Archiv der Kategorie: lajfstajl

Małżeństwo – po co to komu?

Zastanawiałeś się kiedyś? Żeby było lepiej, czy żeby było gorzej?

W życiu czasami pada deszcz i lepiej jest wtedy iść z kimś za rękę. Ale wlec go, poganiać, biec za nim – to nie jest dobra sytuacja w której sam się ustawiasz.

Instagram: @świechna

Myślę sobie, że związek dwojga ludzi jest dla radości, dlatego, że dobrze mi z tą osobą i czuję, że do siebie pasujemy. Ktoś jest zawsze po mojej stronie, ktoś mnie inspiruje do stawania się lepszym, ciekawszym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie, że jest z definicji pracą domową, którą sama sobie zadaję, znojem i trudem, zmianą do której zakasuję rękawy i zaciskam zęby z myślą, że jak sobie wypracuję, to kiedyś będę miała miód i orzeszki.

No dobrze, powiesz – mieszasz trochę, związek to jeszcze nie małżeństwo. Dlaczego małżeństwo? Ma status prawny, który ułatwia kontakt ze światem biurokracji. Niesie ze sobą udogodnienia związane z podatkami, kwestią dziedziczenia i prawem własności, podejmowaniem decyzji w zastępstwie i przywilejami w sądzie. Przez małżeństwo nabywamy nowych uprawnień i choć faktycznie niektóre przywileje z niego wynikające możemy załatwić sobie w inny sposób, tak jest prościej. Znam osoby, które mówią, że ich związkowi nie jest potrzebny papierek. Znam też osoby, które tak mówiły w starym związku, dopóki nie stworzyły nowego, który natychmiast chciały przypieczętować małżeństwem 🙂 Każdy może poczuć niespodzianie taką potrzebę 😀 I dlatego zawsze będę wspierała ideę małżeństw jednopłciowych – nie widzę najmniejszego powodu, aby ktoś był pozbawiony możliwości zalegalizowania związku tylko i wyłącznie ze względu na swoje preferencje seksualne.

Czytam też, że gdy małżeństwo przetrwało 40-50 lat, to jest to wartość sama w sobie. Sądzę tymczasem, że jeśli przez te lata bilans dobrych chwil jest na oczywisty minus, to nie było warto. Jeśli ktoś w tej parze musiał porzucić swoje marzenia, miłości, rozwój, jeśli czasem myśli teraz o tym z rezygnacją, bo powiedzieć nie ma komu – nie było warto. Niektórzy patrzą na rozwód jak na porażkę. Umęczeni czują się moralnie lepsi od wolnych. Niesłusznie. Liczy się tylko ilość życia w naszym życiu. W końcu, pobieramy się, aby było nam lepiej.

Takie moje szkolne wypracowanie przedmałżeńskie, zachęcam Cię do napisania w którym punkcie się mylę, do dodania własnego spojrzenia na sprawę. A tymczasem u nas …

wymachując miotłą odegnaliśmy siły, które nęcąc nas orzeszkami próbowały przejąć nasz własny ślub. Chcemy zapłacić za obiad, rozważcie zaproszenie również X i Y. Przepraszamy, ale decyzje zostały podjęte i jesteśmy z nich oboje zadowoleni, podanie zostaje odrzucone. Przyjeżdżajcie, czekamy …

Werbeanzeigen

Jedno zdjęcie. Albo nie. Pałac Lenno.

Pod koniec nowego tygodnia wskakujemy w samolot i lecimy na wschód. Ja spędzę w Polsce tydzień, Kraciasty trochę dłużej … wrócę do naszego dwukolorowego dziecka, które z taką ufnością przygarnęło imigrantów 🙂 W domu będziemy obchodzili urodziny babci, raczej więc zostaniemy na północny-wschód od Wrocławia. Na południowym-zachodzie natomiast …

Trawniczek przed pałacem Lenno, 25 sierpnia 2017.

collage 2017 lenno

Znajdź Śnieżkę 😉 W powietrzu pachnie wiosną (w końcu w Irlandii wiosna zaczyna się 1 lutego!), a ja w archiwum odnalazłam stary wpis, który zaczęłam tworzyć po zeszłorocznych świętach Wielkiejnocy i który tu nigdy nie „poszedł“. A chcę napisać o miejscu do którego wówczas, rok temu, i przy wielu innych okazjach podeszliśmy. Podeszliśmy, ponieważ miejsce to jest na wzgórzu. Skoro już na początku nie trzymam się zasady jednego zdjęcia, nie będe się dalej powstrzymywała 😀

Myślę, że powyżej jest to moja druga wizyta we Wleniu. Potem trochę przestałam liczyć, więc rok temu wiosną … to nie wiem. Ale pamiętam styl podróży … środa, 4 kwietnia, z Trzebnicy do Wrocławia, z Wrocławia do Jeleniej Góry … bez szelek Kraciastego i jego bakłażanowych spodni ani rusz. Grzaliśmy się w wiosennym słońcu, już w Jeleniej obiad, odpoczynek, robienie zdjęć metalowemu jeleniowi i wróbelkowi pod jego brzuchem. Kolejny przesiadka i Wleń. Po długiej podróży podeszliśmy ulicą Górską do pierwszego cmentarza. Z drogi do niego widać miasto zawieszone w wieczornym smogu:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

A na cmentarzu, dawniej ewangelickim, dwie z czterech zabytkowych kaplic grobowych stoją zdemolowane. Przy takiej okazji myślę o akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia“. Kogo Ci pradziadowie wychowali i czy w związku z tym sami zasługują na pamięć?

collage 2017 wleń cmentarz

Ludzie łasili się na wyimaginowane skarby i grabili m.in. takie miejsca, choć tego, co otrzymali i co czasami wielokrotnie przekraczało wartość ich poprzedniego dobytku, nie potrafili utrzymać w godnym stanie. Smutne to i gorzkim jest komentarzem do obecnego wyglądu wielu przepięknych domów we Wleniu, podobnie opisanych w rejestrze zabytków: Dom, drewn. ob. ruina. poł. XIX. Był wieczór, nie starczyło czasu, żeby podejść wyżej. Pomachaliśmy tylko baszcie zamku, którą było widać z miasta przez ogołocone z liści drzewa.

W niedzielę zaś dość pochmurno i deszczowo.

View this post on Instagram

#szowerek #glanymroku #kwiatkimroku

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Piesza droga z Wlenia, którą zazwyczaj wybieramy, jest bardzo urokliwa, wygodna, spokojna, z mnóstwem miejsca do obściskiwania się (poniżej w odsłonie jesiennej):

View this post on Instagram

w drodze do kominka i kawy. #mójwleń

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Pałac w Łupkach, do którego zmierzaliśmy, zawdzięcza swoje ocalenie Lukowi Vanhauwaertowi. O jego przygodzie wleńskiej możesz poczytać w reportażu „Normalny gość z pałacu Lenno“ Kamili Sammler. Obiekt wybudowany na podzamczu w XVII wieku mozolnie odzyskuje życie – kiedyś był szpitalem kolejnowym, następnie częścią PGR-u, obecnie w weekendy można się tam wybrać do  kawiarni na legendarny sernik. Pięknie się czyta o takich zmianach na lepsze, z pewnością życzyłabym takiego losu wielu innym dolnośląskim budynkom, które nieuchronnie obracają się w ruinę.

lenno 1

Idąc wyżej  dojdziesz do XII-wiecznego zamku. Tym razem z podwórka pałacowego nie było widać panoramy Karkonoszy, ale one zawsze tam są, te nasze piękne góry. Już wiesz, że w pogodne dni można wypić kawę na zewnątrz, na zielonej trawce, rozkoszując się tym widokiem.

Jakiś czas temu odnalazłam w sieci Polską Kronikę Filmową 31/49, w której można zobaczyć pałac Lenno w czasach stalinizmu. Filmik obejrzysz TUTAJ. Kraciasty od razu zauważył, że pan Łapicki czyta z kartki nie mając pojęcia, co czyta. Studenci oczywiście nie mogli przebywać na wczasach w piastowskim zamku z XI (?) wieku, ponieważ zamek nie nadaje się do zamieszkania. Pałac Lenno został ufundowany przez Adama von Külhausa i faktycznie do jego budowy wykorzystano części z zamku, który wysadzono w czasie wojny 30-letniej. Kolejnymi właścicielami pałacu od XVIII wieku była rodzina von Grunfeld und Guttenstädten, a następnie od XIX wieku von Haugwitz. Niezbyt piastowskie nazwiska, musisz przyznać 🙂 W „Zimnej wojnie“ jest taka scena przed pałacem obszarnika w której pan Szyc mówi kilka słów do młodzieży … jest to, jak mi się zdaje, dokładnie ten sam rok, co w kronice. Rok 1949.

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

***

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach“, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście“, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić“. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy“.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Październikowa galeria Highlanes.

Highlanes Gallery Drogheda 1

To miejsce możesz już znać, byłam tutaj i nawet pokazywałam zajawki sierpniowej wystawy. W deszczowym poście przeczytasz trochę informacji o galerii Highlanes, niedużym miejscu przytulonym do gwarnej jadłodajni, wymoszczonym w byłym kościele franciszkańskim. Kontakt z kulturą jest tu za darmoszkę, w drzwiach powita Ciebie jakaś dyżurująca osoba, która zaproponuje informacyjne wydawnictwa albo plakaty. Nie wiem czy to taki zwyczaj, ale po raz drugi widzę, że na balkonie jest coś lekkostrawnego, natomiast główna sala, ta z ołtarzem, wystawia współczesnych, irlandzkich twórców – patrzeć tutaj trzeba chcieć i lubić 🙂

highlanes texaco competition

I tak obejrzałam wczoraj dwie wystawy. Najpierw podsumowanie konkursu 64th Texaco Children’s Art. Prace był nagrodzone w sześciu kategoriach wiekowych oraz dodatkowo w kategorii dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – wszystkie tegoroczne wyróżnienia możesz obejrzeć pod linkiem. Uwierzysz, że środkowy, bardzo szczegółowy rysunek dziewczynki robiącej bańki mydlane narysowała 12-latka z Dublina? Podziw miesza się u mnie z odrobinką smolistego dziegciu. Gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce odgruzowywałam biurko, znalazłam na jego dnie trzy szkice. Szczególnie zaskoczył mnie mój autoportret, lustrzane odbicie machnięte z natury, przysiadłam do niego ot tak, bez minimum choćby ćwiczenia, a jednak proporcje są niezłe, kreska zaskakuje poradnością. I tu część, która mi zalega – nigdy nie byłam dość wytrwała, żeby wznieść się ponad swój twórczy perfekcjonizm przemieszany z lenistwem. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym się była uczyła, byłabym wybitną pianistką 😀 jak to mawiała o sobie Lady Katarzyna de Bourgh w pewnej klasycznej powieści. Gdybym ćwiczyła, rysowałabym teraz jak ta 12-latka. I to byłoby coś. Kto wie … może jeszcze będę. Chcę, choć drżę na myśl o tych wszystkich ohydnych, nijakich dziełach, które mogę po drodze popełnić.

collage highlanes texaco competition

Portrety, autoportrety, pejzaże, zwierzątka – twórczość najlepszych musiała być naprawdę czasochłonna, niektóre obrazy zdradzają talenty impresjonistyczne autorów, ich naturalnie harmonijne postrzeganie kolorów. Konkurs Texaco ma już niezłą historię – po raz pierwszy, pod inną nazwą, odbył się w 1955 roku w trudnej do wyobrażenia Irlandii, rządzonej przez księży, słabo skomunikowanej, poza stolicą straszliwie prostej i biednej. Czytam, że obecnie do konkursu jest zgłaszanych nawet 40 tys. prac każdego roku, można więc powiedzieć, że pełni rolę kulturotwórczą. I przypuszczam, że kierunkuje przyszłość niektórych uczestników.

Wystawa w listopadzie przenosi się do Cork. Może jeszcze zdążymy z Kraciastym wpaść tam razem, ot tak sobie, przy jakiejś okazji 🙂

Tymczasem na dole, na prawo od ołtarza, w czerwonej wnęce w której ostatnio widziałam niepokojące maziaje Rity Duffy, na trzech ścianach są przyczepione identycznej wielkości kartki z samoopisami. Trzy rozdziały  życia: „not sorry“, „master of my universe“ i „trying to behave“.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (1)

To tutaj spędziłam większość czasu, czytając jak ludzie w różnym wieku, zapewnieni, że ich wypowiedzi będą anonimowe, dokańczali zdanie zaczynające się od „I am“ – Jestem … Samoopisy bazują na Teście Dwudziestu Stwierdzeń Manfreda Kuhna, są efektem zainteresowania autorki psychologią.

Just a bit extraordinary … taki tytuł nosi wystawa Theresy Nanigian – oprócz słów także zdjęcia, portrety osób w różnym wieku, patrzące w obiektyw, tańczące. To jest w zasadzie kompilacja trzech innych wystaw, których tytuły już wspomniałam.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (2)

Zazwyczaj, gdy wchodzę na bloga lub inny profil, czytam samoopis, który oczywiście w mniejszym lub większym stopniu jest autokreacją. Wiem, że nie dowiaduję się z niego jaki jest człowiek, raczej zyskuję wiedzę jak chciałby być przez innych widziany. Niektóre opisy blogerskie brzmią jak nęcące teksty z biur matrymonialnych. No i dobrze, każdy pisze jak umi …

Highlanes Gallery Drogheda 2 (3)

… czytając samoopisy z instalacji Nanigian ani razu nie poczułam niechęci do autora wypowiedzi, bez względu na to ile w nim było niepodobieństwa do mnie samej. Szczerość, prezentacja za którą nie ma żadnej nagrody budzi natychmiastowe współodczuwanie w stosunku do drugiego. A przynajmniej tak poczułam. Wyszłam stamtąd w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nasze światy czasami się dotykają i jesteśmy wszyscy jak tańczące na wietrze, mydlane bańki.

Autorka jest postacią zdecydowanie nietuzinkową. Menagerka z Bostonu, która na pewnym etapie życia postanowiła wziąć sobie do serca swoje własne rady i zdecydowała, że jeśli teraz nie zacznie być artystką, o czym zawsze marzyła, to kiedy? 🙂 Z ogromnego zdjęcia patrzyła na mnie kobieta z czerwonymi ustami, wyprostowana jak stara arystokracja, osoba, której niestaranną kreskę wokół oka uznałam za coś zupełnie na miejscu, działanie zamierzone. Takim widokiem galeria mnie pożegnała, jeszcze tylko mała ankieta, czy mi się podobało i skąd jestem. Podobało mi się, jestem stąd 🙂

Tak że ten … przedpołudniowy wtorek uaktywnił mi tęsknoty za byciem twórczą i błyskotliwą. A miałam na sobie akurat mundurek pracowniczy, niezupełnie doprany. Tzn. góra obleci, ale spodnie trzeba już dać do pralni chemicznej. I piszę to wyprzedzając komentarze, że w galerii byłam, bo mam czas i szczęście. Galerianka taka. Czas faktycznie miałam, bo do zmiany popołudniowej były dwie godziny. To sobie poszłam w nie za czystych spodniach.

Piszę to wszystko spod kordełki, bo ostatnio w mieszkaniu bardzo marzną mi stopy, paluszki mam jak sople lodu. I tak zastanawiam się ilu czytających tutaj też chciało/chce być twórcami.

Co tworzysz?
Jakie talenty zakopałeś i teraz robisz dziurki pod drzewami w ich poszukiwaniu?
Kim jest według Ciebie artysta?
Kto jest artystą, a kto nie jest, może jakieś przykłady?