Archiwum autora: świechna

Informacje o świechna

Piszę, chodzę, nie śpiewam. Mieszkanka Krainy Deszczowców pragnąca mówić językami.

Koncert Dezertera i nasze wybory.

Kilka dni temu, w trakcie rozglądania się za jakimś polonijnym wyjściem „na miasto” (liczyliśmy na polski film w kinach) Kraciasty przypomniał sobie, że w sobotę gra Dezerter. Ostatnio był na jego koncercie jeszcze na starym Jarocinie, w towarzystwie nieżyjącego już kuzyna. Dezerter jest raz, kino poczeka – sobota została zaplanowana co do godziny. Pobudka, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Północnej na kurs od dziewiątej do czwartej, powrót do domu, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Dublina. Ponieważ od kilku dni nie dosypiam, w drodze do stolicy padałam z nóg. A mimo wszystko to był dobry wyjazd. Czarowne chmury nad nami i zmienna aura w trakcie podróży, miasto nocą, takie inne, pijane, chwiejne, przetkane ludzką biedą. Lubię spacery w nocy, oglądanie sufitów w cudzych mieszkaniach.

Koncert odbył się w kultowym the Grand Social (to czerwone na prawo). Support grający na początku nazywał się the Blow Ins, polski punk na uchodźctwie. Punkt mają za brodę perkusisty, ale gdy na scenę wszedł Dezerter widać było różnicę poziomów. Co ciekawe, w koncertowej atmosferze o wiele łatwiej docierały do mnie teksty …

Przyszłość rodacy …
Zbudujemy nowy świat.
Zdechniemy przy pracy,
jeszcze tylko parę lat.

Wielki problem małych ludzi –
Zdobyć dobre stanowisko,
Zdobyć spokój, zdobyć krzesło,
Stracić nic – to znaczy wszystko.

I bezczelnie łypią okiem w moją stronę.
Szczerzą wściekle swoje ostre zęby,
Nie wiem tylko czy chcą ugryźć,
Czy to naturalny grymas durnej gęby.
Krzyż kurczowo ściskają jedną ręką,
Drugą zaciśniętą wygrażają światu.
Plują, wrzeszczą, wszystkich straszą
Polską tylko dla Polaków.

Budujesz faszyzm przez nietolerancję.
Budujesz system przez ignorancję.

Teraz udają, że są przygnębieni,
Gdy patrzą na groby poległych.
Udają, że czują zagrożenie i że są przejęci losami świata,
Udają, że walczą o pokój i wolność.
(…)
Ja urodziłem się 20 lat po wojnie,
Nie zastałem tu pokoju.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny
Właśnie z drewna, a nie z plastiku, produkuje trumny.

Jutro wcześnie rano drzwi zatrzasnę mocno
Tuż przed nosem pańskich ludzi.
Pójdę żebrać o życie na gościńcach świata.
I rozkażę ludziom: „nie idźcie na wojnę!”
A jeśli trzeba krwi, niech pan odda własną
Panie Prezydencie …

Świat potrzebuje punka. I aby punk doroślał i zmieniał świat, miast zapijać się na śmierć.

* * *

Niedziela wyborcza dała nam obojgu poczucie mocy, takie miłe smyranie. Raz, że musiałam się przeczołgać przez pracę, dwa, wieczorem zrobiliśmy ze swoimi głosami to, co mogliśmy zrobić. Nie jestem wyborcą podobnym fanom klubu piłkarskiego, wynik poniżej oczekiwań nie jest dla mnie powodem do osobistych dramatów, nie mam też jednej partii za którą dałabym sobie głowę obciąć … moją głowę bardzo lubię. Co mi się nie podoba? To, że wygrało PiS, bo to partia podpierająca się populistycznym bełkotem, i nadal uważam, że wstyd na nią głosować, wstyd, że tylu ludzi popiera skubanie z cudzego, którego głównym celem są wyborcze profity. Konfederacja w Sejmie się mi nie podoba, bo faszystów nie lubię. Plusy? Reprezentacja nowej lewicy, chociaż na nich nie głosowałam. Głosy będą spływały, sytuacje się wyklarują, a w międzyczasie rano wstał nowy dzień. I wbrew sieciowym hasłom, nie budzimy się w innym świecie. To był dobry tydzień, dużo pracy, więc trochę pieniędzy, które rozpieprzę na głupoty 😀 , czytanie „Sodomy”, Nobel dla Tokarczuk, kurs w Północnej, koncert Dezertera, wybory. Zmiany i tak nadejdą.

Reklamy

Late bloomer.

Zabrałam dzisiaj mamę na spacer po mojej wsi – gadałam do telefonu machając nim na lewo i prawo i pokazując jej to i owo. Tak wymyśliłam, bo ostatnio spacerować sama nie lubię, a mąż-mój-i-chłopak godzinę wcześniej pojechał był do pracy. Przed wyjazdem powiedział mi, żebym coś napisała, żeby go rozweselić. I szkopuł jest w tym, że pomimo dobrej pogody mam jakiś zamuł, a kawę powinni mi podawać przez port dożylny. Czym mogę Cię rozweselić, mój Kochany? Może Morze przed pełnym przypływem wyglądało tak:

A bardziej w ruchu tak:

Chciałam mamie pokazać jakąć meduzę lwią grzywę, ale akuratnie w meduzy nie obrodziło, za to w chusteczce do nosa przytargałam do domu jedną skorupkę. Trzymam je w słoiku, bo to typowe dla ludzi takich jak ja (w Polsce na parapecie kładłam kamienie):

I jeszcze zauważyłam, że ustawiono rusztowanie pod tym uroczym domem, którego strzecha zarosła już mchem:

Morze Może znów napełni się życiem. 65 lat temu kręcił się w jego pobliżu Rock Hudson:

W zasadzie miałam nie o tym, ale o czymś zupełnie innym. To jest tort, którym poczęstowali nas wczoraj nasi przyjaciele:

Zdmuchnęłam świeczkę, bo to ja byłam solenizantką. Dzień wcześniej pracowałam, ale też było bardzo miło – koledzy wręczyli mi róże w doniczce i voucher tk-maxxa, który natychmiast spożytkowałam na różowaty berecik Diefenthala i koszulę Hilfigera. Kraciasty sprezentował mi bukiecik podobny trochę do ślubnego. Nie piszę tego, aby ktoś składał mi życzenia, bo facebookowa aplikacja pokazująca nam kto ze znajomych i co dzisiaj obchodzi bardzo mi procedurę życzeniową obrzydziła – więcej z tym kłopotu, niż przyjemności 🙂

Mam 44 lata i 2 dni. Nigdy nie robiłam hucznych urodzin i nie chciałam takich mieć, nie dlatego, że przygnębiał mnie upływający czas, po prostu … nie uważałam tego za ważne. Zawsze było miło, gdy ktoś pamiętał, ale liczba osób, które chciałabym, żeby pamiętały, jest niewielka. Bieg czasu jest oczywisty, ostatnio bolą mnie części, które nie powinny, choć z drugiej strony nie bolą te, które powinny. Czym innym jest jednak starzenie się ciała, a czym innym poczucie tego kim się jest. W psychologii obowiązują podziały na etapy w życiu – widziałam te tabelki i pamiętam jakie uczucie towarzyszyło mi przy ich oglądaniu: niedopasowania, ale też buntu. Nie mieściłam się nigdy jak należy, wszystko zaczynałam za późno i ogólnie rzecz biorąc fatalnie pominęłam jazdę obowiązkową od razu przechodząc do miłości 😀 . Pamiętasz tę scenę z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”:

Przepraszam, że taka smutna, ale ona zawsze mi się przypominała, gdy ktoś, zanim jak Pambu przykazał wybrałam zamęście, wygłaszał mi moralizatorskim tonem, że wymiguję się od pełnienia jasnych ról społecznych, gdy tymczasem „on/a w moim wieku …” (inna sprawa, że pouczenia tego typu dostawałam głównie w internecie). Nigdy nie chciałam być trybikiem, Adasiem Miauczyńskim, który wprawdzie robi, co ma do zrobienia, ale poza tym ma pseudorelacje z ludźmi. Myślę zresztą, że nikt, zapytany, tego nie chce. Ludziom pseudorelacje zdarzają się po drodze, zazwyczaj gdy zawzięcie realizują cudzy plan na własne życie.

Kilka lat temu nie robiłam podsumowań i nadal nie widzę puenty na swoje eciepecie-lecie. Jestem late bloomer i bardzo mi z tym dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Piszę to wszystko dla tych osób, które czują niepokój, bo im się zdaje, że coś już powinno się wydarzyć, a się nie wydarza. W życiu nie ma „powinno”. Jest to, co jest. Pomyśl sobie czego naprawdę pragniesz. Albo pomyśl sobie „ale ona to jest naprawdę stara”. Zawsze można wybrać 🙂

Za oknem wiatr, w środku ciepło.

Przed południem wpadła nam do domu przez otwór w drzwiach przesyłka z Polski. Teściowie dbają o analogową tradycję, nadal wysyłają myśli na papierze. Dostaliśmy pocztówkę przedstawiającą piekarnię Sarzyńskiego w Kazimierzu i starannie zapakowany, nowy tomik Cz.M. Szczepaniaka. Na pierwszej stronie precyzyjnie doklejono wiersz o Michale, który już tutaj publikowałam.

Rysiu przedstawia więc tomik wierszy, który dzisiaj wieczorem przeczytam, „Zabrałem milczenie, słowo daję”, niszowy nakład mamiko.pl:

Oprócz wklejki, na pierwszej stronie jeszcze kilka słów skreślonych ręką teścia. Ładny prezent na taki dzień jak dzisiaj. Wieje straszliwie, krzew po drugiej stronie drogi gnie się do ziemi i walczy. Gniewa mnie bardzo, że w taką pogodę Kraciasty musiał jechać na zachodnie wybrzeże. Jest już w drodze, zabrał ze soba ciepłą kurtkę i śpiwór, tak na wszelki wypadek. Może go jeszcze zawrócą.

Przyglądam się ostrzeżeniom pogodowym. Hrabstwo Sligo ma do godziny szóstej ogłoszony alarm żółty (podobnie jest u nas), ale już w sąsiadującym z nim Mayo jest alarm pomarańczowy ogłoszony na całą najbliższą noc. Prognozy dla wybrzeża przestrzegają przed dziesiątką. Rysio wcale nie śpi, zakopał się w kołdrę, tylko czasami podnosi głowę i łypie na mnie okiem. Dobrze, że mam dom mamo, bez domu co by ze mną było? Wiatr bawi się jakimiś metalowymi wihajstrami, czasami z całą siłą próbuje staranować drzwi wejściowe. Znajduję na półce jeszcze jeden tomik Szczepaniaka, „Zapisz jako Wleń”, przysłany nam przez teściów w grudniu zeszłego roku, wydany w nakładzie 30 (!) egzemplarzy. W środku jest kilka rodzinnych zdjęć i nadryziony opłatek. Kawa, poczytam, poczekam.

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Jesień w Carlingford.

Wczoraj była niedziela we wtorek. W zasadzie miał być wtorek, ale zrobiliśmy niedzielę. Pojechaliśmy na północ, bo była piękna pogoda, odwiedziliśmy znajomą, żeby błysnąć jej obrączkami, zjedliśmy obiad w ulubionym miejscu, potem wygrzewaliśmy się na słońcu siedząc na ławeczce w porcie. Mój ciemnozielony płaszcz zapobiegliwie zabrany z domu przeleżał całą wyprawę na tylnym siedzeniu samochodu. Zmitrężyliśmy tak sporo czasu, zrobiliśmy też wypad do Północnej na ubraniowe zakupy, mam więc nowy, wełniany kaszkiet i podkasaną spódniczkę na zimę. „Za krótkie dni dla nas robią”, powiedział Kraciasty, gdy nam słońce przestało działać …

… i tak sobie myślę … przecież mogłam już zwolnić się z życia. Mogłam nie chodzić na manowce do „miejsc żywieniowych” jak to określiła jedna pani, tylko praca-dom-praca-dom. Przecież jak się zagaduje ludzi to można jeszcze kogoś fajnego poznać! I co wtedy? Pomyśl o tym 🙂

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Honeymoon (1). Podróż na wschód.

To pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że zastanawiałam się czy nie zostawić wszystkiego bez komentarza 🙂 Pójdę na łatwiznę, myślę sobie, bo tyle słów trzeba napisać na klawiaturze bez liter „e” i „w”. Zbiorę się w sobie …

W zeszłą niedzielę rozpoczęliśmy naszą podróż na wschód z niemałym poślizgiem. Poślizg był związany z problemami dnia poprzedniego, musieliśmy zrobić co musieliśmy zrobić i dopiero późnym popołudniem zjechaliśmy z Dolnego Śląska na obiad kilka km od Praszki. Praschkau, prawie na granicy opolskiego i łódzkiego, miasteczko leży nad Prosną płynącą w kierunku Kalisza i ziem z których pochodzi rodzina mojej mamy. U cioci zastaliśmy teściów, którzy towarzyszyli nam chwilę przed własną podróżą. Posiłek i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia … nigdy do tej pory nie widziałam Kraciastego w wydaniu małoletnim … nie wierzę w parapsychologiczne pierdy i wiem, że to tylko wzruszenie, ale czułam, że znałam tego chłopaka od dawna, że był moim niewidzialnym przyjacielem, gdy miałam 5 lat 😉 Chłopak z moich snów. Dzisiaj nad ranem nasza wieś jak w bajce, cała w morskiej mgle, a mój chłopak ze snów zakłada coś na siebie i idzie szukać kota, który nie wrócił do domu na noc. Nie wybrałabym nikogo innego …

Wracając do podróży … następnego dnia było śniadanie, rozmawialiśmy o ateizmie i dziadku – francuskim komuniście, po czym pora nam było jechać. Poniedziałek. Za oknem deszcz aż do Krakowa. Przejeżdżamy przez Konopiska, gdzie mieszka Kamila, S1 na Myslovitz, potem A4 do Jarosławia. Tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek …

Jesteśmy już na tym naszym wschodzie, pogoda bardziej niż piękna, a ja nie mam ani jednej sukienki. Rynek po południu wymarły, a my kręcimy się w kółko i zachwycamy się … ja robię zdjęcia telefonem, Kraciasty robi swoje aparatem, czasem wchodzę mu w kadr:

Widoki psują zaparkowane w Rynku samochody. Prawie nikt tu nie spaceruje o tej porze (przechodzenie to jeszcze nie spacer), za to samochodów zaparkowanych jest mnóstwo, jakby miasto było pełne ludzi z obłożnie chorymi nogami.

Zupełnie nie szukając znaleźliśmy dawną Dużą Synagogę. Przed wojną Żydzi stanowili tutaj ok. 20% ludności. Jarosław to pierwsze miejsce, gdzie wyraźnie widzę, że po ludziach zostały głównie domy i jakby mniej pamięci … ten wybudowano w 1811 roku.

Pijemy kawę we Fragoli na Rynku i jedziemy dalej (przed tą kawiarnią siedzi siwowłosa pani i delektuje się jakimś napojem, patrzy przed siebie w zadumie – zgaduję w głowie, że nie jest stąd. Nie mylę się, słyszę potem, że mówi po niemiecku). W drodze do pierwszego noclegu minęliśmy Wiązownicę i Majdan Sieniawski. Drewniane domy, trochę ich jest, ale znikają. W którymś mieszkała moja prababcia, w innym może babcia Kraciastego. Gdy robię zdjęcia jednego, zgłasza do mnie pretensje starsza pani. Przepraszam, powinnam była zapytać. Ale w głowie myśli mi się: pewnie ukradłaś. Mówię jedno nazwisko. Niby miejscowa, a nie zna. Inni świadkowie tamtych czasów już nie za bardzo wiedzą kto gdzie mieszkał, tam albo tam. Zapominamy, że zmrok zapada szybko, inaczej niż w Irlandii.

Ostatnie kilometry w kierunku Guciowa pokonujemy w zupełnej ciemności … gdy dojeżdżamy dezorientacja. Są jakieś domy, jest pies, ale jest i latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. Mroczny dom z podwórka wygląda tak:

W przedsionku czai się wielki boiler. Mamy pokój na poddaszu, z ciepłym prysznicem, ręcznikami, czajnikiem … jest wspaniale. Na dobranoc Kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych 😀 O tylu rzeczach nie mam bladego pojęcia.

Sypialnia jest adekwatnie nazwana pokojem wschodnim (jak widzisz, wszystko się nam układa w całość 😉 ). I o poranku mamy z okna taki widok:

Wtorek. Kraciasty wypatruje przez obiektyw aparatu miejscowych, zajętych swoimi sprawami:

Zagroda Guciów prowadzona przez Jachymków to agroturystyka i prywatny skansen, znajduje się na Roztoczu Środkowym, w drodze pomiędzy Zwierzyńcem i Kransobrodem. Na wzgórzu przy wiosce wg badań archeologicznych znajdował się jeden z wielu grodów czerwieńskich z X-XI wieku. Gdy rano wychodzimy przed dom w którym wykupiliśmy dwa noclegi jest pięknie, zielono, cicho.

W zasadzie mieliśmy, przynajmniej ja miałam, plany pomknięcia od razu do jakiegoś większego miejsca, ale po śniadaniu okazało się, że w cenie noclegu mamy też zwiedzanie skansenu i była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyłam trochę rzeczy, które są mi znane z życia mojej prababci, usłyszałam ciekawe historie, inne spojrzenie na świat, od tej wschodniej strony.

W skansenie zobaczyć można również kolekcję meteorytów, tropy dinozaurów, które żyły na terenie Roztocza czy największy amonit w Polsce. Oprowadzał nas lokalny patriota, który może trochę koloryzował, było to jednak oprowadzanie z miłością do zamojszczyzny.

Dopiero po godzinnym spacerze w obrębie skansenu udaliśmy się w kierunku Zamościa. To fragment starej Bramy Lwowskiej (bo jest i nowa) z przedstawieniem Jezusa i niewiernego Tomasza, z których nic sobie nie robią zamojskie gołębie. W kazamacie tej bramy był więziony jakiś czas Walerian Łukasiński:

Stare miasto trochę rozprute, bo od strony z której nadeszliśmy akurat odbudowuje się Kościół Zwiastowania, który przez większość XX wieku pełnił inne funkcje (magazyn, kino, szkoła plastyczna). Coś tam grzebią, jest przy tym dużo hałasu, więc doceniliśmy też inne, spokojniejsze spotkania:

Zamość jest oczywiście piękny, choć w Rynku parasole z nazwami piw zasłaniają nazwy restauracji, co jest dość irytujące. Nazwy piw mnie nie interesują 🙂 Zajrzeliśmy do Padwy na Staszica, żeby się posilić i stamtąd zagadałam do Stacha, czy ma ochotę spotkać się wieczorem gdzieś w drodze. Obok kupujemy dla jednej z naszych cat sitterek małego, czerwonego kota, wiemy, że zbiera.

Miasto zachwyciło mnie wieloma miejscami, jak te ormiańskie kamienice z XVII wieku (od lewej Bartoszewiczów, Pod Małżeństwem i Sołtanowska):

Jaskrawe, każda z własną historią, jeszcze w latach 70-tych wyglądały zwyczajniej, wyraźnie widać było ich dachy i dopiero projekt konserwacyjny przywrócił im attyki (te postrzępione fryzurki na górze), choć nie są one odbudowane na podstawie archiwaliów, a stanowią raczej wariację „na temat”. Pamiętasz pana Wiktora Zina i jego „Piórkiem i węglem”? On ci to był autorem projektu.

Przez Rynek Solny doszliśmy też do najlepiej zachowanej późnorenesansowej synagogi w Polsce. Zbudowali ją w początkach XVII wieku Żydzi sefardyjscy (wypędzeni z Hiszpanii – Polskę zamieszkiwali głównie Żydzi aszkenazyjscy, posługujący się jidysz). Byliśmy tylko na zewnątrz, przyjrzałam się temu drzewu … rajska jabłoń, najprawdopodobniej.

Pod synagogą była też instalacja dotycząca urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg, przypominająca tę postać i fakt świadomego zacierania pamięci i niej.

Krążąc po mieście dotarliśmy do Rynku Wodnego przy którym mieści się trzypiętrowa kamienica nazywana Centralką. Przed II wojną mieszkał w niej i tworzył Bolesław Leśmian. W wybudowanym w 1911 gmachu mieścił się także hotel, który był pierwszym budynkiem w Zamościu oświetlanym żarówkami elektrycznymi 🙂 Współczesnemu rynkowi pan Leśmian przygląda się z drzewa w parku:

Na rogu Centralki jest teraz księgarnia „Dom książki”, kupiliśmy w niej spore tomisko „Sodomy. Hipokryzja i władza w Watykanie” F. Martela wydane przez Agorę. Może uzbiera się kilka książek na post antyklerykalny, kto wie 😉

Tak jak przewidywaliśmy, Stachu nie miał czasu, pomimo to chcieliśmy wieczorem napić się gdzieś kawy „na mieście” i zamiast wracać na nocleg, pojechaliśmy na spacer do Krasnobrodu. Okazało się, że jesteśmy trochę późno jak na standardy miasteczka, zamiast na kawę poszliśmy więc na spacer nad pustoszejący zalew. Kafejki i fastfoodownie były już zamykane … na molu towarzyszyły nam osy na które tym razem reagowałam dość nerwowo. Zmęczenie podróżnicze dawało o sobie znać, widoki wynagradzały jednak wiele …

Przed zmierzchem zajrzeliśmy na chwilę do barokowego kościoła Nawiedzenia, msza chyba się kończyła, ale prowadzący ciągnął temat i nie chcieliśmy mu przeszkadzać. Budowlę ufundowała Marysieńska, znajduje się w niej podobizna Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, malutki metaloryt, który wygląda jak kartka wyrwana z książki. Jego historia sięga powstania Chmielnickiego.

W podróży będzie nam towarzyszył pełniejący księżyc, na tym zdjęciu powyżej też się wepchnął. Tak minął nam wtorek. Jeszcze tylko wizyta w Biedronce, żeby kupić chipsy i możemy wracać pod gont. Rano ponownie budzi nas światło ze wschodu … wstaje dobry dzień. Dobra środa, śniadanie jemy powoli …

Poślubne refleksje.

Jak było? Jeszcze w piątek spacerowaliśmy po mieście w przyjemnym słońcu. W sobotę lało (mam na myśli sobotę siódmego września). Pomimo tego spotkaliśmy się z naszą znajomą i po herbacie na mieście, od czasu do czasu grzęznąc w błocie, zrobiliśmy pod parasolką dwa plenery, dzięki czemu brokatowe słupki w moich butach były do końca dnia uwalane w glinie. W takim stanie zaprezentowałam się jako mężatka dwojga nazwisk. Czy można załatwić przed ślubem wszystko na telefon? W naszym przypadku tak. Tydzień „przed” zamówiłam jesienny bukiet do sukienki z zielonego szyfonu:

Instagram: @świechna

Obrączki to był z kolei zakup online u Savickiego z Lublina. Zamówiłam pewnej lipcowej niedzieli, a we wtorek w południe już przyjechały na Dolny Śląsk. Wybrałam zwykłe, półokrągłe z 14-karatowego złota. Moja ma 3 mm, Kraciastemu kupiłam o milimetr szerszą na jego wielką, kochaną łapę. Dobierane „na oko” okazały się pasować jak ulał. Kraciasty miał na sobie szary gang od Aquascutum i karmelkowe Barkery. Pierwsze sprzed epoki Świechny, drugie to prezent „na ślub” ode mnie, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy co i jak.

Dzień był więc bardzo nasz, zaczynając od parasolki, gliny na butach i koleżanki z pracy, która dostrzegła mnie przez okno, gdy szliśmy do urzędu sc i zaczęła wrzeszczeć „szczęścia!”, poprzez kilku niezapowiedzianych gości, którzy przybyli tylko po to, aby się upewnić, że nie robimy sobie jaj, aż po bezalkoholowy obiad, zawirowanie rodzinne i oczekiwanie wieczorem na męża załatwiającego sprawę nie cierpiącą zwłoki. O zawirowaniu więcej nie napiszę, bo nie dotyczy to nas bezpośrednio, wspominam o tym jedynie, aby zasygnalizować, że życie to nie tylko miód i orzeszki, i ja też, wbrew pozorom, o tym wiem 🙂

Ślub wzięliśmy w tym samym miejscu co moi rodzice w grudniu 45 lat temu (eklektyczna budowla ratusza jest z 1868 roku). Zdjęcia „przedślubne” zaś zostały zrobione przed tą kaplicą:

Stąd też wiem na pewno, że drzewa naokoło to nie wierzby, tylko lipy 🙂

Poza tym w końcu poznałam osobiście świekrów, a dzięki naszym przyjaciołom wzbogaciliśmy się od dwa obrazy, grafikę Mleczki i chodzieski serwis do herbaty (to dzisiaj). Faktycznie natomiast nic się nie zmieniło, tyle tylko, że po ponad tygodniu od rzeczonych wydarzeń nadal mnie bawi tytułowanie Kraciastego mężem. Pierwszy Mąż. Ja i Pierwszy Mąż mieliśmy dzisiaj miłe posiedzenie z moimi koleżankami z poprzedniej pracy. Przyjaciółce dałam na koniec dnia flaszkę listkowiaka, którą przywieźliśmy z tatarskiej ziemi. Bo w międzyczasie był miesiąc miodowy, podróżniczo-chodzony. Ale o tym innym razem. Będzie to relacja w odcinkach 😉

Zapachniało jesienią.

Ryszard coraz częściej po porannym posiłku nurkuje w rozkopanych pieleszach naszego łóżka, w tk-maxxie, w którym zazwyczaj robimy zakupy ubraniowe, pojawiły się już czarne koty, trumienki i płyty nagrobne, na filmiku Stacey są pierwsze dynie. Lubię jesień. Kiedy mieszkałam w Polsce, po pracy wychodziłam z herbatą na ławeczkę, żeby wygrzać się w zachodzącym słońcu, a o tej porze roku nabierało to wyjątkowego znaczenia. Tutaj jest trochę inaczej – deszcz zachęca do siedzenia przy kawie i wyglądania przez okno z jakiegoś ciepłego pomieszczenia. Dostosowujemy się. Niedługo mój ciemnozielony płaszcz wróci do łask 🙂

Co jeszcze się robi? Rozwiązujemy drobne problemy związane z naszym wyjazdem. Kraciasty uśmiechał się do siebie siedząc przed komputerem, bo dostał zaproszenie na wernisaż i chce napisać, że nie może, bo tego dnia ma ślub, swój własny. Czytam recenzję przekładu książki Olgi Tokarczuk – „Prowadź swój pług przez kości umarłych” po raz kolejny wydano po angielsku. Przy okazji myślę o Eileen, pobieżnie przeglądam jej artykuły w The Irish Times. Wieczorem zacznę pakować walizki … buty, prezenty, trochę tego jest do upchania. Jestem po dwóch długich dniach w pracy, a słońce schowane za chmurami nie zachęca do szalonej aktywności (warto spojrzeć na kota). Więc na tę chwilę zalegam na krześle, nadrabiam oglądanie filmików na youtubie i obserwuję jak Kraciasty robi kotlety mielone i gulasz. Odkładam na później pisanie o opętaniu i egorcystach. Sądzę też z falowania mojej energii, że nie będzie mnie tu jakieś dwa tygodnie. Mam nadzieję na powrót z ciekawymi zdjęciami z Polski. Zostawiam Tobie, Czytelniku, fotografię z Politajewa, przy okazji uświadamiając sobie, że nie byłam tam przez cały 2019 rok. Zrobiłam ją 11 listopada 2 lata temu. Dbaj o siebie i pamiętaj, aby dzień święty święcić. Do poczytania 😉

Instagram: @świechna