Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.

Jedno zdjęcie. Weihnachtsmarkt.

jarmark bożonarodzeniowy wrocław

Wrocławski Rynek, 20 grudnia 2014.

Moje pierwsze pieczone kasztany jadłam właśnie w tym miejscu. Zresztą początkowo to kasztany miały się pojawić jako wspomnienie jarmarku bożonarodzeniowego we Wrocławiu. Niewyraźne „kasztany w półmroku”, otoczone wspomnieniem ciepła, chociaż zdjęcie było uwiecznieniem momentu pracowniczego AD 2012 – miałam wówczas pod nadzorem kilka latorośli, które wczesnym wieczorem biegały od straganu do straganu jak kot z pęcherzem. Śniegu było brak, ale chłód dawał się we znaki. I wtedy uśmiechnęła się do mnie skromna pani ze straganu kultowego baru Vega, która zastrzegła sobie, żeby jej zdjęć nie publikować, więc nigdy nie opublikowałam. Naokoło niej wszystko parowało dobrocią, rozgrzałam się jej najlepszą na świecie zupą dyniową podawaną exclusive w plastikowej miseczce. Naokoło mrugały światełka, dymiły stragany z jedzeniem i napitkiem, rękodzieło mieszało się z plastikową tandetą. Tak jest co roku, tak było i cztery lata temu, gdy namówiłam na jarmark moich rodziców. Wiał porywisty wiatr, śniegu ponownie brak, rozkładano już scenę na koncert noworoczny … niestety straganiku z zupą dyniową nie znalazłam, były za to drogowskazy w rodzaju „czy próbowałeś już starej kurwicy?”, ten sam kowal, co zawsze rozłożony ze swoim biznesem kowalskim, grillowane oscypki, których spróbowaliśmy z tatą i inne pierogowo-kiełbaskowe konsumpcje uskutecznione przez naszą trójkę w metafizycznym skupieniu podszytym słuszną radością. Ciągnie się wtedy nosem z zadowoleniem, puszcza ustami kłęby pary … ktoś by mógł powiedzieć dusza, ale w takim razie ma go i kubek grzańca, który tłumaczy sens rękawiczek bez palców … policzki nam czerwieniały i oczy wilgły.  Chłód jest obowiązkowym uczestnikiem jarmarcznego wydarzenia, bez niego skupiska ludzkie wokół straganów z jedzeniem byłyby pozbawione elementu pierwotności … jeszcze jeden hipermarket, tyle, że pod chmurką. Pomiędzy straganami na szczudłach przeszli kolędnicy, były i diabły, była kostucha z którą zmierzyłam się wzrokiem. Nasz dzielny, mały samochód czekał pod archiwum państwowym, zajrzeliśmy na moment na Stare Jatki, tam gdzie stoi jeden z niewielu pomników, które się należały, pomnik Ku Czci Zwierząt Rzeźnych … zazwyczaj tak robimy, gdy jest nam po drodze: zaglądamy za winkiel, żeby dotknąć świńskiego ucha lub koziego rogu. Miasto wracając do tradycji jarmarcznych dostarczyło mi przeżyć obecności tu i teraz, które teraz mogę przywołać. Nie ma nic lepszego niż być razem, jeść, pić, rozglądać się, uczestniczyć w życiu …

Gdy to piszę przyszedł do nas list z Polski z opłatkiem, życzeniami i skromną książką Szczepaniaka o Wleniu. Autora już kiedyś na blogu cytowałam, a niespodziewany prezent oznacza pewnie, że do tematów poruszanych przez niego powrócę. Jarmark wrocławski zaczęty, więc jeśli przechodziłeś obok, napisz mi jak tam się wszyscy mają. A może byłeś w równie przyjemnym miejscu gdzieś bliżej Twojego u siebie? U mnie w środku nastrój świąteczny w pełni, aż czuję potrzebę pogadania z Kraciastym i wyjaśnienia społeczeństwu czy/jak ateiści świętują. Będzie dyjalog. A Ty, co myślisz? Powinnam być miła, gdy złożysz mi życzenia? 😀

Czasem tęsknię. Ale tak to już jest … gdy ma się dobre życie tęskni się za określonymi rzeczami, nie za wydumanymi sprawami, które nigdy się nie zdarzyły. I to jest zasadnicza różnica, to jest właśnie szczęście.

Jedno zdjęcie. Warszawskie wróble.

Jedno zdjęcie warszawskie wróble

Warszawa, ulica Freta, 1 sierpnia 2016.

Przez dwa lata (rok 16 i 17) w okresie obchodów powstania wyruszałyśmy z psiapsiółkami do stolycy. Wizyty wymiernie zmieniły mój stosunek do tego miasta – stało się mi trochę bliższe, mniej tekturowo-rekonstrukcyjne, mniej związane z moimi osiemnastymi urodzinami, gdy spałam na piętrowym łóżku, a za oknem w Warszawie lał deszcz. Odnalazłam w nim miejsca czarowne i wyprodukowałam własne opinie, np. przyswoiłam Polin i odrzuciłam Muzeum Powstania Warszawskiego, albo też raczej ono odrzuciło mnie. Zdjęcie, które dzisiaj pokazuję, zostało zrobione przed kawiarnią Pożegnanie z Afryką. Chyba pierwszy raz jadłam ciasto marchewkowe, lub przynajmniej smakowało ono na tyle dobrze, że zapamiętałam to wydarzenie. Zleciały się do niego wróble i co odważniejsze brały mi okruszki z ręki. W grupie zawsze znajdzie się ten pierwszy, nieustraszony, ze świdrującymi oczkami, które obserwowują każdy ruch. Po aromatycznej kawie, sycącym ciastku i spacerze wzięłyśmy udział w tworzeniu znaku Polski walczącej na Placu Zamkowym. Potem, na Nowym Świecie, zaszłyśmy do Klubokawiarni Pożyteczna.

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma ostatnimi wydarzeniami na ulicy pochłonął mnie faszystowski marsz. Stałam na chodniku w milczeniu … ludzie obok szli tam dokąd mieli iść, jakby było to najnaturalniejsze wydarzenie pod słońcem. Świeżo uprasowane koszule, starannie przygładzone włosy, pewnie uchwycone proporce, dźwięki czyste wyrwane z przepony. Przez miasto maszerowało Hitlerjugend. To było zupełnie niespodziewane przeniesienie w czasie. W sercu wielkiego miasta marsz wygolonych chłopców przetkany gdzieniegdzie dziewczynami, aby odrzucić tak niemiłe wyższej rasie podejrzenie o homoseksualizm. Nie wiem czy to właśnie miało decydujący wpływ na mój odbiór, ale w kolejnym roku moje wrażenia z obchodów rocznicy powstania były bardziej płaskie i nieprzychylne. Nagle dotarła do mnie absurdalna symbolika czerwonych rac z których dym unosi się nad Warszawą. Miasto, które spłonęło nie umie świętować inaczej jak prezentując finezyjność na poziomie przeciętnego kibica Legii.

Przypomniała mi się dzisiaj moja wizyta i wróbelki, bo sporo w mediach o kolejnych obchodach, tym razem święta niepodległości. Są w Warszawie rzeczy drobne i piękne, są też inne, większe i wyższe, które coraz bardziej wdzierają się w miasto swoją betonową retoryką. Finezję znam, poziom przyzwolenia na faszystowskie poglądy również. Teoria rozmija się z praktyką – to, co medialnie jest negowane, gdzie indziej zostaje przyklepane. Za dwa dni Warszawa znowu zapłonie racami … już przyzwyczajono Polaków do tego widoku, więc ilu pomyśli, że to zupełnie idiotyczne i nie na miejscu – jak sądzisz?  I tak oto zeszło mi na politykę, którą się interesuję na tyle na ile interesuję się przyszłością. Czy wiesz, że pomnik Dzierżyńskiego stał w Warszawie 38 lat? Życzę Ci samej dobroci z okazji 100-lecia niepodległości. Nie daj się / nie dajmy się prywatnej frustracji, która jest pożywką dla publicznej nienawiści.

Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Jedno zdjęcie. Nostalgia.

żurawie nostalgia wrzesień

Dom, 21 września 2013, około południa.

Dziesięć kropeczek na niebie to żurawie. Przyciągnęły mój słuch swoim klangorem i obserwowałam za pomocą aparatu fotograficznego jak kołują nad naszym domem, nad Dolnym Śląskiem. Najpierw unosiły się nisko, potem coraz wyżej, aż ich sylwetki spowite zostały przez chmury i zniknęły. Chwilę dłużej pozostało echo ich głosów.

Zdjęć mam kilka, bardzo wyraźnych z kształtami ptaków odciętymi na tle nieba, zdradzającymi gatunek. Wybrałam z wielu to z łysiejącą lipą, która rośnie na środku podwórka i swoimi korzeniami rozsadza ocembrowinę głębokiej studni. Studnia, która nigdy nie wysycha, nawet w tym roku dzielnie walczyła o przetrwanie. Lipa pęka w środku, każdej jesieni zbierają się w jej sercu gnijące liście, które mój tata usuwa coraz bardziej zmartwiony jej lipnym stanem. Naokoło tego zdjęcia sprzed pięciu lat jest wiele innych fotograficznych wspomnień, bardziej nasyconych światłem. Czytałam wtedy Zafona i biografię Fridy Kahlo. W notesie zasuszały się kawałki roślinek z pierwszego pobytu na Krecie. W słońcu grzała się Muszka, która umrze następnego lata w czasie mojej drugiej wizyty w Grecji. Tata zalewał betonem podgrzewaną podłogę do nowej łazienki … kiedy miał trochę czasu spacerowaliśmy po lesie pod pretekstem zbierania grzybów. Popołudniami dużo przyglądałam się kotom, pająkom i motylom. Dom pachniał suszonymi jabłkami, a weekendy poranne podróże na studia często odbywały się we mgle. Jest takie zdjęcie z tego samego okresu, gdy tata siedzi na schodach przy wejściu do domu, pije herbatę z czerwonego kubeczka, zaś naokoło zgromadziły się trzy wpatrzone w niego psie mordy i jedna kocia dupka, która wychyna za winkla. Może kiedyś pokażę. Na razie taka właśnie nostalgia mnie dopadła. Albo to brak porannego słońca, albo powakacyjny spleen. Iść, iść przed siebie.

Jedno zdjęcie. Poranek.

Mam takie zdjęcia, które chciałabym Ci pokazać – historie niezwiązane z niczym, co aktualnie robię. Tam taradam, oto ogłaszam na blogu nową kategorię. Będą co jakiś czas takie właśnie rzeczy …  starowakacyjne, rodzinne, pracownicze, wspomnieniowe, sentymentalne dziwaczki, może też zrobione przez kogoś, ale śpiące w moim albumie. Zainspirowała mnie seria Agnieszki. A wszystko przez to, że gdy u niej patrzyłam na fotograficzne wspomnienia przypominało mi się to ujęcie:

Agia Marina, 7 sierpnia 2014, przed wschodem Słońca.

1. a photo

Wyjazd we trzy laski. To był nasz drugi wakacyjny pobyt z eL na Krecie. Towarzyszyła nam tym razem A. Mieszkałyśmy w niezwykle dogodnym i czystym miejscu, Despina Studios prowadzonym przez George’a Panigirakisa. Miejsce polecam, mam nadzieję zresztą, że sama kiedyś jeszcze tam pomieszkam. Do morza jest stamtąd kilkadziesiąt metrów, z balkonu pomiędzy setkami linii telefonicznych pomachają do Cię Góry Białe, a pod mieszkaniem zatrzyma się podmiejski autobus do Chanii.

To były pierwsze zagraniczne wakacje ever na których rzygałam. Rzygałyśmy we trzy, do dzisiaj nie wiemy dlaczego. Pierwsze na których zamiast lokalnego jedzenia najbardziej smakowała mi pizza zapijana pepsi. Jeden z kilku wyjazdów, gdy obudziłam się z nosem w rudych włosach eL (Kraciasty wie, że sypiam z eL, nie trzeba donosić), z tym, że po raz pierwszy pani sprzątająca obudziła nas w południe i ładnie nas pożałowała mówiąc w swoim narzeczu bidusie bidusie. Jest całe mnóstwo historii, które teraz przepychają mi się w głowie w związku z tymi wakacjami, ale wróćmy do zdjęcia. Razem z eL wyszłyśmy po czwartej rano zobaczyć wschód Słońca i zostałyśmy nagrodzone takim właśnie widokiem jak powyżej. Para śpiąca na leżakach, a obok trochę mokry piesek. I wiesz jakie są pieski – zwierzątko obudziło się, przeciągnęło pod moimi nogami, przywitało się grzecznie i puściło pędem brzegiem morza do dwóch jeszcze takich samych rudych koleżków, którzy wyszli o tej porze na poranny jogging. Oczywiście zrobiłyśmy zdjęcia wschodowi. Było jak zwykle, najpierw „no wychodź, wychodź”, a potem, gdy się zagadałyśmy Słonko wyskoczyło na nas zupełnie niespodzianie. To był dobry poranek, czuły spacer, suche bułki, kozi ser i dżemy. Ciągle jednak myślałam o tej parze. Piesek pewnie wrócił i naniósł na leżak więcej mokrego piasku. Taki piękny widok, i zobacz eL, że ludzie tak mają. Zastanawiałam się dlaczego nie mogę tak i ja. Nie było mi jakoś tam straszliwie smutno, ale długo przetrawiałam tę chwilę, którą ukradkiem uwieczniłam … i coś Ci teraz powiem Czytelniku bardzo trywialnego – z niespodziewanych stron nadchodzą szczęśliwe odmiany losu.

Kiedyś do odtworzenia tej sceny brak mi było wszystkiego, teraz chyba tylko pieska 🙂