Archiwum kategorii: podróże i miejsca

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Reklamy

Jesień w Carlingford.

Wczoraj była niedziela we wtorek. W zasadzie miał być wtorek, ale zrobiliśmy niedzielę. Pojechaliśmy na północ, bo była piękna pogoda, odwiedziliśmy znajomą, żeby błysnąć jej obrączkami, zjedliśmy obiad w ulubionym miejscu, potem wygrzewaliśmy się na słońcu siedząc na ławeczce w porcie. Mój ciemnozielony płaszcz zapobiegliwie zabrany z domu przeleżał całą wyprawę na tylnym siedzeniu samochodu. Zmitrężyliśmy tak sporo czasu, zrobiliśmy też wypad do Północnej na ubraniowe zakupy, mam więc nowy, wełniany kaszkiet i podkasaną spódniczkę na zimę. „Za krótkie dni dla nas robią”, powiedział Kraciasty, gdy nam słońce przestało działać …

… i tak sobie myślę … przecież mogłam już zwolnić się z życia. Mogłam nie chodzić na manowce do „miejsc żywieniowych” jak to określiła jedna pani, tylko praca-dom-praca-dom. Przecież jak się zagaduje ludzi to można jeszcze kogoś fajnego poznać! I co wtedy? Pomyśl o tym 🙂

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Honeymoon (1). Podróż na wschód.

To pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że zastanawiałam się czy nie zostawić wszystkiego bez komentarza 🙂 Pójdę na łatwiznę, myślę sobie, bo tyle słów trzeba napisać na klawiaturze bez liter „e” i „w”. Zbiorę się w sobie …

W zeszłą niedzielę rozpoczęliśmy naszą podróż na wschód z niemałym poślizgiem. Poślizg był związany z problemami dnia poprzedniego, musieliśmy zrobić co musieliśmy zrobić i dopiero późnym popołudniem zjechaliśmy z Dolnego Śląska na obiad kilka km od Praszki. Praschkau, prawie na granicy opolskiego i łódzkiego, miasteczko leży nad Prosną płynącą w kierunku Kalisza i ziem z których pochodzi rodzina mojej mamy. U cioci zastaliśmy teściów, którzy towarzyszyli nam chwilę przed własną podróżą. Posiłek i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia … nigdy do tej pory nie widziałam Kraciastego w wydaniu małoletnim … nie wierzę w parapsychologiczne pierdy i wiem, że to tylko wzruszenie, ale czułam, że znałam tego chłopaka od dawna, że był moim niewidzialnym przyjacielem, gdy miałam 5 lat 😉 Chłopak z moich snów. Dzisiaj nad ranem nasza wieś jak w bajce, cała w morskiej mgle, a mój chłopak ze snów zakłada coś na siebie i idzie szukać kota, który nie wrócił do domu na noc. Nie wybrałabym nikogo innego …

Wracając do podróży … następnego dnia było śniadanie, rozmawialiśmy o ateizmie i dziadku – francuskim komuniście, po czym pora nam było jechać. Poniedziałek. Za oknem deszcz aż do Krakowa. Przejeżdżamy przez Konopiska, gdzie mieszka Kamila, S1 na Myslovitz, potem A4 do Jarosławia. Tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek …

Jesteśmy już na tym naszym wschodzie, pogoda bardziej niż piękna, a ja nie mam ani jednej sukienki. Rynek po południu wymarły, a my kręcimy się w kółko i zachwycamy się … ja robię zdjęcia telefonem, Kraciasty robi swoje aparatem, czasem wchodzę mu w kadr:

Widoki psują zaparkowane w Rynku samochody. Prawie nikt tu nie spaceruje o tej porze (przechodzenie to jeszcze nie spacer), za to samochodów zaparkowanych jest mnóstwo, jakby miasto było pełne ludzi z obłożnie chorymi nogami.

Zupełnie nie szukając znaleźliśmy dawną Dużą Synagogę. Przed wojną Żydzi stanowili tutaj ok. 20% ludności. Jarosław to pierwsze miejsce, gdzie wyraźnie widzę, że po ludziach zostały głównie domy i jakby mniej pamięci … ten wybudowano w 1811 roku.

Pijemy kawę we Fragoli na Rynku i jedziemy dalej (przed tą kawiarnią siedzi siwowłosa pani i delektuje się jakimś napojem, patrzy przed siebie w zadumie – zgaduję w głowie, że nie jest stąd. Nie mylę się, słyszę potem, że mówi po niemiecku). W drodze do pierwszego noclegu minęliśmy Wiązownicę i Majdan Sieniawski. Drewniane domy, trochę ich jest, ale znikają. W którymś mieszkała moja prababcia, w innym może babcia Kraciastego. Gdy robię zdjęcia jednego, zgłasza do mnie pretensje starsza pani. Przepraszam, powinnam była zapytać. Ale w głowie myśli mi się: pewnie ukradłaś. Mówię jedno nazwisko. Niby miejscowa, a nie zna. Inni świadkowie tamtych czasów już nie za bardzo wiedzą kto gdzie mieszkał, tam albo tam. Zapominamy, że zmrok zapada szybko, inaczej niż w Irlandii.

Ostatnie kilometry w kierunku Guciowa pokonujemy w zupełnej ciemności … gdy dojeżdżamy dezorientacja. Są jakieś domy, jest pies, ale jest i latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. Mroczny dom z podwórka wygląda tak:

W przedsionku czai się wielki boiler. Mamy pokój na poddaszu, z ciepłym prysznicem, ręcznikami, czajnikiem … jest wspaniale. Na dobranoc Kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych 😀 O tylu rzeczach nie mam bladego pojęcia.

Sypialnia jest adekwatnie nazwana pokojem wschodnim (jak widzisz, wszystko się nam układa w całość 😉 ). I o poranku mamy z okna taki widok:

Wtorek. Kraciasty wypatruje przez obiektyw aparatu miejscowych, zajętych swoimi sprawami:

Zagroda Guciów prowadzona przez Jachymków to agroturystyka i prywatny skansen, znajduje się na Roztoczu Środkowym, w drodze pomiędzy Zwierzyńcem i Kransobrodem. Na wzgórzu przy wiosce wg badań archeologicznych znajdował się jeden z wielu grodów czerwieńskich z X-XI wieku. Gdy rano wychodzimy przed dom w którym wykupiliśmy dwa noclegi jest pięknie, zielono, cicho.

W zasadzie mieliśmy, przynajmniej ja miałam, plany pomknięcia od razu do jakiegoś większego miejsca, ale po śniadaniu okazało się, że w cenie noclegu mamy też zwiedzanie skansenu i była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyłam trochę rzeczy, które są mi znane z życia mojej prababci, usłyszałam ciekawe historie, inne spojrzenie na świat, od tej wschodniej strony.

W skansenie zobaczyć można również kolekcję meteorytów, tropy dinozaurów, które żyły na terenie Roztocza czy największy amonit w Polsce. Oprowadzał nas lokalny patriota, który może trochę koloryzował, było to jednak oprowadzanie z miłością do zamojszczyzny.

Dopiero po godzinnym spacerze w obrębie skansenu udaliśmy się w kierunku Zamościa. To fragment starej Bramy Lwowskiej (bo jest i nowa) z przedstawieniem Jezusa i niewiernego Tomasza, z których nic sobie nie robią zamojskie gołębie. W kazamacie tej bramy był więziony jakiś czas Walerian Łukasiński:

Stare miasto trochę rozprute, bo od strony z której nadeszliśmy akurat odbudowuje się Kościół Zwiastowania, który przez większość XX wieku pełnił inne funkcje (magazyn, kino, szkoła plastyczna). Coś tam grzebią, jest przy tym dużo hałasu, więc doceniliśmy też inne, spokojniejsze spotkania:

Zamość jest oczywiście piękny, choć w Rynku parasole z nazwami piw zasłaniają nazwy restauracji, co jest dość irytujące. Nazwy piw mnie nie interesują 🙂 Zajrzeliśmy do Padwy na Staszica, żeby się posilić i stamtąd zagadałam do Stacha, czy ma ochotę spotkać się wieczorem gdzieś w drodze. Obok kupujemy dla jednej z naszych cat sitterek małego, czerwonego kota, wiemy, że zbiera.

Miasto zachwyciło mnie wieloma miejscami, jak te ormiańskie kamienice z XVII wieku (od lewej Bartoszewiczów, Pod Małżeństwem i Sołtanowska):

Jaskrawe, każda z własną historią, jeszcze w latach 70-tych wyglądały zwyczajniej, wyraźnie widać było ich dachy i dopiero projekt konserwacyjny przywrócił im attyki (te postrzępione fryzurki na górze), choć nie są one odbudowane na podstawie archiwaliów, a stanowią raczej wariację „na temat”. Pamiętasz pana Wiktora Zina i jego „Piórkiem i węglem”? On ci to był autorem projektu.

Przez Rynek Solny doszliśmy też do najlepiej zachowanej późnorenesansowej synagogi w Polsce. Zbudowali ją w początkach XVII wieku Żydzi sefardyjscy (wypędzeni z Hiszpanii – Polskę zamieszkiwali głównie Żydzi aszkenazyjscy, posługujący się jidysz). Byliśmy tylko na zewnątrz, przyjrzałam się temu drzewu … rajska jabłoń, najprawdopodobniej.

Pod synagogą była też instalacja dotycząca urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg, przypominająca tę postać i fakt świadomego zacierania pamięci i niej.

Krążąc po mieście dotarliśmy do Rynku Wodnego przy którym mieści się trzypiętrowa kamienica nazywana Centralką. Przed II wojną mieszkał w niej i tworzył Bolesław Leśmian. W wybudowanym w 1911 gmachu mieścił się także hotel, który był pierwszym budynkiem w Zamościu oświetlanym żarówkami elektrycznymi 🙂 Współczesnemu rynkowi pan Leśmian przygląda się z drzewa w parku:

Na rogu Centralki jest teraz księgarnia „Dom książki”, kupiliśmy w niej spore tomisko „Sodomy. Hipokryzja i władza w Watykanie” F. Martela wydane przez Agorę. Może uzbiera się kilka książek na post antyklerykalny, kto wie 😉

Tak jak przewidywaliśmy, Stachu nie miał czasu, pomimo to chcieliśmy wieczorem napić się gdzieś kawy „na mieście” i zamiast wracać na nocleg, pojechaliśmy na spacer do Krasnobrodu. Okazało się, że jesteśmy trochę późno jak na standardy miasteczka, zamiast na kawę poszliśmy więc na spacer nad pustoszejący zalew. Kafejki i fastfoodownie były już zamykane … na molu towarzyszyły nam osy na które tym razem reagowałam dość nerwowo. Zmęczenie podróżnicze dawało o sobie znać, widoki wynagradzały jednak wiele …

Przed zmierzchem zajrzeliśmy na chwilę do barokowego kościoła Nawiedzenia, msza chyba się kończyła, ale prowadzący ciągnął temat i nie chcieliśmy mu przeszkadzać. Budowlę ufundowała Marysieńska, znajduje się w niej podobizna Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, malutki metaloryt, który wygląda jak kartka wyrwana z książki. Jego historia sięga powstania Chmielnickiego.

W podróży będzie nam towarzyszył pełniejący księżyc, na tym zdjęciu powyżej też się wepchnął. Tak minął nam wtorek. Jeszcze tylko wizyta w Biedronce, żeby kupić chipsy i możemy wracać pod gont. Rano ponownie budzi nas światło ze wschodu … wstaje dobry dzień. Dobra środa, śniadanie jemy powoli …

Sierpniowa Grobla Olbrzyma.

Plik fotografii z sierpnia sprzed dwóch lat istnieje, tyle, że nie ma na nim Newgrange z przedostatniego posta … jestem ja z czerwonawym kubkiem (Kraciastego), który poszedł już do nieba dla kubków, są kormorany suszące skrzydła, które pokazałam kilka miesięcy później w poście wsiowym, jest Dolina Glendalough. Mam poza tym kilkadziesiąt zdjęć z 13 sierpnia AD 17, z miejsca o którym jeszcze nie pisałam, a które warto zobaczyć. To o nim będą dzisiejsze wspominki.

W przeciwieństwie do Newgrange, Grobla Olbrzyma, Clochán na bhFómharach, była mi znana z przynajmniej kilku podręczników języka angielskiego (pod nazwą the Giant’s Causeway) zanim jeszcze moja noga postała na Wyspie. Miejsce znajduje się w północnoirlandzkim hrabstwie Antrim – przyjechałam zaledwie dwa dni wcześniej i to była moja pierwsza tak długa wyprawa samochodowa przez Irlandię z Kraciastym. Bardzo chciałam zobaczyć na własne oczy tę kupę kamieni z podręcznika …

Ty pójdziesz górą, a ja doliną … śpiewają. My poszliśmy górą oboje. Ponieważ szlak do samej grobli nie jest bardzo długi, a Kraciasty chciał mi pokazać coś więcej niż tylko setki osób depczących wte i wewte po bazaltowym wypłaszczeniu, weszliśmy na ścieżkę, która pozwoliła nam dotrzeć do klifów. Na pierwszym zdjęciu groblę już widać, na drugim jest to samo miejsce, gdy minęliśmy je górą. A to dalsza część szlaku:

Formacja skalna o nazwie The Chimney Stacks.

Skąd wzięła się wchodząca w morze „grobla”? Wg legendy zbudował ją Fionn mac Cumhail (ten od ssania kciuka), przywódca Fianny. Fionn chciał się w ten sposób dostać do Szkocji, żeby się ponaparzać z innym lokalnym olbrzymem o imieniu Benandonner. W jednej z wersji tej legendy, gdy już miał okazję zobaczyć swojego przeciwnika, przerażony jego rozmiarami wrócił w pośpiechu do domu, gdzie żona przebrała go za niemowlaka. Podążający za uciekinierem Benandonner znalazł „niemowlaka” w kołysce i wnioskując z tego, że ojciec takiego „maleństwa” jest nie do pokonania, wycofał się na z góry upatrzone pozycje niszcząc groblę, aby przeciwnik nie mógł go dopaść. Jest to chyba jedyna legenda o Fionnie w której jest on przedstawiany jako olbrzym … poza tym, jak widać, to taka historia z rodzaju męskich rąbanek 😀

bazaltowa ściana klifu. Kraciasty mi przypomina, że to się nazywa The Organ Pipes … miejsce, w którym wiele osób robi sobie zdjęcie …

Fakty są następujące: the Giant’s Causeway jest formacją geologiczną wyglądającą jak efekt celowego działania człowieka, co w czasach, gdy ludzie legendami wypełniali sobie luki w wiedzy, musiało rozpalać wyobraźnię. Wybrzeże zawdzięcza swój wygląd erupcjom wulkanicznym w paleocenie (jakieś 50-60 mln lat temu – to okres w dziejach Ziemi, gdy po wymieraniu kredowym i zagładzie gatunkowej dinozaurów swoją szansę ewolucyjną dostały prymitywne ssaki, czyli nasi przodkowie 😀 ) i składa się z około 40 tysięcy bazaltowych kolumn o geometrycznych kształtach.

Jeśli dopatrywać się sensu czy ziarenka prawdy w ludowych historiach, to na północ od Irlandii, w archipelagu Hebryd Wewnętrznych, na wyspie Staffa, są podobne klify uformowane z trzeciorzędowego bazaltu. Czyżby to z tego wybrzeża pyskował do irlandzkiego herosa Benandonner? Któż to wie, co inspirowało celtyckich opowiadaczy … 😉

Wycieczka była bardzo udana, szlak raczej spokojny (większość zwiedzaczy została na dole, żeby zrobić na instagrama fotkę na której są oni i dzika przyroda … co przy dziesiątkach osób robiących obok dokładnie to samo nie jest wcale takie łatwe). W czasie odpoczynku podjadaliśmy ciasteczka owocowe i banany, popijaliśmy to jabłkowym tymbarkiem i zielonym frugo. Kraciasty miał czerwone spodnie, a na mnie spłynął tego poranka spokój.

Po południu poznałam dwójkę naszych obecnych przyjaciół. Gdzieś pomiędzy wydarzyły się różne rzeczy, które zmieniły fabułę mojego życia. Miałam być w Irlandii na chwilę, w zasadzie przyjechałam bez żadnych planów, a tak się „złożyło” (tak naprawdę to była decyzja, od składania są namioty), że jestem tutaj już jakiś czas i właśnie zapieram na (dopiero co przesuszonej na wietrze) poszwie fioletową plamę po ptasiej kupie 😀 Jagódki chyba w sąsiedztwie obrodziły.

* * *

Kot nie odstępował mnie dzisiaj od poranka do popołudnia – spał na biurku na którym zazwyczaj leży laptop Kraciastego. A Kraciasty po dłuższym postoju w korku na A4 będzie dziś spał w przepięknym miejscu na Dolnym Śląsku – może kiedyś wybierzemy się tam razem. Nie wiedziałam, co odpisać pod poprzednim postem, postaram się to zrobić za jakiś czas. Dni upływają mi spokojnie i zazwyczaj są pełne nadziei.

Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam kilka podobnych, telefonowych zdjęć, i jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zimą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Kraciasty na dachu Wicklow.

Zgodnie z zapowiedzią, oddaję głos Kraciastemu (to mój chłopak jest), który opowie co robił w sobotę ze swoim przyjacielem …

To miał być szybki wypad w góry Mournes, chciałem pokazać Świechnie Slieve Bearnagh lub Slieve Binnian, ze względu na krótkie, ostre podejścia, malownicze urwiska, ciekawe grupy skalne na szczytach, widok na Silent Valley i pełną panoramę na 360 stopni, jednak prognoza pogody wymusiła zmianę planów.

Góry Wicklow miały tego dnia być wolne od frontu burzowego walącego prosto na Mournes. Pierwsza myśl: Glenmalur, najdłuższa irlandzka dolina polodowcowa! Dawała możliwość sprawnego wejścia na Mullacor i Lugduff, skąd podziwiać można nie tylko całą panoramę Wicklow z Lugnaquillą na czele, ale też można zajrzeć tak w otchłań Glenmalur, jak i omawianą w poprzednim poście Glendalough. Pionowe klify i mordospady, lasy, wrzosowiska, a wszystko to niewielkim kosztem, trasy dostępne nawet dla laików, choć podłączony i używany mózg jest nadal priorytetem- to nie festyn w Sitnie, ani parawaning w Mielnie.

Dzień wyjścia przywitał mnie kolejną niespodzianką: Świechna nie czuła się na tyle dobrze, by w duszny dzień wędrować po górach, ale ponieważ byliśmy umówieni z przyjacielem (w tekście nazywanym „K.”), po raz kolejny zmieniłem plan. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl o wejściu na samą Lugnaquillę (925 m n.p.m., wybitność 905 metrów). Podejście od strony Glenmalur gwarantowało intensywne doznania estetyczne. Dwóch facetów to skład w sam raz, by przetestować trasę, którą przewodniki opisują jako bardzo trudną, a jako główny problem wskazują na długość i marnie znakowane oraz kłopoty z nawigacją. Odrobinę to mylące, ale dojdziemy do tego.

Na start dotarliśmy w samo południe. Parking wypełniony, na szczęście było jeszcze gdzie postawić samochód i w zasadzie nie ma szans, by miejsc zabrakło, bo oprócz asfaltu jest w zapasie dużo utwardzonego gruntu do dyspozycji. Nadzieje były duże, bo już sam wjazd w dolinę dawał obietnicę udanego dnia. Odrobinę niepokoił mnie tylko obraz namiotów rozstawianych przez czcicieli grilla, ale dobrze wiedzieliśmy, że oni zostaną na dole. Punkt wyjścia okazał się świetnie oznaczony, parking i pomnik rebelii 1798 dawały gwarancję, że miejsce rozpoznamy w każdych okolicznościach przyrody. Pomnik, no właśnie….

Glenmalur.

…Co to jest rebelia 1798 oczywiście wiecie świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę: Na kontynencie północnoamerykańskim Anglicy popadli w poważne kłopoty – USA ogłosiły i obroniły niepodległość, a na południu, korzystając z okazji, Francuzi i Hiszpanie skopali im tyłki. Zmusiło to Anglię do wysłania dodatkowych wojsk, by zupełnie nie stracić wpływów w Ameryce, a to kosztowało i osłabiało, otwierając w efekcie największą od stu lat szansę na niepodległość Irlandii zwłaszcza, że Anglicy w obawie przed atakiem Francuzów lub Hiszpanów, uzbroili irlandzkich ochotników tworząc 100- tysięczną obronę cywilną, mającą być rzekomo „wierną Koronie”. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że Irlandczycy dogadali się z Francuzami, otrzymali pomoc zbrojną i Anglicy mieli problem, który pomógł im rozwiązać chciwy i przekupny, jak zawsze, Kościół Katolicki. Episkopat Irlandii zadowoliwszy się ustępstwami wobec katolików, obłożył ekskomuniką powstańców, a nawet wszystkich popierających organizację Society of United Irishman, w którą przerodziła się Obrona Terytorialna. Tak jak to było i w Polsce po ogłoszeniu Konstytucji III maja, Kościół wbił własnej ojczyźnie nóż w plecy. W Polsce była Targowica, w Irlandii ekskomunika. Tak w Polsce, jak i w Irlandii, okupanci dzięki temu stopniowo stłumili ruchy wolnościowe. Polska i Irlandia na niepodległość musiały czekać do zakończenia I wojny światowej, Irlandia nawet ciut dłużej. Kościół z Narodem, Naród z Kościołem, bida z nędzą!!!

Ruszyliśmy zatem spod pomnika i dzięki marnym oznaczeniom a naszej pomyłce (zakręcający szlak wzięliśmy za drogę dla drwali) na grzbiet górski weszliśmy dopiero po półtorej godziny marszu wzdłuż głównej doliny. Minęliśmy pierwotnie zakładaną trasę przez malowniczą Fraughan Rock Glen, nie zauważając jej. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z pomyłki, już się nie opłacało wracać. Na płaskowyż weszliśmy przy Camenabologue, dokładnie kilkadziesiąt metrów na północ poniżej szczytu. Straty: nadłożyliśmy drogi. Zyski: droga do tej pory była łatwa, spokojnie można było iść nawet z dziesięciolatkiem.

Gdzieś z drugiej strony, kilkaset metrów pod tą wieżą znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa.

Rzut oka na sytuację w terenie i zorientowaliśmy się, że za półtorej do dwóch godzin możemy bez problemu osiągnąć Lugnaquillię. Pytanie tylko, czy znajdziemy skrót w drodze do samochodu, czy czeka nas powrót po śladach. Na szczęście nieliczni turyści byli nieźle zorientowani i mężczyzna spotkany na szczycie Camenabologue dał nam ideę, czy też zarys co najmniej trzech różnych tras przez południowy klif Glenmalur (w tym naszej początkowo planowanej, przez Fraughan Rock). Oczywiście zawsze zostawał problem główny: Słabo oznaczone ścieżki i zbyt mała podziałka mapy, więc i mała dokładność. Po krótkim posiłku ruszyliśmy.

Camenabologue, 785 m n.p.m.

I tu mógł nastąpić niespodziewany koniec meldunków z trasy, gdyż wzdłuż ścieżki łączącej Camenabologue z Lugnaquillą znajduje się podmokłe torfowisko. Po pierwsze – w porze deszczowej jest ono prawdopodobnie nie do pokonania. Po drugie – na prawie całej długości przejścia znajdują się głębokie rozpadliny, często nawet na metr w dół. Zamaskowane trawą, podłużne szczeliny, w które bez problemu może osunąć się noga stanowią poważne zagrożenie, o czym przekonałem się na własnej skórze, wpadając w jedną z nich. No …, powiedzmy że prawie wpadając, bo podparłem się na kijkach – utrzymały mnie, choć lewy kij się wygiął i to jego koniec kariery górskiej. Gdybym tam wpadł, jedynie diabli mogliby mi uratować nogę.

Zejście ze ścieżki to natomiast zły plan o każdej porze roku, nie tylko deszczowej – i tak jest mokro, grząsko, ślisko, można wpaść w bagno po pas, można w dziurę, można osunąć się w uskok – do wyboru! I atrakcja sezonu, NIEWYBUCHY!!! … niewybuchy, dobrze widzicie, Lugnaquillia jest poligonem artyleryjskim. Rzadko używanym, ale tablice wyraźnie informują, by nie dotykać żadnych metalowych znalezisk, bo grożą eksplozją!

Po przejściu przez przełęcz, nagle ukazały się naszym oczom niebieskie pastwiska, znaczy się zielone, ale podniebne! Owce, nareszcie owce, skoro one nie grzęzną, to i my damy radę! Najwyższy szczyt Wicklow okazuje się być względnie suchy – w przeciwieństwie do otaczającego go bagnistego płaskowyżu. Można włączyć trzeci bieg i gnać na samą górę. Łatwo i miło, nareszcie!

Dwaj obserwatorzy i jeden konsument.

Zaraz, zaraz…, czy ja dobrze widzę?! Spytałem K., a on potwierdził. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz tropiąc agentów, dotarł aż tu, oznaczając domniemanych Tajnych Współpracowników literami TW malowanymi czerwoną farbą na runie. Zobaczcie jaka jest dyskrecja służb psychiatrycznych w Irlandii: nie nastąpił żaden przeciek, prasa, media…, nikt nic nie wie, a przecież po takiej akcji musiał trafić na oddział furiatów!

Tajni Współpracownicy.

Widok ze szczytu to coś niezwykłego. Przy lepszej przejrzystości powietrza, prawdopodobnie widać całą Irlandię.

Lugnaquilla, 925 m n.p.m.

My mieliśmy front burzowy na północy, więc tam widoczność szybko się kończyła, poza tym powietrze było dość wilgotne, a to osłabiało ostrość. I tak widzieliśmy południowe wybrzeże od Wexford aż po Cork, na zachodzie wyraźnie rysowały się Galty Mouintans, a na horyzoncie majaczyły…, tak tak, widać było delikatny zarys gór zachodniego wybrzeża, od Kerry aż do wysokości Galway (dalej na północ był front). No i wokół Góry Wicklow – jak na dłoni!

Wartownik.
A kogóż to widać w oddali? Nasza dobra znajoma, Góra Cukru – Sugar Loaf.

Droga powrotna zaczęła się miło. Poszliśmy płaskowyżem w kierunku wschodnim, przez Clohernagh, mijając piękny widok na Fraughan Rock Glen.

Torfowiska i wrzosowiska z tej perspektywy wyglądały niczym malownicze łąki, ale uwierz mi Czytelniku, nie chciałbyś znaleźć się tam bez skrzydeł.

Do tego owce, piękne, spokojne. A wśród nich Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów. Byli konsumenci, byli wartownicy i obserwatorzy, ale jego nie dało się nie rozpoznać!

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Na grzbiecie było miło, ale już znalezienie bezpiecznej ścieżki w dół przez południowy klif Glenmalur wymaga spokoju, obserwacji i uwagi. W razie pomyłki, można się roztrzaskać, bądź utonąć. Bo wypłaszczenie na wysokości jeziorka w kształcie serca to istne bagno, dla bezpieczeństwa otoczone drutem kolczastym, zero skrótów!!!

Arts Lough. Po lewej – dwóch szczebioczących chłopców wygrzewa się na kamieniu przy jeziorku w kształcie serca, po prawej wędrujący K. – przyjaciel i towarzysz na wyprawach.

Zeszliśmy do jeziorka, gdzie wygrzewało się na kamieniu dwóch wyraźnie sobą zajętych panów, a potem już tylko zejście na dno Fraughan Rock Glen, pokonanie niezbyt wysokiego płotu z drutem kolczastym i komfortowa droga na parking.

Aaaa…, byłbym zapomniał. Już z daleka dochodził do nas znajomy głos „UMC, UMC, UMC”, którego źródłem zdawały się być przesterowane głośniki samochodowe, a im bliżej obozowiska festyniarzy byliśmy, tym wyraźniej wyłapywaliśmy znajome słownictwo „dawaj tutaj, dawaj k…wa…” Zapach kiełbaski i karkówki z grilla oraz coraz aktywniejsze owady upierdliwe (meszki, czy inne gryzące maleństwa) zachęciły nas do zajęcia miejsca w samochodzie, daliśmy sobie tylko czas na zmianę butów połączoną z moczeniem nóg w strumyku. Co za ulga! A u wejścia w dolinę, na pierwszym skrzyżowaniu czekał na nas miły pub z B&B, Glenmalur Lodge, gdzie serwują świetną kawę, której nie byliśmy sobie w stanie odmówić.

Wspaniały dzień, piękna trasa, naprawdę słabo uczęszczana – w górach spotkaliśmy nie więcej, niż 15- 20 osób, przez całych 8 godzin wędrówki.

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lugnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Oldbridge House i przyległości.

W grudniu, na zakończenie roku, spacerowaliśmy po okolicy i napisałam wówczas notatkę o polu bitwy nad Boyne. Wczoraj byliśmy tam ponownie, żeby zobaczyć park w letniej odsłonie. Zanim znaleźliśmy się w parku pod Droghedą, najpierw trzeba było załatwić w mieście jedną drobną sprawę papierkową. Potem poszliśmy tempem spacerowym do naszej ulubionej kawiarni na 1 Stockwell Lane. Jest to miejsce dość ciasne, ale z bardzo miłą obsługą i domową atmosferą:

Kraciasty poprzestał na cieście marchewkowym, ja zajadałam się falafelem, oboje zerkaliśmy na pewnią panią, która jest elementem lokalnego kolorytu. Pomimo tego, że było ciepło, pani była ubrana w czarną kurtkę i rękawiczki bez palców. Ma (najprawdopodobniej) na imię (coś naokoło) Anja. Obsługa ją lubi. „Anja” pewnie mieszka gdzieś w okolicy.

Po posiłku przejechaliśmy się bezpośrednio w kierunku Oldbridge, zostawiliśmy samochód pod domem i weszliśmy do ogrodu za murem. A tam …

… zieloności. Pamiętasz te drzewa posadzone w espalierze? W grudniu myślałam, że to jabłonie, ale Kraciasty wypatrzył na nich wczoraj malutkie gruszki-pierdziuszki:

W Upper Garden w miejsce zeschłych badyli zastaliśmy kobierce z kwitnącej lawendy i krokosmię lucifer, której jedną doniczkę akurat rano posadziłam przed naszym domem. Nie byłam pewna, czy w tym klimacie można ją wysadzać do gleby. Spacery uczą 🙂

A to inny fragmenty, zabudowany murem w kształcie ośmiokąta, stąd jego nazwa „The Octagon Garden”. To najstarsza część ogrodów w Oldbridge, w XVIII wieku był opisywany jako owocowy, teraz rosną w nim cisy, a pod jego ścianami stoją cztery antycznopodobne popiersia, w tym ten Śliczny, z pieczołowicie utrefionym włosem:

Ogród przybiera kształ niecki, wczoraj napełniało go gwarem kilka pań z wózkami dzięcięcymi.

Byliśmy zgodni, że trzeba gdzieś przyciąść, i klapnęliśmy na ławie na zewnątrz herbaciarni … pod nami widok był taki:

Przed nami taki, herbaciano-kawowy, baristka była bardzo miła i uważna, ale chlusnęła mi do kawy za dużo przesłodkiego karmelu:

A obok jeszcze inaczej, albowiem w sąsiadującej z naszym stolikiem donicy odnalazł się znany nam już Kot Generał:

Doniczkowy kot wybudzał się co jakiś czas, ale gwar turystów nie robił na nim większego wrażenia. Nie tylko ja go obserwowałam, wydaje się więc, że jest taką samą atrakcją jak repliki historycznych dział, które wzięły udział w bitwie w 1690 roku.

A wracając do bitwy, na początku nie mieliśmy zamiaru wchodzić do budynku, ale jakoś tak po wyjściu z herbaciarni sami z siebie daliśmy się przekonać. Jak pisałam w notce sprzed kilku miesięcy, budynek ten nie „pamięta” potyczki, bo powstał wiele lat po niej. Nie jest też w całości wykorzystany do celów turystycznych – w zasadzie mogliśmy się tylko przejść po parterze, wejść na ogrodzony dziedziniec po lewej stronie od budynku i obejrzeć kilkunastominutowy film na temat bitwy, a wcześniej miltimedialne omówienie taktyki bitewnej. Dwa piętra nadal są dla nas tajemnicą:

Z filmu zapamiętało mi się, że żołnierze Wilhelma mieli wpięte zielone gałązki, a żołnierze Jakuba nosili białe, papierowe kotyliony. Bo jak inaczej rozpoznać wroga … czy wojna nie jest jednym, wielkim nieporozumieniem? Takie marnotrastwo ludzi i zwierząt! Rok później podpisano Traktat w Limerick. W 1701 Wilhelmowi postawiono w środku Dublina pomnik. W 1929 roku pomnik rozebrano. Pole bitwy zarasta wysoka trawa w której swoje ścieżki wydeptują właściciele psów i ich czworonogi. Uważam, że tak jak jest teraz, jest dobrze.

W budynku wystawiono autentyczną armatę, którą prawdodpodobnie wykorzystywano w bitwie, choć urządzenie to jest sto lat starsze i pochodzi z czasów Elżbiety I Tudor. Na dziedzińcu są natomiast kopie różnorodnej broni palnej większego kalibru, którą posługiwano się pod koniec XVII wieku:

Wyszliśmy z dziedzińca jeszcze raz mijając herbaciarnię, więc mogliśmy zauważyć, że Generał z doniczki przeszedł na stół, aby dać się pogłaskać rwącym się do tego turystom.

* * *

Dzień był pod wieloma względami wspaniały. Rozmawiałam telefonicznie z rodzicami i babcią, pierwszy raz obcięłam Kraciastemu włosy maszynką, pospacerowałam jak należy (od tego poszliśmy spać jeszcze przed północą, jak nie my), kupiliśmy Rysiowi nową, aksamitną obrożę przeciwpchelną (i bardzo dobrze, bo od starej właśnie z rana odpadł dzwoneczek). Była też jedna sprawa, która trochę mnie zdumiała i dała odrobinę satysfakcji (chociaż wiem, że to niezbyt ładnie). Gdy opublikowałam na facebooku link do nowego tekstu Wolanda, pewna internetowa znajoma najpierw kontestowała coś, czego nie przeczytała, żeby następnie, w zasadzie nie wiadomo czemu, mnie zablokować. Chcę wierzyć, że blokada wynika z refleksji „robię z siebie idiotkę”, niestety może być to też efekt świętego oburzenia, które rzadko rokuje pomyślnie. Czy zrobiłam rysę na tym monolicie? Być może. Nie wątpię, że życie zrobi większą, bo mowa jest o osobie młodej, choć już intelektualnie zatwardziałej. Porozmawialiśmy tego dnia z Kraciastym o gościach na ślub, o szczęściu i o biednej Izabeli.