Kler Smarzowskiego.

Kler Braciak

Byłam, zobaczyłam. Zazwyczaj nie piszę tutaj o modnych filmach na które walą tłumy, bo mam długą listę ciekawych rzeczy do obejrzenia i każda czeka na moją osobistą weryfikację hot or not. Poza tym nie przepadam za entuzjazmem świeżego tłumu popkornożerców i colowciągaczy. Gdy idę na coś niemodnego, jest większa szansa, że ludzie nie przychodzą się tylko nażreć i naśmiecić.

Sytuacja była o tyle wyjątkowa, że to mój pierwszy seans filmowy w irlandzkim kinie. I to traktuję jako podstawową motywację. Oczywiście wiem, że „Kler” bije w Polsce rekordy box office’u, mam internet, czytam co ludzie piszą. Wczoraj o osiemnastej w Dundalk widownia była wypełniona, wydawało się nawet, że cała miejscowa polonia przybyła,  ani jednego wolnego miejsca, nalot na kino w grupach, ludzie pozdrawiali się nawzajem.
I jak było?

Trailer zapraszał na inny film – miało być śmiesznie lub, jak kto chce, obrazoburczo. I owszem, pierwsza scena to ta, którą znamy z zapowiedzi. Trzej panowie piją do piosenki Kultu. Potem jednak robi się coraz smutniej. Krótka recenzja mogłaby brzmieć tak: przygnębił mnie ten film. Warto dodać na samym początku: nie jest to film ani o wierze, ani o którymkolwiek bogu. I skoro to już mamy wyjaśnione … miałam w wyobraźni jakiś tam obraz czy listę życzeń tego, co może pojawić się na ekranie. Np. wyobrażałam sobie koncert aktorski w wykonaniu pana Gajosa. Jego Morda jest mordą wszystkich mord. Mordowicz to wspaniała personifikacja sapiącego biskupa wygłaszającego okrągłe przemowy w stylu „lata spędzone w służbie Maryi przeżyłem w ubóstwie …”. Przy okazji obwieszczanych przez filmowych duchownych formułek – momentami odnosiłam wrażenie jakby były żywcem wycięte z medialnych wypowiedzi. Nie pokuszę się teraz o sprawdzenie, bo nie mam filmu pod ręką, ale zrobię to kiedyś, gdy będę miała go na dvd. Czy były to cytaty? Bo choćby po to, żeby usłyszeć jak brzmią w zestawieniu z obrazem cierpienia jednostki, warto było pójść na ten film. Ale wracając do aktorstwa, wyobrażałam sobie koncert gry Gajosa, dostałam cielesność i nie narzekam. Jakubik i Więckiewicz zagrali krwiste postacie i to oni w zapowiedziach są gwiazdami „Kleru”. Nie dajmy się jednak zwieść 🙂 Zamiast napadu na wiarę, który niejeden jej fałszywy obrońca chciałby tu wytropić, dostrzeżmy psychologiczną prawdę, której jest tu sporo. Dwóch z trzech księży, chociaż zło czynią, są postaciami pozytywnymi, bo niewiele jest w życiu rzeczy czarno-białych, a już z pewnością nie o takich rozprawia ten film. Jednym ze sposobów radzenia sobie z byciem ofiarą jest naśladowanie kata, przejście na jego stronę mocy. Trzeba tylko stać się bezdusznym. To co mnie zachwyciło, to Braciak grający księdza dorastającego w miejscu do złudzenia przypominającym zabrzański ośrodek wychowawczy osławionej siostry Bernadetty. Jeśli dopiero na film się wybierasz, patrz na jego twarz, nie spuszczaj jej z oczu. Tylko silni i ambitni docierają do Watykanu.

Jeśli chodzi o reakcje publiczności, dwie rzeczy. Odnosiłam wrażenie, że część widowni na takie filmy nie chodzi, a gdy już pójdzie to gorączkowo szuka w nich czegoś zabawnego. Bo tak odbierałam chichoty, gdy któraś nobliwa postać na ekranie przeklęła. Podsumowanie jednego z widzów pod napisy końcowe: no i nic takiego nie było – w sensie nic kontrowersyjnego. Inaczej mówiąc: wszyscy wiedzą, że duchowieństwo obraca wielkimi pieniędzmi i uczestniczy w podejrzanych przetargach, festiwal tego typu zachowań jest jawny, parę miast z nich słynie. Wszyscy wiedzą, że są przypadki przemocy, pedofilii, co łaska, zwykłego zdzierstwa, chamstwa, pogardy. No i nic takiego nie było – wisienka na torcie tego seansu. Wszyscy wiedzą i nic z tego nie wynika. Czy to nie jest najsmutniejsza rzecz jaką można usłyszeć w takim kontekście?

To tyle na szybko, bo wrażenie siedzi mi w głowie, chociaż w międzyczasie kończy się cudowna niedziela o której więcej napiszę w tygodniu. Jeszcze dzisiaj przy okazji herbaty u znajomych analizowaliśmy różne wątki ostatniego filmu Smarzowskiego. Myślę, że to zawsze jest radość dla twórcy, gdy wsadzi kij w mrowisko na tyle, że ludzi to rusza w tym świecie w którym niby widzieliśmy już wszystko. Film nieobojętny.

Reklamy

Październikowa galeria Highlanes.

Highlanes Gallery Drogheda 1

To miejsce możesz już znać, byłam tutaj i nawet pokazywałam zajawki sierpniowej wystawy. W deszczowym poście przeczytasz trochę informacji o galerii Highlanes, niedużym miejscu przytulonym do gwarnej jadłodajni, wymoszczonym w byłym kościele franciszkańskim. Kontakt z kulturą jest tu za darmoszkę, w drzwiach powita Ciebie jakaś dyżurująca osoba, która zaproponuje informacyjne wydawnictwa albo plakaty. Nie wiem czy to taki zwyczaj, ale po raz drugi widzę, że na balkonie jest coś lekkostrawnego, natomiast główna sala, ta z ołtarzem, wystawia współczesnych, irlandzkich twórców – patrzeć tutaj trzeba chcieć i lubić 🙂

highlanes texaco competition

I tak obejrzałam wczoraj dwie wystawy. Najpierw podsumowanie konkursu 64th Texaco Children’s Art. Prace był nagrodzone w sześciu kategoriach wiekowych oraz dodatkowo w kategorii dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych – wszystkie tegoroczne wyróżnienia możesz obejrzeć pod linkiem. Uwierzysz, że środkowy, bardzo szczegółowy rysunek dziewczynki robiącej bańki mydlane narysowała 12-latka z Dublina? Podziw miesza się u mnie z odrobinką smolistego dziegciu. Gdy podczas ostatniego pobytu w Polsce odgruzowywałam biurko, znalazłam na jego dnie trzy szkice. Szczególnie zaskoczył mnie mój autoportret, lustrzane odbicie machnięte z natury, przysiadłam do niego ot tak, bez minimum choćby ćwiczenia, a jednak proporcje są niezłe, kreska zaskakuje poradnością. I tu część, która mi zalega – nigdy nie byłam dość wytrwała, żeby wznieść się ponad swój twórczy perfekcjonizm przemieszany z lenistwem. Nie chcę przez to powiedzieć, że gdybym się była uczyła, byłabym wybitną pianistką 😀 jak to mawiała o sobie Lady Katarzyna de Bourgh w pewnej klasycznej powieści. Gdybym ćwiczyła, rysowałabym teraz jak ta 12-latka. I to byłoby coś. Kto wie … może jeszcze będę. Chcę, choć drżę na myśl o tych wszystkich ohydnych, nijakich dziełach, które mogę po drodze popełnić.

collage highlanes texaco competition

Portrety, autoportrety, pejzaże, zwierzątka – twórczość najlepszych musiała być naprawdę czasochłonna, niektóre obrazy zdradzają talenty impresjonistyczne autorów, ich naturalnie harmonijne postrzeganie kolorów. Konkurs Texaco ma już niezłą historię – po raz pierwszy, pod inną nazwą, odbył się w 1955 roku w trudnej do wyobrażenia Irlandii, rządzonej przez księży, słabo skomunikowanej, poza stolicą straszliwie prostej i biednej. Czytam, że obecnie do konkursu jest zgłaszanych nawet 40 tys. prac każdego roku, można więc powiedzieć, że pełni rolę kulturotwórczą. I przypuszczam, że kierunkuje przyszłość niektórych uczestników.

Wystawa w listopadzie przenosi się do Cork. Może jeszcze zdążymy z Kraciastym wpaść tam razem, ot tak sobie, przy jakiejś okazji 🙂

Tymczasem na dole, na prawo od ołtarza, w czerwonej wnęce w której ostatnio widziałam niepokojące maziaje Rity Duffy, na trzech ścianach są przyczepione identycznej wielkości kartki z samoopisami. Trzy rozdziały  życia: „not sorry”, „master of my universe” i „trying to behave”.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (1)

To tutaj spędziłam większość czasu, czytając jak ludzie w różnym wieku, zapewnieni, że ich wypowiedzi będą anonimowe, dokańczali zdanie zaczynające się od „I am” – Jestem … Samoopisy bazują na Teście Dwudziestu Stwierdzeń Manfreda Kuhna, są efektem zainteresowania autorki psychologią.

Just a bit extraordinary … taki tytuł nosi wystawa Theresy Nanigian – oprócz słów także zdjęcia, portrety osób w różnym wieku, patrzące w obiektyw, tańczące. To jest w zasadzie kompilacja trzech innych wystaw, których tytuły już wspomniałam.

Highlanes Gallery Drogheda 2 (2)

Zazwyczaj, gdy wchodzę na bloga lub inny profil, czytam samoopis, który oczywiście w mniejszym lub większym stopniu jest autokreacją. Wiem, że nie dowiaduję się z niego jaki jest człowiek, raczej zyskuję wiedzę jak chciałby być przez innych widziany. Niektóre opisy blogerskie brzmią jak nęcące teksty z biur matrymonialnych. No i dobrze, każdy pisze jak umi …

Highlanes Gallery Drogheda 2 (3)

… czytając samoopisy z instalacji Nanigian ani razu nie poczułam niechęci do autora wypowiedzi, bez względu na to ile w nim było niepodobieństwa do mnie samej. Szczerość, prezentacja za którą nie ma żadnej nagrody budzi natychmiastowe współodczuwanie w stosunku do drugiego. A przynajmniej tak poczułam. Wyszłam stamtąd w przekonaniu, że ludzie są dobrzy, a nasze światy czasami się dotykają i jesteśmy wszyscy jak tańczące na wietrze, mydlane bańki.

Autorka jest postacią zdecydowanie nietuzinkową. Menagerka z Bostonu, która na pewnym etapie życia postanowiła wziąć sobie do serca swoje własne rady i zdecydowała, że jeśli teraz nie zacznie być artystką, o czym zawsze marzyła, to kiedy? 🙂 Z ogromnego zdjęcia patrzyła na mnie kobieta z czerwonymi ustami, wyprostowana jak stara arystokracja, osoba, której niestaranną kreskę wokół oka uznałam za coś zupełnie na miejscu, działanie zamierzone. Takim widokiem galeria mnie pożegnała, jeszcze tylko mała ankieta, czy mi się podobało i skąd jestem. Podobało mi się, jestem stąd 🙂

Tak że ten … przedpołudniowy wtorek uaktywnił mi tęsknoty za byciem twórczą i błyskotliwą. A miałam na sobie akurat mundurek pracowniczy, niezupełnie doprany. Tzn. góra obleci, ale spodnie trzeba już dać do pralni chemicznej. I piszę to wyprzedzając komentarze, że w galerii byłam, bo mam czas i szczęście. Galerianka taka. Czas faktycznie miałam, bo do zmiany popołudniowej były dwie godziny. To sobie poszłam w nie za czystych spodniach.

Piszę to wszystko spod kordełki, bo ostatnio w mieszkaniu bardzo marzną mi stopy, paluszki mam jak sople lodu. I tak zastanawiam się ilu czytających tutaj też chciało/chce być twórcami.

Co tworzysz?
Jakie talenty zakopałeś i teraz robisz dziurki pod drzewami w ich poszukiwaniu?
Kim jest według Ciebie artysta?
Kto jest artystą, a kto nie jest, może jakieś przykłady?

Kult w Dublinie.

Wzięłam udział w świeckiej, jesiennej tradycji!

Kult przyjechał do Dublina w ramach corocznej Pomarańczowej Trasy. Akurat miałam dzień wolny i z pomocą trójki znajomych przemieściłam się w kierunku The Academy na 57 Abbey Street Middle. Przed wejściem zostałam opieczętowana wejściówką, która była tak anemiczna, że w słabym świetle sali nie było czego na ręce fotografować. The Academy to niewielka scena koncertowa, może trochę porównywalna ze Starym Klasztorem w którym byłam dwa razy w zeszłym roku. Jako support przez pół godziny grali zupełnie mi nieznani Irlandczycy ze Slacker’s Symphony. Mocna perkusja, ale brakowało mi zaplecza, żeby zrozumieć i docenić natężenie dźwięku 😀

Trasa2018

Kult wszedł trochę po 19-tej i grał ponad dwie godziny. Zabawne, że nigdy nie widziałam ich na żywo w Polsce, a na obczyźnie spotkaliśmy się tak łatwo. Niewielka sala pozwalała na obserwowanie koncertu z boku na siedząco bez straty zbyt wielu wrażeń. Siedziałam więc po lewo, obok damskiej ubikacji i ignorowałam cudze kubki z piwem. Na samym początku podszedł do nas zawiany Przemysław z Łodzi/Belfastu, jako wysłannik swoich kolegów, Elvisa i Kuby. Obwieścił nam, że każdy z nich ma po dwójkę dzieci oraz że w autobusie wszyscy sikali, a Elvis dotrzymał. Poza tym miał do nas biznes w postaci podrzucenia nam do pilnowania swojego plecaka. Zgodziłyśmy się ze względu na te dzieci i Elvisa. Od czasu do czasu Przemo wpadał, żeby posilić się schowanym w plecaku soczkiem lub wyjąć szluga. Opowiedział też być może całkiem prawdziwą historię jak to, jako wierny fan wiele lat temu zaiwanił zespołowi cały wór firmowych koszulek 🙂 Z innych wydarzeń okołokoncertowych, na bisie pewna kobieta przeskoczyła przez ochronę i wpadła na perkusję.

Jeśli chodzi o sam koncert, Kult objawił mi się jako zespół rzetelny, bez instaotoczki, skomplikowanego ruchu scenicznego i tego całego „rączki do góry”. Profesjonaliści, którzy w oparciu o swoją dyskografię mógliby zagrać kilka różnych koncertów. Mój wzrok przyciągał w szczególności Jeżyk Wereński na gitarze, Janusz w sweterku oraz Morawiec, który ze swoją siwą grzywą wydawał się być mi znany z innego życia.  Czas biegnie nieubłaganie dla nas wszystkich, myślę że „Polska” wyszła kilka lat temu, a tu nagle zdaję sobie sprawę, że Kazik na żywo wygląda jak wujek Józek, młodszy brat mojej babci, który mieszka na Grabiszyńskiej  🙂 Tak więc pierwsze pięć minut było to oswajanie się z wujkiem Józkiem. Niemniej nie żałuję, że ruszyłam się w niedzielę po południu, mam takie poczucie, że zobaczyłam legendę. Set był chyba mniej więcej taki:

Kult w Dublinie

Fotkę pozwoliłam sobie przytulić bez pisemnej zgody, sama zrobiłam kilka zdjęć słabej jakości. To były dobrze spędzone dwie godziny, lubię ich teksty, lubię uczciwy sposób podejścia do muzyki, poczucie, że twórcy coś czytają, coś oglądają i inteligentnie poruszają się po świecie kultury. Powiększa nam się zestaw legalnych płyt Kultu w naszej płytotece i pewnie jeszcze niejedno dokupimy. Ucieszyła mnie ta niedziela i jedyne czego mi brakowało to Kraciastego, który w chuście bojownika pojawił się dopiero przed północą, aby zawieźć mnie do domu zanim objedzona chicken tikką zgubię pantofelek.

Za chwilę, po Reykjaviku, od października w wykonaniu Kultu Radomie, Rzeszowy, Torunie i inne. Może będą śpiewali hymn gdzieś blisko Ciebie … 🙂

 

Demon i Pianista.

Tydzień temu spakowaliśmy do walizki kilka papierowo-płytowych historii. Przyszedł czas na skosztowanie i ostatnie dwa wieczory spędziliśmy na oglądaniu filmów. Tak się złożyło, że każde z nas widziało ten z nich, którego nie obejrzało drugie, było więc i kulturalnie i egalitarnie.

Na początek poszedł „Demon” Wrony. W zeszłym roku z przyjemnością odpaliłam go w Halloween zachęcona etykietką horroru. Przekonałam się, że reżyser wykorzystał jedynie szablon gatunku, żeby z jednej strony wypełnić go swojskimi motywami, z drugiej poruszyć zupełnie inny temat. Rozsypujący się dom na wsi, hojni teściowie, przaśne wesele, wódeczka dobra przy każdej okazji. W tym wszystkim pojawia się trup w ogródku, bardzo zresztą niewyraźnie, a pan młody zaczyna dziwnie mówić. Wrona uraczył nas doskonałymi plenerami, starannym doborem aktorów i nadal aktualną opowieścią o tym jak to jest u nas ze zbiorową pamięcią. Bo chorujemy na jakiś rodzaj amnezji, jest to więc także film o chorobie. Dopiero teraz, za drugim razem, zauważyłam, że starego pana Wentza zagrał Włodzimierz Press, drobny i kruchy. I śmieszna rzecz … byłam przekonana, że postać powiatowego lekarza grana jest przez Jakubika … dopóki na potrzeby tego tekstu nie sprawdziłam danych. Adam Woronowicz, ten od Popiełuszki, doskonały. Wydaje mi się, że każdy aktor mógł tu szeroko pograć … Woronowicz oprowadzający ducha po polu, Tiran doznający przylgnięcia, Grabowski w każdej scenie, Press patrzący na miasto, którego już nie ma. Synagoga to masarnia, masarnia to sklep …

Wczoraj z kolei świetny „Pianista” Polańskiego. Wiem, stary, stary, wszyscy znają, ale ja nie. Pamiętam jakieś okruchy recenzji tuż po premierze filmu, że to wszystko mało emocjonalne, że zdystansowane, że zbyt nieporuszające. Nosz ku….wa. Jak jeszcze można było podkręcić tę historię zbiegów okoliczności? Historia prawdziwa, gdzie człowiek zamożny, znany artysta ubrany w doskonale skrojone, wełniane płaszcze próbuje przetrwać w swoim własnym mieście nękanym pożogą wojny. Z kryjówki do kryjówki z zagrożenia w zagrożenie, aby w końcu poznać Niemca, który lubi muzykę. Znajomość zawarta z powodu puszki z ogórkami. Zastanawialiśmy się z Kraciastym nad losem, który ocala jednych i kończy życie innych. Na Szpilmana przypadło zapewne wielu ludzi, którzy zginęli przechodząc przez ulicę. Wyjdę tylko po chleb. Jeb i już. Nikt nigdy nie połączył wielkich wydarzeń z ich nazwiskiem. Może zresztą i nigdy nie połączył ich nazwiska z rozkładającym się ciałem. Co do tej historii można dołatać, jakąż ekscytację, żeby było lepiej?

Porozmawialiśmy o tym z Kraciastym sporo, dłuższy czas pewne obrazy miałam pod powiekami. Historie poruszyły mnie również dlatego, bo jestem przekonana, że doznaliśmy wielkiego uszczerbku na narodowej tożsamości po eksterminacji Żydów. Jeśli możesz te filmy gdzieś obejrzeć, nie wahaj się – myślę, że są tego warte. Jeśli obejrzałeś, ciekawa jestem Twojej opinii na ich temat.

Piszę to późnym wieczorem, gdy jest już spokojnie i gładko a z piekarnika pachnie rybką. Wyobraź sobie, że tego dnia jednak mieliśmy na wybrzeżu pierwszy, zimowy sztorm. Buka zmierza ku nam krokiem posuwistym, a nam jest dobrze w naszym domku i tylko szkoda mi, że nie zapakowałam do walizki również wszystkich moich Muminków. Muminki przydają się na długie wieczory w których za oknem wieje wiatr.

Dobrej nocy 🙂

Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych chmur deszczowych. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

° ° ° ° ° °

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

W piątek.

Dublin 27 lipca (1)

Dublin 27 lipca (2)

Dublin 27 lipca (3)

Piątek był świetnym wstępem do spokojnego weekendu, zaczął się od mojego job interview, potem był długi spacer … w centrum miasta przywitała nas tęczowa flaga – Dublin przygotowywał się do sobotniej parady osób transseksualnych (następnego dnia widzieliśmy sąsiadkę pakującą się do samochodu z tęczową parasolką, może ktoś reprezentował tam naszą ulicę). Na Millenium Bridge jakaś uśmiechnięta pani wyprzedzając nas powiedziała mi, że mam fajne buty. Most Tysiąclecia to kładka dla pieszych na rzece Liffey, an Liffe (to prawdopodobnie tę rzekę miał na myśli Ptolemeusz pisząc w swojej „Geografii” o rzece Οβοκα. Kilka lat temu z innego mostu bezdomny człowiek skoczył do Liffey ratując swojego króliczka o imieniu Barney).

Spacer był głównie w poszukiwaniu glanków dla Świechny, ale po kontemplacji mew i kaczek u Zielonego Stefana zaszliśmy też do Tower Records na Dawson St. To sklep muzyczny, niegdysiejszy amerykański gigant wykończony sieciowym piractwem. W Dublinie ludzie nadal tu przychodzą, przeglądają płyty, zazwyczaj kupują po kilka, chociaż nic się od czasu bankructwa TR nie zmieniło i wszystko można ściągnąć z sieci. Szukaliśmy Davida Bowie z lat 70-tych – od wyjazdu do Kerry robiąc z rana pierwszą herbatę nucę „Space oddity”, „Life on Mars?” albo „Ziggy Stardust”. Mocarne kawałki. Ma znaczenie, co leci w samochodowym odtwarzaczu 🙂  Bowie za dużo nagrał, nie mogliśmy się zdecydować i wyszliśmy z pięciopakiem albumów Billy Joela.

Zwieńczeniem spaceru była kawa na skrzyżowaniu Nassau i Dawson – nie jest to najlepsza Costa na świecie, ale my w niej byliśmy, więc ma szczęście. Czuję się wyróżniona przez życie mogąc tak właśnie spędzać czas. Dyskutowaliśmy o mnóstwie rzeczy, gdzieś bokiem przeszedł nawet Gajcy ze św. kucharzem od Hipciego; jestem pewna, że Gajcy miał jakieś sensowne powiązanie z innym tematem, nawet jeśli teraz wyblakło mi to w pamięci.

To tyle w poobiednio spisywanej relacji. Mam niesamowity odpływ energii. Gdybyś kiedyś zawędrował w te okolice, Czytelniku, daj mi znać.

° ° ° ° ° °

… wczoraj pogoda wróciła do stanu irlandzkiej równowagi po fali bezdeszczowych upałów i ta piosenka idealnie wpasowała się w poranny nastrój za oknem:

Mam gulę w gardle, gdy jej słucham. „Where are we now”. Są dni, gdy taki kawałek się przydaje. Wczoraj nad ranem zmarła Kora Jackowska, dzisiaj Tomasz Stańko. Kraciasty tę ostatnią wiadomość skomentował zwięźle „o kurwa!”. Szczery hołd.

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

° ° ° ° ° °

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Sierpień w hrabstwie Osage.

Hrabstwo Osage naprawdę istnieje na Wielkich Równinach. Jego stolicą jest Pawshuka, nazwana tak na cześć wodza, lub też kilku wodzów, których angielskie imię brzmiało Białe Włosy. W Osage 14% mieszkańców to rodowici Amerykanie. Kraina rozległych przestrzeni i kurzu unoszącego się za samochodami.

Oglądałam film Johna Wellsa już 4 lata temu, w sierpniu. Tzn. widziałam obrazy, które przemykały przez ekran, ale miałam zbyt wiele dystraktorów. Tym razem było lepiej, tak jak zazwyczaj jest z Kraciastym. Po seansie wyszukałam nazwisko Misty Upham, która grała tutaj jedyną sympatyczną postać (mnie kojarzyła mi się  z Marilyn z „Przystanku Alaska” , Kraciastemu z Nobody z „Truposza”). Byłam ciekawa, w czym jeszcze mogę ją zobaczyć. Kiedyś interesowałam się filmami robionym przez nativów – półamatorsko opowiadanymi historiami, oknami na mroczne bajki z rezerwatu. Zaskoczyło mnie bardzo, że młodsza ode mnie dziewczyna nie żyje już cztery lata. Co za smutek, co za śmierć i niespodziewany epilog z #metoo w tle. Misty Upham z narodu Czarnych Stóp już nie ma.

Film jest m.in. o sprawach ostatecznych, ale przede wszystkim o toksycznej rodzinie, która w skąpanych słońcem okolicznościach spotyka się, żeby załatwić swoje sprawy, lub raczej odstawić tradycyjny teatr, w tym przypadku teatr pożegnania i rodzinnego obiadu. Na plakacie widać stół i zasiadających przy nim ludzi – dzisiejsi plakatodostawcy są tak mało finezyjni, ciekawa jestem jak z tematem obeszliby się Starowieyski albo Pągowski.

Jest w tej historii pożegnania tyle, co kot napłakał, pomimo tego, że stypa to ważny punkt fabuły. Przedstawione cierpienie jest zupełnie innego rodzaju, pospolite, grząskie, zasysające. O czym myśleli dystrybutorzy kwalifikując „Sierpień…” jako komediodramat? Dramatu jest w nim sporo i owszem, komedii szukać próżno, bawić można się posiadając kompletnie stępioną wrażliwość  na słowo. Film jest samograjem dla Meryl Streep, reszta aktorów także jest wspaniała. Czuję sceniczny rodowód tej historii, co w tej obsadzie i z tymi zdjęciami kompletnie mi nie przeszkadzało. 10 lat temu sztuka Tracy Lettsa dostała Pulitzera. Tracy nie jest kobietą, jest panem w średnim wieku z Tulsy w Oklahomie, włosy z każdym rokiem przerzedzają mu się coraz bardziej. W swoim dramatopisarstwie wzoruje się na sztukach Tennesseego Williamsa i książkach Faulknera, dwóch klasyków z Mississippi. Robi to chyba dobrze, bo poczułam ten charakterystyczny dla ich południa gorzki żar. Wieczorem rozmawialiśmy z Kraciastym o tym wszystkim z dwie godziny. Może nie jest to coś na lato, chociaż … zupełnie nie rozumiem skąd w ogóle wziął się pomysł, że latem ktoś nas zwalnia z myślenia o życiu.

To ile razem mamy lat?

Kiedy jechałam dzisiaj w kierunku Wrocławia, z machnickiego pagórka widać było Ślężę a za nią nadzwyczajnie wyraźną smużkę Karkonoszy. Po wczorajszym egzaminie czułam się tak zmęczona, jakbym przerzuciła na własnych plecach 10 metrów ziemniaków, ale dochodzę już do siebie i myśli robią mi się bardzo spokojne i puchate. Karkonosze kojarzę z domami o szachulcowych ścianach i kamiennymi portalami najzwyklejszych drzwi. I popatrz, wczoraj w ramach domóżdżania się po martwicy mózgu wygrzebałam z sieci parę grafik wleńskiego artysty, Jacka Knapa:

Melancholijne? Ciepłe? Znajome? Domowość tych rysunków kojarzy mi się z bajką „O czym szumią wierzby”, brytyjskiej serii Cosgrove Hall i zawsze bezpiecznym domem Borsuka. Podobno serial przestano wyświetlać jako dobranockę, bo dzieci bały się go oglądać. Były tam wykolejone łasice, zielone krajobrazy i był tam bezpieczny dom. Do dzisiaj zachowałam sentyment do kamizelek pod marynarką i zegarków z dewizką. Może jest to nawet wytłumaczenie mojego ukochania filmów kostiumowych, które mają w tle epokę edwardiańską lub późniejszą. Książkę na podstawie której nakręcono serial napisał Szkot, Kenneth Grahame – były to opowieści przed snem dla jego jedynego syna, Alastaira. Coś jak opowieści Milne’a dla Krzysia Robina. Tyle, że Krzyś urósł i się zestarzał, był zdeklarowanym ateistą i zdążył nawet napisać książkę w której zdradzał, że czasem nie znosił Kubusia Puchatka. Alastair nazywany Myszą, niewidomy na jedno oko, popełnił samobójstwo w czasie studiów na Oxfordzie. Dzisiaj badacze literatury twierdzą, że jego ojciec Kenneth był homoseksualistą, orientacja ta była na terenie Anglii i Walii karana do roku 1967, w Szkocji do roku 1981. Ale tylko w przypadku mężczyzn. Na lesbijki nie było paragrafu. Poważnie.

° ° ° ° ° °

Za kilka dni wyruszę z plecakiem w kierunku gór, wtedy z pewnością będę mijała wiele takich domów jak na grafikach Knapa. Wypatruj różowego plecaka i niebiesko-pomarańczowych butów. Na razie wyznaczam sobie parę nieodległych celów i poza zrobieniu dwóch egzaminowych ogonów, które nadal wiszą nade mną jak nieszczęście, mżę o częstszym kontakcie z niemieckim. Nie wiem skąd się bierze w polskiej szkole niechęć do tego języka i w efekcie jego powolne znikanie w programach. Obserwuję ten trend od kilku lat, a tymczasem zachwycam się dziwnymi słowami, które nie mają swojego pojedynczego odpowiednika w naszym języku. Das Fernweh (tęsknota za podróżą, za tym, co oddalone – ma kierunek przeciwny do angielskiego homesickness), die Wanderlust (pragnienie wędrówki, pęd ku odkrywaniu, doświadczaniu nowego), das Kopfkino (odgrywanie w głowie zdarzeń), das Sehnsucht (pragnienie podążające za czymś niedokończonym). Z przymiotników bardzo lubię słowo gemütlich. Podoba mi się to uczucie, gdy próbuję wymówić umlauty, i ekonomiczne słowotwórstwo, możliwość łączenie rzeczownika z czymkolwiek. Die Zweisamkeit. Das Frühjahrsmüdigkeit. Das Zugwagenfensterglas. Robię też zdjęcia niemieckim napisom na starych budynkach, które tu, na Dolnym Śląsku, czasem jeszcze przebijają spod łuszczących się farb.

° ° ° ° ° °

Czy to możliwe, że razem mamy 90? Nie wierzę. Ciągle przed maturą. Nadal chodzimy na ciastko do kawiarni.

Ile masz lat razem z kimś kogo lubisz najbardziej? Może to być kot, albo ulubiony pisarz 🙂

Memoriał po raz XXVII.

Żałuję, że nie mogłam tam być w ten weekend. To lokalny bieg upamiętniający osobę bardzo z osobistych powodów dla mnie ważną. Impreza robi wiele dobrego dla miasteczka, niewielkiej miejscowości z ludnością nie przekraczającą dwóch tysięcy – łatwo zapaść w marazm spędzania czasu przed gadającym pudłem, a we Wleniu biegających na co dzień naprawdę widać.

… sztuka życia z ludźmi jest to wielce pożyteczna umiejętność. Podobnie jak wdzięk i piękność, ułatwia nam ona pierwsze zbliżenie i zażyłość; a tym samym otwiera bramę ku uczeniu się z przykładu drugich i spożytkowaniu, i objawieniu przykładu własnego żywota, jeśli jest w nim coś pouczającego i godnego udzielenia.

Taki cytat z Prób Montaigne’a. Wszystko ucieka z głowy, przecież to była moja pierwsza magisterka, a patrzę na te słowa, jakbym pierwszy raz je czytała. Obrazy, dźwięki, miłości, twarze też uciekają. Podobno z zapachami jest trochę lepiej, zapachy uderzając przywołują emocje gwałtownie i żywo.

W memoriale wzięły udział także dzieci. Widziałam na zdjęciach ich zacięte buźki – dzieci walczą inaczej niż dorośli, nie udają jeszcze, że im nie zależy – gdy przebierają nóżkami, robią to jak pieski: z prawdziwym zaangażowaniem, z radością zwycięzcy i smutkiem przegranego. Zapachy może przypomną im jakieś radości tego dnia, ale nie przypomną osoby pana Michała, bo znać go przecież nie mogły. Minęło całe pokolenie, jego twarz umyka pewnie i tym, którzy dobrze go znali.

Wróciłam dzisiaj do kilkustronicowej książeczki i do tego zdjęcia:

Michał Fluder

I już sobie przecież obiecałam „nie pisać żadnych kolejnych słabych tekstów w tym miesiącu”, z drugiej strony jak się bardzo chce … to można. A bardzo chcę, chociaż najmądrzejsze to mam w głowie cytaty. Są w tej książeczce kawałki listów pana Michała, wychowawcy sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”. Znam parę jego obrazów, parę rzeźb, widziałam też opasłe albumy ze sztuką, które kupował w czasach PRL-u. Wiem, że za własne pieniądze sadził drzewa i krzewy wokół Wlenia. I na chmury patrzył.

Straciłem jedną brzózkę – ktoś ściął ostrym narzędziem oraz jeden klon złamany, no i jeszcze na samym początku jakiś gościu przejechał Fiatem przez sosnę ozdobną.*

Pamiętał o swoich drzewach, które syzyfowo sadził dla wszystkich. Chodził wokół nich, obserwował jak rosną. Myślę, że są tam nadal we Wleniu, te jego drzewa, zupełnie już dorosłe i samodzielne. Teraz przyszło mi do głowy, że przypomina mi mojego tatę, który pamięta pogodę podczas sadzenia każdego ze swoich drzew.

Z mojego kuchennego okna widok na Góry Kaczawskie osłonięty chmurami prawie ołowianymi, bo altostratus opacus i stratus fractus całkowicie pokrywa nasze podsudeckie pejzaże.

No więc sprawdzam te chmury, akurat wyskakuje jakaś niemiecka strona. Ale opacus istnieje („Diese Altostratus-Unterart beschreibt den dicken As. Sonne und Mond sind durch diese Wolke hindurch nicht mehr zu sehen” – tak piszą). A, to już wiem jakie to są chmury, piękne, ale głupie, gdy chce się coś zobaczyć. Zalesione pagórki bawią się w chowanego i guzik widać, albo nawet nie. A tak w ogóle, ciekawe czy wiedział, że jego nazwisko to też lokalna nazwa die Kriechen-Pflaume, śliwki domowej, damaszki. Albo że brzmi dokładnie jak toponimiczne przezwisko nadawane w anglo-saksońskich czasach osobie, które mieszkała nad okresowym potokiem w południowych hrabstwach.

Chodzę po starych ruinach, cmentarzach i staram się coś odnaleźć – atmosferę czegoś utraconego, co bezpowrotnie od nas odeszło i pozostał nastrój taki sudecki-dolnośląski z pagórkami i górami.

Strata jest na Dolnym Śląsku namacalna, na cmentarzach właśnie, w domach remontowanych bez wyobraźni i miłości, w książkach z których wypadają kartki. Tak mówi człowiek uważny, refleksyjny, przyjaciel, którego stracić żal. Ciekawe czy wiedział czyj jest grobowiec, obok którego teraz jest jego grób. Dawny cmentarz ewangelicki przy ulicy Górskiej – dwie z czterech kaplic grobowych są mocno już uszkodzone. W sieci znalazłam tylko opis grobowca rodziny Ander, ale to nie o ten mi chodzi. Chodzi mi o kaplicę przywołującą na myśli zamek Kórnik. Może by wiedział, znał w końcu dziwne nazwy chmur. Może też po wyjściu z cmentarza patrzył na miasto przez ten szczerbaty płot, tak jak my to robiliśmy na początku kwietnia.

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Wleński memoriał uliczny jest właśnie o tej osobie. Wiem o nim tyle akurat, ile można wiedzieć o kimś, kogo się nigdy nie spotkało. Wyobrażam sobie, że ze zdjęcia patrzy na mnie ktoś zupełnie wyjątkowy, dobry, wrażliwy człowiek, który liczył się dla wielu osób, wielu drzew. Ludzie w weekend pobiegli bez względu na to czy pamiętali, czy nie. Jeśli dobrze się przy tym bawili jest nadzieja, że dzięki temu bieg będzie organizowany przez wiele następnych lat. Lubię w sobie pielęgnować myśl, że nic tak do końca nie znika.

______________________________
* ten i kolejne cytaty z książki-wspomnienia Czesława M. Szczepaniaka.

Domownik. Demitologizacja życia.

W kinie byłam, ale teraz to naprawdę. Stoi przed nim nawet mała maszyna do popcornu.

Byliśmy i w kinie i na filmie, ja z Kraciastym. Dokładnie było nas dwoje na widowni, my oraz nasze herbatki. I tutaj wtrącę smutek, że we wleńskim kinie, naprawdę uroczym, nastawionym na widza (seans jest grany nawet dla jednego) bywa tak mało publiczności. Z całą pewnością było nas tam wczoraj dwa razy mniej niż panów stojących o tej porze przed sklepem z piwem. A na film Tommy Lee Jonesa naprawdę warto było przyjść.

Mnie „Eskorta” ogromnie poruszyła i wśród różnych rozważań mam jedno wielkie pytanie. Jak odebrałaby go osoba, która ma głowę wypełnioną myślami w rodzaju „wszystko dzieje się po coś”. Jesteś fanem motywacyjnych tekstów Beaty Pawlikowskiej? Obejrzyj film i powiedz mi, co myślisz.

W sieci natknęłam się nawet na tekst What Does The Ending Of The Homesman Really Mean? i moją szczerą reakcją było „co za gówno”. No tak, wszystko musi means something. Musi mieć jaką wartość. Gdy ktoś kogoś uratował dostaje za to nagrodę, przemoc wykonana przez bohatera jest uzasadniona, a na końcu będzie morał. Główna bohaterka ma w głowie ułożone, jak życie powinno wyglądać. Na terytorium XIX-wiecznej Nebraski pije płyny z delikatnej porcelany i przebierając palcami po wyhaftowanych klawiszach udaje, że gra na fortepianie. I otóż nasza bohaterka podejmuje wyzwanie: przewozi trzy kobiety, które straciły rozum, do raju o nazwie Iowa. Na początku świta mi myśl: oj, film feministyczny, twarda laska wśród niesprzyjających okoliczności przyrody. Dowiadujemy się przy okazji, że trzy kobiety straciły rozum, bo społeczeństwo było niemiłe. Tu niejeden zechce przymknąć oko na konkrety, np. penisa wsadzonego w celu zapłodnienia, noworodka wrzuconego do dziury w wychodku, kolejne dziecko zabite przez błonicę lub matkę wywleczoną na śnieg, żeby „doszła”. Idźmy dalej, pojawia się jakiś brudas i nasza zacna i silna Bogiem kobieta ratuje go oraz dezynfekuje. Będzie miłość. Po wielkich trudach wszyscy dotrą na miejsce, wariatki dostrzegą swoje życie i to, co się im przydarzyło, w optymistycznych barwach,  bo w końcu wiemy od Beaty, że wszystko wydarza się po coś, brudas od tej pory będzie czysty, a główna bohaterka znajdzie męża. Robi to, co należy, oraz mówi rymowane modlitwy – jak nic, czeka ją nagroda, przynajmniej w postaci ludzkiej pamięci.

(pytanie pomocnicze: jak myślisz, kto ją będzie pamiętał dzień po zamknięciu fabuły?)

Jones to wyreżyserował godnie i dużo się uśmiechał w roli brudasa. W podanym wyżej linku interpretacja jego tańca jako tańca życia wskazuje, że człowiek z lęku przed bezsensem zinterpretuje ładnie wszystko, nawet pijackie podrygiwanie.

Postać grana przez Swank początkowo skojarzyła mi się z jej rolą u innego aktora-reżysera. „Za wszelką cenę” – to był film. Też warto obejrzeć. Ale ten dziwny western opowiada historię bardziej prawdziwą, mało kinową, mało książkową, w ogóle mało cokolwiek.

Polskie tłumaczenie tytułu sugeruje film akcji. Mnie bardziej podoba się oryginał. The Homesman. Bohaterami tego filmu są sami domowi ludzie, ceniący wartość rodziny, pracujący, dbający o swoje ważne cele, jak postawienie domu, spłodzenie potomka, zrobienie dobrego biznesu hotelowego lub bycie dobrą żoną pastora. Bo to ważne, tak? Migająca na chwilę Meryl jest piękna w roli kobiety pełnej dobrych intencji. Podobnie jak postać grana przez Swank, zna ładne modlitwy, których Bóg z pewnością wysłuchuje.  Ciepła, miękka kobieta. I tylko te trzy panie niepokoją. Jakieś takie mało domowe, nie wiadomo, o co im chodzi. A przecież, Bóg dopuszcza tyle cierpienia, ile człowiek jest w stanie unieść. Karma wraca. Proście, a będzie wam dane. Nie lękajcie się. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu.

Tak sobie teraz myślę, że panowie spod sklepu faktycznie nie muszą oglądać tego filmu. Im się już spełniło. Oni chyba wiedzą.

Zanim kliknęłam „opublikuj”, wygrzałam plecy w słońcu. Pięknie dzisiaj jest, a ja wcale nie mam ochoty snuć egzystencjalnych rozważań. Naprawdę, wspaniale zaczął się ten dzień i zastanawiam się teraz, co tu miłego napisać, tak w stylu Beaty, ale tylko trochę, bo nie mam jej zaburzeń. Czyń dobrze i nie czekaj na rezultaty? A więc, czyń dobrze. I nie czekaj.