Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam kilka podobnych, telefonowych zdjęć, i jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zimą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Kraciasty na dachu Wicklow.

Zgodnie z zapowiedzią, oddaję głos Kraciastemu (to mój chłopak jest), który opowie co robił w sobotę ze swoim przyjacielem …

To miał być szybki wypad w góry Mournes, chciałem pokazać Świechnie Slieve Bearnagh lub Slieve Binnian, ze względu na krótkie, ostre podejścia, malownicze urwiska, ciekawe grupy skalne na szczytach, widok na Silent Valley i pełną panoramę na 360 stopni, jednak prognoza pogody wymusiła zmianę planów.

Góry Wicklow miały tego dnia być wolne od frontu burzowego walącego prosto na Mournes. Pierwsza myśl: Glenmalur, najdłuższa irlandzka dolina polodowcowa! Dawała możliwość sprawnego wejścia na Mullacor i Lugduff, skąd podziwiać można nie tylko całą panoramę Wicklow z Lugnaquillą na czele, ale też można zajrzeć tak w otchłań Glenmalur, jak i omawianą w poprzednim poście Glendalough. Pionowe klify i mordospady, lasy, wrzosowiska, a wszystko to niewielkim kosztem, trasy dostępne nawet dla laików, choć podłączony i używany mózg jest nadal priorytetem- to nie festyn w Sitnie, ani parawaning w Mielnie.

Dzień wyjścia przywitał mnie kolejną niespodzianką: Świechna nie czuła się na tyle dobrze, by w duszny dzień wędrować po górach, ale ponieważ byliśmy umówieni z przyjacielem (w tekście nazywanym „K.”), po raz kolejny zmieniłem plan. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl o wejściu na samą Lugnaquillę (925 m n.p.m., wybitność 905 metrów). Podejście od strony Glenmalur gwarantowało intensywne doznania estetyczne. Dwóch facetów to skład w sam raz, by przetestować trasę, którą przewodniki opisują jako bardzo trudną, a jako główny problem wskazują na długość i marnie znakowane oraz kłopoty z nawigacją. Odrobinę to mylące, ale dojdziemy do tego.

Na start dotarliśmy w samo południe. Parking wypełniony, na szczęście było jeszcze gdzie postawić samochód i w zasadzie nie ma szans, by miejsc zabrakło, bo oprócz asfaltu jest w zapasie dużo utwardzonego gruntu do dyspozycji. Nadzieje były duże, bo już sam wjazd w dolinę dawał obietnicę udanego dnia. Odrobinę niepokoił mnie tylko obraz namiotów rozstawianych przez czcicieli grilla, ale dobrze wiedzieliśmy, że oni zostaną na dole. Punkt wyjścia okazał się świetnie oznaczony, parking i pomnik rebelii 1798 dawały gwarancję, że miejsce rozpoznamy w każdych okolicznościach przyrody. Pomnik, no właśnie….

Glenmalur.

…Co to jest rebelia 1798 oczywiście wiecie świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę: Na kontynencie północnoamerykańskim Anglicy popadli w poważne kłopoty – USA ogłosiły i obroniły niepodległość, a na południu, korzystając z okazji, Francuzi i Hiszpanie skopali im tyłki. Zmusiło to Anglię do wysłania dodatkowych wojsk, by zupełnie nie stracić wpływów w Ameryce, a to kosztowało i osłabiało, otwierając w efekcie największą od stu lat szansę na niepodległość Irlandii zwłaszcza, że Anglicy w obawie przed atakiem Francuzów lub Hiszpanów, uzbroili irlandzkich ochotników tworząc 100- tysięczną obronę cywilną, mającą być rzekomo „wierną Koronie”. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że Irlandczycy dogadali się z Francuzami, otrzymali pomoc zbrojną i Anglicy mieli problem, który pomógł im rozwiązać chciwy i przekupny, jak zawsze, Kościół Katolicki. Episkopat Irlandii zadowoliwszy się ustępstwami wobec katolików, obłożył ekskomuniką powstańców, a nawet wszystkich popierających organizację Society of United Irishman, w którą przerodziła się Obrona Terytorialna. Tak jak to było i w Polsce po ogłoszeniu Konstytucji III maja, Kościół wbił własnej ojczyźnie nóż w plecy. W Polsce była Targowica, w Irlandii ekskomunika. Tak w Polsce, jak i w Irlandii, okupanci dzięki temu stopniowo stłumili ruchy wolnościowe. Polska i Irlandia na niepodległość musiały czekać do zakończenia I wojny światowej, Irlandia nawet ciut dłużej. Kościół z Narodem, Naród z Kościołem, bida z nędzą!!!

Ruszyliśmy zatem spod pomnika i dzięki marnym oznaczeniom a naszej pomyłce (zakręcający szlak wzięliśmy za drogę dla drwali) na grzbiet górski weszliśmy dopiero po półtorej godziny marszu wzdłuż głównej doliny. Minęliśmy pierwotnie zakładaną trasę przez malowniczą Fraughan Rock Glen, nie zauważając jej. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z pomyłki, już się nie opłacało wracać. Na płaskowyż weszliśmy przy Camenabologue, dokładnie kilkadziesiąt metrów na północ poniżej szczytu. Straty: nadłożyliśmy drogi. Zyski: droga do tej pory była łatwa, spokojnie można było iść nawet z dziesięciolatkiem.

Gdzieś z drugiej strony, kilkaset metrów pod tą wieżą znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa.

Rzut oka na sytuację w terenie i zorientowaliśmy się, że za półtorej do dwóch godzin możemy bez problemu osiągnąć Lugnaquillię. Pytanie tylko, czy znajdziemy skrót w drodze do samochodu, czy czeka nas powrót po śladach. Na szczęście nieliczni turyści byli nieźle zorientowani i mężczyzna spotkany na szczycie Camenabologue dał nam ideę, czy też zarys co najmniej trzech różnych tras przez południowy klif Glenmalur (w tym naszej początkowo planowanej, przez Fraughan Rock). Oczywiście zawsze zostawał problem główny: Słabo oznaczone ścieżki i zbyt mała podziałka mapy, więc i mała dokładność. Po krótkim posiłku ruszyliśmy.

Camenabologue, 785 m n.p.m.

I tu mógł nastąpić niespodziewany koniec meldunków z trasy, gdyż wzdłuż ścieżki łączącej Camenabologue z Lugnaquillą znajduje się podmokłe torfowisko. Po pierwsze – w porze deszczowej jest ono prawdopodobnie nie do pokonania. Po drugie – na prawie całej długości przejścia znajdują się głębokie rozpadliny, często nawet na metr w dół. Zamaskowane trawą, podłużne szczeliny, w które bez problemu może osunąć się noga stanowią poważne zagrożenie, o czym przekonałem się na własnej skórze, wpadając w jedną z nich. No …, powiedzmy że prawie wpadając, bo podparłem się na kijkach – utrzymały mnie, choć lewy kij się wygiął i to jego koniec kariery górskiej. Gdybym tam wpadł, jedynie diabli mogliby mi uratować nogę.

Zejście ze ścieżki to natomiast zły plan o każdej porze roku, nie tylko deszczowej – i tak jest mokro, grząsko, ślisko, można wpaść w bagno po pas, można w dziurę, można osunąć się w uskok – do wyboru! I atrakcja sezonu, NIEWYBUCHY!!! … niewybuchy, dobrze widzicie, Lugnaquillia jest poligonem artyleryjskim. Rzadko używanym, ale tablice wyraźnie informują, by nie dotykać żadnych metalowych znalezisk, bo grożą eksplozją!

Po przejściu przez przełęcz, nagle ukazały się naszym oczom niebieskie pastwiska, znaczy się zielone, ale podniebne! Owce, nareszcie owce, skoro one nie grzęzną, to i my damy radę! Najwyższy szczyt Wicklow okazuje się być względnie suchy – w przeciwieństwie do otaczającego go bagnistego płaskowyżu. Można włączyć trzeci bieg i gnać na samą górę. Łatwo i miło, nareszcie!

Dwaj obserwatorzy i jeden konsument.

Zaraz, zaraz…, czy ja dobrze widzę?! Spytałem K., a on potwierdził. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz tropiąc agentów, dotarł aż tu, oznaczając domniemanych Tajnych Współpracowników literami TW malowanymi czerwoną farbą na runie. Zobaczcie jaka jest dyskrecja służb psychiatrycznych w Irlandii: nie nastąpił żaden przeciek, prasa, media…, nikt nic nie wie, a przecież po takiej akcji musiał trafić na oddział furiatów!

Tajni Współpracownicy.

Widok ze szczytu to coś niezwykłego. Przy lepszej przejrzystości powietrza, prawdopodobnie widać całą Irlandię.

Lugnaquilla, 925 m n.p.m.

My mieliśmy front burzowy na północy, więc tam widoczność szybko się kończyła, poza tym powietrze było dość wilgotne, a to osłabiało ostrość. I tak widzieliśmy południowe wybrzeże od Wexford aż po Cork, na zachodzie wyraźnie rysowały się Galty Mouintans, a na horyzoncie majaczyły…, tak tak, widać było delikatny zarys gór zachodniego wybrzeża, od Kerry aż do wysokości Galway (dalej na północ był front). No i wokół Góry Wicklow – jak na dłoni!

Wartownik.
A kogóż to widać w oddali? Nasza dobra znajoma, Góra Cukru – Sugar Loaf.

Droga powrotna zaczęła się miło. Poszliśmy płaskowyżem w kierunku wschodnim, przez Clohernagh, mijając piękny widok na Fraughan Rock Glen.

Torfowiska i wrzosowiska z tej perspektywy wyglądały niczym malownicze łąki, ale uwierz mi Czytelniku, nie chciałbyś znaleźć się tam bez skrzydeł.

Do tego owce, piękne, spokojne. A wśród nich Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów. Byli konsumenci, byli wartownicy i obserwatorzy, ale jego nie dało się nie rozpoznać!

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Na grzbiecie było miło, ale już znalezienie bezpiecznej ścieżki w dół przez południowy klif Glenmalur wymaga spokoju, obserwacji i uwagi. W razie pomyłki, można się roztrzaskać, bądź utonąć. Bo wypłaszczenie na wysokości jeziorka w kształcie serca to istne bagno, dla bezpieczeństwa otoczone drutem kolczastym, zero skrótów!!!

Arts Lough. Po lewej – dwóch szczebioczących chłopców wygrzewa się na kamieniu przy jeziorku w kształcie serca, po prawej wędrujący K. – przyjaciel i towarzysz na wyprawach.

Zeszliśmy do jeziorka, gdzie wygrzewało się na kamieniu dwóch wyraźnie sobą zajętych panów, a potem już tylko zejście na dno Fraughan Rock Glen, pokonanie niezbyt wysokiego płotu z drutem kolczastym i komfortowa droga na parking.

Aaaa…, byłbym zapomniał. Już z daleka dochodził do nas znajomy głos „UMC, UMC, UMC”, którego źródłem zdawały się być przesterowane głośniki samochodowe, a im bliżej obozowiska festyniarzy byliśmy, tym wyraźniej wyłapywaliśmy znajome słownictwo „dawaj tutaj, dawaj k…wa…” Zapach kiełbaski i karkówki z grilla oraz coraz aktywniejsze owady upierdliwe (meszki, czy inne gryzące maleństwa) zachęciły nas do zajęcia miejsca w samochodzie, daliśmy sobie tylko czas na zmianę butów połączoną z moczeniem nóg w strumyku. Co za ulga! A u wejścia w dolinę, na pierwszym skrzyżowaniu czekał na nas miły pub z B&B, Glenmalur Lodge, gdzie serwują świetną kawę, której nie byliśmy sobie w stanie odmówić.

Wspaniały dzień, piękna trasa, naprawdę słabo uczęszczana – w górach spotkaliśmy nie więcej, niż 15- 20 osób, przez całych 8 godzin wędrówki.

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lugnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma, w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Oldbridge House i przyległości.

W grudniu, na zakończenie roku, spacerowaliśmy po okolicy i napisałam wówczas notatkę o polu bitwy nad Boyne. Wczoraj byliśmy tam ponownie, żeby zobaczyć park w letniej odsłonie. Zanim znaleźliśmy się w parku pod Droghedą, najpierw trzeba było załatwić w mieście jedną drobną sprawę papierkową. Potem poszliśmy tempem spacerowym do naszej ulubionej kawiarni na 1 Stockwell Lane. Jest to miejsce dość ciasne, ale z bardzo miłą obsługą i domową atmosferą:

Kraciasty poprzestał na cieście marchewkowym, ja zajadałam się falafelem, oboje zerkaliśmy na pewnią panią, która jest elementem lokalnego kolorytu. Pomimo tego, że było ciepło, pani była ubrana w czarną kurtkę i rękawiczki bez palców. Ma (najprawdopodobniej) na imię (coś naokoło) Anja. Obsługa ją lubi. „Anja” pewnie mieszka gdzieś w okolicy.

Po posiłku przejechaliśmy się bezpośrednio w kierunku Oldbridge, zostawiliśmy samochód pod domem i weszliśmy do ogrodu za murem. A tam …

… zieloności. Pamiętasz te drzewa posadzone w espalierze? W grudniu myślałam, że to jabłonie, ale Kraciasty wypatrzył na nich wczoraj malutkie gruszki-pierdziuszki:

W Upper Garden w miejsce zeschłych badyli zastaliśmy kobierce z kwitnącej lawendy i krokosmię lucifer, której jedną doniczkę akurat rano posadziłam przed naszym domem. Nie byłam pewna, czy w tym klimacie można ją wysadzać do gleby. Spacery uczą 🙂

A to inny fragmenty, zabudowany murem w kształcie ośmiokąta, stąd jego nazwa „The Octagon Garden”. To najstarsza część ogrodów w Oldbridge, w XVIII wieku był opisywany jako owocowy, teraz rosną w nim cisy, a pod jego ścianami stoją cztery antycznopodobne popiersia, w tym ten Śliczny, z pieczołowicie utrefionym włosem:

Ogród przybiera kształ niecki, wczoraj napełniało go gwarem kilka pań z wózkami dzięcięcymi.

Byliśmy zgodni, że trzeba gdzieś przyciąść, i klapnęliśmy na ławie na zewnątrz herbaciarni … pod nami widok był taki:

Przed nami taki, herbaciano-kawowy, baristka była bardzo miła i uważna, ale chlusnęła mi do kawy za dużo przesłodkiego karmelu:

A obok jeszcze inaczej, albowiem w sąsiadującej z naszym stolikiem donicy odnalazł się znany nam już Kot Generał:

Doniczkowy kot wybudzał się co jakiś czas, ale gwar turystów nie robił na nim większego wrażenia. Nie tylko ja go obserwowałam, wydaje się więc, że jest taką samą atrakcją jak repliki historycznych dział, które wzięły udział w bitwie w 1690 roku.

A wracając do bitwy, na początku nie mieliśmy zamiaru wchodzić do budynku, ale jakoś tak po wyjściu z herbaciarni sami z siebie daliśmy się przekonać. Jak pisałam w notce sprzed kilku miesięcy, budynek ten nie „pamięta” potyczki, bo powstał wiele lat po niej. Nie jest też w całości wykorzystany do celów turystycznych – w zasadzie mogliśmy się tylko przejść po parterze, wejść na ogrodzony dziedziniec po lewej stronie od budynku i obejrzeć kilkunastominutowy film na temat bitwy, a wcześniej multimedialne omówienie taktyki bitewnej. Dwa piętra nadal są dla nas tajemnicą:

Z filmu zapamiętało mi się, że żołnierze Wilhelma mieli wpięte zielone gałązki, a żołnierze Jakuba nosili białe, papierowe kotyliony. Bo jak inaczej rozpoznać wroga … czy wojna nie jest jednym, wielkim nieporozumieniem? Takie marnotrastwo ludzi i zwierząt! Rok później podpisano Traktat w Limerick. W 1701 Wilhelmowi postawiono w środku Dublina pomnik. W 1929 roku pomnik rozebrano. Pole bitwy zarasta wysoka trawa w której swoje ścieżki wydeptują właściciele psów i ich czworonogi. Uważam, że tak jak jest teraz, jest dobrze.

W budynku wystawiono autentyczną armatę, którą prawdodpodobnie wykorzystywano w bitwie, choć urządzenie to jest sto lat starsze i pochodzi z czasów Elżbiety I Tudor. Na dziedzińcu są natomiast kopie różnorodnej broni palnej większego kalibru, którą posługiwano się pod koniec XVII wieku:

Wyszliśmy z dziedzińca jeszcze raz mijając herbaciarnię, więc mogliśmy zauważyć, że Generał z doniczki przeszedł na stół, aby dać się pogłaskać rwącym się do tego turystom.

* * *

Dzień był pod wieloma względami wspaniały. Rozmawiałam telefonicznie z rodzicami i babcią, pierwszy raz obcięłam Kraciastemu włosy maszynką, pospacerowałam jak należy (od tego poszliśmy spać jeszcze przed północą, jak nie my), kupiliśmy Rysiowi nową, aksamitną obrożę przeciwpchelną (i bardzo dobrze, bo od starej właśnie z rana odpadł dzwoneczek). Była też jedna sprawa, która trochę mnie zdumiała i dała odrobinę satysfakcji (chociaż wiem, że to niezbyt ładnie). Gdy opublikowałam na facebooku link do nowego tekstu Wolanda, pewna internetowa znajoma najpierw kontestowała coś, czego nie przeczytała, żeby następnie, w zasadzie nie wiadomo czemu, mnie zablokować. Chcę wierzyć, że blokada wynika z refleksji „robię z siebie idiotkę”, niestety może być to też efekt świętego oburzenia, które rzadko rokuje pomyślnie. Czy zrobiłam rysę na tym monolicie? Być może. Nie wątpię, że życie zrobi większą, bo mowa jest o osobie młodej, choć już intelektualnie zatwardziałej. Porozmawialiśmy tego dnia z Kraciastym o gościach na ślub, o szczęściu i o biednej Izabeli.

Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej” przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejąc się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

… na pierwszym planie natomiast Slieve Commedagh, drugi najwyższy szczyt Mourne.

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, świętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy” niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty”. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

* * *

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard”

Rozgrzewka na Slieve Gullion.

Odpadają mi kończyny. Siedzę z nogami na krześle i boję się nimi ruszać, bo jakaś część może tam pozostać. Na szczęście palce u rąk jako tako funkcjonują, więc wklepię dla potomności jak zaczęliśmy długi weekend. Wczoraj po śniadaniu postanowiliśmy wybrać się w górki. Tzn. postanowiliśmy już wcześniej, rano postanowienie zostało przypieczętowane odpowiednimi czynnościami …

A piszę zdziecinniale „w górki”, ponieważ Slieve Gullion, Sliabh Cuilinn, najwyższy szczyt hrabstwa Armagh, wznosi się na 573 metry. Nasz plan na długi weekend był taki wymyślny, że w czwartek jedziemy przejść się po Gullion, żeby mieć zaprawę przed piątkiem. Bo w piątek w planie były góry Mourne, nie ma przebacz. Zaplanowane, więc wybryknęliśmy z domu naszym dzielnym samochodem, przejechaliśmy granicę z Irlandią Północną i słuchając głosu Krystyny (nasza nawigacja, która zawsze skręca lekko) dotarliśmy nie bez cofań i zakrętasów na parking. Miejsce parkingowe o które nam chodziło jest położone wysoko, więc wchodzenie nie było wielkim wyzwaniem, bardziej obawialiśmy się, że złapie nas deszcz – czekaliśmy nawet chwilę w samochodzie, aż minie szałerek.

Na Slieve Gullion są dwa kamienne grobowce i małe jezioro. Oczywiście, tak jak w wielu miejscach Irlandii, i tutaj są one związane z lokalnymi legendami. Jedna z nich mówi np. że u stóp góry bohater Cú Chulainn spędził swoje dzieciństwo i otrzymał nowe imię (wcześniej nazywano go Sétanta). W przejrzysty dzień można zobaczyć z góry wybrzeże przy którym leży nasza wioska. Kraciasty wypatrzył nawet półwysep Howth, a więc część Dublina …

Z rzeczy, których nie dało się nie zauważyć – zaskoczyły mnie trochę ogromne wory z materiałem budowlanym … to pewnie stąd ostrzeżenia każące nam uważać na latające wte i wewte helikoptery. Buduje się nowe podejście, szlak będzie utwardzany, może już w następnym sezonie będzie się szło wygodniej. Podejście nie było trudne, doszliśmy na czubek wzniesienia bacznie rozglądając się na wszystkie strony (tak mnie osobiście nastroiła informacja w miejscu, które wyglądało jak przystanek autobusowy, że zaraz oto za chwilę jest grobowiec). Gdzieś tutaj jest grób korytarzowy, gdzie on może być? Gdy dotarliśmy na szczyt byłam trochę rozczarowana, że pewnie go przegapiłam …

… i dopiero, gdy wróciliśmy do domu dotarło do mnie, że … staliśmy na nim. Podeszliśmy od innej strony, więc nie zauważyłam, że z drugiej jest niewielkie, kamienne wejście, które znam ze zdjęć w internecie. Yhhh … tłumaczy nas to, że zerkaliśmy też na deszczową chmurę, która przybliżała się do nas od południa.

Z daleka Gullion wygląda jak śpiąca foka i można po jego grzbiecie całkiem sporo pochodzić. Z jego najwyższej części wypatrzyliśmy więc jeziorko o złej sławie i ruszyliśmy w jego kierunku. Jest ono nazywane jeziorem Calliagh Birra, starożytnej bogini z którą jest związany epizod w życiorysie Fionna mac Cumhaila. Kto się w nim zanurzy, jak mityczny bohater, który zanurkował po pierścień marudzącej dziewoi, ten natychmiast się zestarzeje. Nie próbowaliśmy. Jeziorko osyczało nas demonicznie.

Po jego drugiej stronie jest kolejny grobowiec, ale nie poszliśmy w jego kierunku. Może zauważyłeś, że na filmiku widać w oddali ścianę deszczu. Pomimo tego, że szczyt jest dość płaski, poruszanie się w tym terenie wcale nie jest łatwe, bo góra gdzieniegdzie jest pokryta błotnistym torfowiskiem … chyżo ruszyliśmy po własnych śladach, obawiając się, że kolejna deszczowa chmura nie skręci gdzie indziej tak, jak poprzednia …

Na szlaku przy okazji drogi w dół niespodziewanie spotkaliśmy owce, mamusię z latoroślą … trochę je zatrwożyliśmy … przyglądały się nam chwilę, maleństwo mnie, mama Kraciastemu, potem zeszły z drogi i zajęły się spożywaniem … dlaczego te dwunożne istoty nas otaczają? pochyl głowę, jemy, jesteśmy owcami pokoju …

Ten moment z dwóch różnych perspektyw …

Gdy doszliśmy do parkingu okazało się, że chmurki nas olały, tzn. nie olały i poszły sobie gdzie indziej. Byliśmy za to zupełnie sami, spokój, cisza … wyciągnęłam wałówkę i mogłam trochę odsapnąć. Najszybciej wysiadają mi plecy, stopy o dziwo się trzymają, nawet haluks nie za bardzo narzeka w górskim bucie … już się zaprzyjaźnił, zrozumiał.

Po spożyciu i patrzeniu na zamglone widoki, spakowaliśmy swoje śmieci do samochodu i ruszyliśmy do domu. W drodze powrotnej (jechaliśmy przed siebie, bo droga prowadząca do parkingu jest jednokierunkowa) widzieliśmy kolejne czarnolice mieszkanki Ring of Gullion tak blisko drogi, że zatrzymaliśmy samochód, żeby zrobić sesję fotograficzną.

Tutaj często nie ma żadnego płotu pomiędzy drogą a pastwiskiem. Zwierzęta mogą sobie spacerować, gdzie im akurat przyjdzie ochota. Czasem wychodzą więc na ulicę 🙂

Jeszcze jeden widoczek z drogi powrotnej (przepraszam, ale mózg mam tak zlasowany, że nie pamiętam, co tutaj chciałam napisać):

I jeszcze drugi widoczek (edit dla pewnej Hanny). Zupełnie zapomniałam, że napotkaliśmy również gniazdo owiec mroku. Gniazdowniki patrzyły na nas wymownie. Spadajcie, albo zaraz tam do was zejdziemy.

Kraciasty robił też zdjęcia krowom i koniom. Co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać i popatrzeć, więc nasz zjazd z gór był dość powolny. Nie wszystkie widoki były ładne. Napotkaliśmy np. martwy las … kto, co i dlaczego, tego nie wiemy …

Wróciliśmy do domu późnym popołudniem, wygłaskaliśmy po łebku ciepłego kota, pogadaliśmy z sąsiadkami o kwiatkach i że ładna pogoda i udaliśmy się na świąteczną wieczerzę. Makaron z sosem Kraciastego, nie mogło być inaczej. Na deser truskawki bez niczego (a skoro już o tym mowa, na śniadanie były smażone krewetki, frankfurterki z polskiego sklepu i surówka z tartej marchewki z cebulą). W Irlandii Boże Ciało przekłada się na niedzielę, więc będzie u nas jakaś procesja dopiero pojutrze. Na razie już drugi dzień pod oknem sterczą nam kikuty świeżo wkopanej kalii. Jak przywitaliśmy lato opowiem Ci następnym razem. Głowa mi leci, czy to dzisiaj jest najkrótsza noc w roku? Pięknej Kupalnocki dla Ciebie, a dla mnie spać, spać.

Podróż do Mount Stewart w hrabstwie Down.

XIX-wieczny dom i przylegający do niego park były naszym celem już dwa razy. Jeśli czytasz jakiś czas tego bloga, pewnie wiesz, że za pierwszym razem utknęliśmy na Castle Ward, za drugim razem bliżej, bo w Newcastle. Ale my się nie poddajemy tak łatwo. Dzień wcześniej sprawdziliśmy pogodę, żeby wiedzieć, że może być okropna (gdy w środowy wieczór jechaliśmy do–od przyjaciół na herbatę i wyjadanie rodzynek, za oknami samochodu była Kraina Deszczowców). Od czego są jednak parasol i kaloszki? Ułatwiliśmy sobie też sprawę nie wybierając drogi nadbrzeżnej i zmierzając do celu autostradą M1, żeby nie skusił nas podstępem żaden widoczek, ani żadna przytulna kawiarnia w nadmorskim miasteczku.

Mount Stewart … Posiadłość jest związana z historią rodu Vane-Tempest-Stewart, markizów Londonderry. Zanim pierwszy właściciel z rodu Stewartów kupił ją za pieniądze z handlu lnem, ziemia ta była znana pod nazwą Mount Pleasant. Rozkwit posiadłości nastąpił w I poł. XIX wieku, gdy czwarty z kolei właściciel postanowił ożenić się po raz drugi i jego wybranką została o 22 lata młodsza dziedziczka fortuny, Lady Frances Anne z domu Vane-Tempest (słusznie opłaciło się markizowi Londonderry zmienić w związku z tym nazwisko Stewart na nazwisko żony). Charles William Vane i jego żona Frances Anne rozbudowali skromny dom w stylu georgiańskim na sporą rezydencję (którą nadal nazywali domkiem nad morzem). Poza tym zapisali się w historii tym, że mieli kupę kasy. I byli pradziadkami tego Winstona Churchilla, który zresztą w domu bywał.

Ale do rzeczy … pogoda w czwartek była pochmurna i nie padało, czyli … było bardzo ładnie. Pojechaliśmy trasą przez Belfast, dojechaliśmy do posiadłości minutę przed południem i zanim jeszcze mogliśmy rzucić okiem na główny budynek, po kupieniu biletów postanowiliśmy się posilić wśród poduszkowych wiewiórek i królików:

Oj, jak Kraciasty sobie chwalił chicken & basil broth! Chciałbyś tu być 😀 Pierwszy rzut oka na dom również był jak najbardziej korzystny. Zadbany, przyjaźnie nastawiony do turystów z psami. Zdecydowaliśmy, że zrobimy rundkę szlakiem wiewiórczym, i gdy podeszliśmy ścieżką do stawu, wyszedł nam naprzeciw komitet powitalny:

Zawsze mnie rozczulają zwierzęta, które nie boją się ludzi, bo to dobrze świadczy o gromadzącej się w tym miejscu ludzkości. Wspaniały park. Kraciasty doszedł do wniosku, że jest różnica pomiędzy ogrodem w stylu angielskim, a ogrodem angielskim. Byliśmy w tym drugim, pełnym ogromnych paproci, różnorodności drzew z całego świata, przekwitających rododendronów i oszałamiających zapachów innego kwiecia. Doszliśmy ścieżką aż do the walled garden, a tam z kolei nie w pełni jeszcze rozwinięty zakątek różany. Trafiliśmy, widać, pomiędzy rododendronowo-różaną zmianę warty, ale nie możemy narzekać.

Kiedyś, obiecuję to sobie, zrobię fotoreportaż ze znanego mi, byłego pegeeru, bo różne są rodzaje piękna. W Mount Stewart też znalazłam alternatywę – rozpadającą się szklarnię, zapełnioną polnymi kwiatami. Niedaleko „pracowały” współczesne szklarnio-wylęgarnie, które mogłyby się znajdować przy zwykłym farmerskim domu. Park żyje, pomiędzy starodrzewem widać nowe, pieczołowicie chronione sadzonki, a po parkowych ścieżkach jeżdżą pracownicy, którzy cały czas wykonuję prace konserwatorskie … jeden miał na głowie mohawka i zasłaniał sobie twarz chustą jak kowboj 😉

Za wiodącą w górę ścieżką niezwykle wonnych roślin znajduję się dziwna budowla. Tir n’an Og. Teraz już wiem, że celtycka nazwa powinna zachęcić mnie następnym razem do baczniejszego rozglądania się po okolicy. W pobliżu jest niewielki rodzinny cmentarz do którego nie dotarliśmy zwiedzeni gąszczem krzaków.

Wędrowaliśmy naokoło stawu ścieżką, która miała nas zaprowadzić do siedlisk czerwonych wiewiórek. I zaprowadziła, niestety wiewiórek nie było w domu. Widzieliśmy za to wiele gatunków ptaków i nawet nie wiem kiedy Kraciasty podglądał tę rodzinę łabędzi:

Wybraliśmy dobry dzień, po parku chodzili cicho deszczowi ludzie, dość często ze swoimi dobrze wychowanymi psami, i nikt nikomu nie przeszkadzał. Kraciasty lubi to zdjęcie:

A to już widok na front domu, gdy wracaliśmy ze spaceru po parku …

… i ściana rezydencji wychodząca na główne ogrody przydomowe, którym oglądaną przez nas formę nadano w czasach edwardiańskich, czyli w okolicach pierwszej wojny światowej:

Ich inspiratorką była Edith, siódma markiza Londonderry*. Nie mogliśmy wejść na teren ogrodu włoskiego, był odgrodzony napisem „private”, może to znak, że właściciel jest właśnie w domu. Podobnie nie wszystkie wnętrza udostępniano turystom, a chwilę po tym jak obejrzeliśmy paradną jadalnię, pracownicy zaczęli przygotowywać zastawę stołową do posiłku. Ostatnia dziedziczka, Lady Rose Lauritzen, wnuczka Edith**, przez pół roku mieszka w Wenecji, ale drugą część spędza tutaj, w swoim domu rodzinnym. Mount Stewart to raczej więc dom niż muzeum, chociaż „na pokojach” witali nas pracownicy, którzy każdemu z osobna opowiadali w jakim miejscu się znajdujemy. Dywany podwinięte jakby tylko na tę chwilę, żebyśmy ich nie podeptali, skoro już wpadliśmy, a wszędzie ogrom bibelotów, portretów, cennych drobiazgów, które podkreślają bogactwo tego miejsca. Na górze sypialnie i sypialnie, ta na zdjęciu wydała mi się najbardziej klimatyczna:

Po zlustrowaniu domu wróciliśmy z Kraciastym do miejsca, gdzie poprzednio raczyliśmy się zupą. Ciasto marchewkowe było wilgotne i przesmaczne, a tematy rozmów zaangażowane. W czasie zwiedzania kilkakrotnie rozśmieszyło mnie nabożne przywiązanie naszych przewodników do rozwodzenia się na temat ogromnej fortuny dziedziców. Zapamiętałam też boczne trzwi, tuż przy wejściowych, drzwi dla służby, która miała być w czasie pracy jak najmniej widoczna.

Tak jak podoba mi się piękna architektura, mam za nic styl życia na który jego uczestnicy sobie nie zapracowali. Zawsze też zastanawiało mnie przy okazji tak wielkich posiadłości, które wymagały wielkiej liczby ludzi do obsługi, na ile właściciele faktycznie „posiadali” swój dom, ile mieli w niej zupełnie zwyczajnej wolności, którą ja cieszę się każdego dnia. Czy np. potrafiliby we własnej kuchni znaleźć marmoladę, żeby nią posmarować sobie chleb. No właśnie … kiedy obudziłam się z rana od razu usłyszałam w głowie myśl, że nie byliśmy w kuchni 🙂

Po herbacie i kawie poszliśmy w stronę najwyżej położonej części parku, gdzie zbudowano Wieżę Wiatrów, Tower of the Winds. Budynek jest nowożytną wariacją na temat wieży, która do dziś stoi w Atenach i jest uważana za pierwszą znaną w historii stację meteo:

Wieża w Mount Stewart pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i wczoraj, ze szczelnie pozamykanymi oknami, była w głębokim śnie. Widoki na zatokę Strangford nawet w ten pochmurny dzień są piękne, choćby jak tu poniżej, z widoczną w tle sylwetką wieży Scrabo (dodaję to zdjęcie, bo mi ptaszek przeleciał):

Przez cały ten czas nie spadła ani kropla deszczu i wielki parasol, który zwiedzał park razem z nami, okazał się mało praktyczny. Zeszliśmy do parkingu zmarznięci i ruszyliśmy drogą przez Belfast w coraz bardziej gęstniejącym ruchu ulicznym. Kraciasty miał plan przetrwania godziny szczytu – w stolicy Irlandii Północnej zatrzymaliśmy się na jakiś czas pod zjawiskowo zaaranżowanym Stormont, siedzibą lokalnego parlamentu. Piszę „zjawiskowo”, bo budynek posadowiony jest na pagórku i prowadzi do niego długa, wznosząca się aleja obsadzona szpalerami lip. Patrzyłam na te lipy i zastanawiałam się kiedy zaplanowano i zbudowano tak reprezentacyjną budowlę. Dopiero w 1932 roku! Takie zaskoczenie (obstawiałam raczej, że budynek zaadoptowano po zerwaniu związku z Republiką). Zainaugurował jego działanie Edward, książę Walii, późniejszy Edwarda VIII, ten od abdykacji z powodu „mezaliansu” z rozwódką. Oboje z Kraciastym mamy teraz skojarzenia związane z architekturą Trzeciej Rzeszy czy socrealizmem. Estetyka władzy.

Przed budynkiem, w dramatycznej pozie stoi Edward Carson, brytyjski prawnik, który wsławił się m.in. wystąpieniem przeciwko Oscarowi Wilde’owi w procesie o zniesławienie, chociaż oczywiście nie dlatego mu ten pomnik (jeszcze za jego życia) wystawiono.

Pomniki w takim miejscu wystawia się za politykę, a Carson był „niekoronowanym królem irladzkich protestantów” … cokolwiek to znaczy 😀 Widzisz tę alejkę? Wleźliśmy nią w górę, a potem zeszliśmy w dół. Stormont można zwiedzać w środku, ale przyjechaliśmy poza godzinami urzędowania i widać było jak z prywatnych parkingów wylewają się pracujące tutaj sekretarki. Dzięki spacerowi udało się nam przeczekać korki, zrobić zdjęcia srokom i wychłodzić się na tyle, że oboje wieczorem nie czuliśmy się najlepiej. W czasie tej jednodniowej wycieczki do Irlandii Północnej zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć, które przeglądałam w czasie pisania. Powinnam dać więcej kwiatów, ale których? Powinnam pokazać Ci obrazy, ale które? Bibeloty, o bogowie, ilu rupieciom zrobił zdjęcia Kraciasty. I był jeleń … zapomniałam o jeleniu:

Miałam z nim sesję zdjęciową, ale zostawię ją dla siebie. Zdecydowanie polecam Mount Stewart do długich spacerów, jeśli przyjedziesz zwiedzić Belfast lub mieszkasz gdzieś w pobliżu. Z całą pewnością nie warto odkładać takiego spaceru na lepszą pogodę 🙂 Wczoraj oboje trochę pociągaliśmy nosem, ale rozeszło się po kościach, dzisiaj za oknem mieliśmy oberwanie chmury, a i teraz nie jest to pogoda dla kotka, więc Rysiu siedzi z nami w domu. Czytam, że we Wrocławiu są 32 stopnie, nam chyba to na razie nie grozi. Poza tym nie mam zakończenia, ni puenty. Deszcz leje, jest miło, Kraciasty się mnie pyta jak chcę gulasz. Dobrze chcę. Dzisiaj odpoczywamy i gadamy. Relacja z gadania będzie póżniej na Związku. Miłego weekendu 🙂

________________________
* o historii tworzenia ogrodów możesz poczytać w „Mount Stewart Garden history.
** jak wygląda Lady Rose i jak wspomina swoje dzieciństwo, możesz zobaczyć artykule „Belfast Telegraph.

Newcastle i rezerwat Murlough.

Wtorek. 12:45 siedzimy przed laptokami, ja przed swoim, Kraciasty przed swoim. Włos półmokry jeszcze, lakier na paznokciach u stóp nie położony. Może byśmy jutro pojechali do Mount Stewart? Super, ale … jutro zapowiadają brzydką pogodę. Dzisiaj jest ładnie … to może dzisiaj? Będziemy tam o 14:30. 12:50 zakładam gatki, myję zęby, szkła kontaktowe w oko, włos podsuszony … Wsiadając do samochodu przypominam sobie, że mamy okropnie obsrane przez mewy tylne drzwi po lewej stronie. Trudno, się kiedyś umyje, może kupy same znikną 13:03 lecim. Przejeżdżamy jakiś kilometr. Nie, zaraz czekaj, nie mam okularów przeciwsłonecznych. Zawracamy? Zawracamy. Przy okazji wystawiam Ryszardowi przed drzwi miseczkę z wodą. Ryszard macha na pożegnanie. 13.08 lecim trasą widokową.

Tak mniej więcej wyglądały nasze przygotowania do wyprawy do Irlandii Północnej. Postanowione i zrobione w π razy drzwi piętnaście minut. Jechaliśmy trasą przez Warrenpoint i urokliwe Killkeel, które mruga do mnie zazwyczaj po drugiej stronie morza, gdy wracam z pracy. Około 14:50 trzeba było przyjąć do wiadomości, że nie znajdziemy się w Mount Stewart na 14:30 😉 Drugi raz próbujemy dotrzeć za Portaferry i znowu udało się nam utknąć, tym razem nawet bliżej, bo w Newcastle. Wyskoczyliśmy z domu w zasadzie po śniadaniu, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spożycia. Newcastle w hrabstwie Down jest przytulone do wybrzeża i zastawione górami, podobnie jak Carlingford, nie ma jednak uroku tego drugiego, „naszego” miasta.

Newcastle co. Down

Dość długo szliśmy wzdłuż głównej ulicy szukając miejsca w którym świeżo umyte włosy nie przeszłyby mi zapachem tłuszczu ze smażonej ryby. Villa Vinci – wszystko pięknie podane, crème brûlée doskonały, do tego bardzo miły, kontaktowy Słowak kelnerem. Nie odmówię sobie fotki z jedzenia, bo po odnalezieniu tego miejsca poczuliśmy się jak zwycięzcy:

Newcastle co. Down a

Po obiedzie pojechaliśmy na parking przed rezerwatem Murlough i tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Parking był płatny, a parkomaty głupie jak kilo gwoździ, brały tylko funty i nie obsługiwały kart. Trochę podminowana rzuciłam okiem tęsknie przez płot na Slieve Donard:

Murlough b

Wyjechaliśmy z parkingu źli, na szczęście okazało się, że 400 metrów dalej jest bezpłatne miejsce z którego prowadziła inna, równie dobra ścieżka do tej samej plaży … et voilà

… oto Murlough Reserve w odsłonie późnowiosennej:

Murlough a (1)
Murlough a (2)

Słońce pojawiało się i znikało, a Kraciasty pomagał mi jak mógł w nagrywaniu filmików:

Murlough a (3)
Murlough a (4)
Murlough a (5)
Murlough a (6)
Murlough a (7)
Murlough a (8)
Murlough a (9)

Plaża jest inna niż w naszej wsi, jest na niej więcej płaskich, obtoczonych przez pływy kamieni, a góry są tuż tuż. Za nami wydmy porosłe rozczochraną trawą …

Murlough a (10)

Na wydmach mieszkają nie tylko motylki i inne robaczki. Kraciasty zauważył, że gdy staliśmy na plaży z wydmy przyglądała się nam z zainteresowaniem Ruda Istota. Zdążyła prawie zupełnie zniknąć podczas gdy Kraciasty namierzał ją aparatem:

Murlough

Chciałam ją jeszcze podejrzeć za pomocą zoomu, ale najwyraźniej przegapiłam norkę w której chowają się Rude Istoty. Zresztą to byłaby nieuprzejmość z naszej strony narzucać się komuś, kto chce sobie spokojnie pomieszkać. Chwilę później wraz z przypływem pogoda zaczęła się zmieniać i silniejszy wiatr zachęcił nas do zejścia z plaży …

Murlough a (11)

Gdy wracaliśmy do samochodu nad wydmami machała do nas sylwetka zamku Dundrum, który odwiedziliśmy w październiku:

Murlough d

Powrotna droga wiodła nas trasą widokową po zachodniej stronie gór Mourne:

góry mourne (1)

Owce, owce, człowiek wszędzie widzi owce. Ta brązowa tylko na chwilę przestała zgryzać trawę, żeby sprawdzić dlaczego stoję tak blisko … po chwili wróciła do swojego zajęcia. Chrup chrup chrup. Owce naprawdę głośno jedzą.

góry mourne (2)

I tyle relacji z wyprawy, która utknęła. Wróciliśmy do domu po dziewiątej, następnego dnia prognozy się ziściły i cały dzień padało. Maj przeleciał nam błyskawicznie, smuci to i raduje, bo każdy tydzień zbliża nas przecież do kolejnej, jeszcze niezaplanowanej i enigmatycznej, wizyty w Polsce. Nie wiemy co, nie wiemy gdzie, na razie wiem, że zaraz idę do pracy, a Kraciasty jest już w drodze do swojego zajęcia. Wrócę późnym wieczorem i czekając na powrót Prawie Męża postaram się dokończyć książkę Abramowicz o której wkrótce będzie tu coś więcej. Dobrego dnia, napisz mi jak Ci mija ten powyborczy tydzień.

Sligo …

Zeszły poniedziałek spędziliśmy z Kraciastym w podróży. Lubimy razem jeździć, możemy się potrzymać za kolana, rozmawiać, słuchać muzyki, pokazywać sobie wzajemnie różne rzeczy za oknem. Niefortunność polegała na tym, że mój wolny poniedziałek był jego pracującym poniedziałkiem i po Sligo chodziłam bez niego, a to nie to samo 🙂

Sligo, Sligeach, to urokliwe miasto na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy. Podoba mi się dźwięk jego angielskiej nazwy – „Slajgo”. Wersja irlandzka brzmi w wymowie typowej dla regionu Connacht mniej więcej jak „Szligach”. Irladzki bezustannie zaskakuje mnie wielością wariantów fonetycznych.

Poniżej widzisz most na rzece Garavogue nazywany Nowym, jeden z dwóch kamiennych mostów po których miałam okazję przemaszerować:

Sligo (5)

Rzut beretem za Nowym Mostem jest zacisze w środku miasta – Sligo Abbey, ruiny dominikańskiego klasztoru zbudowanego w XIII wieku. Nie ma samopasu, w cenie biletu dostajesz rozpiskę pomieszczeń i już możesz sobie chodzić po kamiennym świecie. Znajduje się tu m.in. XV-wieczny rzeźbiony ołtarz (jak widzisz poniżej, chroniony od deszczu plastikowym daszkiem), jedyny tego typu obiekt w kościołach klasztornych, jaki przetrwał na terenie Irlandii:

Sligo (2)

Ruiny klasztoru to także muzeum gotyckiej i renesansowej rzeźby nagrobnej. Są tu kamienie różne, także nagrobki „zawieszone”, bez napisów, czekające na swoich lokatorów, albo jak ten poniżej, z niezrozumiałych powodów z „poprawkami” (chociaż nadal nie naprawiono błędu ortograficznego zrobionego przez kamieniarza w słowie „body”):

Sligo (3)

Klasztor ucierpiał w ciągu wieków od przypadkowych pożarów i nieprzypadkowych wojen, ale i tak jest jedynym średniowiecznym budynkiem-cmentarzem, który pozostał po normańskim mieście. Miasto było długo ośrodkiem dynastii O’Conorów i to jest m.in. ich miejsce spoczynku.

Sligo (4)

Sligo to również miasto noblisty Williama Butlera Yeatsa, który … nigdy tutaj nie mieszkał. Poeta wielokrotnie spędzał u swojego dziadka wakacje z widokiem na Ben Bulben. Dzisiaj, obok drugiego kamiennego mostu (Hyde Bridge z roku 1846), jest dom z czerwonej cegły w którym mieści się Yeats Society. Naokoło domu fruwają metalowe ptaki:

Sligo (1)

I would that we were, my beloved, white birds on the foam of the sea …

pisał Yeats, gdy dostał kosza od Maud Gonne. A Ben Bulben, wielką, wapienną górę na którą Kraciasty wszedł dwa razy mijaliśmy w drodze do Sligo, i oczywiście zobaczyłam ją znowu z portu, gdy poszłam obejrzeć rzeźbę upamiętniającą emigrantów wypływających z Irlandii w czasach głodu. Żadne zdjęcie, które w poniedziałek zrobiłam nie oddaje jej sprawiedliwości. Jest wielka, stroma, przepiękna – jej szczyt jest podmokły, a flora nietypowa dla reszty Irlandii. Jeszcze się z nią zobaczymy, chociażby odwiedzając skromny grób Yeatsa w Drumcliff*, do czego zapewne kiedyś tam dojdzie …

… na razie wiemy, gdzie będziemy w niedzielę. Jadę do Dublina na Ailesbury Road zagłosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie zagłosować na kandydatów PiS, ani na Konfederację, ani nie na Kukiza 😀 Jeśli nie wiesz jeszcze do jakiej partii jest Ci blisko z poglądami, polecam Latarnika Wyborczego. Uprzedzam, że Koalicja Europejska nie wzięła udziału w tworzeniu testu 🙂 Miłego testowania i dobrego tygodnia.

________________________
* podobno nie leżą tam kości poety (źródło), ale nie jestem drobiazgowa.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwszą datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe” przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Spacer po Trzebnicy.

W czasie, gdy byliśmy w Polsce nie było tych spacerów tyle, ile bym sobie życzyła. Pisałam już o tym, że pogoda nas zaskoczyła, nie była zła, raczej niemile nieznośna, nie zachęcała do dalszych wędrówek. Ale pochodziliśmy trochę po Trzebnicy, mieście, które kojarzy mi się z kwitnącymi jabłoniami, ciężką, gliniastą ziemią, patisonami (dlaczego, to nie jest tak łatwo wytłumaczyć), kotami, obciętymi kończynami i z barokiem. To ostatnie w zwiazku z bazyliką, gdzie przynajmniej w części leży Hedwig von Andechs, znana bardziej jako św. Jadwiga Śląska. W części, bo takie już życie świętych, że rozkładają ich na puzzle. A skoro już o niej mowa, to zupełnie bez porządku jej sarkofag:

Trzebnica 1

Sarkofag z czarnego i różowego marmuru jest z końca XVII wieku. Zawsze, gdy go widzę, wydaje mi się, że „Jadzisia” ma za pulchne dłonie jak na kogoś kto był dotknięty anorexia mirabilis. Barok w architekturze, bleeee! To miejsce – kaplica św. Jadwigi – jest moją ulubioną częścią bazyliki. Pierwszy w Polsce budynek w całości zbudowany w czystym gotyku (tak głoszą różne źródła, chociaż wątpię, by współcześni kombinowali w ten sposób) również nie uszedł barokizacji. Zawsze, gdy tam wpadam, pozdrawiam bezgłowe anioły z portalu odkrytego w 1938 roku:

Trzebnica 2

Wyczerpujący opis obiektu zamieścił na swoim blogu Jeż, odsyłam Cię tam po wiedzę i więcej zdjęć.

W Trzebnicy jest jeszcze druga parafia, zgromadzona wokół innego obiektu sakralnego, Piotra i Pawła. Obecny budynek w stylu neogotyku zbudowano w połowie XIX wieku, kościół ma jednak XV-wieczną wieżę, a prace badawcze potwierdziły obecność XIII-wiecznych fundamentów. Czy to tutaj był pierwszy w Trzebnicy, XII-wieczny kościół parafialny wybudowany przez Piotra Włosta, tego nie wiem. Faktem jest, że budynek w swojej historii kilkakrotnie zmieniał przynależność wyznaniową oraz przeznaczenie. W 1987 roku ze składnicy części zamiennych i ogumienia ponownie stał się kościołem katolickim i w zasadzie w ostatniej chwili (dach już się zapadał) przystąpiono do jego remontu.

Trzebnica 3

Wewnątrz prostota architektoniczna została oczywiście popsuta różnymi chwościkami, ale bardzo mi ten budynek przypomina neogotycki kościółek parafialny z mojej rodzinnej miejscowości. Kościoły z czerwonej cegły rządzą! Niestety nie mogliśmy wejść do środka, wystawiłam tylko nos aparatu za kraty, które o tej porze były zamknięte.

A to już inne miejsce, które spodobało się Kraciastemu:

Park zdrojowy przy Leśnej. Kurpark. Tutaj można zobaczyć jak wyglądał sto lat temu. Albowiem istniało kiedyś Bad Trebnitz z leczniczymi wodami mineralnymi i borowinami. Dzisiaj pozostało po kurorcie kilka budynków o zmienionym przeznaczeniu (ówczesny hotel Hedwigsbad to aktualnie Starostwo Powiatowe) …

Trzebnica 5
na pocztówce z 1909 roku, oprócz Hedwigsbad, w głębi widać także przepiękny Etablissement Waldhaus, dzisiaj opisywany jako budynek na Leśnej 3. Unikam fotografowania go, bo mi serce krwawi.

… i (chyba) mrzonki na temat przywrócenia Trzebnicy statusu uzdrowiska. W międzyczasie część dawnego uzdrowiska zabudowano osiedlem (na filmiku po lewej), szlaki w Lesie Bukowym odnowiono kilka lat temu, ale nie chcieliśmy sprawdzać jak teraz wyglądają … po co psuć sobie humor. Ta okolica jeszcze tchnie spokojem, innym miastem, do którego pasują kapelusze i spodnie w kratę lub prążki, choć może to kwestia tego, że oboje patrzymy na wszystko oczami turystów. Wiem przecież, że zimowymi wieczorami Trzebnica zasnuwa się cichym, złowieszczym smogiem, a w letnie popołudnia zapach z kanalizacji w środku miasta fiołków nie przypomina.

Tymczasem my jako dusze wolne szukamy miejsc ładnych, gdzie można się czegoś napić (brzmi dwuznacznie, jak na to inaczej spojrzeć … uściślam: kawa, herbata, soki). Jest więc, zazwyczaj gwarna w środku dnia, Markiza przy Bochenka 49 w której podają dobrą zimową herbatę. Przed wojną ulica nazywała się Breslauerstrasse, a kawiarnia znajduje się w nowym budynku, który ma lokalizację podobną do dawnej Paul Schuster Conditorei Cafe.

Trzebnica 6

Jest też spokojna, schowana w bocznej ulicy, więc bardziej dla lokalesów niż pielgrzymów, Beza na Jadwigi 29c, cukiernia Kosowskich. Można również pójść na pizzę i włoską kawę do Damiano’s Ristorante Pizzeria na Roosevelta 6, miejsca otworzonego przez Damiano Serrę, lub na obiad z widokiem na bazylikę do umieszczonej na piętrze przy JPII 1 restauracji nie wiadomo czemu nazwanej Palermo (wiele lat temu kiedy naprawdę byłam przed maturą, na dole, w sławetnej Kasztelańskiej, wypiłam mój pierwszy trunek w restauracji – herbatę z cytryną, podaną w szklance). Takich miejsc jest pewnie więcej, wspominam wszystkie w których można było nas spotkać tydzień temu, trochę dlatego, że chowaliśmy się przed chłodnym wiatrem, a trochę dlatego, że tak lubimy …

Trzebnica 4

… co jeszcze mogę napisać? Region jest piękny, jak cały mój ukochany Dolny Śląsk. Myślę o winnicach, które były tutaj przed wojną i czytam, że ktoś też o nich myśli. O kotach z których widzieliśmy tym razem tylko Stawcia i o cmentarzu żydowskim, którego nikt nie odwiedza, bo oficjalnie go nie ma. Zagłębiwszy się w stare pocztówki zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej odbiegam od miasta takiego, jakim widzą je ludzie codziennie czekający na nie-dworcu przy zbiegu dawnych ulic Braslauerstrasse z Langestrasse. Pewnie popukaliby się w głowę, może zresztą się i pukali widząc mój różowy kapelutek w kratkę 🙂 Jeśli będziesz miał/a okazję spacerować po tym mieście w pojedynkę, warto zaopatrzyć się w „Muzykę na wodzie” G.F. Händela w słuchawkach:

Powrót myślami do minionego tygodnia sprawił mi dzisiaj wiele frajdy. Tymczasem Kraciasty właśnie zadzwonił, że niepostrzeżenie przeleciał nad morzem i siedzi na przystanku autobusowym na dublińskim lotnisku. Będzie tu za raz, dwa, trzy, z chlebem z Lidla i książką Ani. Zjemy ruskie pierogi ze śmietaną, napijemy się herbaty i opowiemy sobie, co tam było jak nas nie było, czego nie opowiedzieliśmy sobie przez telefon. Albo może opowiemy sobie to, co przez telefon, tylko inaczej. Idę się poradować zmywając gary. Dobrego weekendu, Czytelniku 🙂