Archiwum kategorii: opowieści domowe

Late bloomer.

Zabrałam dzisiaj mamę na spacer po mojej wsi – gadałam do telefonu machając nim na lewo i prawo i pokazując jej to i owo. Tak wymyśliłam, bo ostatnio spacerować sama nie lubię, a mąż-mój-i-chłopak godzinę wcześniej pojechał był do pracy. Przed wyjazdem powiedział mi, żebym coś napisała, żeby go rozweselić. I szkopuł jest w tym, że pomimo dobrej pogody mam jakiś zamuł, a kawę powinni mi podawać przez port dożylny. Czym mogę Cię rozweselić, mój Kochany? Może Morze przed pełnym przypływem wyglądało tak:

A bardziej w ruchu tak:

Chciałam mamie pokazać jakąć meduzę lwią grzywę, ale akuratnie w meduzy nie obrodziło, za to w chusteczce do nosa przytargałam do domu jedną skorupkę. Trzymam je w słoiku, bo to typowe dla ludzi takich jak ja (w Polsce na parapecie kładłam kamienie):

I jeszcze zauważyłam, że ustawiono rusztowanie pod tym uroczym domem, którego strzecha zarosła już mchem:

Morze Może znów napełni się życiem. 65 lat temu kręcił się w jego pobliżu Rock Hudson:

W zasadzie miałam nie o tym, ale o czymś zupełnie innym. To jest tort, którym poczęstowali nas wczoraj nasi przyjaciele:

Zdmuchnęłam świeczkę, bo to ja byłam solenizantką. Dzień wcześniej pracowałam, ale też było bardzo miło – koledzy wręczyli mi róże w doniczce i voucher tk-maxxa, który natychmiast spożytkowałam na różowaty berecik Diefenthala i koszulę Hilfigera. Kraciasty sprezentował mi bukiecik podobny trochę do ślubnego. Nie piszę tego, aby ktoś składał mi życzenia, bo facebookowa aplikacja pokazująca nam kto ze znajomych i co dzisiaj obchodzi bardzo mi procedurę życzeniową obrzydziła – więcej z tym kłopotu, niż przyjemności 🙂

Mam 44 lata i 2 dni. Nigdy nie robiłam hucznych urodzin i nie chciałam takich mieć, nie dlatego, że przygnębiał mnie upływający czas, po prostu … nie uważałam tego za ważne. Zawsze było miło, gdy ktoś pamiętał, ale liczba osób, które chciałabym, żeby pamiętały, jest niewielka. Bieg czasu jest oczywisty, ostatnio bolą mnie części, które nie powinny, choć z drugiej strony nie bolą te, które powinny. Czym innym jest jednak starzenie się ciała, a czym innym poczucie tego kim się jest. W psychologii obowiązują podziały na etapy w życiu – widziałam te tabelki i pamiętam jakie uczucie towarzyszyło mi przy ich oglądaniu: niedopasowania, ale też buntu. Nie mieściłam się nigdy jak należy, wszystko zaczynałam za późno i ogólnie rzecz biorąc fatalnie pominęłam jazdę obowiązkową od razu przechodząc do miłości 😀 . Pamiętasz tę scenę z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”:

Przepraszam, że taka smutna, ale ona zawsze mi się przypominała, gdy ktoś, zanim jak Pambu przykazał wybrałam zamęście, wygłaszał mi moralizatorskim tonem, że wymiguję się od pełnienia jasnych ról społecznych, gdy tymczasem „on/a w moim wieku …” (inna sprawa, że pouczenia tego typu dostawałam głównie w internecie). Nigdy nie chciałam być trybikiem, Adasiem Miauczyńskim, który wprawdzie robi, co ma do zrobienia, ale poza tym ma pseudorelacje z ludźmi. Myślę zresztą, że nikt, zapytany, tego nie chce. Ludziom pseudorelacje zdarzają się po drodze, zazwyczaj gdy zawzięcie realizują cudzy plan na własne życie.

Kilka lat temu nie robiłam podsumowań i nadal nie widzę puenty na swoje eciepecie-lecie. Jestem late bloomer i bardzo mi z tym dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Piszę to wszystko dla tych osób, które czują niepokój, bo im się zdaje, że coś już powinno się wydarzyć, a się nie wydarza. W życiu nie ma „powinno”. Jest to, co jest. Pomyśl sobie czego naprawdę pragniesz. Albo pomyśl sobie „ale ona to jest naprawdę stara”. Zawsze można wybrać 🙂

Reklamy

Za oknem wiatr, w środku ciepło.

Przed południem wpadła nam do domu przez otwór w drzwiach przesyłka z Polski. Teściowie dbają o analogową tradycję, nadal wysyłają myśli na papierze. Dostaliśmy pocztówkę przedstawiającą piekarnię Sarzyńskiego w Kazimierzu i starannie zapakowany, nowy tomik Cz.M. Szczepaniaka. Na pierwszej stronie precyzyjnie doklejono wiersz o Michale, który już tutaj publikowałam.

Rysiu przedstawia więc tomik wierszy, który dzisiaj wieczorem przeczytam, „Zabrałem milczenie, słowo daję”, niszowy nakład mamiko.pl:

Oprócz wklejki, na pierwszej stronie jeszcze kilka słów skreślonych ręką teścia. Ładny prezent na taki dzień jak dzisiaj. Wieje straszliwie, krzew po drugiej stronie drogi gnie się do ziemi i walczy. Gniewa mnie bardzo, że w taką pogodę Kraciasty musiał jechać na zachodnie wybrzeże. Jest już w drodze, zabrał ze soba ciepłą kurtkę i śpiwór, tak na wszelki wypadek. Może go jeszcze zawrócą.

Przyglądam się ostrzeżeniom pogodowym. Hrabstwo Sligo ma do godziny szóstej ogłoszony alarm żółty (podobnie jest u nas), ale już w sąsiadującym z nim Mayo jest alarm pomarańczowy ogłoszony na całą najbliższą noc. Prognozy dla wybrzeża przestrzegają przed dziesiątką. Rysio wcale nie śpi, zakopał się w kołdrę, tylko czasami podnosi głowę i łypie na mnie okiem. Dobrze, że mam dom mamo, bez domu co by ze mną było? Wiatr bawi się jakimiś metalowymi wihajstrami, czasami z całą siłą próbuje staranować drzwi wejściowe. Znajduję na półce jeszcze jeden tomik Szczepaniaka, „Zapisz jako Wleń”, przysłany nam przez teściów w grudniu zeszłego roku, wydany w nakładzie 30 (!) egzemplarzy. W środku jest kilka rodzinnych zdjęć i nadryziony opłatek. Kawa, poczytam, poczekam.

Zapachniało jesienią.

Ryszard coraz częściej po porannym posiłku nurkuje w rozkopanych pieleszach naszego łóżka, w tk-maxxie, w którym zazwyczaj robimy zakupy ubraniowe, pojawiły się już czarne koty, trumienki i płyty nagrobne, na filmiku Stacey są pierwsze dynie. Lubię jesień. Kiedy mieszkałam w Polsce, po pracy wychodziłam z herbatą na ławeczkę, żeby wygrzać się w zachodzącym słońcu, a o tej porze roku nabierało to wyjątkowego znaczenia. Tutaj jest trochę inaczej – deszcz zachęca do siedzenia przy kawie i wyglądania przez okno z jakiegoś ciepłego pomieszczenia. Dostosowujemy się. Niedługo mój ciemnozielony płaszcz wróci do łask 🙂

Co jeszcze się robi? Rozwiązujemy drobne problemy związane z naszym wyjazdem. Kraciasty uśmiechał się do siebie siedząc przed komputerem, bo dostał zaproszenie na wernisaż i chce napisać, że nie może, bo tego dnia ma ślub, swój własny. Czytam recenzję przekładu książki Olgi Tokarczuk – „Prowadź swój pług przez kości umarłych” po raz kolejny wydano po angielsku. Przy okazji myślę o Eileen, pobieżnie przeglądam jej artykuły w The Irish Times. Wieczorem zacznę pakować walizki … buty, prezenty, trochę tego jest do upchania. Jestem po dwóch długich dniach w pracy, a słońce schowane za chmurami nie zachęca do szalonej aktywności (warto spojrzeć na kota). Więc na tę chwilę zalegam na krześle, nadrabiam oglądanie filmików na youtubie i obserwuję jak Kraciasty robi kotlety mielone i gulasz. Odkładam na później pisanie o opętaniu i egorcystach. Sądzę też z falowania mojej energii, że nie będzie mnie tu jakieś dwa tygodnie. Mam nadzieję na powrót z ciekawymi zdjęciami z Polski. Zostawiam Tobie, Czytelniku, fotografię z Politajewa, przy okazji uświadamiając sobie, że nie byłam tam przez cały 2019 rok. Zrobiłam ją 11 listopada 2 lata temu. Dbaj o siebie i pamiętaj, aby dzień święty święcić. Do poczytania 😉

Instagram: @świechna

Dobranoc, mały piesku.

Kraciasty w piątek zjechał do domu w Polsce, a dzisiaj przed południem przekazał mi smutną wiadomość. Umarła nam Bobisia, ostatnia z Koszykarek. Miała 14 lat, od dłuższego czasu była bardziej niż bardzo schorowanym psem, przetrwała jednak wiosnę i miałam nadzieję, że zobaczę ją raz jeszcze. Była już głucha, prawie ślepa i było jej na tym świecie trochę samotnie bez innych Małych Psów z którymi w młodości bawiła się na podwórku. My ludzie też tak mamy, starzejemy się i mijamy podobnie. Kraciasty tego nie pamięta, ale kiedyś, gdy wracało się do domu, Bobisia, choć chorowała większość swojego życia, była najweselszym z psów – kręciła kikutkiem ogonka na wszystkie strony i robiła rundy honorowe naokoło mieszkania aż do palpitacji serca. Kiedy jeszcze nie bolały jej zęby i słyszała odgłosy gryzionego jabłka, pędziła do jabłkożercy i domagała się ogryzka jakby to był najprzedniejszy stek wołowy. Najbardziej kochała swoją ciocię Wacławę (psa, który gustował raczej w surowej marchewce i kiszonej kapuście) i babcię Marysię (człowieka pod którego nogami Bobisia lubiła wylegiwać się w kuchni) – z nimi spędzała najwięcej czasu. Nie wiem, co tam układała sobie w swojej psiej głowie, ale mam nadzieję, że byliśmy dla niej dobrą rodziną i że w większości sprawowaliśmy się jak trzeba. W końcu urodziła się w domu pod lasem i to on, to my byliśmy jej całym światem. Teraz leży w swoim koszyku niedaleko cioci Wacławy, Muszki II i czarnego Grahamka, a ja popłakuję jak głupia pisząc to wszystko … dobranoc, mały piesku.

Jedno zdjęcie. Parhelion.

Długa plaża w Clogher, wczoraj po godzinie 20-tej.

Słońca poboczne powstają na przecięciu kręgu parhelicznego i łuków Lowitza, gdy promienie światła załamują się na kryształkach lodu w wyższych, chłodnych częściach atmosfery. Te, które sfotografowałam wczoraj, przypominały na żywo małe fragmenty tęczy. Ciekawa jest nazwa tego zjawiska w języku angielskim – sun dog. Słoneczny pies. Jego etymologia (pochodzenie) jest niezbyt jasna. Dog jako czasownik może oznaczać podążanie za czymś. Ale jest również hipoteza łącząca to słowo ze skandynawską mitologią z którą świat wyspiarzy stykał się wielokrotnie (inwazje Wikingów na wyspy Brytyjskie powtarzały się od VIII wieku aż do roku 1066 i podboju w wykonaniu Wilhelma, francuskojęzycznego potomka wielkiego Rollo, najeźcy z północy). Podobne zjawisko w językach skandynawskich to: solhunde (duński), solhund (norweski), solvarg (szwedzki) … wilk, który goni za słońcem, aby je zjeść?

Wilkowi i tym razem się nie udało, bo wstał kolejny, letni dzień. Próbujemy sprzątać … próbujemy, jest po czwartej, a ja nie czuję, żebym zrobiła coś pożytecznego, poza obiadem, a w tym przypadku kaczka upiekła się prawie sama. Myśl o odkurzaczu nie nastraja mnie romantycznie. Za oknem absolutny spokój, czas przetacza się leniwie, tak sierpniowo jak to tylko możliwe. Kraciasty ma na sobie flanelową koszulę, bardzo podobną do tej Michała.

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r” w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Foki w porcie.

Foki w porcie (1)

W poniedziałek byliśmy w mieście Sligo. Zajrzałam tam do ruin Sligo Abbey (5 ewrów), widziałam monument upamiętniający Czasy Wielkiego Głodu (z portu w Sligo w latach 1847-51 wyruszyło w świat 30 tys. ludzi) i czaplę polującą w rzece Garavogue, a z daleka wapienny nos góry Ben Bulben. Może jeszcze o tym Sligo napiszę, albo może o Yatesie, bo widziałam też metalowe ptaki 😉 Na chwilę niech będzie jednak zmiana klimatu. Wszędzie gdzie nie spojrzeć drama i echa odszczekiwania po dokumencie Sekielskich. Odszczekał Głódź, odszczekał Knabit, rwetes, bo dogorywa duży zwierz. I w związku z tym wiesz co … ta ja pokażę Ci foki.

Wczoraj po mojej pracy zajechaliśmy do portu, tym razem nie po zupę, tylko w nadziei, że foki cały czas tam są, pomimo tego, że morze było o wiele bardziej niespokojne niż ostatnio.

Foki w porcie (2)

Kutry już rozładowane, kołysały się w zacisznym miejscu, ale molo opływał całkiem żwawy, chłodny prąd z głębi morza. Oprócz kutrów zuważyłam też łódź ratowniczą, klasy Shannon (nówka nie śmigana, ta na dole zdjęcia):

Foki w porcie (2a)

Kraciasty stał i fotografował …

… takie różne zwierzątka:

Foki w porcie (6)

Foki w porcie (5)

Foki w porcie (4)

Foki w porcie (3)

Dzień dobry, mam na imię Irenka 😀

Na tym filmie widać, jak mglisty było to dzień. Nie ma śladu po górach, które przy przejrzystym powietrzu widać było ostatnio na horyzoncie:

Zresztą dzisiaj już niebo na nas trochę spadło i przez to musieliśmy chodzić pod wielkim parasolem. Na szczęście mam chłopaka-narzeczonego-prawie męża, takiego wymarzonego, który potrafi mi wypatrzyć w sklepie sweterek firmy Missoni i mogę do niego powiedzieć „zawiąż sobie glana”, więc on mi ten parasol potem nosił. A wracając do wczoraj, gdy patrzyłam jak światło wędruje po tafli morza dotarło do mnie, że za miesiąc będzie najdłuższy dzień w roku, a wg celtyckiej tradycji lato zaczęło się ponad dwa tygodnie temu, wraz ze świętem Beltane.

Foki w porcie (7).jpg

U mnie tradycyjnie wszystko do tyłu, sukienki ślubnej szukam i szukam, a znaleźć nie mogę. Niby mam takie założenie, że będzie do kolan, ale akurat jedyna, która trochę mi się podoba jest do kostek … więc … nie wiem. Babcia mi dzisiaj powiedziała przez telefon, żebym się tym nie zamartwiała. Ona miała pożyczoną, po koleżance, która hajtnęła się miesiąc wcześniej. Muszę się zapytać jak ta koleżanka miała na imię – lubię wiedzieć rzeczy o które nikt inny nie pyta. Szkoda, że zdjęcia z tamtego ślubu nie wyszły…
Dobrej nocy.

Życie jest piękne.

Port Oriel (1)

Sądziłam, że dni będą na tyle intensywne, że się raczej nie odezwę, ale … różne są niespodzianki, na przykład sobota taka jak dzisiaj, którą chcę zapisać. Słońce dodało mi energii, do tego zmiana w pracy przyzwoicie krótka. Wypiliśmy z Kraciastym popołudniową kawę w znajomej Coście i po zakupach pojechaliśmy do „naszego” portu „zorganizować” obiad. W porcie zaś tak:

Na miejscu mijaliśmy dużo spacerowiczów, ale to przede wszystkim miejsce pracy lokalnych rybaków i krajobraz pachnący rybką 😉 Betonowy mur chroni zacumowane kutry przed wysokimi falami, które zdarzają się na tych wodach dość często:

Port Oriel (2)

Wiedziałam, że w porcie są foki, nie sądziłam tylko, że zobaczymy je tak od razu. Początkowo podekscytowałam się, że widzę w wodzie focze łebki, ale po chwili odrzuciłam tę myśl, biorąc je za pływające boje. Kiedy doszliśmy do końca mola, po prostu się nam ukazały, żeby rozwiać nasze wątpliwości. Wielkie nosy szarych fok, Halichoerus grypus, przepiękne, duże zwierzęta, spokojnie unoszące się na wodzie.

Byliśmy na to zupełnie nieprzygotowani i lepiej wychodziło mi fotografowanie tafli wody niż samych fok. Prosz badzo,  krajobraz jaki już znasz z tego bloga, widok na piękny świat na północy, gdzie dostałam od Kraciastego pierścionek:

Port Oriel (3)

Gdyby nam pomysł na chowdera nie kręcił dziury w brzuchu pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej. A tak z zupą zapakowaną do kubków zjechaliśmy do domu i mogłam zadzwonić do mamy, gdy Kraciasty ściągał mi spodnie.

Wiatr jest ledwie odczuwalny, widoczność wspaniała po wielu dniach zasnutych mgłą, niedziela będzie nie dla rodziny, bo jutro oboje wybywamy, żeby popracować. Mam taki plan, że w poniedziałek zabiorę się z Kraciastym do Sligo na zachodnim wybrzeżu, ale to się jeszcze okaże. A z rzeczy bliższych, na drugie będzie kalafior w sosie beszamelowym. I film Sekielskiego – pod warunkiem, że nie siądą łącza. Jeśli okaże się ciekawy, jeszcze tu o nim wspomnę.
Dobrego wieczoru 🙂

Port Oriel (4)

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.