewnym etapie życia postanowiła wziąć sobie do serca swoje własne rady i zdecydowała, że jeśli teraz nie zacznie być artystką, o czym zawsze marzyła, to kiedy? 🙂 Z ogromnego zdjęcia patrzyła na mnie kobieta z czerwonymi ustami, wyprostowana jak stara arystokracja, osoba, której niestaranną kreskę wokół oka uznałam za coś zupełnie na miejscu, działanie zamierzone. Takim widokiem galeria mnie pożegnała, jeszcze tylko mała ankieta, czy mi się podobało i skąd jestem. Podobało mi się, jestem stąd 🙂

Tak że ten … przedpołudniowy wtorek uaktywnił mi tęsknoty za byciem twórczą i błyskotliwą. A miałam na sobie akurat mundurek pracowniczy, niezupełnie doprany. Tzn. góra obleci, ale spodnie trzeba już dać do pralni chemicznej. I piszę to wyprzedzając komentarze, że w galerii byłam, bo mam czas i szczęście. Galerianka taka. Czas faktycznie miałam, bo do zmiany popołudniowej były dwie godziny. To sobie poszłam w nie za czystych spodniach.

Piszę to wszystko spod kordełki, bo ostatnio w mieszkaniu bardzo marzną mi stopy, paluszki mam jak sople lodu. I tak zastanawiam się ilu czytających tutaj też chciało/chce być twórcami.

Co tworzysz?
Jakie talenty zakopałeś i teraz robisz dziurki pod drzewami w ich poszukiwaniu?
Kim jest według Ciebie artysta?
Kto jest artystą, a kto nie jest, może jakieś przykłady?

Kult w Dublinie.

Wzięłam udział w świeckiej, jesiennej tradycji!

Kult przyjechał do Dublina w ramach corocznej Pomarańczowej Trasy. Akurat miałam dzień wolny i z pomocą trójki znajomych przemieściłam się w kierunku The Academy na 57 Abbey Street Middle. Przed wejściem zostałam opieczętowana wejściówką, która była tak anemiczna, że w słabym świetle sali nie było czego na ręce fotografować. The Academy to niewielka scena koncertowa, może trochę porównywalna ze Starym Klasztorem w którym byłam dwa razy w zeszłym roku. Jako support przez pół godziny grali zupełnie mi nieznani Irlandczycy ze Slacker’s Symphony. Mocna perkusja, ale brakowało mi zaplecza, żeby zrozumieć i docenić natężenie dźwięku 😀

Trasa2018

Kult wszedł trochę po 19-tej i grał ponad dwie godziny. Zabawne, że nigdy nie widziałam ich na żywo w Polsce, a na obczyźnie spotkaliśmy się tak łatwo. Niewielka sala pozwalała na obserwowanie koncertu z boku na siedząco bez straty zbyt wielu wrażeń. Siedziałam więc po lewo, obok damskiej ubikacji i ignorowałam cudze kubki z piwem. Na samym początku podszedł do nas zawiany Przemysław z Łodzi/Belfastu, jako wysłannik swoich kolegów, Elvisa i Kuby. Obwieścił nam, że każdy z nich ma po dwójkę dzieci oraz że w autobusie wszyscy sikali, a Elvis dotrzymał. Poza tym miał do nas biznes w postaci podrzucenia nam do pilnowania swojego plecaka. Zgodziłyśmy się ze względu na te dzieci i Elvisa. Od czasu do czasu Przemo wpadał, żeby posilić się schowanym w plecaku soczkiem lub wyjąć szluga. Opowiedział też być może całkiem prawdziwą historię jak to, jako wierny fan wiele lat temu zaiwanił zespołowi cały wór firmowych koszulek 🙂 Z innych wydarzeń okołokoncertowych, na bisie pewna kobieta przeskoczyła przez ochronę i wpadła na perkusję.

Jeśli chodzi o sam koncert, Kult objawił mi się jako zespół rzetelny, bez instaotoczki, skomplikowanego ruchu scenicznego i tego całego „rączki do góry“. Profesjonaliści, którzy w oparciu o swoją dyskografię mógliby zagrać kilka różnych koncertów. Mój wzrok przyciągał w szczególności Jeżyk Wereński na gitarze, Janusz w sweterku oraz Morawiec, który ze swoją siwą grzywą wydawał się być mi znany z innego życia.  Czas biegnie nieubłaganie dla nas wszystkich, myślę że „Polska“ wyszła kilka lat temu, a tu nagle zdaję sobie sprawę, że Kazik na żywo wygląda jak wujek Józek, młodszy brat mojej babci, który mieszka na Grabiszyńskiej  🙂 Tak więc pierwsze pięć minut było to oswajanie się z wujkiem Józkiem. Niemniej nie żałuję, że ruszyłam się w niedzielę po południu, mam takie poczucie, że zobaczyłam legendę. Set był chyba mniej więcej taki:

Kult w Dublinie

Fotkę pozwoliłam sobie przytulić bez pisemnej zgody, sama zrobiłam kilka zdjęć słabej jakości. To były dobrze spędzone dwie godziny, lubię ich teksty, lubię uczciwy sposób podejścia do muzyki, poczucie, że twórcy coś czytają, coś oglądają i inteligentnie poruszają się po świecie kultury. Powiększa nam się zestaw legalnych płyt Kultu w naszej płytotece i pewnie jeszcze niejedno dokupimy. Ucieszyła mnie ta niedziela i jedyne czego mi brakowało to Kraciastego, który w chuście bojownika pojawił się dopiero przed północą, aby zawieźć mnie do domu zanim objedzona chicken tikką zgubię pantofelek.

Za chwilę, po Reykjaviku, od października w wykonaniu Kultu Radomie, Rzeszowy, Torunie i inne. Może będą śpiewali hymn gdzieś blisko Ciebie … 🙂

Spacer w deszczu po Malahide Gardens.

Malahide Castle (1)

Ależ to wszystko biegnie. Niedziela, jesień, zaraz pełnia księżyca, harvest moon, a jeszcze chcę zdążyć z opisem deszczowego czwartku. Krótko będzie. W czwartek padało od rana do wieczora, ale i tak wykorzystaliśmy nasz dzień wolny, żeby się przejść. Sytuacja mniej więcej wyglądała tak:

Malahide Castle (3)

My dwoje pod wielkim parasolem, chroniącym przed mrokiem duszy. W takim właśnie stanie nieco kraciastym odwiedziłam pierwszy (i nie ostatni) raz Malahide Castle.

Zaskoczyło mnie, że w taką pogodę i przy dość już chłodnym deszczu parking pełen był gości, spore wycieczki czekały również na zwiedzanie domu. Wątpię czy dla młodych ludzi to jakaś rewelacja, generalnie nauczyciele robią plany muzealne, a młodzież najbardziej zapamiętuje z tego plotki z koleżanką i z kim się wówczas dzieliło parasol 🙂

Widoczny na pierwszym zdjęciu dom przez ponad 800 lat należał do rodziny Talbotów. Nazwisko to jest wspomniane już w spisie gruntów Domesday Book Wilhelma Zdobywcy, a ziemie wraz z portem w Malahide zostały rodzinie darowane przez króla Henryka II Plantageneta. Henryk jest mi znany głównie z tego, że dwa razy zagrał go w filmach Peter O’Toole, gość z Connemary. Nie będę się rozwodziła o domu czy ruinach opactwa, ponieważ woleliśmy trochę zmoknąć niż wejść do środka i wbrew pogodzie kupiliśmy tylko bilety ogrodowe.

Najbardziej zachwyciła mnie motylarnia w której spędza swoje życie 20 gatunków egzotycznych motyli. Na stronie internetowej Malahide Castle napisano, że jest to jedyna motylarnia na terenie Irlandii. Nie wiem czy to prawda, Kraciasty twierdzi, że słyszał jeszcze o innych. W każdym razie nie ma takiej obok której przeszłabym niezainteresowana …

Heliconius hecale nazywany tiger longwing, z meksykańskiego i peruwiańskiego lasu deszczowego:

Malahide Castle (4)

Na pierwszym planie Heliconius charithonia, nazywany zebra longwing. W naturze występuje w całej Ameryce Południowej i części Ameryki Północnej. Drugiego koleżki nie mogę rozpoznać:

Malahide Castle (5)

Idea Leuconoe, nazywana papierowym latawcem albo large tree nymph. Pochodzi z południowo-wschodniej Azji, można go spotkać również w części Taiwanu i Australii:

Malahide Castle (6)

Caligo, owl butterfly, z lasów deszczowych Meksyku, Ameryki Środkowej i Południowej. Jego skrzydła są przykładem mimikry batezjańskiej:

Malahide Castle (7)

Motylarnia została otwarta w sierpniu tego roku w szklarni, która wcześniej służyła tropikalnym roślinom Lorda Milo Talbota. Niektóre motyle dopiero pompowały swoje skrzydła, inne właśnie umierały.

A to już inna szklana konstrukcja, jedna z siedmiu i najbardziej imponująca szklarnia na terenie the Walled Garden, zbudowana prawdopodobnie w czasach wiktoriańskich i zainstalowana w ogrodach po jej zakupie w latach 90-tych:

Malahide Castle (8)

Ogrody częściowo zawdzięczają obecny wygląd staraniom wspomnianego już brytyjskiego dyplomaty, Lorda Milo Talbota, i jego zamiłowaniu do fauny półkuli południowej, stąd na ich terenie jest sporo australijskich i chilijskich roślin.

Taki widok towarzyszył nam przez okno w czasie posiłku i popołudniowej kaffki w Avoce:

Malahide Castle (9)

Z Avocą zapoznałam się już, gdy byliśmy w Kerry. Świetna irlandzka firma, ich sklepy podają bardzo dobre jedzenie i kawę, ale przede wszystkim jest to producent wspaniałych wełnianych ubrań. Sieć jest z hrabstwa Wicklow i ma tradycję sięgającą roku 1723. Kiedyś będzie mnie stać na jakiś ich żakiet, I swear to god. 

Po kaffce poszliśmy do części ogrodów nazwanej The West Lawn. To tam, spod cedru libańskiego zrobiłam zdjęcie domu. Cedr, widoczny także poniżej po lewej stronie, ma ponad 350 lat:

Malahide Castle (10)

Pod drzewem znaleźliśmy mnóstwo dziurek wykopanych przez jakieś zapominalskie wiewiórki albo krukowate. Gdy już przyjrzeliśmy się dziurkom i powędrowaliśmy do bardziej zalesionego terenu, żeby tam odkryć pomiędzy drzewami dziko rosnące cyklameny perskie, zrobiło się późno a deszcz przybrał na sile. Wróciliśmy więc przez bramkę, która otwarła się przed nami po podaniu zaklęcia i znów znaleźliśmy się przed domem. Dziedziniec był tym razem zupełnie opustoszały. Ostatni rzut oka na taki widok:

Malahide Castle (2)

Wyobrażam sobie jak tu musi być pięknie, gdy jest ładna pogoda i można przysiąść na jednej z parkowych ławek, żeby pogrzać się w słońcu. Z drugiej strony pewnie mała jest wówczas szansa na taką ciszę i krajobraz bez rozgadanych sznurków wycieczek. Deszcz ma swoją wartość, a my mamy ogromny parasol chroniący przed mrokiem 🙂

Miało być krótko, tak? To kończymy. Równonoc. Witaj jesieni.