Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Reklamy

Jedno zdjęcie. Poranek.

Mam takie zdjęcia, które chciałabym Ci pokazać – historie niezwiązane z niczym, co aktualnie robię. Tam taradam, oto ogłaszam na blogu nową kategorię. Będą co jakiś czas takie właśnie rzeczy …  starowakacyjne, rodzinne, pracownicze, wspomnieniowe, sentymentalne dziwaczki, może też zrobione przez kogoś, ale śpiące w moim albumie. Zainspirowała mnie seria Agnieszki. A wszystko przez to, że gdy u niej patrzyłam na fotograficzne wspomnienia przypominało mi się to ujęcie:

Agia Marina, 7 sierpnia 2014, przed wschodem Słońca.

1. a photo

Wyjazd we trzy laski. To był nasz drugi wakacyjny pobyt z eL na Krecie. Towarzyszyła nam tym razem A. Mieszkałyśmy w niezwykle dogodnym i czystym miejscu, Despina Studios prowadzonym przez George’a Panigirakisa. Miejsce polecam, mam nadzieję zresztą, że sama kiedyś jeszcze tam pomieszkam. Do morza jest stamtąd kilkadziesiąt metrów, z balkonu pomiędzy setkami linii telefonicznych pomachają do Cię Góry Białe, a pod mieszkaniem zatrzyma się podmiejski autobus do Chanii.

To były pierwsze zagraniczne wakacje ever na których rzygałam. Rzygałyśmy we trzy, do dzisiaj nie wiemy dlaczego. Pierwsze na których zamiast lokalnego jedzenia najbardziej smakowała mi pizza zapijana pepsi. Jeden z kilku wyjazdów, gdy obudziłam się z nosem w rudych włosach eL (Kraciasty wie, że sypiam z eL, nie trzeba donosić), z tymże po raz pierwszy pani sprzątająca obudziła nas w południe i ładnie nas pożałowała mówiąc w swoim narzeczu bidusie bidusie. Jest całe mnóstwo historii, które teraz przepychają mi się w głowie w związku z tymi wakacjami, ale wróćmy do zdjęcia. Razem z eL wyszłyśmy po czwartej rano zobaczyć wschód Słońca i zostałyśmy nagrodzone takim właśnie widokiem jak powyżej. Para śpiąca na leżakach, a obok trochę mokry piesek. I wiesz jakie są pieski – zwierzątko obudziło się, przeciągnęło pod moimi nogami, przywitało się grzecznie i puściło pędem brzegiem morza do dwóch jeszcze takich samych rudych koleżków, którzy wyszli o tej porze na poranny jogging. Oczywiście zrobiłyśmy zdjęcia wschodowi. Było jak zwykle, najpierw „no wychodź, wychodź”, a potem, gdy się zagadałyśmy Słonko wyskoczyło na nas zupełnie niespodzianie. To był dobry poranek, czuły spacer, suche bułki, kozi ser i dżemy. Ciągle jednak myślałam o tej parze. Piesek pewnie wrócił i naniósł na leżak więcej mokrego piasku. Taki piękny widok, i zobacz eL, że ludzie tak mają. Zastanawiałam się dlaczego nie mogę tak i ja. Nie było mi jakoś tam straszliwie smutno, ale długo przetrawiałam tę chwilę, którą ukradkiem uwieczniłam … i coś Ci teraz powiem Czytelniku bardzo trywialnego – z niespodziewanych stron nadchodzą szczęśliwe odmiany losu.

Kiedyś do odtworzenia tej sceny brak mi było wszystkiego, teraz chyba tylko pieska 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Ardgillan.

Ardgillan (1)

W oknach pajęczyna, kilka warstw starej farby na framugach okna i nasze nakrycia głowy 🙂 Ładna pogoda zachęciła nas wczoraj do obejrzenia Ardgillan Castle (oficjalna strona TUTAJ) położonego kilka kilometrów od domu. Taki widok rozpościerał się już przy parkingu: nad jeżynowymi krzakami spłowiałe pole i morze irlandzkie …

Ardgillan (2)

Ponieważ byliśmy niedaleko naszej chaty, na horyzoncie poniżej powinno być widać te same góry, które fotografuję na krótszych spacerach, na przykład tutaj. Jeśli się uważnie przyjrzysz, zobaczysz na horyzoncie ich delikatny cień. W rzeczywistości były wczoraj łatwo widoczne … myślę, że dość często właściciele tego XVIII-wiecznego domu mieli z okna niesamowite widoki.

Ardgillan (3)

Główna część Ardgillan Castle powstała w 1738 roku,  skrzydła w których zamieszkiwała służba dodano w XIX wieku. Od powstania do 1962 roku budynek należał cały czas do rodziny Taylorów. Wcześniej lokalne ziemie były w posiadaniu irlandzkiej rodziny O’Casey, następnie Earla of Tyrconnell. Po podboju Irlandii przez Cromwella wiele z tych okolic zmieniało właścicieli z katolików na protestantów, przydarzyło się to i Ardgillan, i pojawili się Taylorowie, potomkowie Thomasa Taylora, współpracownika Petty’ego przy pomiarach znanych w historii jako Down Survey.

Nazwa Ardgillan pochodzi od irlandzkiego Ard Choill , Wysokiego Lasu, bo właśnie taki las znajdował się na tym terenie zanim żołnierze i najemni robotnicy za pensa dziennie, posiłek i mieszkanie wykarczowali go odsłaniając teren pod budowę. Obecnie budynek jest odrestaurowany choć, jak widać na pierwszym zdjęciu, nieprzesadnie wychuchany i parter jest otwarty dla gości. Naokoło kilka ścieżek zaprasza do łatwych spacerów, kwitnie kilka tematycznie podzielonych ogrodów i jest dużo krzaczorów w których kryją się domki dla ogrodowych wróżek.

Na samym początku spaceru sfotografowałam interesujący głaz. Okazało się, że jest to lawa poduszkowa z epoki ordowiku, która tak właśnie zastygła ok. 470 mln lat temu w zetknięciu ze słoną wodą:

Ardgillan (4)

Czytałam, że znaleziono go na wybrzeżu pod zamkiem i początkowo z powodu bliskości innych starożytnych artefaktów, takich jak w Newgrange, sądzono, że i ten kamień wyrzeźbiła ręka z przeszłości. Tymczasem jest to niemy świadek formowania się współczesnej Irlandii, w całości dzieło sił natury*.

W zasadzie przyjechaliśmy do Ardgillan pospacerować po ogrodach. I rzeczywiście były one piękne, chociaż i tutaj widać spustoszenie jakie zasiał brak wystarczającej ilości deszczu. Wiele posadzonych w tym roku i niezbyt ukorzenionych roślin ledwo zipie, a mieszkaniec zamulonej fontanny, jeśli takowy jest, zapobiegliwie chował się przed naszym obiektywem.

Ardgillan (5)

Ogrody są podzielone na kilka części. Oprócz sporych rozmiarów ogrodu różanego, jest ogród za murem, który pierwotnie był po prostu przydomowym ogródkiem zapewniającym stałą dostawę prowiantu dla kuchni. Dzisiaj znajduje się w nim kolekcja wonnych ziół, które przyciągają pszczoły, trzmiele i motyle, najzwyczajniejsze warzywa, starannie zasadzone krzaczki  różnokolorowych porzeczek, agrestu, stare odmiany irlandzkich jabłoni.

Te na zdjęciu poniżej to dzikie jabłonie, malus sylvestris, crann fia-úll, które do dzisiaj można znaleźć na całej wyspie, na pastwiskach lub przygarnięte przez gęste żywopłoty. W przypałacowym (podzamkowym? przydworkowym?) ogrodzie rosną zaopiekowane w efektownych, niskich espalierach.

Ardgillan (6)

Najbardziej rozbroiła mnie chowająca się w cieniu szałwia z tymiankiem i dumnie majtający na wietrze koper za którym chwilę później ukazuje się spacerowiczom widok na morze zza ogrodowego muru.

Dom, na wyrost nazywany zamkiem, nadal żyje. Na parterze ustawia się kolejka do kawy i ciastka, na obrusy czasem rozleje się trochę popołudniowej herbaty, w kątach podłogi i załamaniach krzeseł chowają się okruszki jedzenia. Czasem ktoś przetrze kurze, a czasem nie, co pewnie bardzo cenią sobie lokalne pająki. Ludzie wychodzą z napojami na ogród przed domem i walczą z podmuchami wiatru kradnącymi papierowe serwetki. Dzieci piszczą na widok wróżkowych domków i przechodzą w te i wewte przez niski, frontowy murek. Po kawie z ciastkiem uczyniliśmy podobnie przechodząc okrakiem przy zamkniętej na kłódkę bramce, w końcu nadal jesteśmy przed maturą. Dzieci siedzące na murku spojrzały na nas znacząco …

Ardgillan (7)

Teraz, gdy wieczne wakacje mam przerywane pracą i czasem dowiaduję się że pracuję, jak przed chwilą, z dnia na dzień, jeszcze bardziej cieszą niedalekie wyprawy. Warto wykorzystać każdy promyk słońca, bo już noce zaczęły się robić chłodniejsze, szpaki zaczynają się zbierać na narady i nie wiadomo kiedy będzie następne lato latem. Zresztą mam nowe rybaczki, mam kapelusz, trzeba ponosić … 🙂
_______________________________________________
* taka mądra nie jestem, że sama z siebie to wiedziałam, zajrzałam tutaj:

  1. The Geological Heritage of County Fingal.
  2. Geological periods in irish history.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Rózia.

To gdzie ja skończyłam? Doszliśmy do momentu „dwa w zupełności wystarczą”. Poznałeś więc bezoką Niunię z komórki cioci Basi. W ostatni poniedziałek zadzwoniłam do taty i okazało się, że zastałam rodziców jak chodzą po cmentarzu. Kilka godzin wcześniej dowiedzieli się, że ciocia Basia zmarła jeszcze w marcu. Ktoś tam, po drugiej stronie telefonu sprezentowanego cioci dziwił się zapewne, jak to telefon dostaje doładowania z nieba. Rodzice chodzili wypatrując grobu bez krzyża. Smutne to …

° ° ° ° ° °

Ale miałam Ci pisać o tamtym październiku. Październik 2013 był słoneczny, od strony południowo-zachodniej mamy piękny żywopłot w którym mogą się chować wróbelki …  prawdziwy busz dla małych drapieżników. Tata zauważył, że w słoneczne popołudnia w wytuptanym w zeschłych liściach gniazdku przesiaduje w tym żywopłocie kot. Początkowo myśleliśmy, że to kot sąsiada. Maciej nie alarmował nas o najeździe wrogich darmozjadów, więc uznaliśmy, że flanki są odpowiednio zabezpieczone. Dopiero po jakimś tygodniu sprawa zaczęła nas intrygować zupełnie poważnie. Nie, kot sąsiada, też trójkolorek, podobny, ale to nie ten. Przyłapałam naszego nowego kolegę jak pochłaniał z tragiczną miną zeschniętą mysz podrzuconą przez Macieja. Kota był w złym stanie, miał podrapany nos i smutek w oczach. Po wywiadzie środowiskowym, że nie wiadomo czyj, tata zaczął zostawiać mu jedzenie, ale nieufne stworzenie nie dawało się złapać w celu bliższej inspekcji ani jemu, ani sąsiadce, Dobremu Człowiekowi. Aż do pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z miasta – wysiedliśmy z samochodu a on miaucząc wybiegł z żywopłotu i z entuzjazmem poszedł z nami do domu, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. W domu odkrył, że nie tylko są już u nas dwa koty, ale na dodatek w kuchni mieszkają Dziewczynki. To złamało mu trochę serce. Znalazł sobie jednak miejsce na krześle pod stołem i tam postanowił się na nas za to gniewać.

Rózia VIII.2015

Do momentu przewiezienia kota do naszej ulubionej wetki nie wiedziałam, że trójkolory to głównie dziewczynki. Rózia była przeziębiona i dystyngowanie pokichiwała, co okazało się galopującym zapaleniem płuc. Leczymy więc, tępimy pchły, sterylizacja o mały włos ją zabija. Rose była wtedy młoda, mogła mieć ze dwa lata, ale miała też wypadające zęby, zapalenie dziąseł, łysą bliznę na plecach. Nieudana mieszanka rasowa? Trudno powiedzieć. Jest uczulona na anestetyki, z każdym zabiegiem trzeba u niej ostrożnie, taka nasza kocia dziewczynka, bardzo delikatna, jasny puszek smutku. Nasz dom stał się jej domem początkowo ostrożnie i trochę dramatycznie. Minęły tygodnie zanim doczyściła blady, ciągle zabrudzony nosek, przez kilka pierwszych miesięcy wylizywała sobie futerko tak mocno, że łapki i brzuszek wyłysiały. Diagnoza: nerwy. Potrzebny spokój, cisza, dobra, najlepiej mokra karma.

Rózia II 2017

Idzie nam wspólnie piąty rok, nam, bo przecież ja też tam w mojej głowie nadal trochę mieszkam. Rózia, kot tak spokojny, że prawie go nie ma, wychodzi wolno na dwór, ale prawie zawsze trzyma się ogrodu, nie nęcą jej atrakcje wielkiego świata. Od kocich mieszkańców domku pod lasem woli kolegę, którego sama sobie wybrała, kota Dobrego Człowieka. Przechodzi więc przez płot, żeby pobawić się z nim na wewnętrznej drodze. Do sąsiada vis-a-vis biegnie przez inną drogę, żeby w ogródku zrobić mu kupę. Lubi długo patrzeć w jedno miejsce, czasem o czwartej nad ranem budzi domowników pomrukiwaniem do siebie „Popacz, widziałam liska, pod moim żywopłotem chowa się lisek” i nie wiem jak ona to robi, bo wypatruję tego leśnego patrolu i gdyby nie Rózia w życiu nie dostrzegłabym przemykającego pod płotem zwierzątka. Jej miauczenie brzmi trochę jak pobekiwanie bardzo małej, niezadowolonej owieczki. Czasami wyprowadza Niunię na spacer, wyprowadzanie polega na tym, że Niunia ma szeleczki, a Rózia goni za końcówką od smyczy, a gdy dogoni trzyma ją nieustępliwie łapką. W lepsze dni podryguje bawiąc się sama ze sobą słomką albo kłębkami kurzu, w wiele innych filozoficznie spogląda w dal lub leżakuje zawsze gotowa do śledzenia uchem poruszających się obiektów. Interesuje ją psychoterapia analityczna, choć nie chcę tu wyprzedzać innej historii. Zdarza się, że w bardzo upalne noce zostaje na dworze, ale jest raczej kotem domowym – nawet najmniejsza kropla deszczu przeszywa jej nikłe, puchate futerko na wskroś. Jeden z niewielu kotów, który od zwijania się w rogalik woli spać na wprost z czułkiem wtulonym w coś miękkiego, a gdy w takiej pozycji dotknąć jej aksamitnego uszka, podrywa łepek i z jeszcze zamkniętymi oczami mówi „emmmmrrrrrr?”. Nasza Rózia. Od czasu do czasu snujemy przypuszczenia kim mogła być wcześniej i opowiadamy sobie historię w której miła staruszka umiera i niewdzięczna rodzina wyrzuca Rózię na tułaczkę po świecie. Jak było nigdy się już nie dowiemy, zresztą gdyby któregoś dnia złoczyńcę ruszyło sumienie gotowi jesteśmy łgać, że biała chmurka jest z nami od zawsze. Nawet ją o to pytałam, czy nie chciałaby wrócić tam skąd przyszła. Ale ona już dawno postanowiła. Tu jest mój dom i tutaj będę sobie mieszkała, może było coś wcześniej, ale nie pamiętam.

Rózia V.2014

W piątek.

Dublin 27 lipca (1)
Dublin 27 lipca (2)
Dublin 27 lipca (3)

Piątek był świetnym wstępem do spokojnego weekendu, zaczął się od mojego job interview, potem był długi spacer … w centrum miasta przywitała nas tęczowa flaga – Dublin przygotowywał się do sobotniej parady osób transseksualnych (następnego dnia widzieliśmy sąsiadkę pakującą się do samochodu z tęczową parasolką, może ktoś reprezentował tam naszą ulicę). Na Millenium Bridge jakaś uśmiechnięta pani wyprzedzając nas powiedziała mi, że mam fajne buty. Most Tysiąclecia to kładka dla pieszych na rzece Liffey, an Liffe (to prawdopodobnie tę rzekę miał na myśli Ptolemeusz pisząc w swojej „Geografii” o rzece Οβοκα. Kilka lat temu z innego mostu bezdomny człowiek skoczył do Liffey ratując swojego króliczka o imieniu Barney).

Spacer był głównie w poszukiwaniu glanków dla Świechny, ale po kontemplacji mew i kaczek u Zielonego Stefana zaszliśmy też do Tower Records na Dawson St. To sklep muzyczny, niegdysiejszy amerykański gigant wykończony sieciowym piractwem. W Dublinie ludzie nadal tu przychodzą, przeglądają płyty, zazwyczaj kupują po kilka, chociaż nic się od czasu bankructwa TR nie zmieniło i wszystko można ściągnąć z sieci. Szukaliśmy Davida Bowie z lat 70-tych – od wyjazdu do Kerry robiąc z rana pierwszą herbatę nucę „Space oddity”, „Life on Mars?” albo „Ziggy Stardust”. Mocarne kawałki. Ma znaczenie, co leci w samochodowym odtwarzaczu 🙂  Bowie za dużo nagrał, nie mogliśmy się zdecydować i wyszliśmy z pięciopakiem albumów Billy Joela.

Zwieńczeniem spaceru była kawa na skrzyżowaniu Nassau i Dawson – nie jest to najlepsza Costa na świecie, ale my w niej byliśmy, więc ma szczęście. Czuję się wyróżniona przez życie mogąc tak właśnie spędzać czas. Dyskutowaliśmy o mnóstwie rzeczy, gdzieś bokiem przeszedł nawet Gajcy ze św. kucharzem od Hipciego; jestem pewna, że Gajcy miał jakieś sensowne powiązanie z innym tematem, nawet jeśli teraz wyblakło mi to w pamięci.

To tyle w poobiednio spisywanej relacji. Mam niesamowity odpływ energii. Gdybyś kiedyś zawędrował w te okolice, Czytelniku, daj mi znać.

° ° ° ° ° °

… wczoraj pogoda wróciła do stanu irlandzkiej równowagi po fali bezdeszczowych upałów i ta piosenka idealnie wpasowała się w poranny nastrój za oknem:

Mam gulę w gardle, gdy jej słucham. „Where are we now”. Są dni, gdy taki kawałek się przydaje. Wczoraj nad ranem zmarła Kora Jackowska, dzisiaj Tomasz Stańko. Kraciasty tę ostatnią wiadomość skomentował zwięźle „o kurwa!”. Szczery hołd.

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Sierpień w hrabstwie Osage.

Hrabstwo Osage naprawdę istnieje na Wielkich Równinach. Jego stolicą jest Pawshuka, nazwana tak na cześć wodza, lub też kilku wodzów, których angielskie imię brzmiało Białe Włosy. W Osage 14% mieszkańców to rodowici Amerykanie. Kraina rozległych przestrzeni i kurzu unoszącego się za samochodami.

Oglądałam film Johna Wellsa już 4 lata temu, w sierpniu. Tzn. widziałam obrazy, które przemykały przez ekran, ale miałam zbyt wiele dystraktorów. Tym razem było lepiej, tak jak zazwyczaj jest z Kraciastym. Po seansie wyszukałam nazwisko Misty Upham, która grała tutaj jedyną sympatyczną postać (mnie kojarzyła mi się  z Marilyn z „Przystanku Alaska” , Kraciastemu z Nobody z „Truposza”). Byłam ciekawa, w czym jeszcze mogę ją zobaczyć. Kiedyś interesowałam się filmami robionym przez nativów – półamatorsko opowiadanymi historiami, oknami na mroczne bajki z rezerwatu. Zaskoczyło mnie bardzo, że młodsza ode mnie dziewczyna nie żyje już cztery lata. Co za smutek, co za śmierć i niespodziewany epilog z #metoo w tle. Misty Upham z narodu Czarnych Stóp już nie ma.

Film jest m.in. o sprawach ostatecznych, ale przede wszystkim o toksycznej rodzinie, która w skąpanych słońcem okolicznościach spotyka się, żeby załatwić swoje sprawy, lub raczej odstawić tradycyjny teatr, w tym przypadku teatr pożegnania i rodzinnego obiadu. Na plakacie widać stół i zasiadających przy nim ludzi – dzisiejsi plakatodostawcy są tak mało finezyjni, ciekawa jestem jak z tematem obeszliby się Starowieyski albo Pągowski.

Jest w tej historii pożegnania tyle, co kot napłakał, pomimo tego, że stypa to ważny punkt fabuły. Przedstawione cierpienie jest zupełnie innego rodzaju, pospolite, grząskie, zasysające. O czym myśleli dystrybutorzy kwalifikując „Sierpień…” jako komediodramat? Dramatu jest w nim sporo i owszem, komedii szukać próżno, bawić można się posiadając kompletnie stępioną wrażliwość  na słowo. Film jest samograjem dla Meryl Streep, reszta aktorów także jest wspaniała. Czuję sceniczny rodowód tej historii, co w tej obsadzie i z tymi zdjęciami kompletnie mi nie przeszkadzało. 10 lat temu sztuka Tracy Lettsa dostała Pulitzera. Tracy nie jest kobietą, jest panem w średnim wieku z Tulsy w Oklahomie, włosy z każdym rokiem przerzedzają mu się coraz bardziej. W swoim dramatopisarstwie wzoruje się na sztukach Tennesseego Williamsa i książkach Faulknera, dwóch klasyków z Mississippi. Robi to chyba dobrze, bo poczułam ten charakterystyczny dla ich południa gorzki żar. Wieczorem rozmawialiśmy z Kraciastym o tym wszystkim z dwie godziny. Może nie jest to coś na lato, chociaż … zupełnie nie rozumiem skąd w ogóle wziął się pomysł, że latem ktoś nas zwalnia z myślenia o życiu.

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scartlett St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house”, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

View this post on Instagram

#krajobrazporanny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

View this post on Instagram

00:03. Happy New Year 🐭💬

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży” Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie”. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?”. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia”. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura”. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Spacer po Wrocławiu.

Nie za często zdarza się nam z mamą, że jedziemy bez celu, jemy, pijemy i idziemy przed siebie. To mój ulubiony sposób spędzania czasu w mieście i tak właśnie było wczoraj, po tym jak wyturlałyśmy się z dworca Wroclavia.  Otwarty w tamtym roku nowy dworzec PKS przykrył poprzedni, pokraczny obiekt na którym jeszcze kilka lat temu pewnego wieczoru pochłaniałam z koleżankami z pracy wystygłe frytki. Moja mama pamięta, że za jej czasów był tu Małpi Gaj po którym mili ludzie nie chodzili na przełaj. Jeszcze wcześniej, do roku 1945, stał na tym miejscu największy kościół ewangelicki we Wrocławiu, Salvator Kirche, zbudowany w stylu północnoniemieckiego gotyku tuż po zjednoczeniu Niemiec w XIX wieku.  Jego pozostałości rozebrano po wojnie – taki los spotkał wówczas wiele budowli ukaranych za to, że istnieją szabrownicy. Jak wyglądało wcześniej to miejsce można zobaczyć TUTAJ.

Przegląd miasta zaczęłyśmy od podejścia na ulicę Dawida, tam, gdzie rzędem stoją budynki z 1901-03 roku zaprojektowane przez Plüddemanna i Klimma. Dawna szkoła mojej mamy, spacer sentymentalny, budynek prawie zupełnie pusty, piętra z kilkoma wiadrami z brudną wodą i tylko pani w sekretariacie wdała się z mamą w rozmowę na temat przeszłości.

Wrocław lipiec 2018 1

Ten kompleks budynków ma w sobie coś naprawdę majestatycznego, cieszy mnie bardzo, że są użytkowane zgodnie z przeznaczeniem … miały być szkołami i są szkołami. Ciekawość zawiodła nas niepotrzebnie na tyły i mogłyśmy też niestety obejrzeć wykwity artystyczne lokalnej rasy panów. Trochę śmieszne to i straszne, mam nadzieję, że na zamalowanie pseudoceltyckich bzdur znajdzie się w końcu farba.

Po drodze z Dawida w kierunku Rynku minęłyśmy różne ciekawe miejsca. Na przykład gmach dyrekcji kolei na Joannitów, dawnej Malteserstraße. Także przed wojną było tu kolejowe centrum, siedziba Königliche Eisenbahndirektion Breslau. Budynek powstał w latach 1911-15; nad wejściem jest wizerunek orła pod słońcem z mottem Nec soli credit (Nie ustępuje nawet słońcu) używanym przez Fryderyka Wilhelma I.

Wrocław lipiec 2018 2

Szłyśmy dalej, a ja zamieniłam się na krótko w tropicielkę duchów i poszukiwaczkę starych napisów. Był i kolejny, na bocznym tunelu dworca ogłaszający Durchgang zur Flurstrasse:

Wrocław lipiec 2018 3

To dzieło EURO 2012 – czasami i futbol do czegoś się przydaje. Pamiętam, że wcześniej najwyraźniej widać było słowo „zur”, które nie dało się tak łatwo wytrzeć i unicestwić. Był czas w moim życiu, gdy przechodziłam tym tunelem w kierunku Dawida bardzo często. Okolica pachniała wówczas perfumą uryny a przez kolejne ulice z trudem dało się przejść, tak śmigali drogami zdobywcy honorowych punktów za wyprzedzenie autobusu na światłach. Obecnie kafelki pokrywające ściany tunelu mają ponownie oryginalny kolor, wyraźnie słychać z góry zapowiedzi odjeżdżających pociągów, tunel nie straszy już obcością i służy do tego do czego powinien. Z przyjemnością oglądając wczoraj któryś odcinek serialu „Poirot” odkryłam, że „nasz” dworzec jest podobny do tych angielskich, budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Elegancja, funkcjonalność, szyk art nouveau.

A tu pokrywa studzienki przy dworcu, takie dość zaskakujące coś pod nogami:

Wrocław lipiec 2018 4

Przy okazji zauważyłam, że w zasadzie już nie istnieje Hotel Grand, czyli przedwojenny Hotel du Nord. Właśnie w tej chwili trwa jego rozbiórka mętnie nazywana renowacją, ze starego budynku projektu Paula Rothera zostaną może ściany zewnętrzne. Za to nadal niestety istnieje obrzydliwy Solpol, rzekomo postmodernistyczny, a tak naprawdę chyba postbiegunkowy projekt z lat 90-tych. Nie mam ich zdjęć. Robić zdjęcia ruinie hotelu rozbieranej w świetle prawa jest mi przykro, Solpol fotografować się brzydzę. Na pocieszenie w trakcie spaceru ulicą Kościuszki natknęłyśmy się na napis, który w całości brzmiał  podobno Baruch & Loew Sonnen und Regen Schirm Fabrik:

Wrocław lipiec 2018 5

I jeszcze budynek z mozaiką, na Kościuszki 37, z fasadą wg projektu Paula Rothera:

Wrocław lipiec 2018 6

W artykule z początku tego roku są nowiny, że ten budynek ma być odrestaurowany. Nie wiem czy to oznacza rozebrany i postawiony na nowo, jak w przypadku Hotelu Grand. Mam nadzieję, że nie i że odnowienie nie przyjdzie dla tego budynku za późno.

W fosie miejskiej pływały ryby. Minęłyśmy błyskający złotem, pięknie odnowiony dom handlowy Renoma, czyli dawny modernistyczny Warenhaus Wertheim. Musiały być krzesła i picie płynów w kawiarni Bohema przy Świdnickiej, bo dzień był naprawdę gorący. Wnętrze wybrane przypadkowo, całkiem przyjemne, wypełnione gwarem. Innym miejscem „do wejścia” był antykwariat na Kuźniczej. Akurat tam gdzie stanęłam moim oczom ukazały się judaica, ale musiałam poskromić chęć kupienia jakiejś książki Singera, chociaż łatwo nie było. Antykwariat ma swoją stronę w internecie, książki można przeglądać i zamawiać TUTAJ, co pewnie jeszcze wykorzystam. Kiedy już szłyśmy Nadodrzem w witrynie sklepowej moją uwagę zwróciły figury zwierzątek, szczególnie jedna wydała mi się realistyczna: kotek drzemiący pod okiem czujnego lisa. Przy bliższej inspekcji okazało się, że brzuszek kotka się porusza a jego właściciel jest jak najbardziej realny. Młody pochrapywał sobie wtulony w imitację mchu, w końcu był to już czas najwyższy na popołudniową drzemkę.

Na Nadodrze weszłyśmy z myślą odwiedzenia nowo otwartej Cafe Równik na Jedności Narodowej 47, miejsca zwykłego i nietypowego jednocześnie. Zwykłego, bo tak powinno być, że idziemy sobie i gdy mamy ochotę gdzieś przystanąć to przystajemy, bo nie do końca jest to prawda, że najlepsza kawa jest w domu. Nietypowego, bo w roli kelnerów są zatrudnione osoby z niepełnosprawnością intelektualną.

Wrocław lipiec 2018 7

Kawiarnia została otworzona pod koniec czerwca tego roku przez wrocławskie Stowarzyszenie Twórców i Zwolenników Psychostymulacji, i pracują tu jej podopieczni. Czytam, że to pierwsza tego typu placówka na Dolnym Śląsku. Miejsce wydaje się być trochę na uboczu turystycznego szlaku, ale tak naprawdę jest dość blisko Rynku, wystarczy za uniwersytetem przekroczyć Odrę, dojść do muralu bramy do Nadodrza i przespacerować się w prawo, aż pojawi się rozkopane obecnie wejście na ulicę Jedności. Warto, bo dokładasz się do konkretnego, dobrego projektu, a poza tym gulaszową dają tu pyszną 🙂 Zjadłam gorące i od razu poczułam przypływ siły i przyjemny chłód, gdy włączyła mi się wewnętrzna klimatyzacja. Po odpoczynku zebrałyśmy się do wyjścia …

I tyle, opowieść kończę tutaj, kilka metrów od dworca Nadodrze, dalej idziesz już sam. Kocham to miasto po którym chodzą krasnale i jednorożce, a w sklepowych witrynach śpią zmęczone wypełnianiem swoich obowiązków koty.

Wrocław lipiec 2018 8

To ile razem mamy lat?

Kiedy jechałam dzisiaj w kierunku Wrocławia, z machnickiego pagórka widać było Ślężę a za nią nadzwyczajnie wyraźną smużkę Karkonoszy. Po wczorajszym egzaminie czułam się tak zmęczona, jakbym przerzuciła na własnych plecach 10 metrów ziemniaków, ale dochodzę już do siebie i myśli robią mi się bardzo spokojne i puchate. Karkonosze kojarzę z domami o szachulcowych ścianach i kamiennymi portalami najzwyklejszych drzwi. I popatrz, wczoraj w ramach domóżdżania się po martwicy mózgu wygrzebałam z sieci parę grafik wleńskiego artysty, Jacka Knapa:

Melancholijne? Ciepłe? Znajome? Domowość tych rysunków kojarzy mi się z bajką „O czym szumią wierzby”, brytyjskiej serii Cosgrove Hall i zawsze bezpiecznym domem Borsuka. Podobno serial przestano wyświetlać jako dobranockę, bo dzieci bały się go oglądać. Były tam wykolejone łasice, zielone krajobrazy i był tam bezpieczny dom. Do dzisiaj zachowałam sentyment do kamizelek pod marynarką i zegarków z dewizką. Może jest to nawet wytłumaczenie mojego ukochania filmów kostiumowych, które mają w tle epokę edwardiańską lub późniejszą. Książkę na podstawie której nakręcono serial napisał Szkot, Kenneth Grahame – były to opowieści przed snem dla jego jedynego syna, Alastaira. Coś jak opowieści Milne’a dla Krzysia Robina. Tyle, że Krzyś urósł i się zestarzał, był zdeklarowanym ateistą i zdążył nawet napisać książkę w której zdradzał, że czasem nie znosił Kubusia Puchatka. Alastair nazywany Myszą, niewidomy na jedno oko, popełnił samobójstwo w czasie studiów na Oxfordzie. Dzisiaj badacze literatury twierdzą, że jego ojciec Kenneth był homoseksualistą, orientacja ta była na terenie Anglii i Walii karana do roku 1967, w Szkocji do roku 1981. Ale tylko w przypadku mężczyzn. Na lesbijki nie było paragrafu. Poważnie.

° ° ° ° ° °

Za kilka dni wyruszę z plecakiem w kierunku gór, wtedy z pewnością będę mijała wiele takich domów jak na grafikach Knapa. Wypatruj różowego plecaka i niebiesko-pomarańczowych butów. Na razie wyznaczam sobie parę nieodległych celów i poza zrobieniu dwóch egzaminowych ogonów, które nadal wiszą nade mną jak nieszczęście, mżę o częstszym kontakcie z niemieckim. Nie wiem skąd się bierze w polskiej szkole niechęć do tego języka i w efekcie jego powolne znikanie w programach. Obserwuję ten trend od kilku lat, a tymczasem zachwycam się dziwnymi słowami, które nie mają swojego pojedynczego odpowiednika w naszym języku. Das Fernweh (tęsknota za podróżą, za tym, co oddalone – ma kierunek przeciwny do angielskiego homesickness), die Wanderlust (pragnienie wędrówki, pęd ku odkrywaniu, doświadczaniu nowego), das Kopfkino (odgrywanie w głowie zdarzeń), das Sehnsucht (pragnienie podążające za czymś niedokończonym). Z przymiotników bardzo lubię słowo gemütlich. Podoba mi się to uczucie, gdy próbuję wymówić umlauty, i ekonomiczne słowotwórstwo, możliwość łączenie rzeczownika z czymkolwiek. Die Zweisamkeit. Das Frühjahrsmüdigkeit. Das Zugwagenfensterglas. Robię też zdjęcia niemieckim napisom na starych budynkach, które tu, na Dolnym Śląsku, czasem jeszcze przebijają spod łuszczących się farb.

° ° ° ° ° °

Czy to możliwe, że razem mamy 90? Nie wierzę. Ciągle przed maturą. Nadal chodzimy na ciastko do kawiarni.

Ile masz lat razem z kimś kogo lubisz najbardziej? Może to być kot, albo ulubiony pisarz 🙂