Doris.

Tego wieczoru wyoglądaliśmy ostatnie trzy odcinki rosyjskiego „Mistrza i Małgorzaty“. Wcześniej kupiliśmy w sklepie takie niezbędniki jak pizza z krewetkami, kocie chrupki walczące z kamieniem nazębnym i bazyliowe pesto pierwszej świeżości tylko do osiemnastego. W drodze do sklepu na chwilę skręciliśmy na plażę, akurat żeby zdążyć przed zachodem:

collage 12.02

Dwa powyższe zdjęcia dzieli kilka minut. Na naszych oczach zapadł zmrok, morze w odpływie zaczęło się zlewać z niebiem, a na horyzoncie coraz lepiej widać było światła sąsiednich miasteczek. Zanim zupełnie się ściemniło, zdążyłam zrobić dość wyraźne zdjęcie Doris, królowej naszego wybrzeża:

collage 12.02 2

Doris Bleasdale 12-31 jest łodzią klasy Mersey. Być może na pierwszym zdjęciu nie jest jakoś szczególnie imponująca (na drugim jest obok swojego hangaru w którym odpoczywa), ale rozwija prędkość 16-17 węzłów, a jeśli ktoś widział tutejsze sztormy, od razu nabiera szacunku dla każdej rzeczy, która w taką pogodę pruje fale. Może raz czy dwa obserwowałam ją w oddali na spokojnym morzu (w czasie sztormów to ja śpię z kordłą naciągniętą na głowę), raz jak wyciągano ją na brzeg i transportowano plażą do hangaru, gdzie po umyciu brzuszka zasypiała do następnej przygody. Czytam, że już w czasie pierwszego półrocza służby pięć razy wypływała, żeby ratować marynarzy w potrzebie, oraz że ten rok będzie dla niej ostatnim u nas. Po 26 latach Doris ma odejść na emeryturę 2 czerwca. Jeszcze chwilę zostanie jako wsparcie dla młodszej koleżanki, po czym powędruje do Poole w hrabstwie Dorset, gdzie będzie częścią floty rezerwowej. Zastąpi ją nowa, szybsza łódź klasy Shannon. Trudno w to uwierzyć widząc jaka Doris jest gładziutka i zadbana, bez ani jednej plamki rdzy na kadłubie … no cóż … siedzę po północy (za dużo kawy) i piszę o łodzi ratowniczej. Nawet jest mi trochę smutno, że już niedługo będziemy ją żegnać. Wieczór był łagodny, teraz słyszę, że wzmaga się wiatr. Wyobrażam sobie, że łodzie, jak marynarze, wolą walczyć z falą niż rdzewieć w spokojnym porcie, więc może właśnie Doris zwodowano i kręci się przy wybrzeżu oświetlona różnymi błyskotkami. Ktoś tam nie śpi i być może nawet jest z tego powodu bardzo zadowolony, jak nasz sąsiad, który w czasie sztormowej pogody zamiata przed wejściem do domu. Kraciasty mówi, że robi „klar na pokładzie“. Klar na pokładzie. No dobrze. Ja, pomimo wypitej kawy, zamierzam teraz wskoczyć do wyrka bez zrobienia uprzednio klaru i bez wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrej nocy. Tobie również, mała łódko.

Werbeanzeigen

Pierwszy tydzień lutego.

Raczej nie zrobię z tego reguły na początek każdego miesiąca – zwyczajnie nie umiem znaleźć innego tytułu …

Dzisiaj wolne po czterech dniach pracy, a ponieważ nic się nie dzieje wszystko Ci o tym opowiem. Myślałam, że pojedziemy do Beaumont, ale się okazało, że dzisiaj było wczoraj. Faktycznie więc w deszczowy poranek wczoraj wybraliśmy się do szpitala. Pomimo tego, że przed wjazdem napotkaliśmy strajkujących, wszystko, co miało się odbyć, odbyło się ekspresowo. Rachu ciachu i nawet zdążyliśmy wrócić z Dublina, zjeść na mieście i kupić kuwetę (dwie ostatnie rzeczy w odwrotnej kolejności … a mieliśmy na co zdążać, bo każde z nas udawało się do pracy).

20190205_123301
jedzenie i ziaziu. za oknem deszcz.

Albowiem Rysiu z nami od dwóch nocy śpi i doszliśmy do wniosku, że wywalanie go za każdym razem, gdy chcemy wyjść jest nieludzkie. Jeszcze słowo wyjaśnienia kim jest Rysiu. Jest to kot, którego poznałam pod koniec lipca zeszłego roku. Nakarmiłam i wypchnęłam za drzwi. Tak się obraził, że kolejny raz przyszedł do nas … 17 stycznia. Dostał saszetkę, która czekała na niego od poprzednich wakacji, i od tego czasu jesteśmy rodziną. Wracając do wczoraj … przy wywalaniu nieomal doszło do łapoczynów, po których z okien samochodu obserwowałam jak smutno kuśtykający kot, po chwilowym fochu, potuptał nazad pod drzwi. Pogoda była wstrętna, a my mieliśmy wyrzuty sumienia. Tak więc na 2.30 ja do roboty, a Kraciasty z kuwetą w bagażniku do Omagh, również nie na wczasy. Przed pracą tłumacząc sobie, że to będzie fujowy dzień kupiłam na pocieszkę dwie koszule w TK maxie, granatową w białe papierowe samoloty (tom tailor denim) i białą w granatowe dmuchawce (kew 159).

20190206_121010

Tymczasem dzień był robotniczo spokojny, w pracy zastałam Elaine, która wszędzie widzi jedzenie i nie omieszka się nim poczęstować (gdy mówi: I see food, wszyscy wiedzą, że przyszedł kres dla cudzych makaronów, mięsiw, ciasteczek i gorącej czekolady z bitą śmietaną) oraz inną miłą dziewczynę, dzięki której nie musiałam wieczorem po pracy łapać taksówki. Przed domem kota brak – ze smuteczkiem przelewałam gulasz zrobiony przez Kraciastego do pojemników i robiłam to bardzo zamaszyście, tak żeby zapachy kraciastych efektów kulinarnych rozeszły się po całej wsi i sprowadziły małego żebraka do domu. Nawet napisałam esemesa, że kota nadal nie ma. Ale czy kot może zrezygnować z darmowej saszetki? Akurat! Wrócił chwilę po 21-ej, opylił rybki w galarecie w minutę i zasnął, menda jedna, w swoim ortopedycznym łóżeczku dla kotów, które Kraciasty kupił mu z marszu kilka dni temu …

collage koci
Rysiu dzienny i Rysiu wieczorny.

Ponieważ we wtorek byliśmy tam, gdzie mieliśmy być w środę, dzisiaj był czas na bardzo powolne, poranno-południowe zwlekanie się z wyra i obiad w ramach śniadania. Jęczałam miłemu żebyśmy wyszli na słońce, więc Kraciasty wpadł na pomysł wyjazdu do Carlingford (miasta, nie na górę). Tak też uczyniliśmy, oczywiście dłuższą drogą, z widoczkami, przez Omeath i tak dali, gdyż tacy już jesteśmy. W zasadzie zawsze, gdy tam zajeżdżamy, robię zdjęcie temu widokowi po drugiej stronie Carlingford Lough:

20190206_163544

Akurat był odpływ. Spotkaliśmy się też ze znajomą i zjedliśmy z nią obiad w pubie na Newry St. Był to dzień bez śniadania, za to z dwoma obiadami. Spokojny, dobry dzień z widokami.

Poranki coraz częściej mówią o wiośnie, wieczory bywają zasnute zimnym deszczem, jak teraz. Spanie z nowym kotem jest bardzo niewygodne, bo się człowiek nie chce za wcześnie ujawniać ze swoim nocnym syndromem niespokojnych nóg. Naokoło nas życie przynosi nowe sprawy. Po paznokciach widzę, że dokucza mi anemia, znajoma twierdzi, że po prostu przystosowuję się do klimatu. Może być – trzeba w każdym razie zapaćkać paznokcie farbką, bo mnie ich widok denerwuje. W poniedziałek wieczorem rozmawiałam z mam. Umarł wujek z podkręconym wąsem. I Bobisia coraz słabsza, nadal zasmarkuje podłogę, nie wiadomo, czy dotrzyma do wiosny. Tak to u nas jest. Może jeszcze przed snem obejrzymy kolejny odcinek „Mistrza i Małgorzaty“, bo na gitarze w czasie Tunnel of Love już zagrałam:

Pierwszy tydzień.

Uniosłam się w powietrze nad zielonymi polami, podeszłam do lądowania nad białym miastem, cały czas z katarem, który złapałam w pierwszy dzień roku na plaży. Teraz jestem daleko od wybrzeża, za to kilka metrów od lasu. W domu pomimo to taka sztuczna choinka:

20190105_013851

… która wywróciła się po raz kolejny, akurat gdy przyjechałam. Choinka jest ze skłonnością do upadku, dlatego ma plastikowe bombki. Od wczoraj siedzę w domu rodzinnym, wygrzewam się, objadam maminą kuchnią (dzisiaj była wątróbka), chodzę na bosaka po łazience z podgrzewaną podłogą, oglądam brytyjskie adaptacje Christie, które uwielbiam i prowadzę zdalne konferencje z Kraciastym chorującym na Ursynowie. Sama czuję się na tyle słabo, że i jutro raczej nie planuję wychodzić na świat. Wyjechaliśmy z naszej Irlandii chorzy, dom zastałam ciepły, z kotami okupującymi każdy swoje miejsce (Mruczuś bezceremonialnie włazi mi do łóżka), z tatą uczącym się obsługiwać glukometr, z jednym psem bardzo chorym, zasmarkującym podłogę (ale może to nie rak), z drugim bez apetytu, z mamą po chorobie i babcią, która ma lepsze i gorsze chwile. Być może dżentelmen, który przesypia noce w kartonie przy mojej głowie, ma coś wspólnego z cykliczną wywracalnością choinki:

wojtuś

To jest Wojtuś (przypomina mi, że w tym roku muszę zamknąć serię o włosach w kawie). O pnączu znów zapomniano i tata leczy je z przesuszenia. Tak oto ma się stan na pierwszy tydzień roku … który zazwyczaj pełen jest postanowień. Ja zamiast tego wolę drobne zmiany. Na blogu zauważysz może z czasem dwie nowe kategorie, psychologia i filozofia – dziedziny, które mnie interesują … pojawią się, gdy poczuję, że pora napisać o pomocowości, plenieniu się psychologii pozytywnej czy pseudonaukowości. Takie tematy kuszą mnie, gdy na blogowisku czytam frazesy 🙂 Ale nie zacznę tego roku z kopyta,  następne będą wieści z Ursynowa do którego najpierw muszę jakoś dojechać … może będziemy w stolicy patrzeć przez okno we troje, ja Kraciasty i kot-gospodarz.

Jak spędziłeś/aś te ostatnie dni? Jakieś oczekiwania na nowy rok, realistyczne plany, spodziewane radości? Trzymasz się postanowień, czy ciasteczka już się kruszą?

swiechna-instagram 2018

O wodzie, o trawie, o lesie …

wspomnienia 1

I jak tam, pieróg już sklejony?

Gdy zakładałam tego bloga był styczeń, zrobił się grudzień … nie wiem kiedy, śniegu ani widu ani słychu, śpimy przy otwartym oknie z deszczem do wtóru – w pokoju duszno, jak polskie przedwiośnie ta irlandzka zima. Żeby zobaczyć śnieg wchodzę na żubry online (zawsze mnie zastanawia liczba oglądajacych live. 38 mln Polaków, a nas 150-200 … kim jesteśmy? z jakiej niszy intelektualnej przychodzimy? jakieś punkty styczne? wyczuwam świetny materiał do badań socjologicznych) albo do archiwum fotografii. Dawaj więc przebijać się przez zdjęcia zimowe, żeby wyłumaczyć Ci, że ja tam lubię zimę i spędzam święta tak a nie siak z określonego powodu… zdjęcia rodziny, choinek, smażonej kapusty, rąk mamy, psich mord uwalanych śniegiem, babci siedzącej przy stole i wpatrującej się w dal, kocich tyłków wypiętych na kocach, fruwającej dziczyzny, szarych dni okraszonych śniegiem … tych szarych zdjęć jest sporo – to spacery z tatą …

wspomnienia 2

W trakcie pojawiła mi się jednak refleksja, że ja tego wszystkiego wytłumaczyć nie umiem. Nasze doświadczenia są jednostkowe, każdy z nas jest jaki jest, spędza święta jak umi, każdy nosi ze sobą swoje oczekiwania i niepokoje, doświadczenia i marzenia – za dużo tego, by złożyć to w całość w jednym poście. Czym innym jest gdy „coś się w taką w czapkę wystroiła“ powiedziała nam kiedyś mama, a co innego, gdy powiedział to kot. Masz kota, który do Ciebie mówi? Prosz bardzo:

wspomniena 3

Takie rzeczy kształtują nas jako ludzi, nie jakieś tam pierdele o wartościach. Ile masz np. wspomnień ze spacerów z tatą, ile masz zdjęć butów, gdy idziecie razem … albo nieistotnych widoczków, rozmazanych, które normalnie powinno się wykasować, bo przedstawiają nic? Ile masz taki obrazów w swoich zwojach? Teraz sobie przypominam siebie na sankach w jakimś przeogromniastym futrze, dziadek ciągnie sanki, ma na głowie beret i śmieje się do aparatu. Zamykam oczy i widzę, że błyska do mnie złotym zębem. I dźwięk płóz, gdy trafiały pod płytkim śniegiem na kamień. Pamiętam płynny klej, który wychodził poza ramki i brudził papier wycinankowy z którego robiłam łańcuch na choinkę. O jak mnie to wkurzało! Cała ja. Jeśli Ty masz inne obrazy, jakiekolwiek by one nie były, to właśnie one składają się po ziarenku na Ciebie.

wspomniena 4

Nasze prezenty, nasze plamy na obrusie, zapach domu, wszystko to przyczynia się do tego, że dzisiaj ja potrzebuję święta spędzać tak, a Ty być może inaczej, albo wcale. I nie ma co do tego dorabiać ideologii – z lubieniem świąt jest jak z lubieniem ludzi … są tacy, którzy nie lubią i tu też nie ma czego tłumaczyć.  Rób albo nie rób, strzeż się jedynie najgorszego rodzaju istnienia: robienia tego, co nam się zdaje, że oczekują od nas inni. Nikt nie zwróci nam czasu spędzonego na takim gównie.

Do archiwum zdjęć zimowych właśnie dodaję kolejne, sprzed północy. To jest Kraciasty. Kraciasty jest niewierzący i robi bigos na nasze pierwsze wspólne boże narodzenie w tym domu:

22 grudnia 2018

Akurat w odtwarzaczu leciał Nohavica … spatřil jsem kometu, chtěl jsem jí zazpívat / o vodě, o trávě, o lese / o smrti se kterou smířit nejde se … zobaczyłem kometę, chciałem jej zaśpiewać / o wodzie, o trawie, o lesie / o śmierci z którą trudno się pogodzić … 

No i się porobiło melancholijnie … ten obraz  i dźwięk już zostanie, dorzuca we mnie dobre ziarenko. Jeszcze deliberujemy nad rodzajem ryby na wigilię, choinki nie będzie, może jakieś światełka … gdzieś … takie, które można świecić cały rok (jestem zwolenniczką całorocznych światełek bożonarodzeniowych!). W pracy nucę pod nosem, gdy lecą te dwa kawałki, może chcesz posłuchać ze mną:

The Pogues – Fairytale of New York

The Darkness – Christmas Time

Wiem, że u Ciebie może być różnie. Trudno udawać radość, gdy jej brak, może Twoje ziarenka są gorzkie, wkurwiające i jest ich za dużo. To całkiem możliwe i umiem to sobie wyobrazić. Przechodząc do życzeń … kilka lat temu dostałam na facebooku życzenia następujące:

Kochani, a że jak co roku słyszę oburzenie, że ja nieKatoliczka śmiem obchodzić święta, więc jako i w tamtym roku…
Z okazji owego pogańskiego święta przesilenia/urodzin Mitry (i wielu innych bogów), który to czas przywódcy chrześcijańskiego kościoła przejęli jako datę urodzin domniemanego założyciela ich kościoła, który – o ile istniał – powstydziłby się dziś tego co powstało (i jak powstawało) na jego naukach…
ale o czym to ja…aaaa 🙂

Z całego serca życzę udanej kolacji przy
12 potrawach – rodem ze wschodnich pogańskich religii- symbolizujących 12 miesięcy,
z siankiem pod obrusem – zapowiadającym udane zbiory,
z daniami (groch z kapustą, faworki, bliny, matwiełki, kutia) będącymi – w przeszłości- pokarmami jedzonymi właśnie na grobach bliskich (Kościół walczył z owymi praktykami i stąd wzięła się wielkanocna święconka, która zastąpiła ofiarne kosze z jedzeniem),
z wolnym miejscem przy wigilijnej wieczerzy nie dla niespodziewanego gościa, a dla duszy z obrzędów wschodnich (które to dusze mogły sie kryć pod stołem, stad zwyczaj pukania w niemalowane),
przy jemiole – tradycji z antycznego Rzymu,
przy choince – świętym drzewku druidów, które to kościół – zniszczywszy pogańskie religie – przejął, twierdząc, że to symbol tego niby Twórcy chrześcijańskiego kościoła, niby urodzonego w czasie przesilenia, z niby dziewicy. 🙂

I zdrowia na następny rok życzę, coby lekarze nie musieli ingerować w boży plan ratując człowieka.
Buźki

Sporo treści tu się mieści i mój ulubiony walor edukacyjny jest. Od siebie dodam dwie rzeczy. Każdy czas jest odpowiedni na dobre życzenia i posiłek z ukochanymi, więc dzisiaj czy 24-go nie jest gorsze od innych dni. Po drugie, życzę Ci tego samego, co Ty mnie – jeśli to są dla Ciebie radosne święta, mniejsza o ich nominację, cieszę się razem z Tobą, jeśli jest Ci ciężko, trzymaj się tam, nie rezygnuj.
Wesołych świąt.

_______________________________________________
Pierwsze 4 zdjęcia zrobione 28.XII.2009, 1.I.2014, 16.I.2015.

Jedno zdjęcie. Nostalgia.

żurawie nostalgia wrzesień

Dom, 21 września 2013, około południa.

Dziesięć kropeczek na niebie to żurawie. Przyciągnęły mój słuch swoim klangorem i obserwowałam z aparatem jak kołują nad naszym domem na Dolnym Śląsku. Najpierw unosiły się nisko, potem coraz wyżej, aż ich sylwetki spowite zostały przez chmury i zniknęły. Jeszcze przez chwilę pozostało echo ich głosów.

Zdjęć mam kilka, bardzo wyraźnych z kształtami ptaków odciętymi na tle nieba, zdradzającymi gatunek. Wybrałam z wielu to z łysiejącą lipą, która rośnie na środku podwórka i swoimi korzeniami rozsadza ocembrowinę głębokiej studni. Studnia, która nigdy nie wysycha, nawet w tym roku dzielnie walczyła o przetrwanie. Lipa pęka w środku, każdej jesieni zbierają się w jej sercu gnijące liście, które mój tata usuwa coraz bardziej zmartwiony jej lipnym stanem. Naokoło tego zdjęcia sprzed pięciu lat jest wiele innych fotograficznych wspomnień, bardziej nasyconych światłem. Czytałam wtedy Zafona i biografię Fridy Kahlo. W notesie zasuszały się kawałki roślinek z pierwszego pobytu na Krecie. W słońcu grzała się Muszka, która umrze następnego lata w czasie mojej drugiej wizyty w Grecji. Tata zalewał betonem podgrzewaną podłogę do nowej łazienki … kiedy miał trochę czasu spacerowaliśmy po lesie pod pretekstem zbierania grzybów. Popołudniami dużo przyglądałam się kotom, pająkom i motylom. Dom pachniał suszonymi jabłkami, a weekendy poranne podróże na studia często odbywały się we mgle. Jest takie zdjęcie z tego samego okresu, gdy tata siedzi na schodach przy wejściu do domu, pije herbatę z czerwonego kubeczka, zaś naokoło zgromadziły się trzy wpatrzone w niego psie mordy i jedna kocia dupka, która wychyna za winkla. Może kiedyś pokażę. Na razie taka właśnie nostalgia mnie dopadła. Albo to brak porannego słońca, albo powakacyjny spleen.
Iść, iść przed siebie.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Rózia.

To gdzie ja skończyłam? Doszliśmy do momentu „dwa w zupełności wystarczą“. Poznałeś więc bezoką Niunię z komórki cioci Basi. W ostatni poniedziałek zadzwoniłam do taty i okazało się, że zastałam rodziców jak chodzą po cmentarzu. Kilka godzin wcześniej dowiedzieli się, że ciocia Basia zmarła jeszcze w marcu. Ktoś tam, po drugiej stronie telefonu sprezentowanego cioci dziwił się zapewne, jak to telefon dostaje doładowania z nieba. Rodzice chodzili wypatrując grobu bez krzyża. Smutne to …

* * *

Ale miałam Ci pisać o tamtym październiku. Październik 2013 był słoneczny, od strony południowo-zachodniej mamy piękny żywopłot w którym mogą się chować wróbelki …  prawdziwy busz dla małych drapieżników. Tata zauważył, że w słoneczne popołudnia w wytuptanym w zeschłych liściach gniazdku przesiaduje w tym żywopłocie kot. Początkowo myśleliśmy, że to kot sąsiada. Maciej nie alarmował nas o najeździe wrogich darmozjadów, więc uznaliśmy, że flanki są odpowiednio zabezpieczone. Dopiero po jakimś tygodniu sprawa zaczęła nas intrygować zupełnie poważnie. Nie, kot sąsiada, też trójkolorek, podobny, ale to nie ten. Przyłapałam naszego nowego kolegę jak pochłaniał z tragiczną miną zeschniętą mysz podrzuconą przez Macieja. Kota był w złym stanie, miał podrapany nos i ogólnie marnie wyglądał. Po wywiadzie środowiskowym, że nie wiadomo czyj, tata zaczął zostawiać mu jedzenie, ale nieufne stworzenie nie dawało się nikomu złapać w celu bliższej inspekcji – ani jemu, ani sąsiadce, Dobremu Człowiekowi. Aż do pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z miasta – wysiedliśmy z samochodu a on miaucząc wybiegł z żywopłotu i z entuzjazmem poszedł z nami do domu, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. W domu odkrył, że nie tylko są już u nas dwa koty, ale na dodatek w kuchni mieszkają Dziewczynki. To złamało mu trochę serce. Znalazł sobie jednak miejsce na krześle pod stołem i tam postanowił się na nas za to gniewać.

Rózia VIII.2015

Do momentu przewiezienia kota do naszej ulubionej wetki nie wiedziałam, że trójkolory to głównie dziewczynki. Rózia była przeziębiona i dystyngowanie pokichiwała, co okazało się galopującym zapaleniem płuc. Leczymy więc, tępimy pchły, sterylizacja o mały włos ją zabija. Rose była wtedy młoda, mogła mieć ze dwa lata, ale miała też wypadające zęby, zapalenie dziąseł, łysą bliznę na plecach. Nieudana mieszanka rasowa? Trudno powiedzieć. Jest uczulona na anestetyki, z każdym zabiegiem trzeba u niej ostrożnie, taka nasza kocia dziewczynka, bardzo delikatna, jasny puszek smutku. Nasz dom stał się jej domem początkowo ostrożnie i trochę dramatycznie. Minęły tygodnie zanim doczyściła blady, ciągle zabrudzony nosek, przez kilka pierwszych miesięcy wylizywała sobie futerko tak mocno, że łapki i brzuszek wyłysiały. Diagnoza: nerwy. Potrzebny spokój, cisza, dobra, najlepiej mokra karma.

Rózia II 2017

Idzie nam wspólnie piąty rok, nam, bo przecież ja też tam w mojej głowie nadal trochę mieszkam. Rózia, kot tak spokojny, że prawie go nie ma, wychodzi wolno na dwór, ale prawie zawsze trzyma się ogrodu, nie nęcą jej atrakcje wielkiego świata. Od kocich mieszkańców domku pod lasem woli kolegę, którego sama sobie wybrała, kota Dobrego Człowieka. Przechodzi więc przez płot, żeby pobawić się z nim na wewnętrznej drodze. Do sąsiada vis-a-vis biegnie przez inną drogę, żeby w ogródku zrobić mu kupę. Lubi długo patrzeć w jedno miejsce, czasem o czwartej nad ranem budzi domowników pomrukiwaniem do siebie „Popacz, widziałam liska, pod moim żywopłotem chowa się lisek“ i nie wiem jak ona to robi, bo wypatruję tego leśnego patrolu i gdyby nie Rózia w życiu nie dostrzegłabym przemykającego pod płotem zwierzątka. Jej miauczenie brzmi trochę jak pobekiwanie bardzo małej, niezadowolonej owieczki. Czasami wyprowadza Niunię na spacer, wyprowadzanie polega na tym, że Niunia ma szeleczki, a Rózia goni za końcówką od smyczy, a gdy dogoni trzyma ją nieustępliwie łapką. W lepsze dni podryguje bawiąc się sama ze sobą słomką albo kłębkami kurzu, w wiele innych filozoficznie spogląda w dal lub leżakuje zawsze gotowa do śledzenia uchem poruszających się obiektów. Interesuje ją psychoterapia analityczna, choć nie chcę tu wyprzedzać innej historii. Zdarza się, że w bardzo upalne noce zostaje na dworze, ale jest raczej kotem domowym – nawet najmniejsza kropla deszczu przeszywa jej nikłe, puchate futerko na wskroś. Jeden z niewielu kotów, który od zwijania się w rogalik woli spać na wprost z czułkiem wtulonym w coś miękkiego, a gdy w takiej pozycji dotknąć jej aksamitnego uszka, podrywa łepek i z jeszcze zamkniętymi oczami mówi „emmmmrrrrrr?“. Nasza Rózia. Od czasu do czasu snujemy przypuszczenia kim mogła być wcześniej i opowiadamy sobie historię w której miła staruszka umiera i niewdzięczna rodzina wyrzuca Rózię na tułaczkę po świecie. Jak było nigdy się już nie dowiemy, zresztą gdyby któregoś dnia złoczyńcę ruszyło sumienie gotowi jesteśmy łgać, że biała chmurka jest z nami od zawsze. Nawet ją o to pytałam, czy nie chciałaby wrócić tam skąd przyszła. Ale ona już dawno postanowiła. Tu jest mój dom i tutaj będę sobie mieszkała, może było coś wcześniej, ale nie pamiętam.

Rózia V.2014

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, lot, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii“ Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię“ Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę“. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią“.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem“, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Niunia.

Kiedy pojawił się w naszym domu Maciej poczuliśmy się wystarczająco dokoceni. Zapobiegliwie Maciej został wykastrowany i poczuliśmy, że jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z jednym kotem. A potem był rok 2010.

Rodzice wpadli w odwiedziny do cioci Basi, cioci mojego taty. Od słowa do słowa, że ciocia opiekuje się jakimiś bezdomnymi kotami, a raczej kotką z małymi. I że jeden maluch ma dziwne oczy. No miał dziwne, ubrudzone tym, co tam było w komórce. Kilka dni po tej wizycie słyszę mamę jak spod kołdry sama ze sobą rozmawia „A może weźmiemy tego kotka?“. Kolejna wizyta u cioci dość szybko, a w jej efekcie nieszczęście, które mieściło się w dłoniach mojej mamy. Takie były pierwsze dni koteczki, która zaczęła swoje życie w komórce, w miejscowości o przedwojennej nazwie Zerra.

Niunia 2010 grudzień

Z dłoni wystawała tylko wielka, kiwającą się główka ze strasznymi, wybałuszonymi oczami lub raczej kosmicznymi antenami wyrastającymi z oczodołów. Pręgusek wielkości szczura, ze szczurzym ogonem i antenami zamiast oczu. Rokowania były kiepskie, bo wirus z oka mógł się przenieść na mózg w ciągu jednego dnia. Niunia dostała imię adekwatne, bo nie spodziewaliśmy się, że kiedykolwiek przekroczy granice kociego dzieciństwa. Będzie Niunią na zawsze, rozpuszczoną, noszoną przez moją mamę na (koniecznie) lewym ramieniu.

Rozbawiony kociak, podskakujący zabawnie niczym mały tygrys, jest nieskończenie bardziej interesujący niż połowa ludzi, z którymi musisz przebywać na tym świecie.
– Lady Sydney Morgan

Na początku jej bycia z nami zakrapialiśmy jej z tatą oczodoły. Była to praca wymagająca podziału obowiązków: ja trzymałam, tata wpuszczał kropelki, Niunia obrócona na grzbiecik wymachiwała łapkami i wrzeszczała wniebogłosy. Przez jakiś czas trochę się łudziliśmy, że chociaż jednym okiem będzie widziała. Długo do nas docierało, że to w zasadzie bez znaczenia – ot, takie nasze własne uprzedzenia na temat wielkiego nieszczęścia związanego z niepełnosprawnością. Koty nie zajmują się tak drobnymi rzeczami. Wielka mądrość starożytna: odpoczywać, gdy boli, bawić się, gdy nie boli, nie mitrężyć ani chwili na rozdrabnianie się. Niunia nauczyła się wchodzić na meble i jako jedyny nasz kot odkryła, że wystarczy doskoczyć do klamki i pacnąć łapką, żeby otworzyć drzwi.  Z powodu niewidomej Niuni musimy więc w końcu zamontować w drzwiach gałki zamiast klamek. W swoim notatniku zapisałam na samym początku niuniowej adopcji:

Leczenie oczu – ok. 350 zł.
Puszorki (pogryzione po 20 min. noszenia) – 35 zł.
Karma, żwirek, kuweta do koloru – spuśćmy zasłonę milczenia.
Renowacja nóg francuskich krzeseł (że niby drapaczka) – jeszcze nie pytałam, bo po co się denerwować.
Wymiana klamek na gałki (żeby w nocy nie chodziła po całym domu) – jedna ok. 60 zł. Podliczmy x 5.

Niunia 2014 wrzesień

Kot jedyny w swoim rodzaju. W nocy rozmawia z mamą po kociemu „ciumkając“, leczy tatę ze złamania kości udowej wytrwale polegując mu na nodze. Latem spędza czas siedząc na fotelu pod wiśnią – lubi śpiew ptaków, czasem wchodzi na oparcie fotela, wyciąga łepek do góry i mówi „chodź tu ptaszku bliżej, chodź“. Nie lubi za to kolędy, ucieka wtedy na strych i chowa się w pudełkach po butach.

Zastanawiam się czy ona wie, że jest kotem. Może nie, a może wie i to jest jej dom, a my jesteśmy trochę rozbrykaną służbą, która czasem kłóci się ze swoją panią.

Jeżeli drzwi są zamknięte drapcie wycieraczkę aż wióra z niej lecą. Drzwi muszą być zawsze na pół otwarte, zwłaszcza te prowadzące na ogród w czasie zamieci śnieżnej. Ludzie muszą nam służyć, jako przyciski do otwierania drzwi.
– Celia Haddon

Siostrzyczką Niuni została w roku jej przybycia do domu pod lasem jedna z Dziewczynek. Albowiem, powiadam Ci, najfajniejsza jest rodzina, którą sobie wybierasz, w każdym razie uważam, że tak właśnie powinno być. Ludzie z jakichś powodów pielęgnują traumatyczne związki z rodziną zastaną, a gdy mają szansę wybrać, wybierają takich samych idiotów i postanawiają się z nimi męczyć. Koty mają inaczej. Rodziną jest ten kogo się lubi, jest to jedyny zasada przy interview na kandydata do rodziny. Oprócz tego podejrzewam, że Niunia najbardziej kocha moją mamę.

Niunia 2016 wrzesień 1

Słabe jest to zdjęcie zrobione telefonem, ale to cała Niunia, z noskiem wyciągniętym w kierunku zachodzącego słońca i pięknych zapachów tego świata, w centrum którego jest nasz ogród, najbezpieczniejsze miejsce do życia.

Po tym jak kota numer dwa nam nie umarła myśleliśmy sobie „Ok, jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z dwoma kotami“. Jak się domyślasz była to prawda, przynajmniej przez czas jakiś.

* * *

Nie lubię, kiedy jesteś gdzieś indziej, mój przyjacielu. Piszę wtedy teksty o kotach i jem za dużo czekoladek. Przylatuj szybko.

 

Środa na wsi.

Bardzo nie lubię podróżować sama. Pocieszam się tym, że w drugiej walizce mam zapakowane buty Kraciastego. Buty oznaczają, że gdzieś w Karkonoszach pójdziemy przed siebie, na razie nie wiemy kiedy i gdzie, ale jest to bardzo miła perspektywa. Oddziela ją ode mnie myśl o stawieniu się na uczelni i machnięciu paru egzaminów. Marudzę i przypomina mi się doc. Radziwolski, który będąc już na emeryturze, obserwował nas przed egzaminami i każdorazowo oświadczał stanowczo „o jakże wam zazdroszczę!“. Zerkam na jego zdjęcie w sieci, to już będzie 10 lat jak umarł. No i proszę, zamiast pakowania walizek zalała mnie fala nostalgii, a grzebanie w necie zaowocowało wynalezieniem pracy G. Malca „Kiedy Darwin stracił wiarę w Boga?“. Nic, trzeba link zapisać, będzie do czytania na później. Jestem biegła w prokrastynacji, ale właśnie wyznaczyłam sobie moment … opublikuję tę notkę o wpół do dziesiątej a potem do roboty.

Chcę Ci tylko pokazać, gdzie poszliśmy wczoraj z Kraciastym. Na taką ścieżkę nad Morzem Irlandzkim:

Clogherhead 20 czerwca (1)

Tam gdzieś na horyzoncie jest Dublin. I jak zwykle spojrzenie w drugą stronę, na Góry Mourne:

Clogherhead 20 czerwca (2)

Pewnie znowu im padało.

Kwiatuszki najwyraźniej lubią rosnąć na szczytach kamieni, bo nie te jedyne przyłapałam na wystawianiu bladych główek na słońce i wiatr. I właśnie, wiatr był, musieliśmy ubrać goretexy. Ale wystarczyło obejść kawałek cypla w kierunku południowym i wzniesienie chroniło nad przed uporczywymi podmuchami z zachodu.

Clogherhead 20 czerwca (3)

Mały port jest z kilka mil na północ od ujścia rzeki Boyne. Na tym zdjęciu wygląda to nieomal jak Skandynawia. Molo przytula statki i nieźle chroni je przed złą pogodą. Groźny jest tylko zawijający północno-wschodni wiatr, poza nim można tu przeczekać najgorszy sztorm, więc flota rybacka jest w porcie obecna przez cały rok. Pamiętam jak pewnego lutowego wieczora, kiedy zmierzaliśmy w kierunku domu, mały kuter wypływał dzielnie w mrok. Niezmiernie ciężka praca z wewnętrznym „brrrrr“.

Clogherhead 20 czerwca (4)

Mówiłam o wpół do?
Już czas. Mięśnie spięte z nerwów trochę mi puściły, gdy przemierzałam jeszcze raz w myślach tę drogę. Wracam w połowie lipca. Naprawdę, nie lubię podróżować sama.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Maciej.

Oraz do śniadania, obiadu i kolacji, o podwieczorku nie wspominając. Z takiego właśnie domu jestem, małego, pod lasem, z którego wychodząc trzeba rozejrzeć się za szczotką do ubrań. Współwinowajcami bałaganu są również Dziewczynki, ale serię biograficzną postanowiłam zacząć od kotów.

Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty.
– Albert Schweitzer

W czwartek wróciliśmy z domu pod lasem do domu nad morzem. W domu nad morzem nie mamy jeszcze kota, taka zupełna pomyłka, którą na razie naprawiam w taki oto sposób – napiszę Ci o kotach z którymi czasem mieszkam.

Maciej lato 2015

Maciej. Najstarszy z obecnych kociomieszkańców domu pod lasem. Dojrzały, stabilny emocjonalnie, Bonifacy idealnie wykonujący pracę wylegiwania się i wprowadzania atmosfery spokoju i wyciszenia.  Nawet jako młodzian niczego nie tłukł, jakby chciał powiedzieć kubkom „Poczekajcie na Wojtusia“. Swoją przygodę w forever home rozpoczął od spaceru na cmentarz w pewien mroźny poranek.

Maciej 2013 wrzesień

Był chłodny pierwszy listopada 2009 w miejscowości, która do 1945 nosiła nazwę Zirkwitz. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej musiał urodzić się tego właśnie roku, być może późną wiosną. Nie znamy dokładnie daty, Maciej więc, kocim obyczajem, zwykł obchodzić urodziny kiedy bądź. Wówczas jeszcze bezimienny, szukając szczęścia i stabilizacji życiowej potykał się o kępki zeschłej trawy. Dobrzy ludzie tak byli zajęci sprawami uduchowionymi (jak pewnie wiesz z internetu, jest to dzień zadumy, dla wielu najwyraźniej jedyny w roku), że nikt nie zauważył małego, pręgowanego zucha. Oprócz mojego taty, który przyjechał obejrzeć grób swojego dziadka. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej skończyłby może w jakimś ładniejszym mieszkaniu z bajeranckimi kafelkami w kuchni, bo tata zachęcał przechodzące dziewczynki, żeby zmarzniętego kotka wzięły ze sobą. I owszem, udało się na chwilę. Mama dziewczynek wystawiła jednak kotka za samochód.

Skrzywdzić kota jest bardzo łatwo, ale wierzcie mi, żaden to honor, żaden!
– Michaił Bułchakow

Byliśmy wówczas domem psim – kilkanaście lat wcześniej po serii znikających szybko naszych małych przyjaciół, a to za sprawą sąsiadów, a to za sprawą ich psów, niewypowiedziana myśl „nigdy więcej kotów“ odkociła nam obejście i kuchnia była w roku 2009 domem Trzech Koszykarek (Dziewczynki pojawiły się rok później, mniej więcej w tym samym czasie, co Niunia, kot o którym napiszę w kolejnym odcinku).

Maciej 2015 maj (1)

Maciej domagał się jednak domu, został więc zapakowany do samochodu i natychmiast uciął sobie drzemkę na tylnym siedzeniu. Przez pierwszy rok był kotem niewychodzącym, uważam, że to nasz wyraz traumy jakiej doznaliśmy po kilku wcześniejszych stratach (gdy teraz o tych stratach myślę, widzę, że nawet wyparłam imiona. Pamiętam Cię biało-czarny kocie, któremu mama usuwała ogromne wrzody po pogryzieniu, chorujący w czasach, gdy wiezienie kota do weterynarza było ekstrawagancją. Pamiętam Cię i wiem, że byłeś wspaniały). Maciej nie pchał się na stół, wolał kolana, to mu zresztą zostało do dzisiaj, czasami wręcz, gdy obserwuje pozostały koci dobytek robiący inspekcję garów, rzuca domownikom spojrzenie, jakby chciał powiedzieć „Widzicie to? Dzisiejsza młodzież …“. Z ciężkim sercem po pierwszej zimie w końcu go wypuściliśmy. Nie wierzyliśmy w tego kota. Przez kilka godzin lamentowaliśmy, że nie wróci. Od tej pory zawsze wraca.

Kot jest domowy na tyle, na ile mu to odpowiada.
– Saki

Przez następne lata kociej młodości przynosił nam za to na wycieraczkę przy wejściu po kilka ukatrupionych myszy. Machniom machniom, jest mleczko od krowy?

Maciej 2011 maj (2)

Pija tylko mleko 3,2% i umie wszystko powiedzieć. Mówi jednak niewiele, ponieważ doskonale nas sobie przez te lata ułożył.

Najpierw nocki wybierał domowe, potem na lato przeniósł się do garażu. Interesuje się motoryzacją, w szczególności lubi wylegiwać się na tylnym siedzeniu, gdy tata dłubie coś przy samochodzie i zostawia mu uchylone okno. Zresztą najbardziej ze wszystkich domowników jest skumplowany z moim tatą. Tylko jego głaskanie wytrzymuje bez protestów. Maciej jest też świetnym meteorologiem. Bardzo adekwatnie przewiduje rychłe nadejście zimy, pcha się wtedy wieczorem na nocki domowe. Zimą poleguje w domu przez większość doby.

Maciej 2011 maj (3)

Kiedy był jeszcze bardzo młody i w swojej naiwności robił baranki z wszystkimi, a Dziewczynki było puszczone luzem całą watahą, któraś z nich próbowała się z nim przywitać. Od tego czasu Maciuś ma lekko nadgryzione lewe uszko, to jego znak rozpoznawczy.

Bardzo przypomina mi Pana Kota, który przewija się na zdjęciach mojego dzieciństwa. Możliwe, że z tego powodu mam wrażenie jakby był tutaj od zawsze. Jego ulubionym zajęciem jest obserwowanie spod wpółprzymkniętych powiek czy wszystko jest na miejscu. I dzięki temu rzeczywiście wszystko jest na miejscu. Miał być kotem ostatnim, ale …

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.
– Ernest Hemingway

To prawda najprawdziwsza. W następnym odcinku będzie więc o kocie nr dwa.

_______________________________________________

Aniu, dziękuję Ci za inspirację, życie ze zwierzakami jest takie jak opisałaś, dodatkowo pełno dust bunnies, tych małych kulek pierza wędrujących po domu i chowających się pod meblami.

Czas.

Gdybym Ci mogła to wszystko opisać tak, jakbyś tu był. Jest gorąco, a w zasadzie parno, bujam się na zardzewiałej ławce-huśtawce. Mruczuś siedzi obok w trawie, Maciej leżakuje na stole pod tarasem, a niedaleko niego wentylują Dziewczynki. Lipa chyba już przekwita, nie wiem, bo musiałabym podejść, a znowu spuchła mi stopa i wygodnie jest tu gdzie jestem. Rodzice oglądają w domu „07 zgłoś się“, babcia je podwieczorek. 17:49. Szum wentylatora jak w każde lato, mama nie lubi gorąca. Tyle różnych chwil minęło mi pomiędzy tym ogrodem i domem. Kiedyś piłam tu herbatę zawinięta w koc, pod otwartym niebem okutana szalem i rękawiczkami bez palców. Kiedyś mżyłam tu różne mrzonki. Cierpiałam z miłości. Spacerowałam niewidomego kota. Chodziłam w japonkach po śniegu, żeby zrobić zdjęcie zaschłym owocom róży. Teraz pnącze kwitnie jak szalone a pod nowym stolikiem stoi spodeczek z wodą. O tej porze roku truskawki, ogórki małosolne, jutro może będzie pyra z gzikiem. Jesteś tu ze mną? Burza zapowiada się drugi dzień, a nawet zapowiadała się zanim jeszcze wysiadłam z samolotu. Dobry wieczór, burzo, wchodzisz czy postoisz? Tutaj zawsze jestem dzieckiem.

Masz takie miejsce? Opowiedz mi.

dom 2015

Zbliża się tekst o Don Kichocie.

Czas tak szybko zamiata. Ten Pan, który wołał z balkonu „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?“ zmarł dwa tygodnie temu. Są rzeczy, które wydają się żenujące, bo gdzie tak bez sensu wchodzić do domu osoby, której nie znam i pakować nos do jej kubków. A potem trochę szkoda, że nie zrobiłam tego i owego … od wejścia i pogadania przecież się zaraz nie umrze. W ogóle jest to niezwykle rzadka przyczyna śmierci, nawet gdy nie ma się na sobie makijażu i nos jest ewidentnie czerwony.

W tym roku zmieniłam adres zamieszkania. Zmieniłam płaskie z lasem na płaskie z morzem i widokiem na góry po drugiej stronie zatoki; kubek w paski na kubek z krową; dom z telewizorem na dom z zestawem płyt. Piszę to pod wpływem wspaniałego weekendu. Kosiłam trawnik, wygładziłam nogi, wąchałam pościel. Zaburzył mi się trochę rytm doby, idę pod prysznic w południe, piję kawę przed północą. Mówiłam Ci, że w nocy śpiewają u nas ptaki? Bardziej niż w ciągu dnia. Cierniste krzewy to fantastyczny wynalazek natury. A to jest, widzisz, nasza rzeka wieczorem pęczniejąca od przypływu:

przypływ na rzece Boyne (1)

Zdjęcie zrobiliśmy kilka dni temu, tuż przed Baltray. To wszystko jest nieżeglownym rozlewiskiem, statki, które przepychają się wąskim, żeglownym gardłem wydają się niemożliwie wielkie. Nie wiem jak mieszczą się w głównym korycie i jakim cudem się mijają.

Wracając do wątku „od pogadania się nie umrze“, w poniedziałek dostąpiłam przyjemności spaceru po naszej wsi z moją sąsiadką, która zaprowadziła mnie na nieznaną mi ścieżkę i do tutejszego kościoła. Dla niej też nieznaną, chociaż mieszka tu 27 lat. Doskonale to rozumiem, w towarzystwie łatwiej być odważnym. Po drodze spotkałyśmy jeszcze jedną sąsiadkę, która powiedziała mi, że była w Polsce. Auschwitz, Kraków, Wieliczka. Kościoły są u nas bardzo duże i bogate. Idąc dalej rozmawiałyśmy sobie o tym i owym. O języku, znikającym widoku na morze, tolerancji, kościele, piątkowym głosowaniu. I o tym, że gdy doczepi się do człowieka jakiś mały gnojek i zacznie szczekać, lepiej nie patrzeć mu w oczy i robić swoje, co też uczyniłyśmy. Teraz, gdy to napisałam, widzę, że to myśl o ogólniejszym znaczeniu. Po spacerze posiedziałam z trzema paniami na murku. Siedzenie na murku w słońcu (pogoda jak na irlandzkie warunki po prostu królewska) to był ten moment, gdy poczułam, że społecznie wskakuję na wyższy szczebel … zaczynam znać tu ludzi, a oni zaczynają znać mnie. To się nazywa chyba mingling. Tak, rozpoczęłam relacje z lokalną społecznością murkową. Oznacza to, że gdy będę biegała jak kulawy chomik, nie da się tego ukryć.

W temacie Don Kichota, powoli zbliża się się sesja i nie wiem jak będzie. Chciałabym coś napisać o tej książce, ale przyzwoicie pewnie byłoby ją najpierw przeczytać. Nie nastąpi to szybko, bo jestem zawalona komputerowymi wydrukami pojedynczych słów. Po spacerze, murku i obiedzie padłam jak kawka na łóżko. Tymczasem sąsiadka, która dobiega osiemdziesiątki, pracowicie dokończyła pielenie swojego spłachetka, który na wiosnę zakwita żonkilami. Lubię ją. Podoba mi się gdy udaje, że świetnie słyszy. Prawdziwa twardzielka, jestem przy niej jak rozmiękły misiożelek.

Podsumowując te skrawki myśli o ludziach z którymi rozmawiałam i z którymi nie rozmawiałam i już nie porozmawiam, jestem szczęśliwa.

Jest trochę po północy, czekam na skrzypnięcie drzwi.
Dzisiaj mam do Ciebie pytanie takie: czego bardziej żałujesz, czynów czy zaniechań?