Doris.

Tego wieczoru wyoglądaliśmy ostatnie trzy odcinki rosyjskiego „Mistrza i Małgorzaty“. Wcześniej kupiliśmy w sklepie takie niezbędniki jak pizza z krewetkami, kocie chrupki walczące z kamieniem nazębnym i bazyliowe pesto pierwszej świeżości tylko do osiemnastego. W drodze do sklepu na chwilę skręciliśmy na plażę, akurat żeby zdążyć przed zachodem:

collage 12.02

Dwa powyższe zdjęcia dzieli kilka minut. Na naszych oczach zapadł zmrok, morze w odpływie zaczęło się zlewać z niebiem, a na horyzoncie coraz lepiej widać było światła sąsiednich miasteczek. Zanim zupełnie się ściemniło, zdążyłam zrobić dość wyraźne zdjęcie Doris, królowej naszego wybrzeża:

collage 12.02 2

Doris Bleasdale 12-31 jest łodzią klasy Mersey. Być może na pierwszym zdjęciu nie jest jakoś szczególnie imponująca (na drugim jest obok swojego hangaru w którym odpoczywa), ale rozwija prędkość 16-17 węzłów, a jeśli ktoś widział tutejsze sztormy, od razu nabiera szacunku dla każdej rzeczy, która w taką pogodę pruje fale. Może raz czy dwa obserwowałam ją w oddali na spokojnym morzu (w czasie sztormów to ja śpię z kordłą naciągniętą na głowę), raz jak wyciągano ją na brzeg i transportowano plażą do hangaru, gdzie po umyciu brzuszka zasypiała do następnej przygody. Czytam, że już w czasie pierwszego półrocza służby pięć razy wypływała, żeby ratować marynarzy w potrzebie, oraz że ten rok będzie dla niej ostatnim u nas. Po 26 latach Doris ma odejść na emeryturę 2 czerwca. Jeszcze chwilę zostanie jako wsparcie dla młodszej koleżanki, po czym powędruje do Poole w hrabstwie Dorset, gdzie będzie częścią floty rezerwowej. Zastąpi ją nowa, szybsza łódź klasy Shannon. Trudno w to uwierzyć widząc jaka Doris jest gładziutka i zadbana, bez ani jednej plamki rdzy na kadłubie … no cóż … siedzę po północy (za dużo kawy) i piszę o łodzi ratowniczej. Nawet jest mi trochę smutno, że już niedługo będziemy ją żegnać. Wieczór był łagodny, teraz słyszę, że wzmaga się wiatr. Wyobrażam sobie, że łodzie, jak marynarze, wolą walczyć z falą niż rdzewieć w spokojnym porcie, więc może właśnie Doris zwodowano i kręci się przy wybrzeżu oświetlona różnymi błyskotkami. Ktoś tam nie śpi i być może nawet jest z tego powodu bardzo zadowolony, jak nasz sąsiad, który w czasie sztormowej pogody zamiata przed wejściem do domu. Kraciasty mówi, że robi „klar na pokładzie“. Klar na pokładzie. No dobrze. Ja, pomimo wypitej kawy, zamierzam teraz wskoczyć do wyrka bez zrobienia uprzednio klaru i bez wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrej nocy. Tobie również, mała łódko.

Werbeanzeigen

Pierwszy tydzień lutego.

Raczej nie zrobię z tego reguły na początek każdego miesiąca – zwyczajnie nie umiem znaleźć innego tytułu …

Dzisiaj wolne po czterech dniach pracy, a ponieważ nic się nie dzieje wszystko Ci o tym opowiem. Myślałam, że pojedziemy do Beaumont, ale się okazało, że dzisiaj było wczoraj. Faktycznie więc w deszczowy poranek wczoraj wybraliśmy się do szpitala. Pomimo tego, że przed wjazdem napotkaliśmy strajkujących, wszystko, co miało się odbyć, odbyło się ekspresowo. Rachu ciachu i nawet zdążyliśmy wrócić z Dublina, zjeść na mieście i kupić kuwetę (dwie ostatnie rzeczy w odwrotnej kolejności … a mieliśmy na co zdążać, bo każde z nas udawało się do pracy).

20190205_123301
jedzenie i ziaziu. za oknem deszcz.

Albowiem Rysiu z nami od dwóch nocy śpi i doszliśmy do wniosku, że wywalanie go za każdym razem, gdy chcemy wyjść jest nieludzkie. Jeszcze słowo wyjaśnienia kim jest Rysiu. Jest to kot, którego poznałam pod koniec lipca zeszłego roku. Nakarmiłam i wypchnęłam za drzwi. Tak się obraził, że kolejny raz przyszedł do nas … 17 stycznia. Dostał saszetkę, która czekała na niego od poprzednich wakacji, i od tego czasu jesteśmy rodziną. Wracając do wczoraj … przy wywalaniu nieomal doszło do łapoczynów, po których z okien samochodu obserwowałam jak smutno kuśtykający kot, po chwilowym fochu, potuptał nazad pod drzwi. Pogoda była wstrętna, a my mieliśmy wyrzuty sumienia. Tak więc na 2.30 ja do roboty, a Kraciasty z kuwetą w bagażniku do Omagh, również nie na wczasy. Przed pracą tłumacząc sobie, że to będzie fujowy dzień kupiłam na pocieszkę dwie koszule w TK maxie, granatową w białe papierowe samoloty (tom tailor denim) i białą w granatowe dmuchawce (kew 159).

20190206_121010

Tymczasem dzień był robotniczo spokojny, w pracy zastałam Elaine, która wszędzie widzi jedzenie i nie omieszka się nim poczęstować (gdy mówi: I see food, wszyscy wiedzą, że przyszedł kres dla cudzych makaronów, mięsiw, ciasteczek i gorącej czekolady z bitą śmietaną) oraz inną miłą dziewczynę, dzięki której nie musiałam wieczorem po pracy łapać taksówki. Przed domem kota brak – ze smuteczkiem przelewałam gulasz zrobiony przez Kraciastego do pojemników i robiłam to bardzo zamaszyście, tak żeby zapachy kraciastych efektów kulinarnych rozeszły się po całej wsi i sprowadziły małego żebraka do domu. Nawet napisałam esemesa, że kota nadal nie ma. Ale czy kot może zrezygnować z darmowej saszetki? Akurat! Wrócił chwilę po 21-ej, opylił rybki w galarecie w minutę i zasnął, menda jedna, w swoim ortopedycznym łóżeczku dla kotów, które Kraciasty kupił mu z marszu kilka dni temu …

collage koci
Rysiu dzienny i Rysiu wieczorny.

Ponieważ we wtorek byliśmy tam, gdzie mieliśmy być w środę, dzisiaj był czas na bardzo powolne, poranno-południowe zwlekanie się z wyra i obiad w ramach śniadania. Jęczałam miłemu żebyśmy wyszli na słońce, więc Kraciasty wpadł na pomysł wyjazdu do Carlingford (miasta, nie na górę). Tak też uczyniliśmy, oczywiście dłuższą drogą, z widoczkami, przez Omeath i tak dali, gdyż tacy już jesteśmy. W zasadzie zawsze, gdy tam zajeżdżamy, robię zdjęcie temu widokowi po drugiej stronie Carlingford Lough:

20190206_163544

Akurat był odpływ. Spotkaliśmy się też ze znajomą i zjedliśmy z nią obiad w pubie na Newry St. Był to dzień bez śniadania, za to z dwoma obiadami. Spokojny, dobry dzień z widokami.

Poranki coraz częściej mówią o wiośnie, wieczory bywają zasnute zimnym deszczem, jak teraz. Spanie z nowym kotem jest bardzo niewygodne, bo się człowiek nie chce za wcześnie ujawniać ze swoim nocnym syndromem niespokojnych nóg. Naokoło nas życie przynosi nowe sprawy. Po paznokciach widzę, że dokucza mi anemia, znajoma twierdzi, że po prostu przystosowuję się do klimatu. Może być – trzeba w każdym razie zapaćkać paznokcie farbką, bo mnie ich widok denerwuje. W poniedziałek wieczorem rozmawiałam z mam. Umarł wujek z podkręconym wąsem. I Bobisia coraz słabsza, nadal zasmarkuje podłogę, nie wiadomo, czy dotrzyma do wiosny. Tak to u nas jest. Może jeszcze przed snem obejrzymy kolejny odcinek „Mistrza i Małgorzaty“, bo na gitarze w czasie Tunnel of Love już zagrałam:

Wtorek w hrabstwie Meath.

Nim się człowiek obejrzy 1/12 roku już za nim. Zaczęliśmy go pięknie, bo spacerem nad morzem, a potem kontynuowaliśmy mniej pięknie, oboje ciężko przeziębieni. Pozytywy był takie, że kurowaliśmy się w Polsce. W styczniu zapoznaliśmy dwa koty, z czego jeden codziennie ostatnio wpada do nas na śniadania i obiady. A skoro tak, dostał kocie imię – Rysiu. W środku miesiąca Kraciasty prawie codziennie pracował, dopiero pod koniec stycznia mieliśmy trochę czasu na bezcelowe łażenie tu i tam …

We wtorek wyskoczyliśmy do Meath – niedaleko, hrabstwo po sąsiedzku. Zobaczyliśmy z bliska Slane Castle, siedzibę Henry’ego Mountcharlesa, ósmego markiza Conyngham:

slane castle 1

Dom z końca XVIII wieku, zaprojetkowany przez Jamesa Wyatta, James Gandona i Francisa Johnsona, nadal jest w prywatnych rękach, co jest fajne i niefajne. Niefajne, bo nie można po nim bezkarnie łazić, fajne, bo muzea pachną inaczej niż budynki zamieszkałe przez domowników. Nie za bardzo lubię zapach domów-muzeów. W listopadzie 1991 roku Slane Castle został mocno uszkodzony przez pożar (część od strony rzeki Boyne, nad którą leży zamek, została zupełnie strawiona przez ogień). Doprowadzano go do porządku z dziesięć lat i, jeśli dobrze rozumiem, obecnie  mogą go zwiedzać zapowiedziane grupy. Od 1981 obok zamku wielu znanych muzyków grało koncerty, w zasadzie kto nie grał … może tylko wspomnę, że był tu z koncertem David Bowie, bo jego płyty akurat słuchaliśmy w samochodzie w czasie podróży. W budynku został nagrana czwarta studyjna płyta U2 … pod tytułem, nomen omen, „Unforgettable Fire“ (niezapomniany ogień). Jeden z klipów do piosenki „Pride (In the Name of Love)“ pokazuje zamek sprzed pożaru:

Obeszliśmy dom z jednej strony i daliśmy sobie spokój z zachodzeniem do baru, który jest otwarty pod zamkiem. Zrobiły na mnie wrażenie te nowe-stare drzwi, wejście do cudzego świata:

slane castle 2

Na terenie posiadłości jest też możliwe zwiedzanie lokalnej destylarnii. We passed on this, either.

Na północ od Slane znajduje się miejsce na które zajechaliśmy wracając z zamku – wzgórze Slane, the Hill of Slane. Wg legendy na tym pagórku w roku 433 św. Patryk rozpalił ogień, aby sprzeciwić się królowi Lóegaire, który zakazał palenia ogni, gdy święty ogień płonął na wzgórzu Tara, the Hill of Tara (również znajduje się w hrabstwie Meath i pewnie za jakiś czas tam trafimy). Rzekomo był to więc płomień od którego św. Patryk rozpoczął chrystianizację Irlandii.

the hill of slane

Na tym niewielkim wzgórzu (158 m) jest teraz XIX-wieczny cmentarz, ruiny XVI-wiecznego kościoła-zakonu, a na zewnątrz cmentarnego muru pozostałości po przyklasztornej szkole z której kawałek po kawałku odpadają kamienie. Budynki opuszczono w pierwszej połowie XVIII wieku.

Będąc na miejscu nawet nie zauważylismy, że po drugiej stronie jest zarośniety drzewami kopiec, pozostałości XII-wiecznego grodziska, które zbudowała rodzina le Flemingów. Anglo-saksończycy rządzili tymi ziemiami najpierw stąd, potem przenieśli się nad rzekę Boyne i zbudowali swoją siedzibę dokładnie w miejscu, gdzie obecnie jest Slane Castle. Dopiero po zwycięstwie Wilhelma Orańskiego, ziemie przeszły w ręce protestanckiego rodu Conynghamów.

Drzewa na wzgórzu mają skrywać też inną legendę – miejsce spoczynku Sláine’a mac Dela, pierwszego króla Fir Bolg (Fir Bolg to lud, który wg średniowiecznego zbioru poezji i prozy „Lebor Gabála Érenn“ był czwartą z sześciu grup osadników na wyspie). Wg legendy Sláine rządził tylko jeden rok, zmarł w Dind Ríg, w hrabstwie Carlow, a jego prochy spoczęły gdzieś tutaj, wiele lat przed tym, zanim św. Patryk bawił się zapałkami. Legendarny król jest pierwszy na liście High Kings of Ireland, wg datowania XVII-wiecznego historyka Geoffreya Keatinga, lata jego panowania to 1514-13 p.n.e.  – nic dziwnego, że kopiec mógł się trochę … przytrzeć.

Na koniec naszego wtorkowego włóczenia się po okolicy wróciliśmy do hrabstwa Louth … do rybnego sklepu w porcie, po dorsza i lokalny, domowy chowder, którym podzieliliśmy się z kotem. Sam sklep rybny nie jest może antyczny, ot zwyczajny, ze świeżym połowem i kociołkiem na zupę, którą pani rozlewa do piankowych kubków, dodając do każdego po kromce sodowego chleba. Ale miejsce, które wybrano na port również ma swoją piękną historię:

Seismic Collision The Birth of Ireland

Opływające go wody są zasilane przez lodowaty prąd z północnego Atlantyku, co czyni to miejsce krystalicznie czystym, idealnym do połowu skorupiaków. Pierwszy raz jadłam zupę rybną, jeśli nie liczyć wsiowej wody ze śledzia. Rysiu po dłuższym dmuchaniu i sprawdzaniu łapką temperatury, również pochwalił czałderek. Żeby zjeść, musieliśmy oczywiście dojechać do domu, najpierw żegnając się z widokiem ośnieżonych gór Mourne:

widok 29. stycznia 19

Zrobiliśmy to bardzo szybko, bo zimno było jak cholera. No ale sam powiedz … pięknie. Jeśli marzę o większym domu, to jeden niech będzie z takim widokiem z okna.

Jedno zdjęcie. Auschwitz.

Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, 17 czerwca 2013.

Tego dnia wyruszyliśmy o 6.30, najpierw obóz I, potem II w Brzezince. Gorąco, coraz goręcej, latały nad nami jaskółki i mewy, słońce rozświetlało ulice między budynkami, w środku dziwny chłód, sterty butów, walizek, przedmiotów należących do ludzi z przeszłości. Mówi się o takich rzeczach artefakty. Na szerokich polach Birkenau coś jakby do niektórych zaczęło docierać, jedna latorośl zemdlała. Nie zmienia to faktu, że w drodze powrotnej w autokarze leciała zabawa „powiedz samolot powiedz sa-mo-lot powiedz samo lot“, a Robert widział fatamorganę cepeenu.

auschwitz 2013

Oczywiste jest, że żyjemy. I że było wiele takich sytuacji, nie tylko w Europie, gdy „świat“ mądry i pomocny, tak rozgadany na mównicach, nie zrobił nic, aby im zapobiec. To była moja pierwsza i jedyna do tej pory wizyta w tym miejscu. Gdzieś w obozie I rozstrzelano wujka mojego dziadka. W niedzielę minęło 74 lata od wyzwolenia Auschwitz, miejsca, z którego cywilizacja nie może być dumna. Wieczorem chciałam po prostu spokojnie obejrzeć jak wyglądały obchody. Poczulam fetor premierowskiego bąka.

Podstawowy błąd atrybucji.

W czasie ostatniego tygodnia przeczytałam w sieci u przyjaciół i nie-znajomych wiele emocjonalnych ocen. Sama nie za bardzo miałam motywację do wieczornego pisania, gdy Kraciasty ciężko pracował i wracał krętymi drogami późno w noc, poza tym polityczny serial gdański naprawdę lekko mnie przygniótł. Temat błędów poznawczych narzucił się w końcu sam, i myślę, że będzie się przewijał w nowej kategorii w związku z różnymi wydarzeniami. Otwieram w ten sposób iluminacje. Iluminacje będą trywialne dla znawców tematu, jeśli jednak zachęcą kogoś do zgłębiania pojęć z zakresu psychologii lub filozofii, będzie mi … bardzo miło.

Co to jest ten podstawowy błąd atrybucji, fundamental attribution error, zapytasz? Jest to błąd w wyjaśnianiu zachowań innych ludzi, polegający na tym, że interpretując przyczyny zachowania, przeceniamy rolę wewnętrznych predyspozycji danej osoby, a nie doceniamy wpływu sytuacji. Zdarzyło Ci się kiedyś spóźnić na ważne spotkanie? Czy pomyślałeś wówczas, że wynika to z tego, że jesteś leniwą i lubiącą się spóźniać osobą? A może raczej miałeś zupełnie racjonalne wyjaśnienie w postaci s y t u a c j i, która spowodowała, że nie mogłeś dotrzeć na czas? A teraz wyobraź sobie siebie w roli tego, kto na kogoś czeka. Co myślisz, w szczególności, gdy jesteś w stanie przywołać z pamięci kilka innych spóźnień tej osoby? To jest właśnie podstawowy błąd atrybucji. O ile potrafimy bardzo dobrze wytłumaczyć własne działania splotem okoliczności, które do nich prowadzą, o tyle powody działania innych ludzi upatrujemy w przyczynach względnie stałych, takich jak charakter czy osobowoś. Uważamy, że to jak inny człowiek się zachowuje pokazuje nam jaki on j e s t.

Co z tego wynika? Na przykład to, że jeśli ktoś popełni czyn zły i aspołeczny, jesteśmy skłonni sądzić, że dana osoba j e s t zła i aspołeczna, a gdy ktoś zrobi coś pożytecznego, jesteśmy skłonni do twierdzenia, że j e s t to dobra osoba (za pomocą efektu halo możemy też rzutować jedną cechę na inne – punktualność może być cechą wyjściową do naszego przekonania, że skoro ktoś jest punktualny to jest też przyjazny, uczciwy, tolerancyjny lub inteligentny).  Podstawowy błąd atrybucji łatwo wyprowadza naszą ocenę w pole – w efekcie ufamy nie tym, którym powinniśmy lub unikamy ludzi, którzy są w innych sytuacjach mili i pasują do nas charakterologicznie. Z drugiej strony, bardzo często swoje zachowanie odrywamy od cech własnego charakteru. Czyż nie mówimy raczej, że „ktoś“ nas zdenerował, niż że „jesteśmy nerwowi“ (co pozwala nam zignorować fakt, że obiektywnie faktycznie … jesteśmy nerwowi)? Nie przez przypadek piszę „my“, ponieważ nikt z nas nie jest wolny od tego błędu, co najwyżej możemy go korygować z pomocą samoobserwacji. Możemy też dać sobie spokój i w odniesieniu do pewnych jednostek mieć to w dupie 😉 Sama dokonuję różnych wyborów w tym temacie … w zależności od sytuacji 😀 Podstawowy błąd atrybucji nie wiąże się z niskimi kompetencjami społecznymi – jeśli go popełniasz nie oznacza to, że jesteś głupi. Dodatkowo, bardziej podatni są na niego ludzie wychowani w kulturze indywidualistycznej (a więc kulturze Zachodniej), gdzie akcent z kontekstu przesuwa się na jednostkę. Czyć to nie jest interesujące? 😀

Ciekawa jestem, czy po przeczytaniu tej notatki przypominasz sobie jakąś niedawną sytuację, gdzie w Twoją ocenę mógł być wmieszany podstawowy błąd atrybucji. A efekt halo …? Ładny = inteligentny, szczodry = empatyczny? Myślę, że wielu Czytelników miało okazję przekonać się in a hard way, że to tak nie działa 🙂

* * *

Wojciech Fangor. E10 i E19 (rok 1966).
Zbiory Sztuki Nowoczesnej, Muzeum Narodowe w Warszawie.

20190109_171754

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.

Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy“ Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina“ Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej“ Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku“ Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami“ Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia“ von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum“ Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum“ pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność“ (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry“ Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce“ zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie“ wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz“ Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej“ wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie“ (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy“ bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa“. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz“, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …“ lub powtarzać „nie pij, nie pij“ nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle“), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?

i ostatnie pytanie z innego gatunku:
Uważasz, że uzależnienie od alkoholu jest w Polsce problemem społecznym, czy raczej media przesadzają?

Pierwszy tydzień.

Uniosłam się w powietrze nad zielonymi polami, podeszłam do lądowania nad białym miastem, cały czas z katarem, który złapałam w pierwszy dzień roku na plaży. Teraz jestem daleko od wybrzeża, za to kilka metrów od lasu. W domu pomimo to taka sztuczna choinka:

20190105_013851

… która wywróciła się po raz kolejny, akurat gdy przyjechałam. Choinka jest ze skłonnością do upadku, dlatego ma plastikowe bombki. Od wczoraj siedzę w domu rodzinnym, wygrzewam się, objadam maminą kuchnią (dzisiaj była wątróbka), chodzę na bosaka po łazience z podgrzewaną podłogą, oglądam brytyjskie adaptacje Christie, które uwielbiam i prowadzę zdalne konferencje z Kraciastym chorującym na Ursynowie. Sama czuję się na tyle słabo, że i jutro raczej nie planuję wychodzić na świat. Wyjechaliśmy z naszej Irlandii chorzy, dom zastałam ciepły, z kotami okupującymi każdy swoje miejsce (Mruczuś bezceremonialnie włazi mi do łóżka), z tatą uczącym się obsługiwać glukometr, z jednym psem bardzo chorym, zasmarkującym podłogę (ale może to nie rak), z drugim bez apetytu, z mamą po chorobie i babcią, która ma lepsze i gorsze chwile. Być może dżentelmen, który przesypia noce w kartonie przy mojej głowie, ma coś wspólnego z cykliczną wywracalnością choinki:

wojtuś

To jest Wojtuś (przypomina mi, że w tym roku muszę zamknąć serię o włosach w kawie). O pnączu znów zapomniano i tata leczy je z przesuszenia. Tak oto ma się stan na pierwszy tydzień roku … który zazwyczaj pełen jest postanowień. Ja zamiast tego wolę drobne zmiany. Na blogu zauważysz może z czasem dwie nowe kategorie, psychologia i filozofia – dziedziny, które mnie interesują … pojawią się, gdy poczuję, że pora napisać o pomocowości, plenieniu się psychologii pozytywnej czy pseudonaukowości. Takie tematy kuszą mnie, gdy na blogowisku czytam frazesy 🙂 Ale nie zacznę tego roku z kopyta,  następne będą wieści z Ursynowa do którego najpierw muszę jakoś dojechać … może będziemy w stolicy patrzeć przez okno we troje, ja Kraciasty i kot-gospodarz.

Jak spędziłeś/aś te ostatnie dni? Jakieś oczekiwania na nowy rok, realistyczne plany, spodziewane radości? Trzymasz się postanowień, czy ciasteczka już się kruszą?

swiechna-instagram 2018

My tylko po chleb.

Wczoraj przed południem mieliśmy wyjechać na chwilę, bo przecież bez chleba nie da się żyć 🙂 , zapchaliśmy się ciastkiem, kawą, nałożyliśmy czapki z pomponem i kapelusze i … wróciliśmy do domu po czterech godzinach. Chlebek był w Lidlu, a od Lidla już hyc hyc niedaleko do drogi na Oldbridge, która interesowała nas ze względu ostatnich wypadków.Gdy już znaleźliśmy się na drodze do Oldbridge, tak jak przewidziałam, okazało się, że nic tam nie ma. Nic wyklarowało się nam w pole bitwy nad Boyne, Cath na Bóinne, z roku 1690.

Battle of the boyne place (2)

Za tym kamieniem jest pole bitwy, na kamieniu jest spatynowana kupa.

Jakub II Stuart, katolik wspierany przez wojska francuskie walczył tutaj ze swoim protestanckim siostrzeńcem i zięciem, Wilhelmem III Orańskim (popieranym przez suprajz suprajz… papieża Innocentego XI), o tron Anglii i Szkocji po tym, jak dwa lata wcześniej w wyniku Chwalebnej Rewolucji, Glorious Revolution, parlament angielski pozbawił go korony na rzecz najstarszej córki i owego siostrzeńco-zięcia. Był to bardzo ważny okres w historii brytyjskiego parlamentaryzmu, pozwól więc, że przynudzę Ci krótkim i dość chaotycznym rysem sytuacji: przed rządami Jakuba, w połowie XVII, Anglia stała się republiką po tym jak Karol I, który chciał rządzić bez parlamentu, rozstał się ze swoją głową w dzień pochmurny i chłodny, 30 stycznia 1649 roku. Po cromwellowskich rządach najpierw parlamentarnych, a potem dyktaturze Lorda Protectora (1649-1659), restauracja Stuartów (1660-1685) zmierzała coraz bardziej w kierunku absolutyzmu na wzór francuski (w tym czasie rządził we Francji le Roi-Soleil, ale Francuzi jeszcze nie mieli dość tego pajacowania, do Rewolucji Francuskiej trzeba poczekać sto lat). Jakub II był kolejnym po swoim starszym bracie, Karolu II, monarchą restauracyjnym. Gdy przegiął bagietę promując katolicyzm i szarpiąc się z Izbą Lordów o to kto tu rządzi, dwie przeciwstawne frakcje parlamentu, torysów i wigów, na chwilę połączyły swoje siły i zdecydowały, że w takim razie oni sami wybiorą sobie kogoś lepszego do rządzenia. Właśnie ta dość szybka i niezbyt krwawa podmiana królów nazywana jest Chwalebną Rewolucją. Już po wygnaniu katolika i koronowaniu Wilhelma i Marii Parlament uchwalił Bill of Rights – Anglia stała się pierwszą na świecie monarchią parlamentarną. Było to zwieńczenie długiego procesu rozpoczętego w średniowieczu Wielką Kartą Swobód, Magna Carta, która ograniczała władzę monarszą (1215 rok, za królowania Jana Bez Ziemi – tego gościa, który w filmach o Robin Hoodzie jest przedstawiany jako mniej rozgarnięty i ogólnie mniej fajny brat Ryszarda Lwie Serce). Ustawa Bill of Rights określała kompetencji monarchy i parlamentu – z czasem przewodniczący parlamentu przekształcił się w premiera, który de facto rządzi krajem, a kolejne akty prawne sprowadziły rolę królów do tego czym jest ona dzisiaj, skamieliną pełniącą funkcję reprezentacyjną.

Ale wracając do Bitwy nad Boyne, miała ona miejsce 1 lipca wg kalendarza juliańskiego, o godzinie 10:15. William przed bitwą stacjonował w miejscu o którym już kiedyś pisałam – Mellifont Abbey. Wprawdzie Wojna Dwóch Królów, Cogadh an Dá Rí, trwała jeszcze ponad rok, ale to właśnie po tej przegranej bitwie Jakub, ostatni katolicki i ostatni absolutny władca Anglii, zwiał do Francji i jego noga więcej na wyspach nie postała. Gdy William i Maria zmarli bezpotomnie, tron objęła młodsza siostra Marii, Anna Stuart, za życia której powstała unia o nazwie Wielka Brytania …

Interesującą kwestią jest, co o tej wojnie czy o pochodach oranżystów myślą Irlandczycy, bo to na ich terenach rozgrywały się rzeczone hucpy, ale to temat na inny tekst 🙂  … Więcej o bitwie i miejscu można dowiedzieć się na stronie battleofboyne.ie. Ja natomiast chcę Ci pokazać naszą irlandzką zimę. Na zdjęciu poniżej pole walki jest po lewo, a w głębi widać Oldbridge House, dom z kamiennego wapienia, wzniesiony w połowie XVIII wieku, kilkadziesiąt lat po wojnie. W tych rejonach, za domem, w miejscu nazywanym Curly Hole, kończy się władanie morskich pływów na rzece Boyne:

Battle of the boyne place (3)

Stary dąb, który być może za sadzonki, albo gdy jeszcze był żołędziem,  był świadkiem zmagań obydwu wojsk. Może mógłby zaświadczyć, że koń Wilhelma wcale nie był biały, jak go z uporem malują:

Battle of the boyne place (4)

Poszliśmy w kierunku Oldbridge House – przy posiadłości oczywiście walled garden, więc i tutaj znalazł się taki, niewielki, uśpiony spłachetek z przyciętymi w tutki krzewami i mniejszymi, zaschniętymi krzewinkami, które pewnie latem przyciągają pszczoły:

Battle of the boyne place (8)

W tle wspólczesny budynek herbaciarni. W ogrodzie zaś … pomnik drzewa, zrobiony z drzewa, którego jest pomnikiem 🙂 – dębowy obelisk autorstwa Michael Warrena stoi na miejsu, gdzie dawniej rósł dąb. Irlandzki rzeźbiarz jest znany z takich charakterystycznych instalacji na świeżym powietrzu:

Battle of the boyne place (7)

Pod murem zauważyłam stare, porośnięte mchem, drzewa owocowe posadzone w espalierze:

Battle of the boyne place (6)

Niezbyt duży jak na posiadłość, symetryczny dom jest obecnie własnością państwa i zamieniono go w centrum turystyczne. Mamy do niego tak niedaleko, że zdecydowaliśmy się przenieść wizytację wnętrz na dzień, gdy będziemy po śniadaniu:

Battle of the boyne place (5)

Kot, zapewne bardzo ważny, który spacerował po ogrodzie i dawał się głaskać turystom jedzącym lunch w herbaciarni:

Battle of the boyne place (1)

Grubiutki kawał kota z białymi skarpetkami. Wyobrażam sobie, że jest tutaj zatrudniony i z godnością nadzoruje obejście. Kot generał. Zauważyłam go po raz pierwszy, gdy wskoczył na stół pewnej miłej pani, która dzieliła się z nim pianką z latte. My oczywiście do tej herbaciarni się wprosiliśmy, ja dodatkowo na zupę, bo byłam trochę zziębnięta i cały czas na głodniaka. Nawet w tak szary i podmokły dzień to piękny teren – za polem bitwy jest widok na Droghedę, rzeka rozwidla się na wolno płynące kanały – wiele osób wpada tutaj pospacerować ze swoimi dwunogami i czteronogami, część zasiada przy herbacie lub kawie 🙂 Z pewnością wrócimy w to miejsce historycznego zamętu, które dzisiaj tchnie spokojem.

Od kilku godzin usiłujemy wyjść nad morze i widzę przez okno, że zaczyna się już chmurzyć, kończę więc swoją relację z wczorajszego spaceru ostatnim łykiem herbaty. Nie wiem, czy coś jeszcze napiszę przed końcem roku … przecież to tuż tuż. Jest mi dobrze, to był interesujący rok. Napisz mi jak Ty go czujesz, czy Ci się podobało i co będziesz zmieniał razem ze zmianą daty na 19.

Eileen.

– Is there a place like … Pomerania?
– Yes, it’s called Pomorze.
– Poomoosze … whoa … fantastic!

Ostatnio znowu sporo o niej myślałam. Zdarza się czasami, że spotyka się takie osoby jak Eileen, zupełnie nietuzinkowe, inspirujące, zapadające w pamięć wizualnie i w ogóle. Nie zdarza się to często, ale jeśli już, osoba taka przemyka w głowie przy okazji różnych czynności domowych. Tak było jeszcze w ten weekend. Eileen z sianem we włosach (nie mam na myśli przysłowiowego siana, mam na myśli s i a n o, takie, które jedzą konie).  Eileen w gumiakach, przelotem przez nas widziana, jak na stacji benzynowej pakuje się do swojej półciężarówki z kubkiem kawy na wynos. Eileen w kolejce w hipermarkecie, łapiąca na mnie ostrość z pytaniem „skąd ja znam tę twarz“, oderwana tym może od jakiejś innej, zapewne bardziej interesującej myśli. Eileen intensywnie wpatrzona w ekran komputera, zagubiona w czasie, nigdy nie wiedząca, kiedy zamykamy. Ale cicho się zrobiło, cudnie. Ludzie produkują tyle niepotrzebnych dźwięków. To już? Wyszukałam jej the besty na rok 2015na rok 2016,  Zastanawiałam się czy już obejrzała „Pokot“ Agnieszki Holland. Wiem, że czekała na tłumaczenie „Ksiąg Jakubowych“ Tokarczuk, które ma się objawić po angielsku za chwilę. Kilka dni temu mówiłam Kraciastemu, jak świat angielskojęzyczny jest zapóźniony w swoich reakcjach na zjawiska literackie z różnych stron świata, jak jest uzależniony od tłumaczy języków, których tutaj nikomu nie chce się uczyć. Eileen uświadomiła mi to dobitnie. Spotkała Tokarczuk – zaskoczyło ją, że jest taka drobna. Jej nazwisko powtórzyła za mną jakieś cztery, pięć razy, z coraz szerszym uśmiechem.

When her daughter, Nadia, was a child, the unmarried mother, Eileen Battersby, had no family in Ireland and she dragged the little child along. The management of the hotel had us sit in the stairwell of the Shelbourne. Battersby seemed wonderfully intense, extremely affectionate and intelligent, slightly mad.

– pisze Edmund White o Eileen w zeszłorocznej recenzji jej własnej książki. Cudownie intensywna, niezwykle uczuciowa i lekko stuknięta? Wszystko to prawda. Uścisnęłyśmy się na piętrze kawiarni po pierwszej, dłuższej rozmowie, w ramach paktu o wzajemnej wspaniałości. Lubiłam jej chaotyczne wizyty, których kawa była równie dobrym powodem jak głód ciągłej wymiany informacji. Krytyczka, pasjonatka szeroko pojętej kultury, kobieta z sianem na głowie. Ostatnio wypytywała mnie o możliwość lotu do Polski, z Dublina do Szczecina. Podobno pisała coś o podróżach … głodna nowości, głodna literatury, która chowa się przed nią za zasłoną obcych języków (współczesna literatura angielskojęzyczna wydawała jej się coraz bardziej powierzchowna i mierna). Miała cudowny uśmiech, w głowie tysiąc nazwisk dostępnych od zaraz, wszystko jej się z czymś kojarzyło …

Sztetin …
– Szczecin.
– once again?
– Szczecin …
– Szczetcin …

eileen battersby
to w zasadzie nie jest autograf – chciałam wiedzieć jak brzmi jej nazwisko …

Crazy horsewoman … that crazy horsewoman is dead … w poniedziałek rano dopiero po kilku minutach załapałam sens wypowiedzi moich kolegów. Szczęka mi opadła, co za absurd! Żeby się zabijać samochodem w przedświąteczny weekend. Na drodze pomiędzy Oldbridge a Donore, przecież tam nic nie ma! Sobota, ok. godziny drugiej po południu – to był lajtowy dzień, byłam akurat w środku czterogodzinnej szychty, nudy na pudy … w niedzielę, gdy czekałam na Kraciastego na basenie (w korytarzu zimno, czytałam książkę w rekawiczkach, opatulona szalem) ona walczyła o życie w szpitalu jakieś 5 minut jazdy samochodem na północ, po drugiej stronie rzeki Boyne.  Nazwa szpitala „Matki Bożej z Lourdes“ pomaga tak samo jak torba na głowie. Od czasu do czasu są śmierci obcych ludzi, które wyprowadzają z równowagi. Doprawdy, nic mnie tak ostatnio nie zdenerwowało, nie poruszyło jak ta wiadomość w poniedziałek rano. Nadal jestem w fazie bieganiny myśli i szukania informacji. Przecież ona była moją inspiracją, przelotnym, ale istotnym spotkaniem po pracy, rozmową na innym poziomie intelektualnym. A konie, co teraz będzie z końmi?

* * *

Eileen wspominana w artykule Marie O’Halloran w Irish Times TUTAJ.
Hashtag #eileenbattersby na twiterze TUTAJ.

O wodzie, o trawie, o lesie …

wspomnienia 1

I jak tam, pieróg już sklejony?

Gdy zakładałam tego bloga był styczeń, zrobił się grudzień … nie wiem kiedy, śniegu ani widu ani słychu, śpimy przy otwartym oknie z deszczem do wtóru – w pokoju duszno, jak polskie przedwiośnie ta irlandzka zima. Żeby zobaczyć śnieg wchodzę na żubry online (zawsze mnie zastanawia liczba oglądajacych live. 38 mln Polaków, a nas 150-200 … kim jesteśmy? z jakiej niszy intelektualnej przychodzimy? jakieś punkty styczne? wyczuwam świetny materiał do badań socjologicznych) albo do archiwum fotografii. Dawaj więc przebijać się przez zdjęcia zimowe, żeby wyłumaczyć Ci, że ja tam lubię zimę i spędzam święta tak a nie siak z określonego powodu… zdjęcia rodziny, choinek, smażonej kapusty, rąk mamy, psich mord uwalanych śniegiem, babci siedzącej przy stole i wpatrującej się w dal, kocich tyłków wypiętych na kocach, fruwającej dziczyzny, szarych dni okraszonych śniegiem … tych szarych zdjęć jest sporo – to spacery z tatą …

wspomnienia 2

W trakcie pojawiła mi się jednak refleksja, że ja tego wszystkiego wytłumaczyć nie umiem. Nasze doświadczenia są jednostkowe, każdy z nas jest jaki jest, spędza święta jak umi, każdy nosi ze sobą swoje oczekiwania i niepokoje, doświadczenia i marzenia – za dużo tego, by złożyć to w całość w jednym poście. Czym innym jest gdy „coś się w taką w czapkę wystroiła“ powiedziała nam kiedyś mama, a co innego, gdy powiedział to kot. Masz kota, który do Ciebie mówi? Prosz bardzo:

wspomniena 3

Takie rzeczy kształtują nas jako ludzi, nie jakieś tam pierdele o wartościach. Ile masz np. wspomnień ze spacerów z tatą, ile masz zdjęć butów, gdy idziecie razem … albo nieistotnych widoczków, rozmazanych, które normalnie powinno się wykasować, bo przedstawiają nic? Ile masz taki obrazów w swoich zwojach? Teraz sobie przypominam siebie na sankach w jakimś przeogromniastym futrze, dziadek ciągnie sanki, ma na głowie beret i śmieje się do aparatu. Zamykam oczy i widzę, że błyska do mnie złotym zębem. I dźwięk płóz, gdy trafiały pod płytkim śniegiem na kamień. Pamiętam płynny klej, który wychodził poza ramki i brudził papier wycinankowy z którego robiłam łańcuch na choinkę. O jak mnie to wkurzało! Cała ja. Jeśli Ty masz inne obrazy, jakiekolwiek by one nie były, to właśnie one składają się po ziarenku na Ciebie.

wspomniena 4

Nasze prezenty, nasze plamy na obrusie, zapach domu, wszystko to przyczynia się do tego, że dzisiaj ja potrzebuję święta spędzać tak, a Ty być może inaczej, albo wcale. I nie ma co do tego dorabiać ideologii – z lubieniem świąt jest jak z lubieniem ludzi … są tacy, którzy nie lubią i tu też nie ma czego tłumaczyć.  Rób albo nie rób, strzeż się jedynie najgorszego rodzaju istnienia: robienia tego, co nam się zdaje, że oczekują od nas inni. Nikt nie zwróci nam czasu spędzonego na takim gównie.

Do archiwum zdjęć zimowych właśnie dodaję kolejne, sprzed północy. To jest Kraciasty. Kraciasty jest niewierzący i robi bigos na nasze pierwsze wspólne boże narodzenie w tym domu:

22 grudnia 2018

Akurat w odtwarzaczu leciał Nohavica … spatřil jsem kometu, chtěl jsem jí zazpívat / o vodě, o trávě, o lese / o smrti se kterou smířit nejde se … zobaczyłem kometę, chciałem jej zaśpiewać / o wodzie, o trawie, o lesie / o śmierci z którą trudno się pogodzić … 

No i się porobiło melancholijnie … ten obraz  i dźwięk już zostanie, dorzuca we mnie dobre ziarenko. Jeszcze deliberujemy nad rodzajem ryby na wigilię, choinki nie będzie, może jakieś światełka … gdzieś … takie, które można świecić cały rok (jestem zwolenniczką całorocznych światełek bożonarodzeniowych!). W pracy nucę pod nosem, gdy lecą te dwa kawałki, może chcesz posłuchać ze mną:

The Pogues – Fairytale of New York

The Darkness – Christmas Time

Wiem, że u Ciebie może być różnie. Trudno udawać radość, gdy jej brak, może Twoje ziarenka są gorzkie, wkurwiające i jest ich za dużo. To całkiem możliwe i umiem to sobie wyobrazić. Przechodząc do życzeń … kilka lat temu dostałam na facebooku życzenia następujące:

Kochani, a że jak co roku słyszę oburzenie, że ja nieKatoliczka śmiem obchodzić święta, więc jako i w tamtym roku…
Z okazji owego pogańskiego święta przesilenia/urodzin Mitry (i wielu innych bogów), który to czas przywódcy chrześcijańskiego kościoła przejęli jako datę urodzin domniemanego założyciela ich kościoła, który – o ile istniał – powstydziłby się dziś tego co powstało (i jak powstawało) na jego naukach…
ale o czym to ja…aaaa 🙂

Z całego serca życzę udanej kolacji przy
12 potrawach – rodem ze wschodnich pogańskich religii- symbolizujących 12 miesięcy,
z siankiem pod obrusem – zapowiadającym udane zbiory,
z daniami (groch z kapustą, faworki, bliny, matwiełki, kutia) będącymi – w przeszłości- pokarmami jedzonymi właśnie na grobach bliskich (Kościół walczył z owymi praktykami i stąd wzięła się wielkanocna święconka, która zastąpiła ofiarne kosze z jedzeniem),
z wolnym miejscem przy wigilijnej wieczerzy nie dla niespodziewanego gościa, a dla duszy z obrzędów wschodnich (które to dusze mogły sie kryć pod stołem, stad zwyczaj pukania w niemalowane),
przy jemiole – tradycji z antycznego Rzymu,
przy choince – świętym drzewku druidów, które to kościół – zniszczywszy pogańskie religie – przejął, twierdząc, że to symbol tego niby Twórcy chrześcijańskiego kościoła, niby urodzonego w czasie przesilenia, z niby dziewicy. 🙂

I zdrowia na następny rok życzę, coby lekarze nie musieli ingerować w boży plan ratując człowieka.
Buźki

Sporo treści tu się mieści i mój ulubiony walor edukacyjny jest. Od siebie dodam dwie rzeczy. Każdy czas jest odpowiedni na dobre życzenia i posiłek z ukochanymi, więc dzisiaj czy 24-go nie jest gorsze od innych dni. Po drugie, życzę Ci tego samego, co Ty mnie – jeśli to są dla Ciebie radosne święta, mniejsza o ich nominację, cieszę się razem z Tobą, jeśli jest Ci ciężko, trzymaj się tam, nie rezygnuj.
Wesołych świąt.

_______________________________________________
Pierwsze 4 zdjęcia zrobione 28.XII.2009, 1.I.2014, 16.I.2015.