Archiv der Kategorie: qultura & sztuka

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu“ wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła“. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was“, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic“ opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic“ miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi“ czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica“  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Werbeanzeigen

Etiudy szkolne na Dzień Dziecka.

Mama wczoraj o poranku wysłała nam życzenia. Podstarzałe te jej dzieci, a ona pozostaje młoda i zawsze o mnie (teraz już o nas) pamięta. Przy tej okazji zauważyłam, że Międzynarodowy Dzień Dziecka zredukował się w Polsce do narodowego. Głupota ludzka ma swoje granice jak wszystko, są one jednak słabo znane nauce. Z okazji święta mam dla Ciebie kilka krótkometrażówek … oprócz tego, że buszuję w Ninatece, znalazłam w sieci legalne źródło Wydziału Radia i Telewizji UŚ i teraz dobrobyt mam taki, że nie wiem, kiedy to wszystko obrobię.

„Idziemy na wojnę“ Krzysztofa Kasiora, 2011:

Etiuda z Schuchardem, o tym jak to wspaniale jest pojechać i zabić paru ludzi. A jak Ciebie zabiją? A dlaczego? Zamiast mówić o realiach wojny, Kancelaria Premiera organizuje dzieciom możliwość przymierzenia kamizelek i hełmów. Sposobienie się na czasy, gdy będzie potrzebna dostawa świeżych, polskich flaczków, jest mi szczerze obmierzłe.

(Schuchardt dobrym aktorem jest, mam nadzieję, że po „Bodo“ dostanie jeszcze szansę na główną rolę, wybierałam się na jego „Tramwaj zwany pożądaniem“ w Ateneum i wybrać się nie mogłam. Dają to jeszcze?).

Idziemy na wojnę

„Kiedy ranne wstają zorze“, etiuda Mateusza Głowackiego, 2012. O więziach jakie łączyły kolektyw z którego słusznie wykiełkowała kultura gryla narodowego. Lata 60-te, a jednak nihil novi sub sole i pewnie niejednemu łezka się w oku kręci jak było wówczas ładnie na świeżym powietrzu i jak ludzie ze sobą rozmawiali:

„Wyspa“ Krzysztofa Zygalskiego, 1984. Bińczycki, dźwięki przyrody i więź niemalże zadzierzgnięta:

Lubię krótki metraż tak samo, jak jestem wdzięczna za wyraźne rozdziały w literaturze faktu.

Kraciasty właśnie wszedł w szlafroku i oświadczył, że dzieło stworzenia jest najważniejsze 😀 No to narta. Dzisiaj też jestem dzieckiem. Dobrej niedzieli 🙂

Niedziela wyborcza w Dublinie.

Wybory do Parlamentu Europejskiego, Dzień Matki, nasza rocznica pierwszej kawy … z okazji punktu pierwszego powiązanego z trzecim rano wyjechaliśmy do Dublina. Jeszcze w domu zadzwoniłam do mamy złożyć jej życzenia. Akurat robiła się na bóstwo, żeby o dziewiątej wybrać się z tatą do lokalu wyborczego na Dolnym Śląsku …

Dublin wyborczy (1)

W Dublinie pierwsze kroki skierowaliśmy na ulicę Ailesbury. Już po głosowaniu minęliśmy pana w koszulce z napisem Konstytucja. Kraciasty zauważył, że i bez napisu nie wyglądamy jak wyborcy PiSu, bo jak sam widzisz powyżej … O polskich wyborach napiszę jeszcze w tym tygodniu, kiedy będziemy znali wszystkie wyniki. A teraz chodźmy …

W centrum Dublina nic, tylko zadzierać głowę pozostaje:

Dublin wyborczy (2)

Po głosowaniu pojechaliśmy na chwilę do sklepu w poszukiwaniu sukienek. Nie wspominałabym o tym, bo sukienki nie znalazłam (Kraciasty kupił sobie letnią, kraciastą marynarkę), ale byliśmy w związku z tym w takim budynku:

Dublin wyborczy (1a)

Miejsce znane jako Stephen’s Green Shopping Centre wygląda przepięknie zabytkowo, tak, że nawet dałam się nabrać 🙂 Jeszcze w latach 80-tych stał na tym miejscu The Dandelion Market w którym swoje pierwsze koncerty dawał zespół U2. W Irlandii nigdy nie wiesz, co jest zabytkiem …

Przeparkowaliśmy samochód na ulicę Hume’a (nie tego, innego) i po szybkim obiedzie w Toltece na Suffolk St. poszliśmy za rączkę do galerii, ale nie takiej. Do galerii z obrazami na Merrion Sq W.

Dublińską Galerię Narodową otwarto w 1864 roku, czyli mniej więcej w tym samym czasie, co Muzeum Narodowe w Warszawie. Jest to budynek zdecydowanie mniejszy i jakby trochę chaotyczny. Ale ma Caravaggia. Capnęłam przewodniki po budynku od razu w trzech językach, i oto jestem:

Dublin wyborczy (3a)

„Pocałunek Judasza“ (1602) … płótno zaginęło w XVIII wieku, odnaleziono je dopiero w 1993 roku – przez ostatnie 60 lat wisiało zarosłe wielowiekowym brudem na ścianie jadalni w klasztorze dublińskich jezuitów.

W galerii oboje zrobiliśmy mnóstwo zdjęć …

Dublin wyborczy (3)

„The Temptation of Adam“ (1767-70) irlandzkiego neoklasyka, Jamesa Barry’ego. Obraz oczywiście nie przedstawia wyłącznie nóg, chodziło mi o to, że zainteresował mnie w nim Penis Wstydliwie Przesłonięty, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę.

Dublin wyborczy (4)

„Still Life with Dead Birds“ (1645-53), Christiana Luyckxa, flamandzkiego mistrza martwej natury. Natychmiast zauważyłam tego Macieja.

Dublin wyborczy (5a).jpg

Pani siedzącą przed Vermeerem, robiąca szkic ołówkiem. „A lady Writing a Letter with her Maid“ (1670-71), barok holenderski.

Dublin wyborczy (5)

Gender, postrach wielu Krystyn. Te eleganckie buciki należą do Charles Coote’a, pierwszego Earla Bellamont. Pan w różu i satynie pędzla Joshuy Reynoldsa (1773-74). Na górze z kolei nie róże, tylko strusie pióra były.

Dublin wyborczy (7)

Jeden z fragmentów instalacji „Finding power“ – murali Joe Caslina. Tutaj sportretowany jest Stephen Moloney, pisarz, działacz LGBT.

Dublin wyborczy (8)

Pewna miła pani pokazała nam jak dojść do Picassa (jak już wspomniałam, galeria jest dość chaotyczna, a my wyglądaliśmy w niej na takich, którzy zazwyczaj szukają drogi). Gdy doszliśmy już do jedynego Picassa, bardziej spodobał mi się obraz Petera Doiga „Concrete Cabin West Side“ (1993).

Dublin wyborczy (6)

A to jest tyłek, rzymska, przedchrystusowa kopia greckiego tyłka z brązu. Podobno Apollo, podobno w stylu Praksytelesa.

Po zlustrowaniu prawie całego budynku zeszliśmy na dół napić się kawy i herbaty. Trochę, bo byliśmy zmęczeni, trochę na cześć rocznicy pierwszego spotkania w realu  …

Po kaffce poszliśmy na Stephen’s Green. Pogoda była całkiem przyjemna, nie zdziwiło mnie, że park jest o tej porze pełen ludzi porozkładanych na trawnikach, ławkach i przy fontannach. Weszliśmy od północno-wschodniej strony, więc zrobiłam zdjęcie monumentu upamiętniającego Wielki Głód. Możesz się zdziwić, że znowu wspominam o pomniku tego typu, ale tutaj to wielka sprawa, ważny element zbiorowej pamięci. Mój wzrok przyciągnęła para turystów, która postanowiła pod nim odpocząć.

Dublin wyborczy (9)

Spacerowaliśmy, potem trochę posiedzieliśmy przy jednej ze stefanowych fontann. Na stawie codzienny rwetes, śliczna czernica, kaczka o niebieskawym dziobie odważnie żerowała przy brzegu stawu, ale trudno było ją sfotografować. Wiatr zaczął się wzmagać i gdy wyszliśmy z parku próbował mi porwać mój kapelutek. Wpakowaliśmy się do samochodu i ziu do domu. Taki był nasz dzień wyborczo-rocznicowy w pigułce. Jeszcze kilka komentarzy do wyborów i dość wczesny, jak na nas, sen.

Nasza pierwsza kawa jest w mojej głowie dość odległym wydarzeniem, bo sporo zmian zaszło od tamtego momentu. Nawet trochę się dziwię, że to było tak niedawno, ale tak właśnie jest, gdy mózg cały czas uczy się czegoś nowego – stare życie wydaje się być życiem zamierzchłym. W związku z tym przeżywam dziwne powroty wpadając do mojej poprzedniej pracy „To Wy nadal tutaj jesteście?“. Niektóre rzeczy trwają, i w kontekście wyborów politycznych to wcale nie jest stwierdzenie pokrzepiające. Ale o tym potem …

Tylko nie mów nikomu Sekielskiego.

Ledwo wczoraj coś wpisałam, a już znowu przyłażę z czymś do Ciebie … a niby taka zajęta 😉 No cóż, siedzę tu z umytymi włosami, po dziewięciu godzinach pracy, i czuję, że chcę to napisać jeszcze dzisiaj … nie będę się powstrzymywała, zagryzam to śledziem w occie i lecim z tematem.

Wczoraj miał swoją premierę film Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu“. Można obejrzeć go legalnie na YT, więc nie będę referowała od ofiary do ofiary o czym to idzie. Film trwa dwie godziny, obejrzyj, a ja napiszę moje przemyślenia pod spodem, tak, żebyś mógł sobie je pominąć, jeśli taka wola:

Film nie stawia więcej tez niż te, które poruszono w „Klerze“. Można nawet odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy byli na gorącej linii. Niektóre wydarzenia przedstawione w dokumencie zostały zarejestrowane po premierze filmu Smarzowskiego. Czy więc ten film zmienił coś w postępowaniu hierarchów polskiego Kościoła? Raczej nic. Czy ten dokument coś zmieni? Raczej nie sądzę. Ta gleba jest mocno nasiąknięta dulszczyzną i choć dziś wielu głosi, że los ofiar ich obchodzi, jutro ręka biskupia będzie całowana.

Reakcje księży na dochodzenie reżysera są ilustracją mechanizmów jakimi rządzą się sekty – uwodzenie, wymaganie podporządkowania się, dezinformacja. Osoba skarżąca na przesłuchanie kościelne musi pójść sama, bez wsparcia bliskich, bez wsparcia psychologa, musi przysięgać, że nic z tego o czym rozmawia (w swojej własnej sprawie!) nie wyjdzie za zamknięte drzwi … Księża złapani w drodze może i chcą rozmawiać, ale za chwilę grupka rozbiega się jak stado kuropatw (metoda: trzeba iść szybko i wyglądać na zajętego) … Nikt nie może prowadzić rekolekcji bez listu biskupiego. Ksiądz pedofil nie został skierowany na rekolekcje przez biskupa, ale czy ksiądz może prowadzić rekolekcje bez wiedzy biskupa? No nie może. Kto więc wydał pozwolenie? … ? … Czy pan Dziwisz jest teraz wolny? Nie ma go. Jest msza. Jest obiad. Ktoś wyjechał na rehabilitację. Będzie później. Teraz i tu go nie ma. Ale on jest w środku. Nie ma go tam. Ale on jest w środku. To jest miejsce prywatne i on ma prawo tam być. Zakonnice i klerycy kłamią tak łatwo jakby łykali cukierki, i … wierzę im. Oni naprawdę zapominają swoje kłamstwo po minucie. Zagadnęły ich przecież jakieś namolne wszy, wrogowie Kościoła. Kogokolwiek szukasz, tutaj go nie ma.

Jak wygląda reakcja hardkorowych wiernych … „Kler“ był zły, nie oglądali, bo jest to atak na Kościół. Teraz pojawił się jednak dysonans poznawczy: na temat dokumentu wypowiedział się prymas, na dodatek z troską. Może trzeba zareagować, udać, że to ich cokolwiek obchodzi, więc … po krótkim odnotowaniu faktu, strony, profile, blogi wyznawców zamilkły … nie mów nikomu. Najczęściej stało się to po zacytowaniu w całości „zatroskanego“ oświadczenie prymasa, zresztą po to ono zostało opublikowane – żeby np. onet wkleił je na pierwszą stronę. Jeśli obejrzysz film do końca, wiesz, że nic z tego nie wynika. Dlaczego tak późno sprawy są zgłaszane? To częste pytanie, szczególnie wśród grupy „zatroskanych“, ale nikt nie umie powiedzieć, kiedy byłby ten dobry moment … wyobraź sobie, że przychodzisz do takiego hardkorowego rodzica, który stręczy księdzu swoje dziecko, bo jest okazja kilkudniowego wyjazdu za granicę, i opowiadasz mu o sytuacji intymnej dziecko-ksiądz. Sądzisz, że to byłby ten dobry moment?

tylko nie mów nikomu sekielski

kadr z filmu

Kwestia świadków i dobrego momentu … ofiary wybierają ten jeden, gdy są już na tyle silne, żeby udźwignąć świadomość tego, że nikt się za nimi nie ujmie. Wielu nigdy tego stanu nie osiąga. Gdy bohaterka wraca na miejsce swoich tortur uświadamiam sobie, że w tej miejscowości mieszka kilka innych kobiet, jej koleżanek, które były gwałcone przez tego samego księdza. Zapewne żadna z nich swojej historii nie opowie. Zastanawiam się czy one chodzą na msze i biorą Eucharystię do ust prosto z rąk księdza, jak nakazuje Tradycja … Moją ogromną sympatię wzbudziła inna postać – prawnik, który pomaga ofiarom molestowań, ale jednocześnie sam jest jedną z nich. Widzę, że uczynił ze swojej misji rodzaj sportu, straszenie rozbiegających się kuropatw sprawia mu chyba przyjemność, choć wydaje się to być akt pozbawiony złudzeń … każdy nie daje sobie rady na własny sposób … dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na półce leży i czeka na przeczytanie jego mocna książka, którą Kraciasty przywiózł za którymś razem z dolnośląskich wojaży – „Kroniki opętanej“ wydana  przez Krytykę Polityczną.

Sprawa mediów … chwilowo media są dokumentem zachwycone – ktoś (Sekielski) z grupką znajomych zajął się śliskim tematem za pieniądze, które sam zebrał, i wystawił się osobiście na ewentualne strzały. Dlaczego żadne z opiniotwórczych mediów nie podjęło dochodzenia lata temu? Gdzie są wywiady w których zostałyby postawione jasno sformułowane pytania a rozmówca nie mógłby skręcić w stronę wyuczonej formułki o miłosierdziu oraz tym, że z grubsza zawdzięczamy mu w s z y s t k o? Media chętnie tropią i dręczą pytaniami ofiary, choć z kolei adres kurii można znaleźć za pomocą kilku klików. Polskie dziennikarstwo jest jak nasza moda uliczna w małych miasteczkach – bez jaj.

I ostatnie: oświadczenie prymasa. Metoda zdartej płyty. Poruszony, dziękuję, zrobię wszystko, dokument papieża, trzeba wyjaśnić, musimy chronić. Z dokumentu, który zawiera świeże wydarzenia, mające miejsce już po premierze „Kleru“, jasno wynika, że nic takiego jak naprawa tej sytuacji nie ma w Episkopacie miejsca. Schemat jest prosty: przeciągać sprawę tak długo, aż kat będzie za stary, by domagać się zadośćuczynienia. Można dojść do przekonania, że biskupi w Boga czy boską sprawiedliwość nie wierzą. W końcu tu na ziemi blokują działanie sprawiedliwości najwyraźniej w przekonaniu, że po śmierci nie zostaną za to pociągnięci do żadnej odpowiedzialności. Ma to mocne ugruntowanie w pontyfikacie Wojtyły: dopiero w 2001 roku przestało obowiązywać „Crimen sollicitationis“, wcześniej, czyli przez ponad 20 lat pontyfikatu JPII, sprawy pedofilii zgodnie z tym dokumentem były zamiatane pod dywan. Hierarchów polskiego kościoła oglądamy w filmie dzięki wstawkom z różnych programów – odmówili Sekielskiemu komentarza lub nie chciało im się nawet odmówiać. Odmówił także prymas Polak (bo mu się dokument nie podobał), ale za to wiesz, że udzielił komentarza poza dokumentem (gdyż obejrzał go z troską i już mu się podoba), aby sprzedać swoją narrację. Udzielni książęta, mówiąc swoim poddanym cokolwiek, nadal mają się dobrze w swoich pałacach.

W onetowskiej recenzji Węglarczyk dopatrzył się światełka nadziei. Nie powstrzymam się przed spoilerem: autorem listu czytanym pod koniec filmu przez Sekielskiego jest ksiądz, który jako dziecko sam był molestowany przez księdza. Że niby jest to zaskakujący i jakże fortunny zwrot akcji … a pamiętasz ten wątek w „Klerze“? Pamiętasz jakie to miało następstwa w fabule i jak ten wątek u Smarzowskiego się zakończył?  „Z pewnością także ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele“, oświadczył Gądecki, który wcześniej odmówił udziału w filmie. I nie wiem zupełnie dlaczego, gdy przeczytałam to jego zdanie, pomyślałam sobie „chrum chrum?“.

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon“ w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli“ (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon“ wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejsc, dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę i człowiek, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe“, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog jeszcze bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia“ w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie“, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar), po prostu wypas. Prawdziwe zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi“ Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie“ dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta“ Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta“ Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Książka Tuska, książka Ani.

dwie książki (2)

Ewidentnie można nazwać to zdjęcie: Rysiu przedstawia …

A sytuacja jest taka, że za każdym razem, gdy latamy, w walizkach przewozimy różne rzeczy. Nigdy nie są to butelki wódki. Tak mi się teraz przypomniało, że gdy siedziałam na lotnisku we Wro, nieznana kobieta uraczyła mnie półgodzinnym rozważaniem na temat tego jak to nie wiedziała, że w podręcznym nie można przewozić flaszek, więc musiała dokupić dodatkowy bagaż, gdyż się jej irlandzcy znajomi nie mogli wprost doczekać smaku polskiej wódki (wiadomo, że ta w polskich sklepach jest nieprawdziwa … może wiadomo, może nie, ja tam nie wiedziałam) … anyway … nigdy nie są to butelki wódki, książki natomiast i owszem. Pokażę Ci dwie spore książki z kilku, które Kraciasty przytaszczył w zeszły piątek. Coś starego i coś nowego. Jedną, którą kupiłam przez allegro, napisał … Tusk Donald.

dwie książki (3)

Album „Pojezierze Kaszubskie“ zilustrował Jerzy Baranowski, tekstem opatrzył Doland Tusk, były premier RP i obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Książkę opublikowało wydawnictwo „Sport i Turystyka“ w roku … 1985. Wydawnictwo to istniało od 1953 roku, po ogłoszeniu upadłości w latach 90-tych jego majątek przejęło wydawnictwo „Muza“.

dwie książki (4)

Nigdy świadomie nie byłam na Pojezierzu Kaszubskim, tzn. nigdy nie pojechałam nad polskie morze, żeby akurat kaszubskiej kultury tam poszukiwać. Album w jakiś sposób rekompensuje mi moje niedouczenie w temacie. Jest to rekompensata nieco spóźniona, bo zdjęcia przedstawiają stan pojezierza sprzed ponad trzydziestu lat. Gdzieś w tamtych latach miała miejsce moja pierwsza wyprawa z rodzicami nad morze. Przypominam sobie, że mam z niej czarno-białe zdjęcia, ze mną w sztruksowych spodniach, z krótkimi włosami, stojącą na falochronie.

Jestem zaskoczona stanem albumu – prawdopodobnie brakuje mu obwoluty, natomiast sama książka jest niemalże nietknięta zębem czasu, zażółcenia są minimalne, w zasadzie niewidoczne na pierwszy rzut oka.

dwie książki (5)

Ponieważ to głos z przeszłości, zapewne będę sprawdzała wiele informacji z drżącym sercem … czy te miejsca jeszcze trwają, czy nie zostały zaorane, nie rozsypały się w pył …

dwie książki (6)

Rysiu przedstawia:
książka Ani Komsty „Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód“ wydana przez jeleniogórskie AD REM.

A to już inny kraniec Polski, na dodatek historia „rozjechana“ od Wschodu na Zachód. Rok temu pisałam na blogu, że Ania zbiera fundusze na wydanie książki kucharskiej. Zostało zebrane i jest. W takich sprawach kompletnie nie mam wyobraźni i nie wiedziałam czego oczekiwać, uważałam po prostu, że będzie to coś ładnego …

dwie książki (7)

„Opowieści stołu“ nie są zwykłą książką kucharską. Pisana w okolicach wleńskich (Pilchowice), opowiada o smakach przywiezionych z Kresów, ale jest także spisem wspomnień kilkunastu kresowych rodzin, albumem rodzinnych zdjęć … książka kilka dni temu wyszła z drukarni, dziko i ostro pachnie nowością … Kraciasty dostał ją wczesnym porankiem, dzień przed oficjalną premierą, która miała miejsce w tę sobotę.

dwie książki (1)

Płynie z niej nauka za którą autorce dziękuję. Nauka ta brzmi: jeśli masz coś do opowiedzenia, pisz; jeśli chcesz, żeby przeczytali to ludzie, wydawaj. Ania Komsta zebrała wokół siebie osoby, które potrafią pięknie opowiadać słowem i obrazem, zebrała również fundusze i pokazała światu historie, które leżały jej na sercu. Nie jest to świat przedrukowany (zjawisko tak powszechne wśród albumów kulinarnych), który w kawałkach możesz znaleźć gdzie indziej. Ja z kolei nie mając wiele wspólnego z terenami kresowymi, lub też nic o tym nie wiedząc, a umiejscawiając swoje geny z dziada pradziada gdzieś pomiędzy Kaliszem, Sieradzem i Wieluniem, ciekawa jestem świata i ludzi, ich historii i smaków. Cieszę się więc na tę podróż jak dziecko 🙂

Takie moje dwie książki na wiosnę. Jest jeszcze opasła biografia Ciechowskiego i zaczęte tomiszcze Simony o puszczy, nietknięte Księgi Jakubowe, a przedwielkanocnie zostały mi dwa rozdziały z rozważań Eilstein o micie ukrzyżowania. Fju, fju, powiedziałby Ćwirek.