Archiwum kategorii: podróże

Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam kilka podobnych, telefonowych zdjęć, i jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zimą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Reklamy

Kraciasty na dachu Wicklow.

Zgodnie z zapowiedzią, oddaję głos Kraciastemu (to mój chłopak jest), który opowie co robił w sobotę ze swoim przyjacielem …

To miał być szybki wypad w góry Mournes, chciałem pokazać Świechnie Slieve Bearnagh lub Slieve Binnian, ze względu na krótkie, ostre podejścia, malownicze urwiska, ciekawe grupy skalne na szczytach, widok na Silent Valley i pełną panoramę na 360 stopni, jednak prognoza pogody wymusiła zmianę planów.

Góry Wicklow miały tego dnia być wolne od frontu burzowego walącego prosto na Mournes. Pierwsza myśl: Glenmalur, najdłuższa irlandzka dolina polodowcowa! Dawała możliwość sprawnego wejścia na Mullacor i Lugduff, skąd podziwiać można nie tylko całą panoramę Wicklow z Lugnaquillą na czele, ale też można zajrzeć tak w otchłań Glenmalur, jak i omawianą w poprzednim poście Glendalough. Pionowe klify i mordospady, lasy, wrzosowiska, a wszystko to niewielkim kosztem, trasy dostępne nawet dla laików, choć podłączony i używany mózg jest nadal priorytetem- to nie festyn w Sitnie, ani parawaning w Mielnie.

Dzień wyjścia przywitał mnie kolejną niespodzianką: Świechna nie czuła się na tyle dobrze, by w duszny dzień wędrować po górach, ale ponieważ byliśmy umówieni z przyjacielem (w tekście nazywanym „K.”), po raz kolejny zmieniłem plan. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl o wejściu na samą Lugnaquillę (925 m n.p.m., wybitność 905 metrów). Podejście od strony Glenmalur gwarantowało intensywne doznania estetyczne. Dwóch facetów to skład w sam raz, by przetestować trasę, którą przewodniki opisują jako bardzo trudną, a jako główny problem wskazują na długość i marnie znakowane oraz kłopoty z nawigacją. Odrobinę to mylące, ale dojdziemy do tego.

Na start dotarliśmy w samo południe. Parking wypełniony, na szczęście było jeszcze gdzie postawić samochód i w zasadzie nie ma szans, by miejsc zabrakło, bo oprócz asfaltu jest w zapasie dużo utwardzonego gruntu do dyspozycji. Nadzieje były duże, bo już sam wjazd w dolinę dawał obietnicę udanego dnia. Odrobinę niepokoił mnie tylko obraz namiotów rozstawianych przez czcicieli grilla, ale dobrze wiedzieliśmy, że oni zostaną na dole. Punkt wyjścia okazał się świetnie oznaczony, parking i pomnik rebelii 1798 dawały gwarancję, że miejsce rozpoznamy w każdych okolicznościach przyrody. Pomnik, no właśnie….

Glenmalur.

…Co to jest rebelia 1798 oczywiście wiecie świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę: Na kontynencie północnoamerykańskim Anglicy popadli w poważne kłopoty – USA ogłosiły i obroniły niepodległość, a na południu, korzystając z okazji, Francuzi i Hiszpanie skopali im tyłki. Zmusiło to Anglię do wysłania dodatkowych wojsk, by zupełnie nie stracić wpływów w Ameryce, a to kosztowało i osłabiało, otwierając w efekcie największą od stu lat szansę na niepodległość Irlandii zwłaszcza, że Anglicy w obawie przed atakiem Francuzów lub Hiszpanów, uzbroili irlandzkich ochotników tworząc 100- tysięczną obronę cywilną, mającą być rzekomo „wierną Koronie”. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że Irlandczycy dogadali się z Francuzami, otrzymali pomoc zbrojną i Anglicy mieli problem, który pomógł im rozwiązać chciwy i przekupny, jak zawsze, Kościół Katolicki. Episkopat Irlandii zadowoliwszy się ustępstwami wobec katolików, obłożył ekskomuniką powstańców, a nawet wszystkich popierających organizację Society of United Irishman, w którą przerodziła się Obrona Terytorialna. Tak jak to było i w Polsce po ogłoszeniu Konstytucji III maja, Kościół wbił własnej ojczyźnie nóż w plecy. W Polsce była Targowica, w Irlandii ekskomunika. Tak w Polsce, jak i w Irlandii, okupanci dzięki temu stopniowo stłumili ruchy wolnościowe. Polska i Irlandia na niepodległość musiały czekać do zakończenia I wojny światowej, Irlandia nawet ciut dłużej. Kościół z Narodem, Naród z Kościołem, bida z nędzą!!!

Ruszyliśmy zatem spod pomnika i dzięki marnym oznaczeniom a naszej pomyłce (zakręcający szlak wzięliśmy za drogę dla drwali) na grzbiet górski weszliśmy dopiero po półtorej godziny marszu wzdłuż głównej doliny. Minęliśmy pierwotnie zakładaną trasę przez malowniczą Fraughan Rock Glen, nie zauważając jej. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z pomyłki, już się nie opłacało wracać. Na płaskowyż weszliśmy przy Camenabologue, dokładnie kilkadziesiąt metrów na północ poniżej szczytu. Straty: nadłożyliśmy drogi. Zyski: droga do tej pory była łatwa, spokojnie można było iść nawet z dziesięciolatkiem.

Gdzieś z drugiej strony, kilkaset metrów pod tą wieżą znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa.

Rzut oka na sytuację w terenie i zorientowaliśmy się, że za półtorej do dwóch godzin możemy bez problemu osiągnąć Lugnaquillię. Pytanie tylko, czy znajdziemy skrót w drodze do samochodu, czy czeka nas powrót po śladach. Na szczęście nieliczni turyści byli nieźle zorientowani i mężczyzna spotkany na szczycie Camenabologue dał nam ideę, czy też zarys co najmniej trzech różnych tras przez południowy klif Glenmalur (w tym naszej początkowo planowanej, przez Fraughan Rock). Oczywiście zawsze zostawał problem główny: Słabo oznaczone ścieżki i zbyt mała podziałka mapy, więc i mała dokładność. Po krótkim posiłku ruszyliśmy.

Camenabologue, 785 m n.p.m.

I tu mógł nastąpić niespodziewany koniec meldunków z trasy, gdyż wzdłuż ścieżki łączącej Camenabologue z Lugnaquillą znajduje się podmokłe torfowisko. Po pierwsze – w porze deszczowej jest ono prawdopodobnie nie do pokonania. Po drugie – na prawie całej długości przejścia znajdują się głębokie rozpadliny, często nawet na metr w dół. Zamaskowane trawą, podłużne szczeliny, w które bez problemu może osunąć się noga stanowią poważne zagrożenie, o czym przekonałem się na własnej skórze, wpadając w jedną z nich. No …, powiedzmy że prawie wpadając, bo podparłem się na kijkach – utrzymały mnie, choć lewy kij się wygiął i to jego koniec kariery górskiej. Gdybym tam wpadł, jedynie diabli mogliby mi uratować nogę.

Zejście ze ścieżki to natomiast zły plan o każdej porze roku, nie tylko deszczowej – i tak jest mokro, grząsko, ślisko, można wpaść w bagno po pas, można w dziurę, można osunąć się w uskok – do wyboru! I atrakcja sezonu, NIEWYBUCHY!!! … niewybuchy, dobrze widzicie, Lugnaquillia jest poligonem artyleryjskim. Rzadko używanym, ale tablice wyraźnie informują, by nie dotykać żadnych metalowych znalezisk, bo grożą eksplozją!

Po przejściu przez przełęcz, nagle ukazały się naszym oczom niebieskie pastwiska, znaczy się zielone, ale podniebne! Owce, nareszcie owce, skoro one nie grzęzną, to i my damy radę! Najwyższy szczyt Wicklow okazuje się być względnie suchy – w przeciwieństwie do otaczającego go bagnistego płaskowyżu. Można włączyć trzeci bieg i gnać na samą górę. Łatwo i miło, nareszcie!

Dwaj obserwatorzy i jeden konsument.

Zaraz, zaraz…, czy ja dobrze widzę?! Spytałem K., a on potwierdził. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz tropiąc agentów, dotarł aż tu, oznaczając domniemanych Tajnych Współpracowników literami TW malowanymi czerwoną farbą na runie. Zobaczcie jaka jest dyskrecja służb psychiatrycznych w Irlandii: nie nastąpił żaden przeciek, prasa, media…, nikt nic nie wie, a przecież po takiej akcji musiał trafić na oddział furiatów!

Tajni Współpracownicy.

Widok ze szczytu to coś niezwykłego. Przy lepszej przejrzystości powietrza, prawdopodobnie widać całą Irlandię.

Lugnaquilla, 925 m n.p.m.

My mieliśmy front burzowy na północy, więc tam widoczność szybko się kończyła, poza tym powietrze było dość wilgotne, a to osłabiało ostrość. I tak widzieliśmy południowe wybrzeże od Wexford aż po Cork, na zachodzie wyraźnie rysowały się Galty Mouintans, a na horyzoncie majaczyły…, tak tak, widać było delikatny zarys gór zachodniego wybrzeża, od Kerry aż do wysokości Galway (dalej na północ był front). No i wokół Góry Wicklow – jak na dłoni!

Wartownik.
A kogóż to widać w oddali? Nasza dobra znajoma, Góra Cukru – Sugar Loaf.

Droga powrotna zaczęła się miło. Poszliśmy płaskowyżem w kierunku wschodnim, przez Clohernagh, mijając piękny widok na Fraughan Rock Glen.

Torfowiska i wrzosowiska z tej perspektywy wyglądały niczym malownicze łąki, ale uwierz mi Czytelniku, nie chciałbyś znaleźć się tam bez skrzydeł.

Do tego owce, piękne, spokojne. A wśród nich Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów. Byli konsumenci, byli wartownicy i obserwatorzy, ale jego nie dało się nie rozpoznać!

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Na grzbiecie było miło, ale już znalezienie bezpiecznej ścieżki w dół przez południowy klif Glenmalur wymaga spokoju, obserwacji i uwagi. W razie pomyłki, można się roztrzaskać, bądź utonąć. Bo wypłaszczenie na wysokości jeziorka w kształcie serca to istne bagno, dla bezpieczeństwa otoczone drutem kolczastym, zero skrótów!!!

Arts Lough. Po lewej – dwóch szczebioczących chłopców wygrzewa się na kamieniu przy jeziorku w kształcie serca, po prawej wędrujący K. – przyjaciel i towarzysz na wyprawach.

Zeszliśmy do jeziorka, gdzie wygrzewało się na kamieniu dwóch wyraźnie sobą zajętych panów, a potem już tylko zejście na dno Fraughan Rock Glen, pokonanie niezbyt wysokiego płotu z drutem kolczastym i komfortowa droga na parking.

Aaaa…, byłbym zapomniał. Już z daleka dochodził do nas znajomy głos „UMC, UMC, UMC”, którego źródłem zdawały się być przesterowane głośniki samochodowe, a im bliżej obozowiska festyniarzy byliśmy, tym wyraźniej wyłapywaliśmy znajome słownictwo „dawaj tutaj, dawaj k…wa…” Zapach kiełbaski i karkówki z grilla oraz coraz aktywniejsze owady upierdliwe (meszki, czy inne gryzące maleństwa) zachęciły nas do zajęcia miejsca w samochodzie, daliśmy sobie tylko czas na zmianę butów połączoną z moczeniem nóg w strumyku. Co za ulga! A u wejścia w dolinę, na pierwszym skrzyżowaniu czekał na nas miły pub z B&B, Glenmalur Lodge, gdzie serwują świetną kawę, której nie byliśmy sobie w stanie odmówić.

Wspaniały dzień, piękna trasa, naprawdę słabo uczęszczana – w górach spotkaliśmy nie więcej, niż 15- 20 osób, przez całych 8 godzin wędrówki.

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lungnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Oldbridge House i przyległości.

W grudniu, na zakończenie roku, spacerowaliśmy po okolicy i napisałam wówczas notatkę o polu bitwy nad Boyne. Wczoraj byliśmy tam ponownie, żeby zobaczyć park w letniej odsłonie. Zanim znaleźliśmy się w parku pod Droghedą, najpierw trzeba było załatwić w mieście jedną drobną sprawę papierkową. Potem poszliśmy tempem spacerowym do naszej ulubionej kawiarni na 1 Stockwell Lane. Jest to miejsce dość ciasne, ale z bardzo miłą obsługą i domową atmosferą:

Kraciasty poprzestał na cieście marchewkowym, ja zajadałam się falafelem, oboje zerkaliśmy na pewnią panią, która jest elementem lokalnego kolorytu. Pomimo tego, że było ciepło, pani była ubrana w czarną kurtkę i rękawiczki bez palców. Ma (najprawdopodobniej) na imię (coś naokoło) Anja. Obsługa ją lubi. „Anja” pewnie mieszka gdzieś w okolicy.

Po posiłku przejechaliśmy się bezpośrednio w kierunku Oldbridge, zostawiliśmy samochód pod domem i weszliśmy do ogrodu za murem. A tam …

… zieloności. Pamiętasz te drzewa posadzone w espalierze? W grudniu myślałam, że to jabłonie, ale Kraciasty wypatrzył na nich wczoraj malutkie gruszki-pierdziuszki:

W Upper Garden w miejsce zeschłych badyli zastaliśmy kobierce z kwitnącej lawendy i krokosmię lucifer, której jedną doniczkę akurat rano posadziłam przed naszym domem. Nie byłam pewna, czy w tym klimacie można ją wysadzać do gleby. Spacery uczą 🙂

A to inny fragmenty, zabudowany murem w kształcie ośmiokąta, stąd jego nazwa „The Octagon Garden”. To najstarsza część ogrodów w Oldbridge, w XVIII wieku był opisywany jako owocowy, teraz rosną w nim cisy, a pod jego ścianami stoją cztery antycznopodobne popiersia, w tym ten Śliczny, z pieczołowicie utrefionym włosem:

Ogród przybiera kształ niecki, wczoraj napełniało go gwarem kilka pań z wózkami dzięcięcymi.

Byliśmy zgodni, że trzeba gdzieś przyciąść, i klapnęliśmy na ławie na zewnątrz herbaciarni … pod nami widok był taki:

Przed nami taki, herbaciano-kawowy, baristka była bardzo miła i uważna, ale chlusnęła mi do kawy za dużo przesłodkiego karmelu:

A obok jeszcze inaczej, albowiem w sąsiadującej z naszym stolikiem donicy odnalazł się znany nam już Kot Generał:

Doniczkowy kot wybudzał się co jakiś czas, ale gwar turystów nie robił na nim większego wrażenia. Nie tylko ja go obserwowałam, wydaje się więc, że jest taką samą atrakcją jak repliki historycznych dział, które wzięły udział w bitwie w 1690 roku.

A wracając do bitwy, na początku nie mieliśmy zamiaru wchodzić do budynku, ale jakoś tak po wyjściu z herbaciarni sami z siebie daliśmy się przekonać. Jak pisałam w notce sprzed kilku miesięcy, budynek ten nie „pamięta” potyczki, bo powstał wiele lat po niej. Nie jest też w całości wykorzystany do celów turystycznych – w zasadzie mogliśmy się tylko przejść po parterze, wejść na ogrodzony dziedziniec po lewej stronie od budynku i obejrzeć kilkunastominutowy film na temat bitwy, a wcześniej miltimedialne omówienie taktyki bitewnej. Dwa piętra nadal są dla nas tajemnicą:

Z filmu zapamiętało mi się, że żołnierze Wilhelma mieli wpięte zielone gałązki, a żołnierze Jakuba nosili białe, papierowe kotyliony. Bo jak inaczej rozpoznać wroga … czy wojna nie jest jednym, wielkim nieporozumieniem? Takie marnotrastwo ludzi i zwierząt! Rok później podpisano Traktat w Limerick. W 1701 Wilhelmowi postawiono w środku Dublina pomnik. W 1929 roku pomnik rozebrano. Pole bitwy zarasta wysoka trawa w której swoje ścieżki wydeptują właściciele psów i ich czworonogi. Uważam, że tak jak jest teraz, jest dobrze.

W budynku wystawiono autentyczną armatę, którą prawdodpodobnie wykorzystywano w bitwie, choć urządzenie to jest sto lat starsze i pochodzi z czasów Elżbiety I Tudor. Na dziedzińcu są natomiast kopie różnorodnej broni palnej większego kalibru, którą posługiwano się pod koniec XVII wieku:

Wyszliśmy z dziedzińca jeszcze raz mijając herbaciarnię, więc mogliśmy zauważyć, że Generał z doniczki przeszedł na stół, aby dać się pogłaskać rwącym się do tego turystom.

* * *

Dzień był pod wieloma względami wspaniały. Rozmawiałam telefonicznie z rodzicami i babcią, pierwszy raz obcięłam Kraciastemu włosy maszynką, pospacerowałam jak należy (od tego poszliśmy spać jeszcze przed północą, jak nie my), kupiliśmy Rysiowi nową, aksamitną obrożę przeciwpchelną (i bardzo dobrze, bo od starej właśnie z rana odpadł dzwoneczek). Była też jedna sprawa, która trochę mnie zdumiała i dała odrobinę satysfakcji (chociaż wiem, że to niezbyt ładnie). Gdy opublikowałam na facebooku link do nowego tekstu Wolanda, pewna internetowa znajoma najpierw kontestowała coś, czego nie przeczytała, żeby następnie, w zasadzie nie wiadomo czemu, mnie zablokować. Chcę wierzyć, że blokada wynika z refleksji „robię z siebie idiotkę”, niestety może być to też efekt świętego oburzenia, które rzadko rokuje pomyślnie. Czy zrobiłam rysę na tym monolicie? Być może. Nie wątpię, że życie zrobi większą, bo mowa jest o osobie młodej, choć już intelektualnie zatwardziałej. Porozmawialiśmy tego dnia z Kraciastym o gościach na ślub, o szczęściu i o biednej Izabeli.

Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej” przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy” niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty”. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

* * *

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard”