To ile razem mamy lat?

Kiedy jechałam dzisiaj w kierunku Wrocławia, z machnickiego pagórka widać było Ślężę a za nią nadzwyczajnie wyraźną smużkę Karkonoszy. Po wczorajszym egzaminie czułam się tak zmęczona, jakbym przerzuciła na własnych plecach 10 metrów ziemniaków, ale dochodzę już do siebie i myśli robią mi się bardzo spokojne i puchate. Karkonosze kojarzę z domami o szachulcowych ścianach i kamiennymi portalami najzwyklejszych drzwi. I popatrz, wczoraj w ramach domóżdżania się po martwicy mózgu wygrzebałam z sieci parę grafik wleńskiego artysty, Jacka Knapa:

Melancholijne? Ciepłe? Znajome? Domowość tych rysunków kojarzy mi się z bajką „O czym szumią wierzby”, brytyjskiej serii Cosgrove Hall i zawsze bezpiecznym domem Borsuka. Podobno serial przestano wyświetlać jako dobranockę, bo dzieci bały się go oglądać. Były tam wykolejone łasice, zielone krajobrazy i był tam bezpieczny dom. Do dzisiaj zachowałam sentyment do kamizelek pod marynarką i zegarków z dewizką. Może jest to nawet wytłumaczenie mojego ukochania filmów kostiumowych, które mają w tle epokę edwardiańską lub późniejszą. Książkę na podstawie której nakręcono serial napisał Szkot, Kenneth Grahame – były to opowieści przed snem dla jego jedynego syna, Alastaira. Coś jak opowieści Milne’a dla Krzysia Robina. Tyle, że Krzyś urósł i się zestarzał, był zdeklarowanym ateistą i zdążył nawet napisać książkę w której zdradzał, że czasem nie znosił Kubusia Puchatka. Alastair nazywany Myszą, niewidomy na jedno oko, popełnił samobójstwo w czasie studiów na Oxfordzie. Dzisiaj badacze literatury twierdzą, że jego ojciec Kenneth był homoseksualistą, orientacja ta była na terenie Anglii i Walii karana do roku 1967, w Szkocji do roku 1981. Ale tylko w przypadku mężczyzn. Na lesbijki nie było paragrafu. Poważnie.

° ° ° ° ° °

Za kilka dni wyruszę z plecakiem w kierunku gór, wtedy z pewnością będę mijała wiele takich domów jak na grafikach Knapa. Wypatruj różowego plecaka i niebiesko-pomarańczowych butów. Na razie wyznaczam sobie parę nieodległych celów i poza zrobieniu dwóch egzaminowych ogonów, które nadal wiszą nade mną jak nieszczęście, mżę o częstszym kontakcie z niemieckim. Nie wiem skąd się bierze w polskiej szkole niechęć do tego języka i w efekcie jego powolne znikanie w programach. Obserwuję ten trend od kilku lat, a tymczasem zachwycam się dziwnymi słowami, które nie mają swojego pojedynczego odpowiednika w naszym języku. Das Fernweh (tęsknota za podróżą, za tym, co oddalone – ma kierunek przeciwny do angielskiego homesickness), die Wanderlust (pragnienie wędrówki, pęd ku odkrywaniu, doświadczaniu nowego), das Kopfkino (odgrywanie w głowie zdarzeń), das Sehnsucht (pragnienie podążające za czymś niedokończonym). Z przymiotników bardzo lubię słowo gemütlich. Podoba mi się to uczucie, gdy próbuję wymówić umlauty, i ekonomiczne słowotwórstwo, możliwość łączenie rzeczownika z czymkolwiek. Die Zweisamkeit. Das Frühjahrsmüdigkeit. Das Zugwagenfensterglas. Robię też zdjęcia niemieckim napisom na starych budynkach, które tu, na Dolnym Śląsku, czasem jeszcze przebijają spod łuszczących się farb.

° ° ° ° ° °

Czy to możliwe, że razem mamy 90? Nie wierzę. Ciągle przed maturą. Nadal chodzimy na ciastko do kawiarni.

Ile masz lat razem z kimś kogo lubisz najbardziej? Może to być kot, albo ulubiony pisarz 🙂

Reklamy

Patrzę w niebo, więc nie czytam książek o wyciszeniu.

Kilkakrotnie zabierałam się do pisania o naszym pobycie w Polsce, ale za każdym razem zarzucałam temat.

Czas bardzo udany, spokojny, wypełniony spacerami, przejazdem do i z Wlenia, ale tekst o tym zwyczajnie nie chce się przelać na monitor (i tylko na zdjęciu pokażę Ci nasze nogi z Bobrem pod butami). W międzyczasie dopadła mnie niedorobiona infekcja, która wieczorami daje się we znaki. Jeszcze tu jesteśmy, a ja mam ochotę napisać Ci o chmurach. Kroi się kolejny wpis dla bezsennych.

20180406_182615

Chmury …

Chmury soczewkowate, altocumulus lenticularis, szczególnie pamiętam z czerwcowej wycieczki w kierunku Karpacza trzy lata temu. Wypiętrzały się nad wzniesieniami w czasie marszruty z leśnej huty do Wodospadu Szklarki. Podobno towarzyszą im wiatry pionowe cenione przez pilotów szybowców. Chmury soczewkowate kojarzą mi się ze spokojnym spacerem, dobrą pogodą, górami, chodzeniem. Łatwiej jest być szczęśliwym w ich obecności.

Arcus, wał szkwałowy, chociaż ja wolę tłumaczenie z języka angielskiego: chmura szelfowa; niesamowite zjawisko. Sama raz tylko miałam okazję szybciej przebierać nogami, gdy mroczna półka zaczęła gonić za mną po niebie z jakąś szaleńczą prędkością – po lampce wina i na wysokich obcasach wcale nie było to łatwe. Wszystko się zadziwiło, miałam wrażenie, że koty przyległy nosami do szyb i zamilkły kury sąsiada, gdy wał przetoczył się nad lasem w kierunku północnym, przynosząc szarość, poryw wiatru i gwałtowny deszcz. Ale piękny był, fascynująco groźny.

Poza tym podobają mi się różne odmiany cirrusów, chmur górnej troposfery, bardzo wysoko wędrujących po niebie, koronkowych, złożonych z kryształków lodu. Wśród nich ucinusy przypominają zwiewne końskie ogony, a fibratusy sieci pajęcze. To rodzaj chmur, które najchętniej obserwuję siedząc na ławce pod rodzinnym domem. Podobno powodują w atmosferze opady, które nigdy nie dotykają ziemi. Z wycieczki w kierunku Karpacza, tym razem cztery lata temu, pamiętam mądrość wypowiedzianą przez pana Lecha, naszego przewodnika:

Gdy cirrus na niebie, pogoda się zjebie.

Nie wiem czy można mu wierzyć. Facet zgubił szlak i szliśmy na szagę, taki ekspert. Jeszcze zastanawiam się co za jedna była ta chmurka, która zbliżała się do nas, gdy staliśmy w kolejce przed grobem korytarzowym Newgrange, Sí an Bhrú, w hrabstwie Meath. Nisko sunąca, z deszczem widocznym z daleka. Ściana kropli przesuwała się po zielonej trawce cicho szeleszcząc. Mówimy na to szałerek. W Irlandii mamy mnóstwo szałerków. Kiedy wyszliśmy z grobowca było już po wszystkim, krajobraz przetarty, trawa odświeżona. Był sierpień.

To tyle, jeśli chodzi o moje ulubione, te, które mam teraz w pamięci.

° ° ° ° ° °

A wczoraj kwiecień, dziesiątego. Podobno tego dnia w roku 837 Kometa Halleya minęła Ziemię w najbliższej do tej pory odległości. Co myślę o schodach bez barierki? Brakuje mi w naszej polityce osoby takiej jak Jaruga-Nowacka i nie mam ochoty obchodzić rocznicy jej śmierci. Oficjalny „ból” dawno stał się własną karykaturą. Ale wierzę, że każdy naród ma takich polityków i takie „bóle” na jakie zasługuje. Udawana zaduma na 1 listopada, szwy popękane z dumy na 11 listopada, wiedza historyczna jak ser szwajcarski w każdy dzień zwykły, w międzyczasie kult pana Wojtyły malejący w cieniu tablic pana Lecha.
Tymczasem w Norwegii:

Exploring the Svalbard Global Seed Vault

Svalbard globale frøhvelv, bank nasion na Spitzbergenie, przechowuje dla przyszłych pokoleń nasiona jadalnych roślin z całego świata. Myślą o przyszłości po globalnej katastrofie, o tym, żeby ci, którzy przeżyją, mieli jakąś szansę.

Tymczasem w Szkocji:

Homophobia In 2018 | Time For Love

Czym jest normalność?

Są rzeczy, które robią różnicę i takie, które nie robią. Schody bez barierki w środku miasta. Kupowanie kolejnych książek o wyciszeniu, gdy nie ma się zamiaru przestać być histerykiem. Kolejny post kolejnego blogera na ten sam modny ostatnio temat problemów z FB, następnie promowanie go na FB.

W związku z tym upiekłam wigilijne krokiety, przeszłam się też po wsi z moim chłopakiem za rękę, więc pani Romana pomachała nam przez okno. A teraz oglądam jak Deckard prawie ześlizguje się z gzymsu czy czegoś tam. Czasem też martwi mnie, że być może dla Kosmitów z innych galaktyk jesteśmy po prostu za głupi.

Czytasz mnie jeszcze?
Dobrej nocy.

Wierzysz w Księżyc?

Lubomski przydarzył mi się w zeszłym roku, w maju. Jego „Ambiwalencja” była pierwszym prezentem. Zagrała mi dzisiaj ponownie. Chodź, coś Ci opowiem.

Ostatnio często sprawdzam tablice pływów. Wiem już, że przypływ jest dwa razy w ciągu doby i dzieje się tak za sprawą zmiennej grawitacji Słońca i Księżyca. Największe pływy są w zatokach otwartych mórz – np. na Zatoce Fundy koło Nowej Szkocji, szesnaście metrów. Nowa Szkocja to jest takie miejsce do którego pojadę, gdy już tu ogarnę i po tym, jak zobaczę starą Szkocję, która zresztą też ma ładne pływy. Pływy nie są cały czas takie same, więc tablice pokazują nie tylko kiedy pojawi się przypływ, ale z jaką mocą. Jeśli Słońce, Ziemia i Księżyc są w linii prostej, a jest tak w nowiu i przy pełni, pływy są syzygijne, czyli maksymalne. Jeśli te trzy obiekty niebieskie tworzą ze sobą kąt prosty, pływy są kwadraturowe, czyli słabe. Przypływ występuje dwa razy w ciągu doby, pływy maksymalne i minimalne są po dwa razy w miesiącu. Matematycznie piękne, prawda? Ale nie dla matematyki są tablice, ale dla statków, które gromadzą się przed ujściem rzeki Boyne, An Bhóinn. Zdarza się, że podczas odpływu widzę je na horyzoncie, jak  mówią do siebie ściszonymi głosami i z nudów grzebią kotwicami w mule czekając na przypływ, który da im wejść do portu w Droghedzie, Droichead Átha. Rzeka, która zaczyna być moją rzeką, była znana już Ptolemeuszowi – wg irlandzkiej mitologii, została stworzona przez boginię Boann, bó fhionn. Białą Krowę 🙂 . Krowę, widzisz? I to w niej pływał sobie Łosoś Mądrości, bradán feasa, który jedząc żołędzie spadające z drzewa wiedzy, posiadł całą mądrość świata. Kawałek skóry tego łososia przykleił się do kciuka oprawiającego go Fionna mac Cumhaila, legendarnego wojownika, który potem ssąc kciuk przywoływał moc łososia.

wierzysz w księżyc

Urodziłam się dzień przed nowiem. To musiał być wąziutki sierpik. Sprawdziłam, bo w słowiańskiej mitologii urodzeni podczas nowiu mają się podobno cieszyć szczególnym zdrowiem i siłą. Czy wigilia nowiu się liczy? Yhhh … musi mi wystarczyć, że jestem śliczna, inteligentna i mam szczęście w miłości (wybierz sobie, co wężykiem). W biodrze będzie mnie jednak nadal strzykać – trudno, słyszałeś, Kraciasty? Ale to nawet dobrze się składa, w takiej sytuacji martensy mają więcej sensu niż szpilki. Wracając zaś do Księżyca, w mitologii chrześcijańskiej Księżyc występuje pod nogami Maryi, jako tej, która zwycięża nad zmiennością tego świata. Zmiana jest tu złem, inaczej niż w nauce, gdzie zmiana jest po prostu potwierdzeniem życia. Błogosławieni Ci, którzy mogą się pomarszczyć i osiwieć, bo nadal żyją, żeby opowiedzieć swoją historię. Mogą ssać kciuki lub inne części ciała, wyjmować ości z łososia podczas sobotniego obiadu, nosić dwie różne skarpetki, grać w hurling albo patrzeć jak pracowite statki każdego dnia czekają na wpłynięcie do rzeki stworzonej przez Białą Krowę. Tak jak i w czasie majowego tygodnia roku 1847, gdy trzy statki, dwa z ottomańskich Tesalonik i jeden z pruskiego Szczecina po grzebaniu kotwicami w mule wpłynęły w to wąskie gardło. Na ładunek, zboże i nowość – kukurydzę, pewnie już nerwowo czekali kupcy z hrabstw Louth i Meath, w końcu był to czas Wielkiego Głodu, An Gorta Mór.  Nie było wówczas jeszcze wiaduktu kolejowego, Tarbhealach na Bóinne, który, ukończony 8 lat później, dopełnia od tamtej pory wygląd Droghedy od strony morza. Dzięki temu w mojej historii mogę powiedzieć „pojedźmy brzegiem rzeki, żebym mogła sfotografować Słońce, które zachodzi za przęsło wiaduktu na rzece Białej Krowy”.

A tak w ogóle, to miałam Ci opowiedzieć o moim pierwszym św. Patryku na Wyspie. Opowiadam Ci więc, że pogoda w weekend była okropna, skauci szli w ulicznej paradzie bardzo zziębnięci. Dzielne dzieciaki, sine z zimna, niektóre maluchy prawie płakały, buźki miały wygięte w podkówki. Było kilka klubów młodzieżowych i szkół, pamiętam jak dziewczynka wykrzykiwała „Who are we?”, a koledzy jej odpowiadali. Prawdziwy wyczyn w tym wschodnim wietrze; staliśmy wtedy przy dokach, na samym końcu długiego marszu. Pomimo zimna duch święta unosił się w powietrzu, a maszerujący z laską i sroga miną pan nauczyciel pogroził nam, bo też pewnie uciekliśmy z lekcji. W paradzie jechał nasz sąsiad w swoim zabytkowym lincolnie, pomachaliśmy mu, poznał nas i odmachał nam radośnie. Potem byliśmy na kawie i zostawiłam w kawiarni torebkę. Taki był mój pierwszy św. Patryk. Cieszę, że tu jestem.

W zasadzie nie wiem już jaki był zamysł tego wpisu, poza tym, że chciałam przywołać różne obrazy, np. teraz obraz rzeki Białej Krowy zamienił mi się w zakole rzeki Bóbr. Gdy staniesz w ciemności na moście, słychać jak Bóbr szumi w dole prawie groźnie. Z mostu po którym idziesz na ogródki działkowe widać na dnie rzeki kwitnące, rzeczne chwasty. Tam taki Pan wołał „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?”. A wiesz, że była Bitwa nad Bobrem? W 1813. I Battle of the Boyne? W 1690.

Musisz jeszcze wiedzieć, że dla Szczecina, Stettin, tablice pływów nie mają żadnego znaczenia. Na Bałtyku pływy są w zasadzie niewidoczne. W ten sposób nikogo nie interesuje, czy Księżyc jest w linii prostej czy w kącie prostym. Zapewne, gdy ktoś długo mieszka w Nowej Szkocji, musi mu się to wydawać dość oryginalne podejście.

Na „Ambiwalencji” większość tekstów napisał Sławomir Wolski. Od pierwszego odsłuchu lubowałam się w „Już nie płynę”. Od dzisiaj gra mi również ta poniżej,  piękna piosenka, która poza Księżycem, kojarzy mi się z pulsowaniem morza. Nie narzekajmy, że piękne polskie teksty i melodie się skończyły. Płaćmy godnie ludziom za nagrywanie takich płyt, wychodźmy z domu na koncerty.

Na korzeni grubym sznurze,
w rękach ziemi niczym drzewo,
wbrew logice i naturze
uporczywie patrzę w niebo.

Zasypiasz już od tego mojego gadania?
Dobrej nocy.