Archiwum kategorii: jedno zdjęcie

Jedno zdjęcie. Parhelion.

Długa plaża w Clogher, wczoraj po godzinie 20-tej.

Słońca poboczne powstają na przecięciu kręgu parhelicznego i łuków Lowitza, gdy promienie światła załamują się na kryształkach lodu w wyższych, chłodnych częściach atmosfery. Te, które sfotografowałam wczoraj, przypominały na żywo małe fragmenty tęczy. Ciekawa jest nazwa tego zjawiska w języku angielskim – sun dog. Słoneczny pies. Jego etymologia (pochodzenie) jest niezbyt jasna. Dog jako czasownik może oznaczać podążanie za czymś. Ale jest również hipoteza łącząca to słowo ze skandynawską mitologią z którą świat wyspiarzy stykał się wielokrotnie (inwazje Wikingów na wyspy Brytyjskie powtarzały się od VIII wieku aż do roku 1066 i podboju w wykonaniu Wilhelma, francuskojęzycznego potomka wielkiego Rollo, najeźcy z północy). Podobne zjawisko w językach skandynawskich to: solhunde (duński), solhund (norweski), solvarg (szwedzki) … wilk, który goni za słońcem, aby je zjeść?

Wilkowi i tym razem się nie udało, bo wstał kolejny, letni dzień. Próbujemy sprzątać … próbujemy, jest po czwartej, a ja nie czuję, żebym zrobiła coś pożytecznego, poza obiadem, a w tym przypadku kaczka upiekła się prawie sama. Myśl o odkurzaczu nie nastraja mnie romantycznie. Za oknem absolutny spokój, czas przetacza się leniwie, tak sierpniowo jak to tylko możliwe. Kraciasty ma na sobie flanelową koszulę, bardzo podobną do tej Michała.

Reklamy

Jedno zdjęcie. Twarz.

Elounda, Kreta, 10 sierpnia 2014.

Napisałam wówczas:

po tej stronie wyspy jest sporo Rosjan, gdy tymczasem Sougia przeżywa najazd Francuzów, a okolice Chanii Skandynawów i Holendrów. jemy w tawernie na wodzie, Olondi. przyglądam się parze, starszy mężczyzna bawi się kombolói, kobieta ze srebrną biżuterią patrzy na wodę, potem łowi ryby wędką na bułeczki podawane przez kelnera.

Jakże mnie nie obchodzi to czy ktoś na Wimbledonie miał dżinsy czy nie miał, albo czy pięciolatka porwano czy nie porwano. Życie jest o wiele bardziej intrygujące od faktów medialnych.

Jedno zdjęcie. Tolerancja.

Dublin, 23 czerwca, 2019.

Już kupiliśmy wówczas buty. Ja miałam jedną papierową torbę, Kraciasty drugą i płynęliśmy tak przez Dublin jak dwa zadowolone morświnki. Akurat był tęczowy tydzień i widzieliśmy tego dnia wiele flag, tak, tych „z haczykiem” (w Polsce trzeba policzyć kolory, jeśli jest sześć obrażają uczucia i nachalnie promują homoseksualizm). Szczególnie zaczarowało mnie to miejsce. To jest mój bank. Tzn. nie w tym sensie – ani go posiadam, ani do tego akurat budynku nigdy nie weszłam. Ale mam ich plastikową kartę, jesteśmy ze sobą blisko, oni wiedzą najdokładniej ile dostaję przelewów na konto i gdzie jem moje ulubione ciastko. W „katolickim kraju”, w banku narodowym (w Polsce spsiało to słowo, ale chodzi o to, że 99% akcji należy do Republiki Irlandii) w czasie tygodnia celebrującego mniejszości seksualne logo banku zostało wywieszone na tle tęczowej flagi. Czy to mogłoby się wydarzyć teraz w Polsce? Co czujesz? Any thoughts?

Jedno zdjęcie. Przed siebie.

Za oknem wiosna, kosiarki chodzą pełną parą, szpaki jedzą lunch spacerując w trawie obciętej akurat do szpaczych kolanek. A przed Tobą na zdjęciu Śląski Grzbiet, którym biegnie polsko-czeska granica – dawne tereny rodziny Schaffgotschów, z widoczną w oddali stacją przekaźnikową wybudowaną nad Wielkim Śnieżnym Kotłem. Właśnie tam zmierzaliśmy. Przed Śnieżnymi Kotłami Wielki Szyszak, Vysoké Kolo, Hohe Rand, z  pozostałościami po kamiennym kopcu wzniesionym na cześć Wilhelma I, cesarza Niemiec, który żywot swój zakończył w roku trzech cesarzy, Dreikaiserjahr. Jeszcze bliżej, tuż nad lasem kosodrzewiny, widzisz Czeskie Kamienie, Mužské kameny, Mannsteine.

Czerwony szlak, 3 lipca 2017, drugi dzień wędrówki.

Karkonosze 17

Karkonosze, moje pierwsze góry. Nasze pierwsze góry. Chce mi się iść.

Jedno zdjęcie. Odpoczynek.

Patrzę w tę blogową dziurę bez zaniepokojenia. W końcu przecież planuję ją zapełnić – będzie coś o spacerze po Trzebnicy, zapewne coś o kotach (zobaczymy, co napisze się jako pierwsze). Chcę jedynie donieść, że zacne były powody milczenia. Poprzedni tydzień, od piątku do piątku, spędziliśmy z Kraciastym w Polsce oglądając kolejne odcinki „Co ludzie powiedzą” i „Poirota”, spacerując, gadając, robiąc zdjęcia i stroniąc z obrzydzeniem od jakiejkolwiek pracy. Jedyną chmurką na tym rozkosznym niebie była dla mnie myśl, że w Irlandii Ryszard zamartwia się patrząc w okno naszej sypialni.

Dom rodzinny, poprzednia sobota w Polsce.

dom

Polska niemiło zaskoczyła nas chłodną, wietrzną pogodą. Od tego wszystkiego Kraciasty musi teraz łykać tabletki, a to mi się bardzo niepodoba, szczególnie, że łyka je 1600 kilometrów z dala ode mnie, na co sobie absolutnie nie zasłużyłam. Jestem już w naszym domu, z Rysiem, który przespał ze mną całą noc, a po śniadaniu drzemie w promieniach słońca. Odpoczynek niedzielny nie dla mnie, dopiero w środę mam jeden dzień wolny, ale tak jest dobrze. Nie będę sobie głowy i serca łamała zbytnio czekaniem.

Na zdjęciu z Kraciastym jest Mruczysław. Solenizancie (po lewo), kocham Cię ❤ A Ciebie, Czytelniku, pozdrawiam. Napisz mi jak się masz 🙂

Jedno zdjęcie. Albo nie. Pałac Lenno.

Pod koniec nowego tygodnia wskakujemy w samolot i lecimy na wschód. Ja spędzę w Polsce tydzień, Kraciasty trochę dłużej … wrócę do naszego dwukolorowego dziecka, które z taką ufnością przygarnęło imigrantów 🙂 W domu będziemy obchodzili urodziny babci, raczej więc zostaniemy na północny-wschód od Wrocławia. Na południowym-zachodzie natomiast …

Trawniczek przed pałacem Lenno, 25 sierpnia 2017.

collage 2017 lenno

Znajdź Śnieżkę 😉 W powietrzu pachnie wiosną (w końcu w Irlandii wiosna zaczyna się 1 lutego!), a ja w archiwum odnalazłam stary wpis, który zaczęłam tworzyć po zeszłorocznych świętach Wielkiejnocy i który tu nigdy nie „poszedł”. A chcę napisać o miejscu do którego wówczas, rok temu, i przy wielu innych okazjach podeszliśmy. Podeszliśmy, ponieważ miejsce to jest na wzgórzu. Skoro już na początku nie trzymam się zasady jednego zdjęcia, nie będe się dalej powstrzymywała 😀

Myślę, że powyżej jest to moja druga wizyta we Wleniu. Potem trochę przestałam liczyć, więc rok temu wiosną … to nie wiem. Ale pamiętam styl podróży … środa, 4 kwietnia, z Trzebnicy do Wrocławia, z Wrocławia do Jeleniej Góry … bez szelek Kraciastego i jego bakłażanowych spodni ani rusz. Grzaliśmy się w wiosennym słońcu, już w Jeleniej obiad, odpoczynek, robienie zdjęć metalowemu jeleniowi i wróbelkowi pod jego brzuchem. Kolejny przesiadka i Wleń. Po długiej podróży podeszliśmy ulicą Górską do pierwszego cmentarza. Z drogi do niego widać miasto zawieszone w wieczornym smogu:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

A na cmentarzu, dawniej ewangelickim, dwie z czterech zabytkowych kaplic grobowych stoją zdemolowane. Przy takiej okazji myślę o akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia”. Kogo Ci pradziadowie wychowali i czy w związku z tym sami zasługują na pamięć?

collage 2017 wleń cmentarz

Ludzie łasili się na wyimaginowane skarby i grabili m.in. takie miejsca, choć tego, co otrzymali i co czasami wielokrotnie przekraczało wartość ich poprzedniego dobytku, nie potrafili utrzymać w godnym stanie. Smutne to i gorzkim jest komentarzem do obecnego wyglądu wielu przepięknych domów we Wleniu, podobnie opisanych w rejestrze zabytków: Dom, drewn. ob. ruina. poł. XIX. Był wieczór, nie starczyło czasu, żeby podejść wyżej. Pomachaliśmy tylko baszcie zamku, którą było widać z miasta przez ogołocone z liści drzewa.

W niedzielę zaś dość pochmurno i deszczowo.

View this post on Instagram

#szowerek #glanymroku #kwiatkimroku

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Piesza droga z Wlenia, którą zazwyczaj wybieramy, jest bardzo urokliwa, wygodna, spokojna, z mnóstwem miejsca do obściskiwania się (poniżej w odsłonie jesiennej):

View this post on Instagram

w drodze do kominka i kawy. #mójwleń

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Pałac w Łupkach, do którego zmierzaliśmy, zawdzięcza swoje ocalenie Lukowi Vanhauwaertowi. O jego przygodzie wleńskiej możesz poczytać w reportażu „Normalny gość z pałacu Lenno” Kamili Sammler. Obiekt wybudowany na podzamczu w XVII wieku mozolnie odzyskuje życie – kiedyś był szpitalem kolejnowym, następnie częścią PGR-u, obecnie w weekendy można się tam wybrać do  kawiarni na legendarny sernik. Pięknie się czyta o takich zmianach na lepsze, z pewnością życzyłabym takiego losu wielu innym dolnośląskim budynkom, które nieuchronnie obracają się w ruinę.

lenno 1

Idąc wyżej  dojdziesz do XII-wiecznego zamku. Tym razem z podwórka pałacowego nie było widać panoramy Karkonoszy, ale one zawsze tam są, te nasze piękne góry. Już wiesz, że w pogodne dni można wypić kawę na zewnątrz, na zielonej trawce, rozkoszując się tym widokiem.

Jakiś czas temu odnalazłam w sieci Polską Kronikę Filmową 31/49, w której można zobaczyć pałac Lenno w czasach stalinizmu. Filmik obejrzysz TUTAJ. Kraciasty od razu zauważył, że pan Łapicki czyta z kartki nie mając pojęcia, co czyta. Studenci oczywiście nie mogli przebywać na wczasach w piastowskim zamku z XI (?) wieku, ponieważ zamek nie nadaje się do zamieszkania. Pałac Lenno został ufundowany przez Adama von Külhausa i faktycznie do jego budowy wykorzystano części z zamku, który wysadzono w czasie wojny 30-letniej. Kolejnymi właścicielami pałacu od XVIII wieku była rodzina von Grunfeld und Guttenstädten, a następnie od XIX wieku von Haugwitz. Niezbyt piastowskie nazwiska, musisz przyznać 🙂 W „Zimnej wojnie” jest taka scena przed pałacem obszarnika w której pan Szyc mówi kilka słów do młodzieży … jest to, jak mi się zdaje, dokładnie ten sam rok, co w kronice. Rok 1949.

Jedno zdjęcie. Rosynant.

Podjęłam wyzwanie obejrzenia wszystkich poprzednich wersji „Narodzin gwiazdy”. Challenge zakończony sukcesem, ani razu nie zasnęłam, ale nie chce mi się pisać nic na ten temat. Mam ochotę pokazać Ci za to coś zupełnie innego.

Przy starym molu w Carlingford, hrabstwo Louth, 14 marca 2019.

Rosynant

Zawitaliśmy do Carlingford ponownie w czwartek, kilka dni po oświadczynach, i dopiero wóczas w czasie spaceru zauważyłam jak nazywa się drugi statek, który stoi zacumowany przy molo. Rosynant. Rozumiesz. R O S Y N A N T. Przypomniało mi, że chciałam zrobić dwie rzeczy, których zrobić nie muszę: przeczytać „Don Kichota” i Biblię Ekumeniczną.

A dzisiaj jest dzień świętopatrykowy i w pracy Elaine Wsiowych Mądrości Pełna kazała mi trzy raz do serca obkręcić jej zaręczynowy pierścionek zakurzony mieloną kawą i pomyśleć sobie życzenie. Świętego Patryka jest, spełni się 😉 Lá fhéile Pádraig sona dhuit!

Jedno zdjęcie. Auschwitz.

Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, 17 czerwca 2013.

Tego dnia wyruszyliśmy o 6.30, najpierw obóz I, potem II w Brzezince. Gorąco, coraz goręcej, latały nad nami jaskółki i mewy, słońce rozświetlało ulice między budynkami, w środku dziwny chłód, sterty butów, walizek, przedmiotów należących do ludzi z przeszłości. Mówi się o takich rzeczach artefakty. Na szerokich polach Birkenau coś jakby do niektórych zaczęło docierać, jedna latorośl zemdlała. Nie zmienia to faktu, że w drodze powrotnej w autokarze leciała zabawa „powiedz samolot powiedz sa-mo-lot powiedz samo lot”, a Robert widział fatamorganę cepeenu.

auschwitz 2013

Oczywiste jest, że żyjemy. I że było wiele takich sytuacji, nie tylko w Europie, gdy „świat” mądry i pomocny, tak rozgadany na mównicach, nie zrobił nic, aby im zapobiec. To była moja pierwsza i jedyna do tej pory wizyta w tym miejscu. Gdzieś w obozie I rozstrzelano wujka mojego dziadka. W niedzielę minęło 74 lata od wyzwolenia Auschwitz, miejsca, z którego cywilizacja nie może być dumna. Wieczorem chciałam po prostu spokojnie obejrzeć jak wyglądały obchody. Poczulam fetor premierowskiego bąka.

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.

Jedno zdjęcie. Weihnachtsmarkt.

jarmark bożonarodzeniowy wrocław

Wrocławski Rynek, 20 grudnia 2014.

Moje pierwsze pieczone kasztany jadłam właśnie w tym miejscu. Zresztą początkowo to kasztany miały się pojawić jako wspomnienie jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu. Niewyraźne „kasztany w półmroku”, otoczone wspomnieniem ciepła, chociaż zdjęcie było uwiecznieniem momentu pracowniczego AD 2012 – miałam wówczas pod nadzorem kilka latorośli, które wczesnym wieczorem biegały od straganu do straganu jak kot z pęcherzem. Śniegu było brak, ale chłód dawał się we znaki. I wtedy uśmiechnęła się do mnie skromna pani ze straganu kultowego baru Vega, która zastrzegła sobie, żeby jej zdjęć nie publikować, więc nigdy nie opublikowałam. Naokoło niej wszystko parowało dobrocią, rozgrzałam się jej najlepszą na świecie zupą dyniową podawaną exclusive w plastikowej miseczce. Naokoło mrugały światełka, dymiły stragany z jedzeniem i napitkiem, rękodzieło mieszało się z plastikową tandetą. Tak jest co roku, tak było i cztery lata temu, gdy namówiłam na jarmark moich rodziców. Wiał porywisty wiatr, śniegu ponownie brak, rozkładano już scenę na koncert noworoczny … niestety straganiku z zupą dyniową nie znalazłam, były za to drogowskazy w rodzaju „czy próbowałeś już starej kurwicy?”, ten sam kowal, co zawsze rozłożony ze swoim biznesem kowalskim, grillowane oscypki, których spróbowaliśmy z tatą i inne pierogowo-kiełbaskowe konsumpcje uskutecznione przez naszą trójkę w metafizycznym skupieniu podszytym słuszną radością. Ciągnie się wtedy nosem z zadowoleniem, puszcza ustami kłęby pary … ktoś by mógł powiedzieć dusza, ale w takim razie ma go i kubek grzańca, który tłumaczy sens rękawiczek bez palców … policzki nam czerwieniały i oczy wilgły.  Chłód jest obowiązkowym uczestnikiem jarmarcznego wydarzenia, bez niego skupiska ludzkie wokół straganów z jedzeniem byłyby pozbawione elementu pierwotności … jeszcze jeden hipermarket, tyle, że pod chmurką. Pomiędzy straganami na szczudłach przeszli kolędnicy, były i diabły, była kostucha z którą zmierzyłam się wzrokiem. Nasz dzielny, mały samochód czekał pod archiwum państwowym, zajrzeliśmy na moment na Stare Jatki, tam gdzie stoi jeden z niewielu pomników, które się należały, pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych … zazwyczaj tak robimy, gdy jest nam po drodze: zaglądamy za winkiel, żeby dotknąć świńskiego ucha lub koziego rogu. Miasto wracając do tradycji jarmarcznych dostarczyło mi przeżyć obecności tu i teraz, które teraz mogę przywołać. Nie ma nic lepszego niż być razem, jeść, pić, rozglądać się, uczestniczyć w życiu …

Gdy to piszę przyszedł do nas list z Polski z opłatkiem, życzeniami i skromną książką Szczepaniaka o Wleniu. Autora już kiedyś na blogu cytowałam, a niespodziewany prezent oznacza pewnie, że do tematów poruszanych przez niego powrócę. Jarmark wrocławski zaczęty, więc jeśli przechodziłeś obok, napisz mi jak tam się wszyscy mają. A może byłeś w równie przyjemnym miejscu gdzieś bliżej Twojego u siebie? U mnie w środku nastrój świąteczny w pełni, aż czuję potrzebę pogadania z Kraciastym i wyjaśnienia społeczeństwu czy/jak ateiści świętują. Będzie dyjalog. A Ty, co myślisz? Powinnam być miła, gdy złożysz mi życzenia? 😀

Czasem tęsknię. Ale tak to już jest … gdy ma się dobre życie tęskni się za określonymi rzeczami, nie za wydumanymi sprawami, które nigdy się nie zdarzyły. I to jest zasadnicza różnica, to jest właśnie szczęście.