Archiwum kategorii: qultura & sztuka

Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

Reklamy

Trzy grube książki.

– Lubię grube książki, można się zanużyć – oświadczyła mi kiedyś G. wskakując na golasa do łóżka z opasłym tomiszczem Kinga. Tak było 🙂 G. przyjeżdża do naszego domu we wrześniu w charakterze cat sitterki – nie spotkamy się, Rysiu zda nam relację.

Moje aktualne „grube książki” są takie oto:

Z długimi lekturami u mnie marniutko, bo cierpię na czytelnicze adhd. „Puszczę” zaczęłam podczytywać w zeszłym roku i obiecuję sobie, że wracam, że dokończę przez wrześniem, co byłoby nie lada wyczynem, bo jestem na jej początku (osiemdziesiąta szósta strona). Czyta mi się ją bardzo ciężko – zbyt się ze wszystkim utożsamiam, z całym tym wytraconym bogactwem.

Rosomak boi się człowieka, a więc unika go jak może. Jest mistrzem ucieczki – nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.

Tak, utożsamiam się z rosomakami. Takie fragmenty zostawiają we mnie wyrwy, przestaję wtedy czytać i krążę po kuchni zaparzając sobie bezmyślnie kolejną herbatę. Mija trochę czasu, zanim zacznę ponownie … to może być nawet cała wiosna 🙂 . Mówię sobie zmuś się, bo to jest ważne. I postanawiam się zmusić. Biere, czytam, krążę, i herbata z Tesco.

Gdzieś „pomiędzy” zapuszczam żurawia do wspominek zebranych przez Stelmacha o Ciechowskim. Od wiosny Republika leciała w naszym samochodzie przy okazji każdej podróży, więc czytaniu pierwszych stron towarzyszył spory entuzjazm. Ale … recenzja na teraz: spodziewałam się czegoś lepszego. Wypowiedzi córki Ciechowskiego brzmią jak szkolne wypracowania. Cholernie mnie to odrzuca. Nie wiem, czy to nie będzie książka odłożona na o-wiele-dłużej, cicho i bez ostrzeżenia. Na razie jest lekturą informacyją, nie-dla-przyjemności, więc nie wyznaczam sobie deadline’u.

„Księgi” Tokarczuk obwąchuję zaś nabożnie, czuję, że to może być samo dobro, ale jeszcze na nie nie czas. Wyobrażam sobie, że jest książką jesienno-zimową, która smakuje jak herbata z miodem, gdy za oknem deszcz zacina poziomo. Już trochę znam Tokarczuk – drąży szczegóły, chce się ją czytać z mapą pod ręką, z podręcznikiem do historii, ze słownikiem dziwnych słów. Plan: zakończyć w tym roku.

Gdzie mi tam więc do G., która książki po osiemset stron przegryza w dwie-trzy gołe noce. Z drugiej strony jesteśmy podobne w innych, znacznie ważniejszych sprawach 🙂 Tymczasem Kraciasty ma ambitny plan przeczytania Biblii. Dodam, że Biblii jeszcze nie mamy, ale planujemy mieć za sprawą dogodnego przypadku 😀 Biblia jest w moim rodzinnym domu, nadryziona przez któregoś ząbkującego kota (choćby po to warto mieć zwierzaki). Osobiście chcę przeczytać tłumaczenie ekumeniczne, ale kiedy to nastąpi, skoro ponaczynałam te spaślaki, tego nie umiem określić. Wspomniałam, że zaczęłam w tym samym czasie trzy kursy językowe i mam je wykupione do stycznia, a same się nie robią? Tak to ze mną jest. A jak tam u Ciebie z czytaniem opasłych tomów? 😉 I … czyżby jutro poniedziałek?

Same Suki i inni.

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Dublina, żeby poszukać butów do zielonej sukienki. Coś tam znaleźliśmy, coś tam kupiliśmy (Kraciasty ma nowe czarne glany z nosami w celtyckie maziaje), pochodziliśmy po mieście pod wielkiem parasolem i przy okazji dokonaliśmy zaskakującego odkrycia. Jeszcze w zeszłym roku dziwiłam się, że w stolicy nie ma żadnego pomnika Luke’a Kelly, choć urodził się i wychował w tym mieście … a tu proszę bardzo, takie spotkanie:

Weszliśmy na niego na South King St. Pomnik autorstwa Johna Colla odsłonięto pod koniec stycznia, w 35 rocznicę śmierci Luke’a. Jeśli nie wiesz kim on był – to legendarny lider kultowego zespołu folkowego The Dubliners. Zespół zakończył karierę w 2012 roku (nie żyje już nikt z założycieli) i nie od rzeczy będzie napisać, że w czasie 50 lat swojego istnienia rozpropagował irlandzki folk na świecie. Jeśli znasz jakieś pubowe piosenki, z całkiem sporym prawdopodobieństwem pochodzą one z repertuaru Dublinersów. Luke był frontmanem przez pierwsze dwadzieścia lat istnienia zespołu … minął już kawał czasu, ludzie wraz z nim, jeszcze kilka lat temu można było w Howth spotkać Barneya McKennę, który grał u nich na banjo, ale już nie dziś, bo on właśnie w tym Howth przewrócił się w swojej własnej kuchni … w każdym razie chcę powiedzieć, że do tej nuty nóżka mi tupie i ucieszyłam się z pomnika, jakby to mnie go wystawili.

Ciągnąc temat muzyki folkowej … lubię i to przede wszystkim polską. Podoba mi się także inne niż Dublinersów, nowatorskie podejście do tematu i pokażę Ci parę muzyk, które mnie zachwycają, bawią, inspirują, żebyś sobie nie pomyślał, że mi o nieszczęsną Tulię, co to Eurowizji nie wygrała, chodzi …

Same Suki, zespół kobiecy gra od 7 lat, a poniżej masz najlepszy klip folkowy roku 2014. Półtora punkta się należy za samą nazwę, jako ciekawostkę dodam, że konkretnie chodzi o suki biłgorajskie 😉

Żywiołak śpiewa w kupie od 14 lat, a to jest piosenka na tematy aktualne … kilka dni temu była przecież Kupała. Klip „narysował” im Łukasz Rusinek, który mieszka w lesie pod Opolem 😀

Kapela Ze Wsi Warszawa, istnieje ponad 20 lat. Oni też lubią suki 😀 Zaśpiewali ze wspaniałą Mercedes Peón, która zajmuje się gromadzeniem pieśni i opowieści galicyjskiej prowincji. Wariaci się przyciągają i razem robią coś pięknego:

Sam widzisz – nie wystarczy zawodzić, żeby się ogłaszać wykonawcą folku. Skoro od pomnika Luke’a zaczęłam, niech i on TUTAJ zaśpiewa. Klip jest usuwany z YT z powodu praw autorskich, więc kieruję Cię bezpośrednio na legalną wersję na stronie irlandzkiej tv 🙂 Mam oczywiście jego płytę, ale lubię też oglądać obrazki i patrzeć mu na usta 🙂 Baardzo dobra dykcja. Piszę to absolutnie poważnie. Gdy ktoś inny śpiewa utwór, który znam z jego wykonania, nie zawsze rozumiem tekst.

Luke zaśpiewał, więc może jeszcze do obejrzenia nowe glany Kraciastego, który w tej chwili jest pod Belfastem:

Cuda, powiadam, cuda, nazywają się … święty Patryk 😀 Dzisiaj są w szafie, ale przyjdzie na nie czas. Dobroci, niech Ci się w letnie noce przyśnią piękne instrumenta 🙂

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła”. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was”, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic” opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic” miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi” czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Etiudy szkolne na Dzień Dziecka.

Mama wczoraj o poranku wysłała nam życzenia. Podstarzałe te jej dzieci, a ona pozostaje młoda i zawsze o mnie (teraz już o nas) pamięta. Przy tej okazji zauważyłam, że Międzynarodowy Dzień Dziecka zredukował się w Polsce do narodowego. Głupota ludzka ma swoje granice jak wszystko, są one jednak słabo znane nauce. Z okazji święta mam dla Ciebie kilka krótkometrażówek … oprócz tego, że buszuję w Ninatece, znalazłam w sieci legalne źródło Wydziału Radia i Telewizji UŚ i teraz dobrobyt mam taki, że nie wiem, kiedy to wszystko obrobię.

„Idziemy na wojnę” Krzysztofa Kasiora, 2011:

Etiuda z Schuchardem, o tym jak to wspaniale jest pojechać i zabić paru ludzi. A jak Ciebie zabiją? A dlaczego? Zamiast mówić o realiach wojny, Kancelaria Premiera organizuje dzieciom możliwość przymierzenia kamizelek i hełmów. Sposobienie się na czasy, gdy będzie potrzebna dostawa świeżych, polskich flaczków, jest mi szczerze obmierzłe.

(Schuchardt dobrym aktorem jest, mam nadzieję, że po „Bodo” dostanie jeszcze szansę na główną rolę, wybierałam się na jego „Tramwaj zwany pożądaniem” w Ateneum i wybrać się nie mogłam. Dają to jeszcze?).

Idziemy na wojnę

„Kiedy ranne wstają zorze”, etiuda Mateusza Głowackiego, 2012. O więziach jakie łączyły kolektyw z którego słusznie wykiełkowała kultura gryla narodowego. Lata 60-te, a jednak nihil novi sub sole i pewnie niejednemu łezka się w oku kręci jak było wówczas ładnie na świeżym powietrzu i jak ludzie ze sobą rozmawiali:

„Wyspa” Krzysztofa Zygalskiego, 1984. Bińczycki, dźwięki przyrody i więź niemalże zadzierzgnięta:

Lubię krótki metraż tak samo, jak jestem wdzięczna za wyraźne rozdziały w literaturze faktu.

Kraciasty właśnie wszedł w szlafroku i oświadczył, że dzieło stworzenia jest najważniejsze 😀 No to narta. Dzisiaj też jestem dzieckiem. Dobrej niedzieli 🙂

Niedziela wyborcza w Dublinie.

Wybory do Parlamentu Europejskiego, Dzień Matki, nasza rocznica pierwszej kawy … z okazji punktu pierwszego powiązanego z trzecim rano wyjechaliśmy do Dublina. Jeszcze w domu zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia. Akurat robiła się na bóstwo, żeby o dziewiątej wybrać się z tatą do lokalu wyborczego na Dolnym Śląsku …

Dublin wyborczy (1)

W Dublinie pierwsze kroki skierowaliśmy na ulicę Ailesbury. Już po głosowaniu minęliśmy pana w koszulce z napisem Konstytucja. Kraciasty zauważył, że i bez napisu nie wyglądamy jak wyborcy PiSu, bo jak sam widzisz powyżej … O polskich wyborach napiszę jeszcze w tym tygodniu, kiedy będziemy znali wszystkie wyniki. A teraz chodźmy …

W centrum Dublina nic, tylko zadzierać głowę pozostaje:

Dublin wyborczy (2)

Po głosowaniu pojechaliśmy na chwilę do sklepu w poszukiwaniu sukienek. Nie wspominałabym o tym, bo sukienki nie znalazłam (Kraciasty kupił sobie letnią, kraciastą marynarkę), ale byliśmy w związku z tym w takim budynku:

Dublin wyborczy (1a)

Miejsce znane jako Stephen’s Green Shopping Centre wygląda przepięknie zabytkowo, tak, że nawet dałam się nabrać 🙂 Jeszcze w latach 80-tych stał na tym miejscu The Dandelion Market w którym swoje pierwsze koncerty dawał zespół U2. W Irlandii nigdy nie wiesz, co jest zabytkiem …

Przeparkowaliśmy samochód na ulicę Hume’a (nie tego, innego) i po szybkim obiedzie w Toltece na Suffolk St. poszliśmy za rączkę do galerii, ale nie takiej. Do galerii z obrazami na Merrion Sq W.

Dublińską Galerię Narodową otwarto w 1864 roku, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co Muzeum Narodowe w Warszawie. Jest to budynek zdecydowanie mniejszy i jakby trochę chaotyczny. Ale ma Caravaggia. Capnęłam przewodniki po budynku od razu w trzech językach, i oto jestem:

Dublin wyborczy (3a)

„Pocałunek Judasza” (1602) … płótno zaginęło w XVIII wieku, odnaleziono je dopiero w 1993 roku – przez ostatnie 60 lat wisiało zarosłe wielowiekowym brudem na ścianie jadalni w klasztorze dublińskich jezuitów.

W galerii oboje zrobiliśmy mnóstwo zdjęć …

Dublin wyborczy (3)

„The Temptation of Adam” (1767-70) irlandzkiego neoklasyka, Jamesa Barry’ego. Obraz oczywiście nie przedstawia wyłącznie nóg, chodziło mi o to, że zainteresował mnie w nim Penis Wstydliwie Przesłonięty, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę.

Dublin wyborczy (4)

„Still Life with Dead Birds” (1645-53), Christiana Luyckxa, flamandzkiego mistrza martwej natury. Natychmiast zauważyłam tego Macieja.

Dublin wyborczy (5a).jpg

Pani siedzącą przed Vermeerem, robiąca szkic ołówkiem. „A lady Writing a Letter with her Maid” (1670-71), barok holenderski.

Dublin wyborczy (5)

Gender, postrach wielu Krystyn. Te eleganckie buciki należą do Charles Coote’a, pierwszego Earla Bellamont. Pan w różu i satynie pędzla Joshuy Reynoldsa (1773-74). Na górze z kolei nie róże, tylko strusie pióra były.

Dublin wyborczy (7)

Jeden z fragmentów instalacji „Finding power” – murali Joe Caslina. Tutaj sportretowany jest Stephen Moloney, pisarz, działacz LGBT.

Dublin wyborczy (8)

Pewna miła pani pokazała nam jak dojść do Picassa (jak już wspomniałam, galeria jest dość chaotyczna, a my wyglądaliśmy w niej na takich, którzy zazwyczaj szukają drogi). Gdy doszliśmy już do jedynego Picassa, bardziej spodobał mi się obraz Petera Doiga „Concrete Cabin West Side” (1993).

Dublin wyborczy (6)

A to jest tyłek, rzymska, przedchrystusowa kopia greckiego tyłka z brązu. Podobno Apollo, podobno w stylu Praksytelesa.

Po zlustrowaniu prawie całego budynku zeszliśmy na dół napić się kawy i herbaty. Trochę, bo byliśmy zmęczeni, trochę na cześć rocznicy pierwszego spotkania w realu  …

Po kaffce poszliśmy na Stephen’s Green. Pogoda była całkiem przyjemna, nie zdziwiło mnie, że park jest o tej porze pełen ludzi porozkładanych na trawnikach, ławkach i przy fontannach. Weszliśmy od północno-wschodniej strony, więc zrobiłam zdjęcie monumentu upamiętniającego Wielki Głód. Możesz się zdziwić, że znowu wspominam o pomniku tego typu, ale tutaj to wielka sprawa, ważny element zbiorowej pamięci. Mój wzrok przyciągnęła para turystów, która postanowiła pod nim odpocząć.

Dublin wyborczy (9)

Spacerowaliśmy, potem trochę posiedzieliśmy przy jednej ze stefanowych fontann. Na stawie codzienny rwetes, śliczna czernica, kaczka o niebieskawym dziobie odważnie żerowała przy brzegu stawu, ale trudno było ją sfotografować. Wiatr zaczął się wzmagać i gdy wyszliśmy z parku próbował mi porwać mój kapelutek. Wpakowaliśmy się do samochodu i ziu do domu. Taki był nasz dzień wyborczo-rocznicowy w pigułce. Jeszcze kilka komentarzy do wyborów i dość wczesny, jak na nas, sen.

Nasza pierwsza kawa jest w mojej głowie dość odległym wydarzeniem, bo sporo zmian zaszło od tamtego momentu. Nawet trochę się dziwię, że to było tak niedawno, ale tak właśnie jest, gdy mózg cały czas uczy się czegoś nowego – stare życie wydaje się być życiem zamierzchłym. W związku z tym przeżywam dziwne powroty wpadając do mojej poprzedniej pracy „To Wy nadal tutaj jesteście?”. Niektóre rzeczy trwają, i w kontekście wyborów politycznych to wcale nie jest stwierdzenie pokrzepiające. Ale o tym potem …