Spacer po Puławach.

Świątynia Sybilli w Parku Czartoryskich.

Mieliśmy na to dwa dni niezłej pogody (w środę przyjechaliśmy o zmroku, w sobotę od rana przygotowywaliśmy się do wyjazdu napełniając brzuchy jedzeniem i kawą w mieszkaniu na trzecim piętrze). Jasno sprecyzowany cel naszego pobytu był jeden – Kraciasty miał odebrać nowy paszport, zajęło nam to jakieś 10 minut, cała reszta to freestyle – przechadzki, tulanki, kawy i kino na Partyzantów 6. Kilkakrotnie mijaliśmy tego gościa poniżej:

Pomnik powstał jeszcze za życia papieża, więc w zasadzie reprezentuje nurt w rzeźbie związany z kultem jednostki. Autorem projektu jest Czesław Dźwigaj, który z biznesu janopawłowego uczynił ważny element swojego domowego budżetu (po drodze machnął niechcianego Skargę na placu Marii Magdaleny w Krakowie). Kraciastemu bardzo spodobało się zagospodarowanie przestrzeni chaszczami – chyba ma nadzieję, że to antycypacja sytuacji, gdyby się okazało, że JPII wiedział o aferach pedofilskich. Że niby wystarczy dać im sie rozrosnąć i nie trzeba będzie usuwać. No nie wiem. Za to obok kończą modernizację Domu Chemika. Będzie piękny. W ogóle, ta część miasta, powojenna, kanciasta, ale z dużą ilością dojrzałej zieleni, bardzo mi się podoba 🙂

Spacer po Parku Czartoryskich oczywiście musiał być, podobnie jak przystanek w Herbaciarni przy alei Królewskiej. Ten kawałek Puław zeszliśmy we wrześniu, wówczas był to romantyczny, lecz spowity mrokiem spacer nowożeńców. Ze względu na sytuację nie zanotowałam wówczas w pamięci wielu detali … choćby pięknej, XIX-wiecznej wieży ciśnień tuż przy wejściu:

Bardzo mi się podoba pałacowy park w stylu angielskim – właściwie zaopiekowany nie ustępowałby w niczym tym w zachodniej Europie, a Świątynia Sybilli równie dobrze mogłaby cieszyć oko w Anglii lub we Włoszech … niestety widać w nim „wydeptanie”, współczesne, metalowe „protezy” na ogrodzeniach, głupawe podpisy wandali. To razi, nadal jest to jednak dobre miejsce na spacer, wiedzą o tym przynajmniej rodzice psów i pary na wagarach.

Przed pałacem zastaliśmy grupkę pawi w pełnym wdzianku randkowym. Stado zainaugurowano 8 lat temu – pierwsze cztery ptaki zostały przekazane Instytutowi Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa przez muzeum w Kozłówce. Od tego czasu rodzinka rozrosła się i ma się dobrze 🙂

Nie pamiętałam, czy ostatnio zaszliśmy pod Dom Żółty – wybudowano go w czasach napoleońskich dla cara Aleksandra I, który nocował w tym miejscu kilka razy podczas swoich wizyt w mieście. Niedaleko budynku są Schody Angielskie – ceramiczną cegłą obudowano w ten sposób wąwóz prowadzący z parku do Łachy Wiślanej.

Schody Angielskie z roku 1800.

A to już widok na łachę z Zielonej Góry – to tutaj nieletni Kraciasty przekuwał swój charakter w stal zjeżdżając na łeb na szyję sankami aż do pozostałości po starym korycie Wisły, która po katastrofalnych powodziach zmieniła swój bieg około roku 1700:

Łacha raczej nie jest bardzo głęboka i w niskich temperaturach łapie ją lód, co musiało być dodatkową atrakcją dla młodocianych sankarzy. Tym razem również przeszliśmy wzdłuż niej, pod Sybillą i obok grot w zboczu skarpy.

Zielona Góra i tył pałacu widziane z dołu.

Oprócz Zielonej Góry … Trzy Skocznie (tor przy murze), Spirala, Sybilla, Bobsleje – zapisuję dla potomności – zjazdy o takich nazwach naprawdę na terenie parku istnieją, chociaż nie ma ich w żadnym przewodniku 🙂 Znać je mogą dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie, mieszkańcy okolicznych osiedli, którzy w latach dziecięctwa gromadzili się w parku ze swoim bobslejowym sprzętem made in PRL. A ubywa ich …

Bobsleje. Tutaj zjeżdżał na sankach mój przyszły mąż.

… w piątek poszliśmy na cmentarz na Piaskowej, żeby odwiedzić dwóch kolegów Kraciastego. Ponieważ było już niedaleko do Wisły, skorzystaliśmy z okazji i wynurzyliśmy się przy królowej rzek tuż obok drewnianej Tawerny. Poziom wody wydał mi się zadziwiająco wysoki. Ponownie, tak jak w wielu innych częściach miastach, głównie młodzież cieszy się tu z tego, że ma nogi i korzysta ze ścieżek gotowych do użycia tychże.

Poza wspomnianą Herbaciarnią Czartoryskich, w której kupiliśmy zapas pysznej herbaty wiśniowej dla teściów, byliśmy również w Kawiarni Sarzyński w Galerii Zielona, a w drodze powrotnej znad Wisły weszliśmy się ogrzać do Sushistudio & Azia na Piłsudskiego 30. To ostatnie miejsce wzbudziło niejaką kontrowersyję w Kraciastym, który jedzenia pałeczkami odmawia systemowo (co jest zresztą słusznym posunięciem, bo Japończycy wkładają sobie suszi w otwór gębowy palcyma). Mnie z kolei wyjątkowo leżała koncepcja zimno-ciepło-zimnozimno-ciepło – miasto trzymało cały czas minusową temperaturę i wchodzenie od czasu do czasu do ładnie pachnących pomieszczeń sprawiało ulgę. Suszarnia jest zaaranżowana zaskakująco, jak świątynia w lofcie, a z powodu półokrągłych zwieńczeń okien wydawało mi się, że jem zupę w synagodze 🙂

Z braku możliwości przejechania się w kierunku Janowca, obspacerowaliśmy w ciągu tych dwóch dni centrum miasta. O kinie napiszę osobno. Mroźny, ale miły czas, jak zawsze, gdy jesteśmy razem. Potem trzeba było się nam rozjechać w dwóch różnych kierunkach – jestem na Dolnym Śląsku, Kraciasty wrócił do naszego domu i kota. Pozałatwiam kilka spraw i niedługo do nich dołączę. Na razie mam za oknem wiatr i deszcz, więc czuję się jak domu. I dla Ciebie dobrego tygodnia 🙂

Pastelowy dzień.

Wietrznie, ale dość ciepło i niezwykle przejrzyście. Trochę żałowałam, że nie wzięliśmy aparatu, żeby ściągnąć widok Sugar Loaf. Na plaży było sporo meduz – wyszliśmy dwie godziny przed szczytem przypływu i plaża dość szybko się zmniejszała, ale morze nie zdążyło przykryć wszystkich krążkopławów, które ugrzęzły tutaj nad ranem. Pusto, dwie panie i jeden głośny piesek, który jakiś czas dreptał za nami – taki jest nasz ostatni spacer w styczniu.

Miesiąc minął niepostrzeżenie … nasi północni sąsiedzi jeszcze przez kilka godzin są w Unii Europejskiej, w mediach to wielkie halo, tymczasem tutaj, po sąsiedzku, nic się nie dzieje. Mam nadzieję, że rozwój wypadków pójdzie w kierunku zjednoczenia wyspy, chyba wszyscy tu zdają sobie sprawę, że twarda granica to wykopanie noży. Za tydzień, gdy będziemy już w Polsce, w Irlandii są przeprowadzane wybory do Dáil, niższej izby irlandzkiego parlamentu. Zgromadzenie zostało rozwiązane rok przed końcem kadencji przez aktualnegoTaoiseach (to irlandzki premier), Leo Varadkara. Kampania trwa, wielu kandydatów wybiera bezpośredni kontakt z wyborcami, ponieważ Irlandczycy, szczególnie ci ze wsi, zamiast magii partii ulegają magii związku z ich regionem. W mijającym tygodniu mieliśmy mały nalot wolontariuszy z kandydatem, którzy pukali do każdego domu na osiedlu – wielki świat zawitał do naszej wioseczki i mogłam sobie uścisnąć dłoń z potencjalnym Teachta Dála (czyli posłem). Zrezygnowałam, byłam akurat ino w piżamce (nieprawda, bo nie używam piżamek) szlafroczku.

Poza orszakami kandydatów, wsi nasza spokojna, wsi wesoła. Wstrzeliliśmy się w pogodę z naszym spacerem, pod wieczór wiatr jeszcze przybrał na sile. Do widzenia, styczniu 🙂

Tatuażysta z Auschwitz.

Wczoraj bardzo uroczyście, w obecności wielu oficjeli światowej rangi (wypatrzyłam Michaela Higginsa, prezydenta naszej Irlandii, oraz hiszpańską parę królewską) obchodzono 75 rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau. Nie mam telewizora, więc nie uległam pokusie wysłuchania przemowy prezydenta Polski, mam jedynie nadzieję, że nie wrzeszczał, nie nadymał się i nie przedstawiał swojej alternatywnej wersji rzeczywistości, co jest jego normą przy okazji rozmaitych przedwyborczych pikników w małych, przyjaznych miejscach. Za to ogromne wrażenie zrobiło na mnie przemówienie Mariana Turskiego, więźnia nr B-9408, który przeżył dwa marsze śmierci, do Buchenwaldu i do Theresienstadt:

Auschwitz nie spadło z nieba. Zaczęło się od drobnych form prześladowania Żydów. To się wydarzyło, to znaczy, że się może wydarzyć wszędzie. Dlatego trzeba bronić praw człowieka, demokratycznych konstytucji. Ważne jest też jedenaste przykazanie: Nie bądź obojętny. Nie bądźcie obojętni, kiedy widzicie kłamstwa historyczne, nie bądźcie obojętni, kiedy jakakolwiek mniejszość jest dyskryminowana, nie bądźcie obojętni, kiedy władza narusza umowę społeczną. Oto, co chciałbym powiedzieć …

Wysłuchałam go w całości w internecie, z angielskim lektorem zagłuszającym oryginał, i poruszona tym wystąpieniem sięgnęłam po książkę, która od dawna czekała na mnie na półce – „Tatuażysta z Auschwitz” Heather Morris, wydaną przez Marginesy (2018). Kraciasty przywiózł ją w zeszłym roku po jednym z wypadów do Polski.

Instagram: @świechna

Usiadłam do niej po godzinie siódmej wieczorem, po jedenastej było po wszystkim. Czy ja kiedyś pisałam, że czytam wolno? 🙂 Największą zaletą książki jest zawarta w niej historia. Morris spisuje, a raczej kreatywnie opowiada losy Lale Sokolowa, więźnia nr 32407, który dzięki znajomości języków i niewiarygodnemu szczęściu dostaje w obozie w Auschwitz pracę rokującą pełny brzuch i przeżycie. Główny bohater jest świadkiem budowania pierwszego krematorium i wymordowania Romów, jest też tatuażystą, tłumaczem, szmuglerem, w końcu kochankiem Gity, więźniarki nr 4562, której również towarzyszą niesamowicie sprzyjające sploty okoliczności. Nie zabija ich tyfus, kapo, mróz, głód ani przypadkowe kule gęsto wędrujące po obozie. Można zadać sobie pytanie czy to miało prawo się wydarzyć. Zasada jest prosta – prawda nie musi być prawdopodobna, dlatego właśnie tak cenię sobie literaturę faktu. Rzeczy po prostu się wydarzają, a opowiedzieć swoją historię mogą ci, którzy przeżyli. Mają do tego prawo, jak i do niepamięci, czy pewnej dystorsji faktów – są to zwykłe zjawiska psychiczne. Morris wybrała jednak inną niż reportaż formę zapisania wspomnień swojego rozmówcy, równie wymagającą badań i talentu we władaniu słowem – powieść. I niestety ze smutkiem, ale też i z irytacją stwierdzam, że autorka nie jest mistrzynią gatunku. Wspomniałam, że książkę przeczytałam w zaledwie kilka godzin, trzysta stron za jednym posiedzeniem (ok, dwoma, jeszcze prowadziłam przez pół godziny rozmowę w internecie) – to nie jest pochwała w ustach osoby, która delektuje się zdaniami, podkreśla co lepsze fragmenty, wzrusza się rozdziałami tak, że musi odłożyć lekturę na tydzień. Ostatnio, wiele lat temu, w taki sposób przeczytałam „Kod da Vinci” Dana Browna – mam nadzieję, że rozumiesz porównanie. Oczywiście Morris zaznacza, że dialogi czy pewne postacie są fikcją literacką, przedmowa nie wystarczy jednak do tego, aby uwiarygodnić to, co dzieje się potem. Potrzebny jest solidny rys psychologiczny postaci, a jeśli ma być on wykreowany przez samego czytelnika na podstawie zdarzeń, w sukurs musi przyjść literacka finezja autora w opisywaniu tych zdarzeń, bo samo się nie zrobi. Tutaj nie przychodzi, nic nie jest pogłębione, puenty giną (choćby losy Pepana, Arona), opisy romantycznych uniesień są niezgrabne i trącą brakiem realizmu. Nie wgryzjąc się dalej – czytało się to za szybko, za łatwo, bez wzruszeń. Oczywiście byłam wiedziona ciekawością co dalej, ale to za mało przy t a k i e j historii. Zastanawia mnie o i l e (i czy) lepsza byłaby ta opowieść jako literatura faktu. Trzeba byłoby sprawdzić tyle wątków prostując relację naocznego świadka, którego pamięć ma prawo zawodzić po kilkudziesięciu latach. Które postacie są fikcyjne? Czy przeżył jeszcze ktoś, kto mógłby dopowiedzieć luki w fabule z innej pryczy, z innego bloku? Jak napisałam na początku, największa zaletą jest sama historia … która jej część jest prawdą?

Po lekturze długo nie mogłam spać, próbowałam nawet dręczyć Kraciastego o czwartej nad ranem rwanym opowiadaniem fabuły. Oczywiście chciałabym, żeby to był efekt mocy talentu pisarskiego autorki „Tatuażysty”, bardziej jednak nastroiła mnie sama tematyka. Niepokoiły mnie myśli o kruchości życia ludzkiego, roli przypadku, kwestia lekkości z jaką ferujemy oceny moralne o czynach w czasach o których nie mamy bladego pojęcia. Poza tym nadal na duszy zalegała mi wypowiedź Turskiego:

Jedenaste przekazanie: nie bądź obojętny. Bo jeżeli będziesz, to nawet się nie obejrzycie, jak na was, na waszych potomków jakiś Auschwitz nagle spadnie z nieba.

Niewiarygodne, ale pomimo rangi wydarzenia, małe pieski już się dzisiaj na twiterze, i nie tylko tam, rozszczekały.

Jeśli „Tatuażysta” zainspiruje kogoś do refleksji i głębszego zainteresowania się sprawą Zagłady, to warto po książkę sięgnąć. Chcę tylko napisać, że bez wątpienia nie warto na niej poprzestawać. Jej popularność nie jest niestety równoznaczna z wysoką jakością, co wielu recenzentom zdumiewająco opornie przechodzi przez gardło.

Plaża w Annagassan zimą.

Krótko o historii miejsca pisałam już w zeszłym roku. Byliśmy na plaży wczoraj po godzinie piętnastej, był akurat szczyt odpływu. Flauta, z dźwięków na pierwszym planie kłótnie czarno-białych ptaków, które biegały po odkrytym przez wodę błotku w poszukiwaniu czegoś na lunch. Trochę dalej od portu szum pracy kuchni … pewnie mijaliśmy tyły restauracji. W piętrowych domkach z widokami na morze atmosfera po sezonie, cisza, kurz zbiera się na oknach. Od czasu do czasu schylaliśmy się po skorupkę małża jeszcze z właścicielem i wrzucaliśmy go do najbliższej kałuży. Kolejny przypływ dotarł tu około dziesiątej, może dały radę 🙂 Na horyzoncie naliczyłam z 4 kutry. Kalendarz księżycowy wskazywał, że rybki skubią i to dobry czas na połów. Plaża była pusta o tej porze, spotkaliśmy tylko nieliczne osoby na spacerze z psami.

I tak … w zasadzie nic się nie dzieje. Wędrowania po nowych miejscach oczekuję w pierwszej połowie lutego, a na razie jest znajomo, krzepiąco i leniwie. Po prostu miałam ochotę się odezwać. Jak mija Twój styczeń?

Silent Valley i zapora Ben Crom.

Slieve Binnian.

Kraciasty ma w styczniu naprawdę dużo pracy. Zanim sobie uzmysłowiłam jak dużo, w środę zdążyliśmy się przejść na długi styczniowy spacer, 10 kilometrów marszu po Cichej Dolinie 🙂 Spokój, samotność, przygoda – tak zachęcała nas okładka broszury wydanej przez Northern Ireland Water, którą dostaliśmy przy okazji płacenia za wjazd samochodem (£4,5) na teren, gdzie znajduje się rezerwuar wody pitnej dla hrabstwa Down i Belfastu. Oto jesteś z nami w Irlandii Północnej 🙂

Valve Tower i Overflow, w tle grzebień Slieve Binnian.

Kraciasty był zdecydowany pokazać mi wielką zaporę na końcu szlaku, ale zanim to nastąpiło wyszliśmy z parkingu i przywitaliśmy się z krzyżówkami i mandarynkami, które buszowały w niewielkim stawie i molestowały turystów o ziarna (karma była dostępna obok stawu). Zatrzymaliśmy się przy ziemnej zaporze Silent Valley zbudowanej w dwudziestuleciu międzywojennym (1923-33). Obok niewielkiej wieży jest charakterystyczny przelew spustowy. Ta „dziura” zapobiega przelewaniu się wody przez budowlę na której staliśmy. Rant „dziury”, w przewodniku nazywanej Overflow, wyraźnie wystaje, gdy poziom wody w sztucznym jeziorze jest niski.

Z małej zapory rozpościera się przepiękny widok na góry Mourne, począwszy od prawej: postrzępiony Slieve Binnian, trochę schowany Slieve Bearnagh, Slieve Meelmore, pośrodku cycuszek Slieve Doan, Slieve Loughshannagh, po prawej kopczykowaty Slievenaglogh.

Gdy obfocaliśmy Overflow woda podchodziła tuż tuż do kanału, ale jeszcze do niego nie ściekała … dolina naprawdę stała w zupełnej, bezwietrznej ciszy. Gdy poziom wód zagraża zaporze, nadmiar przelewa się do ponad trzynastometrowej dziury i jest kierowany do rzeki Kilkeel.

Przeszliśmy przez bramkę przy wieży i poszliśmy najdłuższym szlakiem mijając po prawej stronie Slieve Binnian i wywiercony w granicie Tunel. Dzięki niemu do jeziora wpadają nie tylko strumienie z okolicznych gór, ale także część wody rzeki Annalong, która znajduje się po drugiej stronie masywu. Ze względów geologicznych 70 lat temu postanowiono, że zamiast budować kolejny rezerwuar z tamtej strony góry, prościej będzie ją przewiercić …

Konstrukcja tunelu Binnian,
a nad nią jeden z wielu naturalnych spływów wody z masywu.

… w kwestii prostoty – tunel jest inżynierskim majstersztykiem. Wiercono go z dwóch stron w latach 1947-50 – ma łącznie długość 3,6 km, a gdy dwa zespoły spotkały się pod górą 6 grudnia 1950 roku, różnica w położeniu obydwu tuneli wyniosła tylko 5 cm.

Utrafiliśmy z pogodą i dniem, środa nie była szczególnie turystyczna – w trakcie całego spaceru spotkaliśmy jedną parę z przyjaznym psem i starszego pana. Jedyny problem był taki, że wyszliśmy na szlak dość późno, bo po godzinie drugiej po południu i miałam z tyłu głowy, że około piątej zastanie nas tutaj zmrok.

Szlak jest bardzo wygodny, wyasfaltowany, z kilkoma drewnianymi ławkami z których można podziwiać zrudziałe o tej porze roku góry. Jego przeznaczenie, poza walorami widokowymi, jest czysto praktyczne – to jedyna droga do zapory do której warto w razie jakichkolwiek problemów mieć szybki dostęp. Bo obecny kształt doliny to dzieło człowieka nad którym ktoś musi sprawować stałą kontrolę. Kiedyś to miejsce wyglądało przecież tak:

Zdjęcie zrobione około roku 1910. W.A Green Collection, źródło. Na środku Slieve Doan.

Przez kilka lat, akurat w okresie Wielkiego Kryzysu, ponad tysiąc osób pracowało przekształcając ten teren. Nie była to ani łatwa ani bezpieczna praca – w wyniku wypadków osiem osób zmarło.

Slievenaglogh z wyraźnie widocznym murem przecinającym szczyt.
Jeden z wielu górskich potoków zasilających sztuczne jezioro.
Zbliżenie na Slieve Doan za delikatną mgłą.

Gdy już już dochodziliśmy do północnego krańca sztucznego jeziora, szlak odbił w prawo i naszym oczom ukazała się druga budowla. Nazwa zapory i znajdującego się za nią zbiornika pochodzi od szczytu o który jest „oparta”, Ben Crom.

Wspomniałam, że szlak jest łatwy, od pewnego momentu zaczęłam jednak czuć, że sapię – droga wiedzie nieco pod górę, w końcu spotykamy się z zaporą i możemy na nią wejść. Nie liczyłam ale schody mają podobno 260 stopni. Jest to betonowa zapora grawitacyjna zbudowana po roku 1954.

Ben Crom, góra i zapora.

Na Ben Cram również cisza, kanały spustowe suche, mały strumyczek sączył się jedynie u podnóża zapory. Spacerując po jej koronie mogłam obserwować kolejny błogi widok … drugie sztuczne jezioro, dziś tylko z drobnymi zmarszczkami fal, otoczone górami:

Kiedy robiłam to zdjęcie było już po czwartej i zaczynało się zmierzchać. Mieliśmy przed sobą parę kilometrów spaceru do parkingu, przebieraliśmy żwawo nogami, ale z drugiej strony była to wielka przyjemność znaleźć się w tak pięknym miejscu o tej porze, słyszeć tylko głosy wieczornych ptaków, cykania aparatu i nasze oddechy.

Udało się nam dotrzeć do bramki przy wieży o piątej. Najwyraźniej ktoś skończył pracę na zaporze, bo w ciemności minął nas samochód, który zjeżdżał ze szlaku. Slieve Binnian przykryła tłusta, biała chmurka, nad Wee Binnian wschodził Księżyc prawie w pełni, wszystko pozamykane, dopięte, a my po ciemku szliśmy do parkingu na którym stał jeden, jedyny samochód, nasz własny. Na styczeń będzie mi musiało wystarczyć 🙂

Jedno zdjęcie. Tęsknota za Warszawą.

Ale nie jakąś tam Warszawą, za Warszawą styczniową, taką jaką widziałam w zeszłym roku.

Ursynów, 10 stycznia 2019.

Blogowy pamiętnik mnie informuje:

we Wrocławiu dość ciepło, a tymczasem, gdy wsiadłam we flixbus o poranku, droga stopniowo coraz bardziej biała. jeszcze czekając na autobus zauważyłam, że w polskiej Coście są inne ciasta.  mijałam Luchów. na A1 jakiś karambol, więc skręciliśmy w S8. na zachodnim padał śnieg i kółka walizeczki tonęły w bieli. na szczęście nie straciłam ani na chwilę orientu. z autobusu 517 przesiadłam się do metra na Imielin. trochę było deliberacji przy znalezieniu tego bloku na W…, ale już po 15 kot ugościł mnie herbatą. do tego nadgryziony pierniczek przytaszczony z domu .

W podróży gęstniał śnieg. Miałam na sobie cieplutkie butki kupione przez Kraciastego i pamiętam jak najpierw tuptałam nimi na przystanku autobusowym, a potem wychodząc z metra. Wcześniej byłam w Warszawie dwa razy na „chodzonych” wakacjach, więc gdy tylko znalazłam się w ośnieżonej stolicy poczułam się bezpiecznie, prawie jak na mojej wsi – nigdy nie byłam na tej oto ulicy, ale kierunki do mnie przemówiły. A potem zobaczyłam Kraciastego machającego z okna na piętrze. Byliśmy oboje chorzy, ale jaki przyjemny to był czas. Wystawna kolacja u znajomych, wturliwanie się do cieplutkiego mieszkania po mroźnych spacerach, obiad w Fenicji na Dereniowej, Muzeum Narodowe, kawiarnie w Alejach Jerozolimskich, multikino na Ursynowie i spotkanie z kumplami Kraciastego. Do tego kot nasikał nam do łóżka tylko raz, a wieczorem, właśnie, gdy robiłam to zdjęcie z widokiem na budowę POW, za ścianą u sąsiadów grał telewizor. Lubię dźwięki jakie miasto wydaje z siebie przed snem.

Ostatni dzień roku w Carlingford.

Przez ostatnie tygodnie byliśmy trochę zasmarkani, trochę bardziej w środku niż na zewnątrz i trochę nam się nie chciało. Wczorajszy wyjazd w moje ulubione miejsce był więc wydarzeniem niespodziewanym. Wiatr nie zacinał na tyle, aby szkodzić naszym nosom i oskrzelom … była za to mgła i szarość, jechaliśmy do portowego miasta przez pagórki owiec i mgły. Kiedy ostatnio pokazywałam Carlingford była jesień, teraz jest irlandzka zima pełną gębą. Poszliśmy do naszej ulubionej Ruby Ellen Tea Rooms na obiad (ostatnio zamawiamy tam pieczonego ziemniaka), potem na spacer do portu. Okazało się, że na ruinach zamku króla Jana nie ma szpecących go „od zawsze” rusztowań, skorzystaliśmy więc z okazji, żeby rzucić okiem na port z innej perspektywy:

Przy molu jak zwykle cumuje brytyjska Wings of the Morning, na zatoce są tylko łagodne zmarszczki, a po lewej stronie widać kilka ławek, z których jedna jest „nasza”. Gdybym miała wskazać najpiękniejsze widoki na świecie, jakiś pewnie byłby na Dolnym Śląsku, a z Irlandii z pewnością ten, który rozciąga się z mola w Carlingford 🙂

Zamek, który kiedyś dominował nad portem i miasteczkiem, zbudowano na skalistym wzniesieniu. Dzisiaj to przytarte, ale nadal imponujące ruiny i nareszcie dano im odpowiednią oprawę – zmierzchało i coraz wyraźniej na murach pojawiały się rysunki zamontowanych wokół zamku świateł. Podzamcze jest dzisiaj niezamieszkaną, wypłaszczoną górką z której można obserwować wybrzeże Irlandii Północnej …

… co też uczyniłam obfocając je z pasją 🙂 Wzniesienia po drugiej stronie zatoki było przykryte mgłą, ale światła miasteczka migały wyraźnie. Pani w bereciku to ja, a Kraciasty robi mi zdjęcie:

Dziedziniec zamku jest zamknięty dla zwiedzających, ale ruiny można obejść zadbaną, bezpieczną ścieżką. Najstarszą, dwunastowieczną część zbudował Hugh de Lacy, anglo-normański Lord Meath, który był także właścicielem zamku Trim. Nazwa budowli odnosi się do Jana Bez Ziemi – niektóre późniejsze źródła podają, że zamek został zbudowany na polecenie króla Jana, choć za bardziej prawdopodobną wersję uważam tę, która mówi, że król przebywał w zamku kilka dni w roku 1210, gdy przyjechał osobą własną do Irlandii w pościgu za Hugh de Lacy juniorem, i stąd wzięła się jego nazwa. Chyba żadna z wersji nie jest potwierdzona zapisem z epoki, natomiast badania archeologiczne z ostatnich lat sugerują, że zamek powstał na innym, bardzo starym forcie.

Dla jemu współczesnych obecność króla byłaby wielkim wydarzeniem, a stąd już tylko krok do lokalnej legenda wg której Jan właśnie na zamku w Carlingford miał zacząć spisywać Wielką Kartę Swobód, dokument uważany za fundament brytyjskiego parlamentaryzmu.

Wschodnie, prostokątne skrzydło dobudowano w wieku XIII. Budowla została spalona w 1689 przez wycofujące się wojska jakobitów, potem, przed Bitwą nad Boyne, służyła jako szpital polowy stronnikom Wilhelma Orańskiego.

Od czasu swojego powstania zamek często zmieniał właścicieli, dzisiaj opiekuje się nim Republika. Opieka do tej pory wyglądała na dość statyczną – kilka zasieków zagradzało drogę na schody wiodące z mola do zamkowej górki i zawsze gdy byliśmy w porcie wydawało się, że w zasadzie nikt tam nic nie robi, tylko rusztowania paskudzą widok. Tym bardziej więc możliwość spaceru naokoło zamku była miłą niespodziewajką na koniec roku, wisienką na torcie, małym poprawiaczem późnogrudniowego nastroju.

Po raz kolejny mam refleksję jak niesamowicie szybko zleciał nam ten czas. Postanowień noworocznych nie robię – są rzeczy, które muszą się wydarzyć (nowa praca, prawo jazdy), a inne radości (choćby wejście na Croagh Patrick lub/i na Górę Brandona) zależą od wielu czynników. Mijający rok był wspaniały, miał elementy zaskoczenia i zwroty akcji, uśmiecham się, gdy o nim myślę. Na ten, który właśnie się zaczął, życzę sobie zdrowia, bo wszystko inne mogę zdobyć sama. Sylwestra spędziłam w naszej kuchni, z Kraciastym i kotem … chętnie poczytam jak to było u Ciebie. Przykładasz wagę do zmiany daty? Robisz postanowienia noworoczne? Zdrowia i pogody ducha 🙂

Patointeligencja.

mój ziomo walił herę słuchając Kazika
Centralny, menele, rodzice i szpital
ojciec był maklerem, a mama lawyerem
i grube portfele, co chudły wraz z nim na odwykach

I skąd ten cały szum? Bo dał do myślenia? Pan z Konfederacji stwierdza na podstawie rapu, że problemem młodzieży jest Lewica. Wicedyrektor Batorego, że nie spotkał się z pozytywnym odbiorem utworu wśród absolwentów. Jakimowicz, że wysłałby autora do wojska (ciekawe co go tak ubodło – kwestia wątroby, czy po prostu Pan Zapuchnięty też ma w domu rododendrony?).

w wakacje pod palmą albo na językowych campach
Open’er w Sopocie i emka w apartamentach, przy nakryciu w święta
łosoś, jazzowa kolęda, srebrna choinka, podłoga w prezentach
zacząłem tu robić te rapy, bo miałem kurwa tak dość tego ciepła i piękna

Bogactwo nie jest wadą, podobnie jak bieda nie jest zaletą. A skoro tak, to jak sądzisz, co podmiot liryczny miał na myśli?

kadr z klipu

Bunt i cierpienie …

Koncert bożonarodzeniowy i tajemnica Filomeny.

Byliśmy wczoraj na koncercie kolęd, nie powiem, całkiem interesująco. Kościół św. Mikołaja w Dundalk (ten katolicki, bo jest jeszcze drugi, Church of Ireland … dla imigranta to jest ciekawe odkrycie, że w mieście bywają kościoły z tym samym patronem dwóch różnych denominacji, a na wikipedii przy nazwiskach lokalnych terrorystów wspomina się zazwyczaj czy był katolikiem czy protestanem) i chór seminarium Redemptoris Mater wzmocniony o kilka kobiecych głosów z których jeden należał do naszej bliskiej znajomej (stąd wizyta dwóch jawnogrzeszników w kościele, a w zasadzie więcej ich było, bo z nami przyjechali kolejni, w tym dwie pary małych stópek, które dobrze się zapowiadają). Wysłuchaliśmy wiązanki pieśni po łacinie, angielsku, hiszpańsku a nawet polsku. Ponieważ katoliccy hierarchowie przyjęli zwyczaj żegnania uczestników posiedzenia, Kraciasty miał okazję uścisnąć rękę biskupowi Armagh, ja mu natomiast pomachałam 😁

Koncert nie był bardzo długi, więc mieliśmy jeszcze czas na herbatę i film. „Tajemnica Filomeny” Stephena Frearsa (2013) okazała się wyborem trafionym, nawiązywała bowiem i do wizyty w kościele i do dyskusji na temat wybaczania, której zalążek pojawił się na zaprzyjaźnionym blogu. Dziennikarz polityczny, który stracił pracę, pisze książkę o kobiecie poszukującej swojego syna. Philomena Lee zaszła w pierwszą ciążę w czasach, gdy panna z dzieckiem w zdewociałym, irlandzkim społeczeństwie była obywatelem najniższej kategorii. Władza absolutna przydzielona kościołowi przez państwo sprawia, że syn Philomeny zostaje oddany do rodziny adopcyjnej wbrew jej woli, po latach zaś system działa równie niemrawo oferując nieprzydatne współczucie w miejsce realnej pomocy w poszukiwaniach.

Dużym plusem filmu jest skontrastowanie głównych bohaterów – dziennikarza, absolwenta Oxfordu (Steve Coogan) i starszą panią, miłośniczkę kiepskiej literatury (Judi Dench dobrze sobie radzi z irlandzkim akcentem) różni wiele, pomimo tego jednoczy ich cel i jest to pokazane bez głupowatych zagrywek i kaznodziejskiego tonu. Ciepło, które pojawia się przy okazji godzenia dwóch bardzo różnych sposobów na życie, dominuje nad poczuciem beznadziei i okrucieństwem. W związku z tym fabuła aż tak nie targa, choć są momenty, gdy czuje się obecność zła, choćby w scenie, gdy Filomena wraca po latach do miejsca w którym musiała odpracować cztery lata za to, że urodziła syna. To są już inne czasy, posoborowe zakonnice wyskoczyły ze starych mundurków, teraz są miłe, bo mają przed sobą starszą panią, a nie dziewczynę, której mogłyby zazdrościć, że uprawia seks. Ale ich pilne oczka nadal widzą wszystko – wystarczy, że naciśnie się klamkę od nieodpowiednich drzwi, a zaraz pojawia się ktoś pomocny. Film realistycznie pokazuje z czym musi zmagać się ofiara, której wmówiono, że sama jest sobie winna. Temat handlu dziećmi w ośrodkach prowadzonych przez duchowieństwo nadal tkwi zadrą w irlandzkim społeczeństwie, ale Frears zachował zdrowe proporcje pomiędzy powagą i dowcipem, co pozwala na refleksję na temat własnych wartości, zamiast skupiania się na ponurych myślach o systemowej przemocy insytucji kościelnych. Wierzyć więc, czy nie wierzyć? Gniew czy wybaczenie? Film subtelnie zagrany.

Spokój.

Kilka dni w Polsce minęło jak z bicza. Przyleciałam bardzo późno w ostatnią niedzielę, a domowy rwetes pozwolił mi zasnąć dopiero po drugiej nad ranem. Przyzwyczailam się już do chłodnych nocy pod cienką kołdrą, w domu rodzinnym miotam się więc po łóżku zwijając puchate poduchy na wszelkie znane cywilizacji sposoby. O poranku do łóżka bez pytania, choć po krótkim powitaniu, pcha mi się Mruczysław, a poprawia mały, śliniący się Maksiu. Zresztą po obejściu spaceruje wataha zwierzaków, więc kapcie, które zostawił dla mnie św. Mikołaj prawie natychmiast pokryły się sierścią.

Maciej.

Cały pobyt można określić jako uneventful, czyli dobrze … spokój, w tle radio szemrzące na Pogodzie lub tv nastawione na stary serial. W Irlandii nie mamy anteny, ja wyobrażam sobie, że byłoby fajnie posłuchać irlandzkich wiadomości, Kraciasty uważa, że odbiornik telewizyjny zbyt go zaczarowuje i nie miałby gdzie od tego uciec – może i racja, nie odczuwam braku anteny szczególnie dotkliwie, poza tym wizyta w domu nabiera przez to innego tempa – tylko tutaj drzemię przy „Gliniarzu i prokuratorze”.

Maksiu.

Las za naszym domem stoi zupełnie cichy. Zapomniałam zapytać, czy był już pierwszy śnieg, z pewnością jeszcze słychać od czasu do czasu żurawie, dziki wychodzą wieczorami z babrzysk i ryją coraz bliżej ludzkich siedlisk. Maksiowi wszystko to bardzo się podoba, jest jedynym pieskiem, który dostępuje zaszczytu codziennego spaceru – myślę, że Dziewczyny są tym poruszone. Zresztą dość szybko przydzielono mu inną, ważną funkcję – codziennie rano eskortuje mamę do pracy.

Ogród stoi uśpiony w nieładzie. Tata ściął zeschłą wiśnię w cieniu której jeszcze nie tak dawno czytałam książki, widać suche lata dały jej mocno w korzenie. Babcia, pomimo częstego narzekania, nadal ogarnia, i już się zastanawia, czy przyjedziemy na jej urodziny, co biorę za dobrą monetę. Skoro ona się zastanawia, i my o tym pomyślimy.

Przez chwilę miałam ogromną pokusę pozostać do poniedziałku, ale nie mogę zawieszać życia, które sama wybrałam. Jestem już prawie spakowana, piję kawę, posiedzimy jeszcze wieczorem, porozmawiamy o tym i owym. Jutro bardzo wczesnym porankiem wyruszam i przy dobrym wietrze będę na wyspie przed południem. Chciałoby się spakować ważnych ludzi, ważne zwierzęta, rośliny doniczkowe, albumy fotograficzne i książki. Zgromadzić ich wszystkich w jednym miejscu, tak jak mnie jest wygodnie. Tak jednak nigdy nie będzie, może też i na szczęście 😊 Wracam do kawy.

Grudniowy Rysiu i random folk.

Jutro wylatam i już się cieszę na pieczenie z babcią ciasta drożdżowego, spacery po okolicy i kawę na mieście z tatą oraz pogadanki naukowe z mamą przy telewizorze włączonym na jakimś głupowatym serialu.

Martwi mnie natomiast pozostawienie Ryszarda samego na gospodarce. Kocilla od kilku wieczorów wygniata skrytę przed nieczynnym kominkiem – Kraciasty położył tam stare posłanie Ryśka, które ten konsekwentnie ignorował i do którego powrócił, gdy upewnił się, że przestaliśmy mu je zachwalać. Od zamartwiania się nic nie jest lepiej … zostawię w sypialni uchylone okno, żeby kot mógł w każdej chwili się ewakuować oraz sąsiadkę uzbrojoną w klucz i saszetki z kocimi przysmakami. Zobaczymy jak zaradny nastolatek zareaguje na puste mieszkanie. To baza, jego dom. Mam nadzieję, że już wie, że zawsze wracamy.

Takie miny Rysiu robił rano, gdy obserwował jak Kraciasty pakuje torbę na kółkach, która potem zawsze znika razem z właścicielem i nigdy nie wiadomo kiedy ponownie się pokaże. Chyba jej nie lubi, chociaż dzisiaj pachniała glazurowanymi czikenłingsami.

Kot swoją godność ma. Gdy Kraciasty wyszedł, odpalił samochód i pomachał mi na pożegnanie, Rysiu obkręcił się na lewą stronę i śpi teraz brzuchem do góry. Całe życie jest czekaniem, na obiad, na skrzypnięcie okna, na kółka walizki na chodniku przed domem …

Szarówka przez cały dzień, więc sprawdzam jak będzie w Polsce. Chłodno, ale u nas w tym tygodniu raczej słonecznie. Puławy też zapowiadają się optymistycznie, byle tylko mój kochany nie złapał jakiegoś przeziębienia. Już jutro …

Tymczasem obiad czas zrobić. Może posłuchasz ze mną bluegrass? The Dead South, zespół z Saskatchewan, znalazłam wczoraj wcale nie szukając. Poza muzyką bardzo podoba mi się ich styl ubierania … chociaż Kraciasty ma lepsze szelki 😉 jak ktoś nosi szelki codziennie, to wie, że zapinane na guziki są bardziej wytrzymałe.

In Hell I’ll Be In Good Company.

Podzielę się z Tobą jeszcze moim drugim znaleziskiem – niesamowita Abby the Spoon Lady z Wichita, Kansas … to ta pani grająca na łyżkach do starego gospel:

Nie wiem jaki algorytm youtube’a mnie na nią naprowadził, ale tym razem się nie pomylił. Abby Roach z kobiety jak wyjętej ze zbioru opowiadań Alice Munro „Uciekinierka” stała się artystką zdolną utrzymać się ze swojej sztuki, wartościową członkinią społeczeństwa, która nie przestaje być sobą. Bardzo inspirujący mnie przekaz. Poniżej krótki wgląd w codzienność Abby w dokumencie Justina Johnsona:

Mam nadzieję, że sprawy mają się tak dobrze jak przedstawiają się na pierwszy rzut oka. Każdy ma swoje ciemne chwile, ważne, żeby pozostawiać je za sobą.

Idę do garów zapowiadając buńczucznie, że następny post będzie o Polsce 😄 Tobie również dobrego weekendu …

Niedziela dla rodziny.

Dosłownie. Kraciasty przesiedział na łączach przez większą część dnia koordynując sprawę, której główny wątek odbywa się ponad tysiąc km dalej na wschód. To make a long story short, pomoc komuś, kto z powodu zaburzeń psychicznych myśli, że sam wszystko ogarnia, jest niesamowicie wyczerpująca. Szczególnie, gdy osobą nieogarniającą jest ktoś bliski, a pomagający tak jak Kraciasty ma w sobie zagłębie wrażliwości. Patrzę na uśmiechniętą buzię chłopca ze zdjęcia, którego widziałam jako dorosłego wszystkiego trzy razy i czuję wielki niepokój. Niby nie znam, ale czuję jakbym znała ich obydwu całe moje życie. I widzę wyraźnie nasłuchując rozmów telefonicznych jak system nie radzi sobie ze sprawami oczywistymi umieszczając chorego tam, gdzie nie powinien być. Bo czy człowiek sukcesu, dobrze zarabiający, inteligenty, wykształcony, przystojny, wysportowany może nagle stracić wątek? No przecież nie może. Gdy widzieliśmy się ostatnio przytuliłam go bardzo mocno „Dobrze, że jesteś”. Pewnie tego nie pamięta, ja za to pamiętam, że uśmiechnął się wtedy jak na zdjęciach z dzieciństwa. Twój uśmiech nadal mi się śni.

Odpędzając złe myśli wyciągnęłam Kraciastego w arktyczną pogodę do naszego portu żeby sfotografować Irenkę. Pomimo tego, że dzisiaj kutrów z połowem jak na lekarstwo, Irenki jak najbardziej pokazały się turystom. Oprócz tego obfociłam kilka młodych mew i pliszkę brytyjską, moticilla alba yarrellii, która uciekała przed nami na piechotę. Pomimo niedzieli van z fish&chips z lokalnego połowu dymił pełną parą. Kupiłam dwa zestawy z cytryną i dipem czosnkowym, zjedliśmy je siedząc w samochodzie zaparkowanym na widok na góry Mourne, których dzisiaj nie było. Od północy nadciągały chmury, zresztą zmrok zapada teraz szybko. Jeszcze przez jakiś czas dnia będzie ubywało, a potem Słońce zwycięży i będzie już tylko lepiej. Przyszłość wszystko wyjaśni.