Archiv der Kategorie: opowieści domowe

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r“ w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Werbeanzeigen

Foki w porcie.

Foki w porcie (1)

W poniedziałek byliśmy w mieście Sligo. Zajrzałam tam do ruin Sligo Abbey (5 ewrów), widziałam monument upamiętniający Czasy Wielkiego Głodu (z portu w Sligo w latach 1847-51 wyruszyło w świat 30 tys. ludzi) i czaplę polującą w rzece Garavogue, a z daleka wapienny nos góry Ben Bulben. Może jeszcze o tym Sligo napiszę, albo może o Yatesie, bo widziałam też metalowe ptaki 😉 Na chwilę niech będzie jednak zmiana klimatu. Wszędzie gdzie nie spojrzeć drama i echa odszczekiwania po dokumencie Sekielskich. Odszczekał Głódź, odszczekał Knabit, rwetes, bo dogorywa duży zwierz. I w związku z tym wiesz co … ta ja pokażę Ci foki.

Wczoraj po mojej pracy zajechaliśmy do portu, tym razem nie po zupę, tylko w nadziei, że foki cały czas tam są, pomimo tego, że morze było o wiele bardziej niespokojne niż ostatnio.

Foki w porcie (2)

Kutry już rozładowane, kołysały się w zacisznym miejscu, ale molo opływał całkiem żwawy, chłodny prąd z głębi morza. Oprócz kutrów zuważyłam też łódź ratowniczą, klasy Shannon (nówka nie śmigana, ta na dole zdjęcia):

Foki w porcie (2a)

Kraciasty stał i fotografował …

… takie różne zwierzątka:

Foki w porcie (6)

Foki w porcie (5)

Foki w porcie (4)

Foki w porcie (3)

Dzień dobry, mam na imię Irenka 😀

Na tym filmie widać, jak mglisty było to dzień. Nie ma śladu po górach, które przy przejrzystym powietrzu widać było ostatnio na horyzoncie:

Zresztą dzisiaj już niebo na nas trochę spadło i przez to musieliśmy chodzić pod wielkim parasolem. Na szczęście mam chłopaka-narzeczonego-prawie męża, takiego wymarzonego, który potrafi mi wypatrzyć w sklepie sweterek firmy Missoni i mogę do niego powiedzieć „zawiąż sobie glana“, więc on mi ten parasol potem nosił. A wracając do wczoraj, gdy patrzyłam jak światło wędruje po tafli morza dotarło do mnie, że za miesiąc będzie najdłuższy dzień w roku, a wg celtyckiej tradycji lato zaczęło się ponad dwa tygodnie temu, wraz ze świętem Beltane.

Foki w porcie (7).jpg

U mnie tradycyjnie wszystko do tyłu, sukienki ślubnej szukam i szukam, a znaleźć nie mogę. Niby mam takie założenie, że będzie do kolan, ale akurat jedyna, która trochę mi się podoba jest do kostek … więc … nie wiem. Babcia mi dzisiaj powiedziała przez telefon, żebym się tym nie zamartwiała. Ona miała pożyczoną, po koleżance, która hajtnęła się miesiąc wcześniej. Muszę się zapytać jak ta koleżanka miała na imię – lubię wiedzieć rzeczy o które nikt inny nie pyta. Szkoda, że zdjęcia z tamtego ślubu nie wyszły…
Dobrej nocy.

Życie jest piękne.

Port Oriel (1)

Sądziłam, że dni będą na tyle intensywne, że się raczej nie odezwę, ale … różne są niespodzianki, na przykład sobota taka jak dzisiaj, którą chcę zapisać. Słońce dodało mi energii, do tego zmiana w pracy przyzwoicie krótka. Wypiliśmy z Kraciastym popołudniową kawę w znajomej Coście i po zakupach pojechaliśmy do „naszego“ portu „zorganizować“ obiad. W porcie zaś tak:

Na miejscu mijaliśmy dużo spacerowiczów, ale to przede wszystkim miejsce pracy lokalnych rybaków i krajobraz pachnący rybką 😉 Betonowy mur chroni zacumowane kutry przed wysokimi falami, które zdarzają się na tych wodach dość często:

Port Oriel (2)

Wiedziałam, że w porcie są foki, nie sądziłam tylko, że zobaczymy je tak od razu. Początkowo podekscytowałam się, że widzę w wodzie focze łebki, ale po chwili odrzuciłam tę myśl, biorąc je za pływające boje. Kiedy doszliśmy do końca mola, po prostu się nam ukazały, żeby rozwiać nasze wątpliwości. Wielkie nosy szarych fok, Halichoerus grypus, przepiękne, duże zwierzęta, spokojnie unoszące się na wodzie.

Byliśmy na to zupełnie nieprzygotowani i lepiej wychodziło mi fotografowanie tafli wody niż samych fok. Prosz badzo,  krajobraz jaki już znasz z tego bloga, widok na piękny świat na północy, gdzie dostałam od Kraciastego pierścionek:

Port Oriel (3)

Gdyby nam pomysł na chowdera nie kręcił dziury w brzuchu pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej. A tak z zupą zapakowaną do kubków zjechaliśmy do domu i mogłam zadzwonić do mamy, gdy Kraciasty ściągał mi spodnie.

Wiatr jest ledwie odczuwalny, widoczność wspaniała po wielu dniach zasnutych mgłą, niedziela będzie nie dla rodziny, bo jutro oboje wybywamy, żeby popracować. Mam taki plan, że w poniedziałek zabiorę się z Kraciastym do Sligo na zachodnim wybrzeżu, ale to się jeszcze okaże. A z rzeczy bliższych, na drugie będzie kalafior w sosie beszamelowym. I film Sekielskiego – pod warunkiem, że nie siądą łącza. Jeśli okaże się ciekawy, jeszcze tu o nim wspomnę.
Dobrego wieczoru 🙂

Port Oriel (4)

Majowo.

Pomykający czas zaskoczył nas w maju. Na razie nie spacerujemy. Bo praca, bo Kraciasty jest od kilku dni na antybiotyku. Z polskiego domu dobiegły nas przed majówką niepokojące wiadomości przekazane w sposób maksymalnie w tej sytuacji  humorystyczny, że babcia przewróciła się w kuchni i rozcięła sobie nos (w czasie telekonferencji babcia z opatrunkiem na nosie potwierdziła, że tak właśnie było). W telewizji polskiej podobno były obchody i pokaz siły charakterystyczny dla zjawisk bez siły. U nas trochę chorobowo, trochę pracowniczo, w każdym razie grill nie został skonsumowany, piwo nie wypite, disco polo nie wysłuchane. Dopiero dzisiaj za to dosłuchuję wykład Tuska, poza tym jem śniadanie i fotografuję kota.

I kto się nam tu wyłania z mroku?

Richard (1)

Rysio uwielbia wylegiwać się przed południem na naszym łóżku, łowiąc promyczek wstającego słońca i przysłuchując się rejwahowi robionemu przez ptaszki, które słychać za uchylonym oknem.

Richard (2)

[kiedy fotografuje się kota, to nie wiadomo, które zdjęcie wybrać, ponieważ w zasadzie na każdym kot wychodzi bardzo dobrze, zupełnie inaczej, niż to bywa z ludźmi]

Richard (3)

Richard jest u nas od drugiej połowy stycznia, a żyje się nam razem, jakby był tu zawsze. Zdążyłam już nawet zapomnieć, że w pierwszych dniach chcieliśmy go nazwać Leoś.

Richard (4)

Wiemy, że sąsiedzi nazywali go Stanley – tak jakiś czas temu przekazała nam nasza sąsiadka z naprzeciwka. Chciała zaopiekować się Rysiem, ale ma już w domu dwa piękne, białe koty, które zaopiniowały podanie negatywnie.

– Michael, musimy przestać na Stanleya wołać Stanley, on ma na imię Richard!

Richard (5)

W związku z tym Rysio postanowił zapukać do nas i zapytać, czy nie chcielibyśmy kotka, bo on jest bardzo grzeczny, niezłośliwy i szuka domu.

Była to bardzo trafna decyzja – tak się złożyło, że kocia saszetka czekała na niego od poprzedniego roku (Rysio już raz zawitał do nas latem, ale był to falstart towarzyski, obecna mama rysiowa uznała nawet, że Rysio jest dziewczynką).

Richard (6)

I od tej chwili tak sobie razem mieszkamy.

Richard (7)

Odkąd Rysio jest mieszkańcem pod trzydziestym ósmym, wszyscy sąsiedzi, nawet ci, którzy do niedawna nie lubili kotów, czują się w obowiązku zakomunikować rodzicom, jaki to jest czysty, inteligentny i dobrze wychowany kotek. Nie ma w tym ani krzty przesady i komplementy są przyjmowane bez zaskoczenia.

Richard (8)

Taka krótka historia rysiowa. Dzieńdybry.

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Wesoły Wojtuś.

A jak już jesteśmy przy ochronie, to ja dam ci podarek. Kotka. Będziesz go karmił, czesał i codziennie głaskał, bo kotek to bardzo lubi. Za to jak ktoś przyjdzie ciemną nocką, żeby ci poderżnąć gardło, to kotek go zeżre.
– Ewa Białołęcka

No może niekoniecznie, żeby poderżnąć, ale, na ten przykład, użreć? Jak taki wielki włochaty pająk, albo nawet całkiem mały, ale z dużą ilością nóg, taki co to się gapi setkami oczu i nie wiadomo w zasadzie w które spojrzeć, żeby się zmierzyć wewzrokiem. Wojtuś Wesoły, pogromca wszystkiego latająco-tupiącego, co mieści się pod łapką, tak właśnie odwdzięcza się za miłość.

W zeszłym roku swoje notki biograficzne mieli Maciej, Niunia i Rózia. Teraz chcę Ci opowiedzieć prostą historię o tym, jak doszło do mania przez moich rodziców kota numer cztery. Bardzo długo z nią zwlekałam, może dlatego, że nie mam naprawdę dobrych zdjęć Przydymionego. Jest to piękny kot o rzymskim profilu.

Wojtuś 2

Powyżej fotografia sprzed dni kilku.
Wojtuś wszedł w posiadanie nas jako swojej rodziny około sierpnia 2015 roku. W owym to czasie Tajemnicze Zwierzątko podjadało chrupki, które tata zostawiał Maciusiowi w ogrodzie (tata już jest takim człowiekiem, że zostawia kotom chrupki w ogrodzie, gdyż uwielbia swoim zwierzakom ułatwiać życie). Podjadanie odbywało się najpierw cichcem, anonimowo, skrytożernie, aż się rozbeszczelniło i uaktywniło w świetle dnia. Tajemnicze Zwierzątko okazało się milutkim, głośnym kociakiem, który bardzo chciał, żeby ktoś się nim zajął. Tata odwiózł go rowerem na jakąś tam odległość w nadziei, że poprzedni właściciele zaskoczą jak zajmować się kotkiem z brzuchem bez dna. „Weźcie mnie, weźcie“, nalegał jednak Chudziak, który dzielnie przybiegł do ogródka dnia następnego (musiał pokonać przynajmniej jedną ulicę) i tym razem łakomie zapchał brzuszek resztkami kaszy dla Dziewczynek. Takoż i się stało, gdyż serca mamy cokolwiek miękkie, uczynione prawie w całości z różowej waty cukrowej.

wojtuś i łasiczka

Od tego czasu wojtusiowe uszy często wystają w naszym oknie, gdyż jest to kot niewychodzący-wylegujący. Zainteresowania główne: hydraulika, ceramika i lizanie masła. Gdy jeszcze w domu była wanna, lubił siadać na jej krawędzi i obserwować gdzie znika woda. Zajmuje go również cieknący kran i pralka nastawiona na wyżymanie. Zestaw kubków w które wlewaliśmy wigilijny barszcz wytłukł za jednym zamachem, pierwszej swojej zimy u nas, na dobry Nowy Rok. Wojtuś ma swoje własne chrupki (wynika to z tego, że gdy zaczął dorastać zepsuło mu się sikanie) oraz własne zwyczaje. Np. to dla niego tata nalewa do pełna kubeczek świeżej wody i stawia na wieczór przy kuchennym zlewie. Jeśli zaś chodzi o lizanie masła, śpieszę nadmienić, że z zawodu jest Wojtuś inspektorem d/s nieschowanej żywności.

Instagram: @świechna

Wspomniałam, że jest to kot niewychodzący. Przez dłuższy czas sądziliśmy, że jego udręczenie zamknięciem wynika wyłącznie z tego, iż jesteśmy źli-i-niedobrzy, ale światło na tę sprawę zostało rzucone w zeszłym roku, gdy kot, korzystając z otwartego nocą okna, wyszedł na ogród. Szukaliśmy go dwa dni, żeby odkryć, że cały ten czas siedział w wysokim żywopłocie przed domem, głodny i przerażony. Zatroskana Rózia wpadała tam do niego, siadała na przeciwko i próbowała mu wytłumaczyć, że z siedzenia w żywopłocie nie wynikają dobre rzeczy. Trudno powiedzieć, czy psychoterapia (zdecydowania, moim zdaniem, w ujęciu freudowskim) pomogła, ale w każdym razie mamie udało się w końcu wyciągnąć Przydymionego z kłujących krzaczysk metodą na chrupki. Te kilka dni na zewnątrz były dla niego ogromnie stresujące, miało nawet miejsce coś na kształt błyskawicznego wyparcia. „Nigdy tam nie byłem i to się nie wydarzyło“. I tak Pasjonat Jedzenia i Tropiciel Robactwa kolejny rok spędza w domu, po którym najchętniej biega o trzeciej nad ranem.

***

W piątek pożegnaliśmy koty moich rodziców, a w sobotę rano przywitałam się z naszym rezydentem, Ryszardem. Rytm dobowy się nam uregulował, w nocy śpimy, potem Ryś leżakuje w promieniach wschodzącego słońca żeby po południu wyruszyć na eksplorację osiedla. Nawet jeśli tylko drzemie w sypialni, tak jak teraz, dobrze, że tutaj jest. Bez niego czekanie na powrót Kraciastego byłoby o wiele bardziej uciążliwe, a tak od rana przenika mnie kocia mądrość – trzeba tak długo paczać, aż ukochana osoba otworzy drzwi.

Doris.

Tego wieczoru wyoglądaliśmy ostatnie trzy odcinki rosyjskiego „Mistrza i Małgorzaty“. Wcześniej kupiliśmy w sklepie takie niezbędniki jak pizza z krewetkami, kocie chrupki walczące z kamieniem nazębnym i bazyliowe pesto pierwszej świeżości tylko do osiemnastego. W drodze do sklepu na chwilę skręciliśmy na plażę, akurat żeby zdążyć przed zachodem:

collage 12.02

Dwa powyższe zdjęcia dzieli kilka minut. Na naszych oczach zapadł zmrok, morze w odpływie zaczęło się zlewać z niebiem, a na horyzoncie coraz lepiej widać było światła sąsiednich miasteczek. Zanim zupełnie się ściemniło, zdążyłam zrobić dość wyraźne zdjęcie Doris, królowej naszego wybrzeża:

collage 12.02 2

Doris Bleasdale 12-31 jest łodzią klasy Mersey. Być może na pierwszym zdjęciu nie jest jakoś szczególnie imponująca (na drugim jest obok swojego hangaru w którym odpoczywa), ale rozwija prędkość 16-17 węzłów, a jeśli ktoś widział tutejsze sztormy, od razu nabiera szacunku dla każdej rzeczy, która w taką pogodę pruje fale. Może raz czy dwa obserwowałam ją w oddali na spokojnym morzu (w czasie sztormów to ja śpię z kordłą naciągniętą na głowę), raz jak wyciągano ją na brzeg i transportowano plażą do hangaru, gdzie po umyciu brzuszka zasypiała do następnej przygody. Czytam, że już w czasie pierwszego półrocza służby pięć razy wypływała, żeby ratować marynarzy w potrzebie, oraz że ten rok będzie dla niej ostatnim u nas. Po 26 latach Doris ma odejść na emeryturę 2 czerwca. Jeszcze chwilę zostanie jako wsparcie dla młodszej koleżanki, po czym powędruje do Poole w hrabstwie Dorset, gdzie będzie częścią floty rezerwowej. Zastąpi ją nowa, szybsza łódź klasy Shannon. Trudno w to uwierzyć widząc jaka Doris jest gładziutka i zadbana, bez ani jednej plamki rdzy na kadłubie … no cóż … siedzę po północy (za dużo kawy) i piszę o łodzi ratowniczej. Nawet jest mi trochę smutno, że już niedługo będziemy ją żegnać. Wieczór był łagodny, teraz słyszę, że wzmaga się wiatr. Wyobrażam sobie, że łodzie, jak marynarze, wolą walczyć z falą niż rdzewieć w spokojnym porcie, więc może właśnie Doris zwodowano i kręci się przy wybrzeżu oświetlona różnymi błyskotkami. Ktoś tam nie śpi i być może nawet jest z tego powodu bardzo zadowolony, jak nasz sąsiad, który w czasie sztormowej pogody zamiata przed wejściem do domu. Kraciasty mówi, że robi „klar na pokładzie“. Klar na pokładzie. No dobrze. Ja, pomimo wypitej kawy, zamierzam teraz wskoczyć do wyrka bez zrobienia uprzednio klaru i bez wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrej nocy. Tobie również, mała łódko.