Jedno zdjęcie. Nostalgia.

żurawie nostalgia wrzesień

Dom, 21 września 2013, około południa.

Te dziesięć kropeczek na niebie to żurawie, musisz mi uwierzyć. Przyciągnęły mój słuch swoim klangorem i obserwowałam z aparatem jak kołują nad naszym domem na Dolnym Śląsku, najpierw nisko, potem unoszone coraz wyżej, aż ich sylwetki spowite zostały przez chmury i znikły zanim jeszcze zniknęło echo ich głosów.

Zdjęć mam kilka, bardzo wyraźnych z kształtami ptaków odciętymi na tle nieba, zdradzającymi gatunek. Wybrałam z wielu jednak to z łysiejącą lipą, która rośnie na środku podwórka i swoimi korzeniami rozsadza ocembrowinę głębokiej studni. Studnia, która nigdy nie wysycha, nawet w tym roku dzielnie walczyła o przetrwanie. Lipa pęka w środku, każdej jesieni zbierają się w jej sercu gnijące liście, które usuwa mój tata, zmartwiony jej lipnym stanem. Naokoło tego zdjęcia sprzed pięciu lat jest wiele innych fotograficznych wspomnień bardziej nasyconych światłem. Czytałam wtedy Zafona i biografię Fridy Kahlo. W notesie zasuszały się kawałki roślinek z pierwszego pobytu na Krecie. W słońcu grzała się Muszka, która umrze następnego lata w czasie mojej drugiej wizyty w Grecji. Tata zalewał betonem podgrzewaną podłogę do nowej łazienki, a kiedy miał trochę czasu spacerowaliśmy po lesie pod pretekstem zbierania grzybów. Popołudniami dużo przyglądałam się kotom, pająkom i motylom. Dom pachniał suszonymi jabłkami a weekendowe poranne podróże na studia często odbywały się we mgle. Jest takie zdjęcie z tego samego okresu, gdy tata siedzi na schodach przy wejściu do domu, pije herbatę z czerwonego kubeczka a naokoło zgromadziły się trzy wpatrzone w niego psie mordy i jedna kocia dupka, która wychyna za winkla. Może kiedyś pokażę. Na razie taka właśnie nostalgia mnie dopadła. Albo to brak porannego słońca, albo powakacyjny spleen.
Iść, iść przed siebie.

Reklamy

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Rózia.

To gdzie ja skończyłam? Doszliśmy do momentu „dwa w zupełności wystarczą”. Poznałeś więc bezoką Niunię z komórki cioci Basi. W ostatni poniedziałek zadzwoniłam do taty i okazało się, że zastałam rodziców jak chodzą po cmentarzu. Kilka godzin wcześniej dowiedzieli się, że ciocia Basia zmarła jeszcze w marcu. Ktoś tam, po drugiej stronie telefonu sprezentowanego cioci dziwił się zapewne, jak to telefon dostaje doładowania z nieba. Rodzice chodzili wypatrując grobu bez krzyża. Smutne to …

° ° ° ° ° °

Ale miałam Ci pisać o tamtym październiku. Październik 2013 był słoneczny, od strony południowo-zachodniej mamy piękny żywopłot w którym mogą się chować wróbelki …  prawdziwy busz dla małych drapieżników. Tata zauważył, że w słoneczne popołudnia w wytuptanym w zeschłych liściach gniazdku przesiaduje w tym żywopłocie kot. Początkowo myśleliśmy, że to kot sąsiada. Maciej nie alarmował nas o najeździe wrogich darmozjadów, więc uznaliśmy, że flanki są odpowiednio zabezpieczone. Dopiero po jakimś tygodniu sprawa zaczęła nas intrygować zupełnie poważnie. Nie, kot sąsiada, też trójkolorek, podobny, ale to nie ten. Przyłapałam naszego nowego kolegę jak pochłaniał z tragiczną miną zeschniętą mysz podrzuconą przez Macieja. Kota był w złym stanie, miał podrapany nos i smutek w oczach. Po wywiadzie środowiskowym, że nie wiadomo czyj, tata zaczął zostawiać mu jedzenie, ale nieufne stworzenie nie dawało się złapać w celu bliższej inspekcji ani jemu, ani sąsiadce, Dobremu Człowiekowi. Aż do pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z miasta – wysiedliśmy z samochodu a on miaucząc wybiegł z żywopłotu i z entuzjazmem poszedł z nami do domu, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. W domu odkrył, że nie tylko są już u nas dwa koty, ale na dodatek w kuchni mieszkają Dziewczynki. To złamało mu trochę serce. Znalazł sobie jednak miejsce na krześle pod stołem i tam postanowił się na nas za to gniewać.

Rózia VIII.2015

Do momentu przewiezienia kota do naszej ulubionej wetki nie wiedziałam, że trójkolory to głównie dziewczynki. Rózia była przeziębiona i dystyngowanie pokichiwała, co okazało się galopującym zapaleniem płuc. Leczymy więc, tępimy pchły, sterylizacja o mały włos ją zabija. Rose była wtedy młoda, mogła mieć ze dwa lata, ale miała też wypadające zęby, zapalenie dziąseł, łysą bliznę na plecach. Nieudana mieszanka rasowa? Trudno powiedzieć. Jest uczulona na anestetyki, z każdym zabiegiem trzeba u niej ostrożnie, taka nasza kocia dziewczynka, bardzo delikatna, jasny puszek smutku. Nasz dom stał się jej domem początkowo ostrożnie i trochę dramatycznie. Minęły tygodnie zanim doczyściła blady, ciągle zabrudzony nosek, przez kilka pierwszych miesięcy wylizywała sobie futerko tak mocno, że łapki i brzuszek wyłysiały. Diagnoza: nerwy. Potrzebny spokój, cisza, dobra, najlepiej mokra karma.

Rózia II 2017

Idzie nam wspólnie piąty rok, nam, bo przecież ja też tam w mojej głowie nadal trochę mieszkam. Rózia, kot tak spokojny, że prawie go nie ma, wychodzi wolno na dwór, ale prawie zawsze trzyma się ogrodu, nie nęcą jej atrakcje wielkiego świata. Od kocich mieszkańców domku pod lasem woli kolegę, którego sama sobie wybrała, kota Dobrego Człowieka. Przechodzi więc przez płot, żeby pobawić się z nim na wewnętrznej drodze. Do sąsiada vis-a-vis biegnie przez inną drogę, żeby w ogródku zrobić mu kupę. Lubi długo patrzeć w jedno miejsce, czasem o czwartej nad ranem budzi domowników pomrukiwaniem do siebie „Popacz, widziałam liska, pod moim żywopłotem chowa się lisek” i nie wiem jak ona to robi, bo wypatruję tego leśnego patrolu i gdyby nie Rózia w życiu nie dostrzegłabym przemykającego pod płotem zwierzątka. Jej miauczenie brzmi trochę jak pobekiwanie bardzo małej, niezadowolonej owieczki. Czasami wyprowadza Niunię na spacer, wyprowadzanie polega na tym, że Niunia ma szeleczki, a Rózia goni za końcówką od smyczy, a gdy dogoni trzyma ją nieustępliwie łapką. W lepsze dni podryguje bawiąc się sama ze sobą słomką albo kłębkami kurzu, w wiele innych filozoficznie spogląda w dal lub leżakuje zawsze gotowa do śledzenia uchem poruszających się obiektów. Interesuje ją psychoterapia analityczna, choć nie chcę tu wyprzedzać innej historii. Zdarza się, że w bardzo upalne noce zostaje na dworze, ale jest raczej kotem domowym – nawet najmniejsza kropla deszczu przeszywa jej nikłe, puchate futerko na wskroś. Jeden z niewielu kotów, który od zwijania się w rogalik woli spać na wprost z czułkiem wtulonym w coś miękkiego, a gdy w takiej pozycji dotknąć jej aksamitnego uszka, podrywa łepek i z jeszcze zamkniętymi oczami mówi „emmmmrrrrrr?”. Nasza Rózia. Od czasu do czasu snujemy przypuszczenia kim mogła być wcześniej i opowiadamy sobie historię w której miła staruszka umiera i niewdzięczna rodzina wyrzuca Rózię na tułaczkę po świecie. Jak było nigdy się już nie dowiemy, zresztą gdyby któregoś dnia złoczyńcę ruszyło sumienie gotowi jesteśmy łgać, że biała chmurka jest z nami od zawsze. Nawet ją o to pytałam, czy nie chciałaby wrócić tam skąd przyszła. Ale ona już dawno postanowiła. Tu jest mój dom i tutaj będę sobie mieszkała, może było coś wcześniej, ale nie pamiętam.

Rózia V.2014

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

° ° ° ° ° °

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Niunia.

Kiedy pojawił się w naszym domu Maciej poczuliśmy się wystarczająco dokoceni. Zapobiegliwie Maciej został wykastrowany i poczuliśmy, że jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z jednym kotem. A potem był rok 2010.

Rodzice wpadli w odwiedziny do cioci Basi, cioci mojego taty. Od słowa do słowa, że ciocia opiekuje się jakimiś bezdomnymi kotami, a raczej kotką z małymi. I że jeden maluch ma dziwne oczy. No miał dziwne, ubrudzone tym, co tam było w komórce. Kilka dni po tej wizycie słyszę mamę jak spod kołdry sama ze sobą rozmawia „A może weźmiemy tego kotka?”. Kolejna wizyta u cioci dość szybko, a w jej efekcie nieszczęście, które mieściło się w dłoniach mojej mamy. Takie były pierwsze dni koteczki, która zaczęła swoje życie w komórce, w miejscowości o przedwojennej nazwie Zerra.

Niunia 2010 grudzień

Z dłoni wystawała tylko wielka, kiwającą się główka ze strasznymi, wybałuszonymi oczami lub raczej kosmicznymi antenami wyrastającymi z oczodołów. Pręgusek wielkości szczura, ze szczurzym ogonem i antenami zamiast oczu. Rokowania były kiepskie, bo wirus z oka mógł się przenieść na mózg w ciągu jednego dnia. Niunia dostała imię adekwatne, bo nie spodziewaliśmy się, że kiedykolwiek przekroczy granice kociego dzieciństwa. Będzie Niunią na zawsze, rozpuszczoną, noszoną przez moją mamę na (koniecznie) lewym ramieniu.

Rozbawiony kociak, podskakujący zabawnie niczym mały tygrys, jest nieskończenie bardziej interesujący niż połowa ludzi, z którymi musisz przebywać na tym świecie.
– Lady Sydney Morgan

Na początku jej bycia z nami zakrapialiśmy jej z tatą oczodoły. Była to praca wymagająca podziału obowiązków: ja trzymałam, tata wpuszczał kropelki, Niunia obrucona na grzbiecik wymachiwała łapkami i wrzeszczała wniebogłosy. Przez jakiś czas trochę się łudziliśmy, że chociaż jednym okiem będzie widziała. Długo do nas docierało, że to w zasadzie bez znaczenia – ot, takie nasze własne uprzedzenia na temat wielkiego nieszczęścia związanego z niepełnosprawnością. Koty nie zajmują się tak drobnymi rzeczami. Wielka mądrość starożytna: odpoczywać, gdy boli, bawić się, gdy nie boli, nie mitrężyć ani chwili na rozdrabnianie się. Niunia nauczyła się wchodzić na meble i jako jedyny nasz kot odkryła, że wystarczy doskoczyć do klamki i pacnąć łapką, żeby otworzyć drzwi.  Z powodu niewidomej Niuni musimy więc w końcu zamontować w drzwiach gałki zamiast klamek. W swoim notatniku zapisałam na samym początku niuniowej adopcji:

Leczenie oczu – ok. 350 zł.
Puszorki (pogryzione po 20 min. noszenia) – 35 zł.
Karma, żwirek, kuweta do koloru – spuśćmy zasłonę milczenia.
Renowacja nóg francuskich krzeseł (że niby drapaczka) – jeszcze nie pytałam, bo po co się denerwować.
Wymiana klamek na gałki (żeby w nocy nie chodziła po całym domu) – jedna ok. 60 zł. Podliczmy x 5.

Niunia 2014 wrzesień

Kot jedyny w swoim rodzaju. W nocy rozmawia z mamą po kociemu „ciumkając”, leczy tatę ze złamania kości udowej wytrwale polegując mu na nodze. Latem spędza czas siedząc na fotelu pod wiśnią – lubi śpiew ptaków, czasem wchodzi na oparcie fotela, wyciąga łepek do góry i mówi „chodź tu ptaszku bliżej, chodź”. Nie lubi za to kolędy, ucieka wtedy na strych i chowa się w pudełkach po butach.

Zastanawiam się czy ona wie, że jest kotem. Może nie, a może wie i to jest jej dom, a my jesteśmy trochę rozbrykaną służbą, która czasem kłóci się ze swoją panią.

Jeżeli drzwi są zamknięte drapcie wycieraczkę aż wióra z niej lecą. Drzwi muszą być zawsze na pół otwarte, zwłaszcza te prowadzące na ogród w czasie zamieci śnieżnej. Ludzie muszą nam służyć, jako przyciski do otwierania drzwi.
– Celia Haddon

Siostrzyczką Niuni została w roku jej przybycia do domu pod lasem jedna z Dziewczynek. Albowiem, powiadam Ci, najfajniejsza jest rodzina, którą sobie wybierasz, w każdym razie uważam, że tak właśnie powinno być. Ludzie z jakichś powodów pielęgnują traumatyczne związki z rodziną zastaną, a gdy mają szansę wybrać, wybierają takich samych idiotów i postanawiają się z nimi męczyć. Koty mają inaczej. Rodziną jest ten kogo się lubi, jest to jedyny zasada przy interview na kandydata do rodziny. Oprócz tego podejrzewam, że Niunia najbardziej kocha moją mamę.

Niunia 2016 wrzesień 1

Słabe jest to zdjęcie zrobione telefonem, ale to cała Niunia, z noskiem wyciągniętym w kierunku zachodzącego słońca i pięknych zapachów tego świata, w centrum którego jest nasz ogród, najbezpieczniejsze miejsce do życia.

Po tym jak kota numer dwa nam nie umarła myśleliśmy sobie „Ok, jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z dwoma kotami”. Jak się domyślasz była to prawda, przynajmniej przez czas jakiś.

»»»»»»»»»»»»»»»»

Nie lubię, kiedy jesteś gdzieś indziej, mój przyjacielu. Piszę wtedy teksty o kotach i jem za dużo czekoladek. Przylatuj szybko.

 

Środa na wsi.

Bardzo nie lubię podróżować sama. Pocieszam się tym, że w drugiej walizce mam zapakowane buty Kraciastego. Buty oznaczają, że gdzieś w Karkonoszach pójdziemy przed siebie, na razie nie wiemy kiedy i gdzie, ale jest to bardzo miła perspektywa. Oddziela ją ode mnie myśl o stawieniu się na uczelni i machnięciu paru egzaminów. Marudzę i przypomina mi się doc. Radziwolski, który będąc już na emeryturze, obserwował nas przed egzaminami i każdorazowo oświadczał stanowczo „o jakże wam zazdroszczę!”. Zerkam na jego zdjęcie w sieci, to już będzie 10 lat jak umarł. No i proszę, zamiast pakowania walizek zalała mnie fala nostalgii, a grzebanie w necie zaowocowało wynalezieniem pracy G. Malca „Kiedy Darwin stracił wiarę w Boga?”. Nic, trzeba link zapisać, będzie do czytania na później. Jestem biegła w prokrastynacji, ale właśnie wyznaczyłam sobie moment … opublikuję tę notkę o wpół do dziesiątej a potem do roboty.

Chcę Ci tylko pokazać, gdzie poszliśmy wczoraj z Kraciastym. Na taką ścieżkę nad Morzem Irlandzkim:

Clogherhead 20 czerwca (1)

Tam gdzieś na horyzoncie jest Dublin. I jak zwykle spojrzenie w drugą stronę, na Góry Mourne:

Clogherhead 20 czerwca (2)

Pewnie znowu im padało.

Kwiatuszki najwyraźniej lubią rosnąć na szczytach kamieni, bo nie te jedyne przyłapałam na wystawianiu bladych główek na słońce i wiatr. I właśnie, wiatr był, musieliśmy ubrać goretexy. Ale wystarczyło obejść kawałek cypla w kierunku południowym i wzniesienie chroniło nad przed uporczywymi podmuchami z zachodu.

Clogherhead 20 czerwca (3)

Mały port jest z kilka mil na północ od ujścia rzeki Boyne. Na tym zdjęciu wygląda to nieomal jak Skandynawia. Molo przytula statki i nieźle chroni je przed złą pogodą. Groźny jest tylko zawijający północno-wschodni wiatr, poza nim można tu przeczekać najgorszy sztorm, więc flota rybacka jest w porcie obecna przez cały rok. Pamiętam jak pewnego lutowego wieczora, kiedy zmierzaliśmy w kierunku domu, mały kuter wypływał dzielnie w mrok. Niezmiernie ciężka praca z wewnętrznym „brrrrr”.

Clogherhead 20 czerwca (4)

Mówiłam o wpół do?
Już czas. Mięśnie spięte z nerwów trochę mi puściły, gdy przemierzałam jeszcze raz w myślach tę drogę. Wracam w połowie lipca. Naprawdę, nie lubię podróżować sama.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Maciej.

Oraz do śniadania, obiadu i kolacji, o podwieczorku nie wspominając. Z takiego właśnie domu jestem, małego, pod lasem, z którego wychodząc trzeba rozejrzeć się za szczotką do ubrań. Współwinowajcami bałaganu są również Dziewczynki, ale serię biograficzną postanowiłam zacząć od kotów.

Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty.
– Albert Schweitzer

W czwartek wróciliśmy z domu pod lasem do domu nad morzem. W domu nad morzem nie mamy jeszcze kota, taka zupełna pomyłka, którą na razie naprawiam w taki oto sposób – napiszę Ci o kotach z którymi czasem mieszkam.

Maciej lato 2015

Maciej. Najstarszy z obecnych kociomieszkańców domu pod lasem. Dojrzały, stabilny emocjonalnie, Bonifacy idealnie wykonujący pracę wylegiwania się i wprowadzania atmosfery spokoju i wyciszenia.  Nawet jako młodzian niczego nie tłukł, jakby chciał powiedzieć kubkom „Poczekajcie na Wojtusia”. Swoją przygodę w forever home rozpoczął od spaceru na cmentarz w pewien mroźny poranek.

Maciej 2013 wrzesień

Był chłodny pierwszy listopada 2009 w miejscowości, która do 1945 nosiła nazwę Zirkwitz. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej musiał urodzić się tego właśnie roku, być może późną wiosną. Nie znamy dokładnie daty, Maciej więc, kocim obyczajem, zwykł obchodzić urodziny kiedy bądź. Wówczas jeszcze bezimienny, szukając szczęścia i stabilizacji życiowej potykał się o kępki zeschłej trawy. Dobrzy ludzie tak byli zajęci sprawami uduchowionymi (jak pewnie wiesz z internetu, jest to dzień zadumy, dla wielu najwyraźniej jedyny w roku), że nikt nie zauważył małego, pręgowanego zucha. Oprócz mojego taty, który przyjechał obejrzeć grób swojego dziadka. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej skończyłby może w jakimś ładniejszym mieszkaniu z bajeranckimi kafelkami w kuchni, bo tata zachęcał przechodzące dziewczynki, żeby zmarzniętego kotka wzięły ze sobą. I owszem, udało się na chwilę. Mama dziewczynek wystawiła jednak kotka za samochód.

Skrzywdzić kota jest bardzo łatwo, ale wierzcie mi, żaden to honor, żaden!
– Michaił Bułchakow

Byliśmy wówczas domem psim – kilkanaście lat wcześniej po serii znikających szybko naszych małych przyjaciół, a to za sprawą sąsiadów, a to za sprawą ich psów, niewypowiedziana myśl „nigdy więcej kotów” odkociła nam obejście i kuchnia była w roku 2009 domem Trzech Koszykarek (Dziewczynki pojawiły się rok później, mniej więcej w tym samym czasie, co Niunia, kot o którym napiszę w kolejnym odcinku).

Maciej 2015 maj (1)

Maciej domagał się jednak domu, został więc zapakowany do samochodu i natychmiast uciął sobie drzemkę na tylnym siedzeniu. Przez pierwszy rok był kotem niewychodzącym, uważam, że to nasz wyraz traumy jakiej doznaliśmy po kilku wcześniejszych stratach (gdy teraz o tych stratach myślę, widzę, że nawet wyparłam imiona. Pamiętam Cię biało-czarny kocie, któremu mama usuwała ogromne wrzody po pogryzieniu, chorujący w czasach, gdy wiezienie kota do weterynarza było ekstrawagancją. Pamiętam Cię i wiem, że byłeś wspaniały). Maciej nie pchał się na stół, wolał kolana, to mu zresztą zostało do dzisiaj, czasami wręcz, gdy obserwuje pozostały koci dobytek robiący inspekcję garów, rzuca domownikom spojrzenie, jakby chciał powiedzieć „Widzicie to? Dzisiejsza młodzież …”. Z ciężkim sercem po pierwszej zimie w końcu go wypuściliśmy. Nie wierzyliśmy w tego kota. Przez kilka godzin lamentowaliśmy, że nie wróci. Od tej pory zawsze wraca.

Kot jest domowy na tyle, na ile mu to odpowiada.
– Saki

Przez następne lata kociej młodości przynosił nam za to na wycieraczkę przy wejściu po kilka ukatrupionych myszy. Machniom machniom, jest mleczko od krowy?

Maciej 2011 maj (2)

Pija tylko mleko 3,2% i umie wszystko powiedzieć. Mówi jednak niewiele, ponieważ doskonale nas sobie przez te lata ułożył.

Najpierw nocki wybierał domowe, potem na lato przeniósł się do garażu. Interesuje się motoryzacją, w szczególności lubi wylegiwać się na tylnym siedzeniu, gdy tata dłubie coś przy samochodzie i zostawia mu uchylone okno. Zresztą najbardziej ze wszystkich domowników jest skumplowany z moim tatą. Tylko jego głaskanie wytrzymuje bez protestów. Maciej jest też świetnym meteorologiem. Bardzo adekwatnie przewiduje rychłe nadejście zimy, pcha się wtedy wieczorem na nocki domowe. Zimą poleguje w domu przez większość doby.

Maciej 2011 maj (3)

Kiedy był jeszcze bardzo młody i w swojej naiwności robił baranki z wszystkimi, a Dziewczynki było puszczone luzem całą watahą, któraś z nich próbowała się z nim przywitać. Od tego czasu Maciuś ma lekko nadgryzione lewe uszko, to jego znak rozpoznawczy.

Bardzo przypomina mi Pana Kota, który przewija się na zdjęciach mojego dzieciństwa. Możliwe, że z tego powodu mam wrażenie jakby był tutaj od zawsze. Jego ulubionym zajęciem jest obserwowanie spod wpółprzymkniętych powiek czy wszystko jest na miejscu. I dzięki temu rzeczywiście wszystko jest na miejscu. Miał być kotem ostatnim, ale …

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.
– Ernest Hemingway

To prawda najprawdziwsza. W następnym odcinku będzie więc o kocie nr dwa.

_______________________________________________

Aniu, dziękuję Ci za inspirację, życie ze zwierzakami jest takie jak opisałaś, dodatkowo pełno dust bunnies, tych małych kulek pierza wędrujących po domu i chowających się pod meblami.

Czas.

Gdybym Ci mogła to wszystko opisać tak, jakbyś tu był. Jest gorąco, a w zasadzie parno, bujam się na zardzewiałej ławce-huśtawce. Mruczuś siedzi obok w trawie, Maciej leżakuje na stole pod tarasem, a niedaleko niego wentylują Dziewczynki. Lipa chyba już przekwita, nie wiem, bo musiałabym podejść, a znowu spuchła mi stopa i wygodnie jest tu gdzie jestem. Rodzice oglądają w domu „07 zgłoś się”, babcia je podwieczorek. 17:49. Szum wentylatora jak w każde lato, mama nie lubi gorąca. Tyle różnych chwil minęło mi pomiędzy tym ogrodem i domem. Kiedyś piłam tu herbatę zawinięta w koc, pod otwartym niebem okutana szalem i rękawiczkami bez palców. Kiedyś mżyłam tu różne mrzonki. Cierpiałam z miłości. Spacerowałam niewidomego kota. Chodziłam w japonkach po śniegu, żeby zrobić zdjęcie zaschłym owocom róży. Teraz pnącze kwitnie jak szalone a pod nowym stolikiem stoi spodeczek z wodą. O tej porze roku truskawki, ogórki małosolne, jutro może będzie pyra z gzikiem. Jesteś tu ze mną? Burza zapowiada się drugi dzień, a nawet zapowiadała się zanim jeszcze wysiadłam z samolotu. Dobry wieczór, burzo, wchodzisz czy postoisz? Tutaj zawsze jestem dzieckiem.

Masz takie miejsce? Opowiedz mi.

dom 2015

Zbliża się tekst o Don Kichocie.

Czas tak szybko zamiata. Ten Pan, który wołał z balkonu „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?” zmarł dwa tygodnie temu. Są rzeczy, które wydają się żenujące, bo gdzie tak bez sensu wchodzić do domu osoby, której nie znam i pakować nos do jej kubków. A potem trochę szkoda, że nie zrobiłam tego i owego … od wejścia i pogadania przecież się zaraz nie umrze. W ogóle jest to niezwykle rzadka przyczyna śmierci, nawet gdy nie ma się na sobie makijażu i nos jest ewidentnie czerwony.

W tym roku zmieniłam adres zamieszkania. Zmieniłam płaskie z lasem na płaskie z morzem i widokiem na góry po drugiej stronie zatoki; kubek w paski na kubek z krową; dom z telewizorem na dom z zestawem płyt. Piszę to pod wpływem wspaniałego weekendu. Kosiłam trawnik, wygładziłam nogi, wąchałam pościel. Zaburzył mi się trochę rytm doby, idę pod prysznic w południe, piję kawę przed północą. Mówiłam Ci, że w nocy śpiewają u nas ptaki? Bardziej niż w ciągu dnia. Cierniste krzewy to fantastyczny wynalazek natury. A to jest, widzisz, nasza rzeka wieczorem pęczniejąca od przypływu:

przypływ na rzece Boyne (1)

Zdjęcie zrobiliśmy kilka dni temu, tuż przed Baltray. To wszystko jest nieżeglownym rozlewiskiem, statki, które przepychają się wąskim, żeglownym gardłem wydają się niemożliwie wielkie. Nie wiem jak mieszczą się w głównym korycie i jakim cudem się mijają.

Wracając do wątku „od pogadania się nie umrze”, w poniedziałek dostąpiłam przyjemności spaceru po naszej wsi z moją sąsiadką, która zaprowadziła mnie na nieznaną mi ścieżkę i do tutejszego kościoła. Dla niej też nieznaną, chociaż mieszka tu 27 lat. Doskonale to rozumiem, w towarzystwie łatwiej być odważnym. Po drodze spotkałyśmy jeszcze jedną sąsiadkę, która powiedziała mi, że była w Polsce. Auschwitz, Kraków, Wieliczka. Kościoły są u nas bardzo duże i bogate. Idąc dalej rozmawiałyśmy sobie o tym i owym. O języku, znikającym widoku na morze, tolerancji, kościele, piątkowym głosowaniu. I o tym, że gdy doczepi się do człowieka jakiś mały gnojek i zacznie szczekać, lepiej nie patrzeć mu w oczy i robić swoje, co też uczyniłyśmy. Teraz, gdy to napisałam, widzę, że to myśl o ogólniejszym znaczeniu. Po spacerze posiedziałam z trzema paniami na murku. Siedzenie na murku w słońcu (pogoda jak na irlandzkie warunki po prostu królewska) to był ten moment, gdy poczułam, że społecznie wskakuję na wyższy szczebel … zaczynam znać tu ludzi, a oni zaczynają znać mnie. To się nazywa chyba mingling. Tak, rozpoczęłam relacje z lokalną społecznością murkową. Oznacza to, że gdy będę biegała jak kulawy chomik, nie da się tego ukryć.

W temacie Don Kichota, powoli zbliża się się sesja i nie wiem jak będzie. Chciałabym coś napisać o tej książce, ale przyzwoicie pewnie byłoby ją najpierw przeczytać. Nie nastąpi to szybko, bo jestem zawalona komputerowymi wydrukami pojedynczych słów. Po spacerze, murku i obiedzie padłam jak kawka na łóżko. Tymczasem sąsiadka, która dobiega osiemdziesiątki, pracowicie dokończyła pielenie swojego spłachetka, który na wiosnę zakwita żonkilami. Lubię ją. Podoba mi się gdy udaje, że świetnie słyszy. Prawdziwa twardzielka, jestem przy niej jak rozmiękły misiożelek.

Podsumowując te skrawki myśli o ludziach z którymi rozmawiałam i z którymi nie rozmawiałam i już nie porozmawiam, jestem szczęśliwa.

Jest trochę po północy, czekam na skrzypnięcie drzwi.
Dzisiaj mam do Ciebie pytanie takie: czego bardziej żałujesz, czynów czy zaniechań?

Nie-święta i kotko-baranek.

Chciałam przedświąteczne niemycie okien zakończyć ciężkim tematem aborcji, ale uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, gdy spędzę wielkanocne śniadanie inaczej i uznałam to za warte odnotowania.

Dzisiaj idziemy na późny obiad do znajomych, potem pakujemy się i jutro wieczorem lecimy w dół i na prawo. Z powodu braku śniadania z jajkiem na twardo nie odczuwam smutku. Moi rodzice spędzają niedzielne przedpołudnie tak, jak chcą, my również tak, jak chcemy. Potem przylatujemy i będziemy coś robić wspólnie. Zamiast świątecznego baranka mam zdjęcie czarno-białego kotka:

kotek clogherhead

Spotykamy go prawie za każdym razem, gdy idziemy na wiejską plażę. Raz siedzi schowany za doniczkę, innym razem w pełnym słońcu, zawsze blisko jednego z rzędu domków przy ulicy słusznie nazwanej Nadbrzeżną. Jego miejsce sąsiaduje z zapuszczonym pustostanem, więc czasami, tak jak tutaj widać, przechodzi przez murek i chowa się w niekoszonej trawie. Taki mój wielkanocny kotko-baranek, stały element wypatrywania podczas spaceru.

Gdy byłam dzieckiem, drapałam kraszanki wyjęte z wywaru cebulowych łupinek. Drapałam żyletką, pomagał mi w tym dziadek Bronek. Robiłam to całkiem udanie i jeszcze niedawno gdzieś w domu widziałam taką wydrapaną przeze mnie kraszankę, którą rodzicom żal było roztłuc. Zbuk mógł mieć z trzydzieści lat, strach upuścić, H2S to nie przelewki. W piątek mama telefonicznie obwieściła mi triumfalnie, że ma świetny obiad, bo właśnie woda ze śledzia się robi. O wodzie już pisałam.  Dzisiaj dzwoni tata Kraciastego, pyta skąd jestem. Jak to skąd, z domu. Dla mnie Wielkanoc to kraszanki i woda. A bardziej jeszcze ludzie i święty spokój; cieszę się, że nie kojarzę świąt jakichkolwiek ze stękaniem urobionych kobiet i nieproszonymi gośćmi. Teraz widzę, że ludzie oraz święty spokój pozostali stałym elementem moich nie-świąt.
Jest mi z tym tak dobrze, wiesz?

Atrakcje zagłady.

W brzydkich okolicznościach przyrody również można wzrosnąć duchowo.

Poniżej jedno z kilku zdjęć, które udało mi się zrobić na spacerze w niedzielne przedpołudnie, gdy zagłada dobiegała już końca. Na drodze błąkały się tylko farfocle po wydarzeniu, więc spokojnie mogliśmy pojechać nadbrzeżną drogą na północ od Clogher.

morze irlandzkie

Jak widać, mój geniusz fotograficzny przegrał z bryzą. Ale w środę z powodu wiatru nie daliśmy rady wejść na plażę, zaliczam więc wczorajszy spacer do sukcesów. Niedaleko od tego miejsca jest stary domek położony nad wodą, towarzyszy mu kilka rachitycznych drzew. Dzisiaj „jadąc” tą drogą jeszcze raz na google street view zauważyłam, że w otwartych drzwiach domu stoi sobie piesek. Poczułam ciepło, że mieszka tam ktoś, kto przyjaźni się z pieskiem. Droga w czasie najgorszego wiatru była z pewnością podtopiona morską pianą i zastanawiam się, co robią piesek i jego przyjaciele w czasie takiej pogody. Długo w noc wyglądają z niepokojem przez okno zaparzając kolejną herbatę czy raczej doświadczenie podpowiada im, że woda nigdy nie zalała tego fragmentu wybrzeża i że spokojnie można iść spać?

Filmik nie oddaje tego, co działo się obok nas w czwartek. Byliśmy bezpieczni w naszej borsuczej przystani mając najbliżej jakieś 500 m do fal, ale wiatr kręcił i nie zachęcał do snu przed dobre trzy dni. A przechodząc do plusów zagłady, była to dla mnie bardzo pouczająca lekcja poglądowa, jaka może być pogoda na Wyspie. Gorzej bywa rzadko i zapisuję to jako element optymistyczny.

Była to również lekcja tego, jak Irlandczycy radzą sobie z załamaniem aury. Jak wspomniałam w ostatnim poście, nakarmiono nas zacnie (dzielna załoga poddała się dnia następnego … ale nie wymagajmy od innych nadmiaru bohaterstwa, wymagajmy od siebie, jako rzekł Wielki Higienista) i w barze tym mieliśmy okazję zobaczyć pana w T-shircie i rękawiczkach (my odziani w rynsztunek bojowy, z czapkami, szalikami i w ocieplanych gatkach; na zewnątrz śnieg).

Dowiedziałam się też, jak my sobie radzimy. Przejdę od razu do faktów, które można publikować. Obejrzeliśmy np. dwa filmy Monty Pythona, Żywot Briana i Sens życia. O ile pierwszy zawsze mi się podobał, do drugiego zdecydowanie musiałam dorosnąć. Takie czytanie Biblii, na przykład, dopiero teraz, gdy siedząc obok Kraciastego majtałam palcami u stóp w jurgowych skarpetach,  objawiło mi swoją głębię:

„And spotteth twice they the camels before the third hour. And so the Midianites went forth to Ram Gilead in Kadesh Bilgemath by Shor Ethra Regalion, to the house of Gash-Bil-Betheul-Bazda, he who brought the butter dish to Balshazar and the tent peg to the house of Rashomon, and there slew they the goats, yea, and placed they the bits in little pots. Here endeth the lesson.”

Modlitwa prowadzona przez Michaela Palina doprawdy rozwinęła mi pogląd na temat „duchowości” nagradzanej zbawieniem:

„Oh Lord,
Oooh you are so big.
So absolutely huge.
Gosh, we’re all really impressed down here … I can tell you.
Forgive us, oh Lord, for this dreadful toadying and barefaced flattery.
But you are so strong and, well, just so super.
Fantastic. Amen.”

A słysząc słowa hymnu poczułam się jak w domu:

„O Lord, please don’t burn us.
Don’t grill or toast your flock.
Don’t put us on the barbecue
Or simmer us in stock.
Don’t braise or bake or boil us,
Or stir-fry us in a wok.”

A propos jurgowych skarpet, chodzi o to, że temperatura w naszym domku niepokojąco spadła, więc dość szybko zaprzyjaźniłam się z szarymi skarpetami Kraciastego zrobionymi przez Jurgę*. Uważam, że to bardzo dogodny przypadek, że jakiś czas temu zbiegły się o pięć numerów.

W czasie zagłady prowadziłam też ciekawe dyskusje. Zazwyczaj z Kraciastym. Chciałabym napisać, że prowadziłam inteligentne rozmowy w sieci, ale tutaj trochę poniosłam klęskę. Jedna moja rozmówczyni uznała, że problem pana Paetza w kościele to problem medialny, a nie zinternalizowany. Ponieważ niestety rozumiem słowo „zinternalizowany”, zjadłam zbyt łakomie danisza z syropem klonowym i potem bolał mnie brzuszek. Drugi rozmówca odkrył dopiero teraz, że kobieta nie musi stracić błony dziewiczej, żeby zajść w ciążę. O czterech słoniach na których wspiera się Ziemia niestety nie porozmawialiśmy – wycofałam się w poczuciu braku kompetencji, tego nie ukrywam. W ogóle ja tylko wiem, że są trzy gatunki słonia, i na tym moja wiedza elefantologiczna się kończy.

Oprócz tego rozwinęłam się muzycznie. Wczoraj np. kawałki AC/DC i Lou Reeda, trochę Behemotha (ale za to dzisiaj pod obiadek wróciłam do utworu w którym jest „idziemy kijem mieszać piach” i „welurowy bajpas daj”. Jestem pełna podziwu dla Nergala, nie wiem jak można tak porażająco latami ryczeć i nie stracić głosu).

I tyle całej imprezy. W międzyczasie śnieg zniknął, fale zostały, słońce nadal się ukrywa. Solę steka, ryż do wrzątku, byle do wiosny.

_______________________________
* Jurga to imię litewskie, jest żeńską formą imienia Jerzy.
 

Freilichen Purim.

Irlandia stanęła, zapadało nas śniegiem, podwiało wiatrem od morza; jedząc owsiankę czytam o sztormie Emma i widzę go przez okno. Wiatr tarmosi drzewko, które przedwczoraj przycięli panowie od przycinania.

Chciałam dzisiaj podrzucić kilka filmów o Żydach, ale może innym razem, bo filmy głównie smutne, a Purim wesołe. Święto wszystkich, którzy przeżyli i żyją dalej, więc także każdego, kto może przeczytać ten tekst. Czy to miał być blog lajfstajlowy? Miał być. Zapewne powinnam więc coś o minimalizmie teraz zapuścić, o slołlajfie, hygge, lagom i generalnym obrzydzeniu do konsumpcjonizmu. O tym, że mam tylko dwa kremy do twarzy, ale za to współpracuję z wydawnictwami, które przysyłają mi do „recenzji” jakieś gnioty, o których po roku nikt więcej nie usłyszy. Że właśnie piekę bezglutenowy sernik bez sera. Czy coś. Ty, który żyjesz na glutenie, seksie, nie recenzując marnych książek i chodząc na bezcelowe spacery nad morzem, nie trać ducha. Mam trzy kremy, wiem co mówię.

Powiem Ci, że Irlandia potrafi sprostać moim oczekiwaniom. Wczoraj zamknięto nam przed nosem dwa urzędy (bad weather, panie, bad weather), ale za to nakarmiono nas za rozsądną cenę irlandzkim jedzeniem (ziemniaki, kapusta, marchew, kurczak, hej). To, co w Polsce uważamy za zdobycz slołlajfu, tutaj jest luzem lub uprzejmością. Domy są najczęściej niskie, przyczajone pomiędzy zielenią osłaniającą od wiatru. Stare drzwi mają półokrągłe, szklane zwieńczenia. Piękne widoki na morze wyskakują na nas, gdy wyjeżdżamy zza jakiegoś pagórka z pastwiskiem pachnącym krowią kupą. (właśnie widzę, jak nasz antyczny sąsiad wyszedł w zadymce w krótkim rękawku, żeby przynieść sobie drew na opał). Wszystko jest mniej więcej blisko, tak jak i mniej więcej blisko jest wybrzeże i wiatr od morza. Coś czuję, że mogę lubić to miejsce tak, jak lubię Czechy. (obecnie w naszym małym domku często koncertuje Nohavica; minulost to takie ładnie brzmiące słowo). W duchu minimalizmu to w zasadzie wszystko, co chciałam napisać. Namoczyłam fasolkę, tylko nie wiem, co z niej jeszcze będzie. Napisz jak tam się masz.

irish winter

Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂