Skunk hair, don’t care.

Mija rok od dnia, gdy Kraciasty mi się oświadczył powiewając uszami swojej czapki na molu w Carlingford. W sobotę minęło pół roku od ślubu. Czas biegnie szybko, irlandzka pogoda nie pozwala natychmiast się zorientować, gdzie jesteśmy. Dzisiaj, na przykład, pada jak w listopadzie. Czas odmierzają też moje włosy – ostatnio potraktowałam je farbą dzień przed zamążpójściem, od tego czasu żyją własnym życiem odsłaniając przede mną kolejne tajemnice. Dawno ich już nie widziałam tak na serio, bez picu, i jestem szczerze zaintrygowana.

Od tego czasu dwa razy byłam u tej samej fryzjerki. Już we wrześniu, gdy sugerowałam jej przyszłe zmiany w jeździe obowiązkowej, trochę się podśmiewała: „No przecież nie jest pani taka stara, ma pani jeszcze czas”. Gdy byłam u niej w lutym radykalnie podciąć sobie włosy na elfa i do lewego wygolonego baczka dodać prawy, komentarzy już nie było. Ostatnie półrocze powoli zdjęło ze mnie stres świadomości, że mam siwy odrost. Została świadomość, bez stresu 😉 Nie wiem jak to się stało, że przez kilka lat byłam niewolnicą farbowania – niewolnicą, bo wcale nie miałam takiej wewnętrznej ochoty, był to raczej przymus związany z przebywaniem w pewnym środowisku. Na genetycznej loterii wygrałam dość szybkie siwienie po trzydziestce. Na początku niby wcale ich nie było, nie chce mi się farbować, bo za długie … to może grzebanie się henną … to dwa, trzy razy, pięć, a potem nagle się okazuje, że spod henny buntowniczo wystają siwe włosy. Skróciłam (w moim przypadku oznaczało to zejście z długości do pupy na włosy do połowy pleców), przeszłam na radykalną koloryzację, i zleciało. Taka historia, nic intrygującego. W międzyczasie zaliczyłam dłuższe znajomości z trzema fryzjerami, którzy mniej lub bardziej utrafiali w to, co było na mojej głowie zanim zaczęłam siwieć. Gdyż ja nie chciałam być inna, ja tylko chciałam nic nie zmieniać 😉 Fryzjerka numer trzy znalazła patent – stopniowe rozjaśnianie goldwellem numer siedem bez natury. Samorozjaśniające się pasma naokoło twarzy i ciemniejszy włos przy odroście, który i tak co kilka tygodni trzeba było machnąć chemią. Efekt był niezły … „to Ty farbujesz włosy? no way!” usłyszałam, gdy stwierdziłam, że pierniczę, już mi się nie chce.

Teraz witam się z nimi centymetr po centymetrze. Najpierw wygolony miałam jeden baczek i gładzenie go sprawiało mi frajdę. Teraz już wiem, że skronie i baki wcale nie są tak na 100% jak myślałam, raczej 90%, rozwojowo, ale nadal sól i pieprz, a mój naturalny kolor bez siwizny to chłodny, zimowy brąz. Nie wiem czy będę podobna do Kraciastego, który osiwiał przez to szukanie mnie po świecie. Może będę bardziej jak borsuk, lub skunks 😀 Poczekam, moim celem na dzisiaj jest srebrna lisica i wyobrażam sobie, że gdy odrosną mi włosy zniszczone farbą, zapuszczę futro, żeby drażnić nim ludzi. Czy to znaczy, że już nigdy nie pofarbuję? Nie, raczej to znaczy tyle, że gdy zrobię to następnym razem, to dlatego, że mam taki kaprys, a nie dlatego, że czuję, że muszę. Moją małą inspiracją jest sąsiadka z naprzeciwka, niewiele od nas starsza, a dużą inspiracją jest Irlandia, kraj w którym ludzie pilnują swojego nosa.

* * *

Środowy spacer po Carlingford.

Jak żyć? Trójkąt dramatyczny i inne przypadki.

Jeszcze kilka dni temu napisałabym, że lekko, bo byłam w trakcie intensywnego ciągu pracowniczego. Jako że jednak w piątek wręczyłam mojej menadżerce wymówienie z pracy, trzeba się wziąć za siebie i przestać się obijać 😉. Nie ma już telefonów w dzień wolny z zapytaniem, czy nie wpadłabym na zastępstwo, nie ma już wymówek, że nie mam czasu szukać czegoś lepszego, bo zarobiona jestem. Wprawdzie pracuję do czwartku, ale kobieta puściła takiego focha, że nie ma bata, aby zechciała ze mną choć jedno słówko sensownie zamienić. Bogowie, jaki będzie spokój! Przy okazji tej sprawy przypomniał mi się Trójkąt Karpmana, nazywany też Trójkątem Dramatycznym – model teoretyczny pokazujący jak wchodząc w relacje (w rodzinie, szkole, pracy) podświadomie wpadamy w trzy role typowe dla klasycznego teatru: wybawiciela, prześladowcy i ofiary. Od czasu do czasu oglądam sobie Magdę z Selfmastery i chociaż nie jestem wielką fanką coachingu udzielającego łatwych odpowiedzi na każde pytanie, odeślę Cię tutaj, do jej ujęcia kwestii trójkąta dramatycznego:

I co myślisz? 😊 Mnie osobiście zaskakuje gdy osoba w czasie krótkiej rozmowy płynnie przechodzi od prześladowcy do odgrywania ofiary. Zaskakuje, ale jest to także cholernie interesujące. Człowiek ma głowę wypchaną różnymi modelami teoretycznymi, rozmawia sobie (przynajmniej próbuje, choć moim zdaniem w przypadku natłoku dramatu trudno mówić o racjonalnym dialogu) i nagle łups, taka myśl mi błyska: trójkąt dramatyczny! Czy ona to zrobiła? Czy ja to właśnie powiedziałam? Inną sprawą, która mnie ciekawi jest to, że można u niektórych osób zauważyć jak gra psychologiczna staje się całym życiem. Na przykład z łatwością powtarzalnie wchodzą w rolę wybawiciela, aby realizować w ten sposób własne potrzeby, np. wybierając sobie zawód pomocowy. Hm?

Magda wspomniała o innym swoim nagraniu rozwijającym temat odgrywania roli ofiary. Również je załączam. Bardzo ważne dla zrozumienia tego zjawiska jest uświadomienie sobie, że i bycie ofiarą ma swoje plusy – gdyby było inaczej, każdy z nas natychmiast dążyłby do tego, aby szybko z takiego statusu wyjść. A chyba dobrze wiesz, że nie jest to takie oczywiste 🤨.

Warto, moim zdaniem, zauważyć klimat naokoło ofiary, często szczelnie wypełniony pomagaczami z misją i potakiwaczami – dwie grupy, które przy okazji załatwiają własne potrzeby duchowe (pierwsza grupa pomagając nie zajmuje się własnymi problemami, druga ma tendencję do pocieszania się, że ktoś ma gorzej od nich). A klimat może być taki, że gdy ktoś komunikuje problemy to oznacza, że jest szczery, autentyczny. To zjawisko widać również w blogosferze – tysiąc pięćset razy powtórzysz, że jest Ci źle i masz status osoby autentycznej (przy czym odgrywanie ofiary odróżniam od bycia w depresji – depresja to choroba, odgrywanie ofiary to, często nawykowa, postawa jaką w danym momencie przyjmujemy). Ofiara zanurzona w swoim własnym sosie uważa, że nie ponosi odpowiedzialności … to nie ona jest winna, to świat dzieli się na fajnych (słuchających jej skarg, wyręczających) i niefajnych (całą resztę, bo nawet, gdy po prostu próbujesz zająć się swoim życiem, to już może być powód Twojej niefajności). Zresztą łączy się z tym również temat „dlaczego pomagam?”. Czy po to, aby ktoś mógł się wydostać z gówna, czy po to, abym to ja mogła wejść z buciorami w czyjeś życie. Trudna jest nauka dystansowania się w sytuacji udzielania pomocy 😊.

Rzuciłam pracę, żeby nie stać się etatowo ofiarą, bo już mi zaczęły uszczelki mojej duszy przepuszczać. I cóż, kolejnej nocy, pomimo niepewnej przyszłości gapiącej się na mnie zza roga, spałam snem królewskim, z kotem przy boku 😊. Jeszcze pokażę Ci taką scenkę: wsiadam wczoraj do autobusu na przystanku w mojej wsi, zajmuję miejsce w drugim rzędzie za jakąś starszą, zniszczoną osobą, która gada czasem do innych, a czasem do siebie. Na którymś z kolejnych przystanków wsiada następna pokręcona postać, przygnieciona plecakiem, z odrętwiałymi rękami, i zajmuje pierwszy rząd po drugiej stronie przejścia. Jedziemy. Nagle słyszę w radiu piosenkę, początkowo myślę, że country, ale oni nie śpiewaliby o „shore” 😁. Chyba Dublinersi, coś mniej mi znanego, głos jakby Luka Kelly. I ktoś się dołącza, najpierw jeden, potem drugi, nastawiam uszu, bo te dwa źródła dźwięku są bliżej mnie. To zlasowane panie śpiewają, a głos tej przede mną jest nawet melodyjny i czysty. Patrzą na siebie, pokręcona zerka na mnie … „Kiedyś to były piosenki”. Takie wzruszenie poranne 😊 Nie traktuj tego jako odpowiedzi na pytanie „jak żyć”, bo, ludzie! nie pijcie alkoholu, szkoda się marnować! Ale piękne było chwilowe połączenie dusz, którego byłam świadkiem w autobusie podmiejskim. Piosenki nie znam, mam ochotę o poranku na irlandzki folk, który w prosty ale nie prostacki sposób opowiada o ludzkim losie, więc oto Luke zaśpiewa Ci o podążaniu za ławicami śledzia:

* * *

I jeszcze – moja mama … kilka lat temu, latem, wygląda z okna hotelu „Lviv” na Viacheslava Chornovola 7, wysoko, pokój bez klimatyzacji. Patrzę na zdjęcie i myślę jak bliska jest mi ta kobieta, dla mnie nadal młoda, z głową małej dziewczynki, zawsze trochę w chmurach. Jesteśmy podobne, i wcale niepodobne, a choć w przeszłości bywało różnie, porobiło się nam na starość, że ani trójkątów dramatycznych, ani żadnych innych triangulacji …

Instagram: @świechna

… w związku zaś z tym, że nagle mogę robić ze swoim czasem co chcę, zabukowałam kilka dni w grudniu na wizytę w domu rodzinnym. Z tatą lubię chodzić po lesie, z mamą po mieście, mam więc bardzo poważne plany. Kraciasty mówi mi, że tęsknią za mną. Jeszcze dziś i jutro go napasą, potem wypuszczą do mnie machając z wrocławskiego tarasu widokowego. Potem siądą w domu, w rozświetlonej kuchni, i wszystko omówią podrzucając smakołyki swoim rozpuszczonym, zaspanym futrzakom.

* * *

Mam ochotę pogadać dzisiaj o wchodzeniu w role i jeśli masz jakieś ilustracje trójkąta dramatycznego z własnego życia, zapraszam Cię do wymiany myśli. Miłej niedzieli, dbaj o swój dobrostan.

Jesień w Laytown.

Zmogę to. Przesilenie jesienne jest trudne dla nas obojga – po chorobie nastrój nie chce pójść w górę, a praca głównie męczy i się naprasza. Ale zmogę to. Słońce kiedyś wyjdzie. W sypialni bardzo dobry człowiek śpi po swojej stronie łóżka zmęczony krótkim „na zewnątrz”. Wybyłam z nim dzisiaj, żeby przebadać wzrok (za tydzień będę miała nowe okulary), potem ubzdurałam sobie spacer, ale sam widzisz … zimno. Kot przesiaduje w domu całe dnie, a ja zaraz wskakuję pod kołdrę, żeby się przytulić do ciepłych pleców Kraciastego. Drzemka przed snem. Niewiele jest lepszych rzeczy jesienią. Spotkamy się w listopadzie.

Poślubne refleksje.

Jak było? Jeszcze w piątek spacerowaliśmy po mieście w przyjemnym słońcu. W sobotę lało (mam na myśli sobotę siódmego września). Pomimo tego spotkaliśmy się z naszą znajomą i po herbacie na mieście, od czasu do czasu grzęznąc w błocie, zrobiliśmy pod parasolką dwa plenery, dzięki czemu brokatowe słupki w moich butach były do końca dnia uwalane w glinie. W takim stanie zaprezentowałam się jako mężatka dwojga nazwisk. Czy można załatwić przed ślubem wszystko na telefon? W naszym przypadku tak. Tydzień „przed” zamówiłam jesienny bukiet do sukienki z zielonego szyfonu:

Instagram: @świechna

Obrączki to był z kolei zakup online u Savickiego z Lublina. Zamówiłam pewnej lipcowej niedzieli, a we wtorek w południe już przyjechały na Dolny Śląsk. Wybrałam zwykłe, półokrągłe z 14-karatowego złota. Moja ma 3 mm, Kraciastemu kupiłam o milimetr szerszą na jego wielką, kochaną łapę. Dobierane „na oko” okazały się pasować jak ulał. Kraciasty miał na sobie szary gang od Aquascutum i karmelkowe Barkery. Pierwsze sprzed epoki Świechny, drugie to prezent „na ślub” ode mnie, gdy jeszcze nie wiedzieliśmy co i jak.

Dzień był więc bardzo nasz, zaczynając od parasolki, gliny na butach i koleżanki z pracy, która dostrzegła mnie przez okno, gdy szliśmy do urzędu sc i zaczęła wrzeszczeć „szczęścia!”, poprzez kilku niezapowiedzianych gości, którzy przybyli tylko po to, aby się upewnić, że nie robimy sobie jaj, aż po bezalkoholowy obiad, zawirowanie rodzinne i oczekiwanie wieczorem na męża załatwiającego sprawę nie cierpiącą zwłoki. O zawirowaniu więcej nie napiszę, bo nie dotyczy to nas bezpośrednio, wspominam o tym jedynie, aby zasygnalizować, że życie to nie tylko miód i orzeszki, i ja też, wbrew pozorom, o tym wiem 🙂

Ślub wzięliśmy w tym samym miejscu co moi rodzice w grudniu 45 lat temu (eklektyczna budowla ratusza jest z 1868 roku). Zdjęcia „przedślubne” zaś zostały zrobione przed tą kaplicą:

Stąd też wiem na pewno, że drzewa naokoło to nie wierzby, tylko lipy 🙂

Poza tym w końcu poznałam osobiście świekrów, a dzięki naszym przyjaciołom wzbogaciliśmy się od dwa obrazy, grafikę Mleczki i chodzieski serwis do herbaty (to dzisiaj). Faktycznie natomiast nic się nie zmieniło, tyle tylko, że po ponad tygodniu od rzeczonych wydarzeń nadal mnie bawi tytułowanie Kraciastego mężem. Pierwszy Mąż. Ja i Pierwszy Mąż mieliśmy dzisiaj miłe posiedzenie z moimi koleżankami z poprzedniej pracy. Przyjaciółce dałam na koniec dnia flaszkę listkowiaka, którą przywieźliśmy z tatarskiej ziemi. Bo w międzyczasie był miesiąc miodowy, podróżniczo-chodzony. Ale o tym innym razem. Będzie to relacja w odcinkach 😉

Faszyzm nasz powszedni.

Obserwuję gotowanie się do jesiennych wyborów i wyglądają te przedbiegi jak wyglądają. Kilka dni temu ponownie zobaczyłam artykuł w internecie, który nawiązywał do faszyzacji życia w Polsce, tym razem był to list otwarty Stanisława Brejdyganta do którego tutaj odsyłam. Słowo mocne, więc aż kusi uznać, że nieeee, tak źle to z nami jeszcze nie jest. Czym jest faszyzm? Umberto Eco w swoim eseju z 1995 roku zatytułowanym Ur-fascism zaproponował kilkanaście cech typowych dla ideologii faszyzujących. Są to proste hasłami z których można korzystać naprzemiennie nie martwiąc się o ich logiczną spójność. Haseł, twierdzi Eco, nie da się w związku z tym zorganizować w system. Autor rozwinął każdy punkt, ja opatrzyłam je uwagami osobistymi, impresjonistycznymi i stylistycznie niespójnymi. Nie ukrywam, że inspirowały mnie komentarze blogerów 🙂

1. Kult tradycji. W przeszłości było wiele ważnych i istotnych wydarzeń, które natychmiastowo były ważne i istotne. Chrzest Polski, Bitwa pod Grunwaldem, Cud nad Wisłą. Nie ważne, że naukowcy nie znają nie tylko dokładnej daty, ale i roku chrztu, a w XIX wieku Polacy nie wiedzieli nic o Grunwaldzie. Jeśli ktoś nie widział Matki Boskiej nad placem boju, kłamie, że uczestniczył w Bitwie Warszawskiej. Tradycja określa ramy tego, co jest wartościowe, poza nią nie ma nic wartościowego.

2. Odrzucenie modernizmu. Serce ważniejsze od szkiełka i oka. Wprawdzie „dawniej było lepiej, ale …” Oświecenie początkiem upadku i wszelkiego zła. Romantyzm, przede wszystkim Romantyzm jest fajny. Racjonalizm prowadzi do ateizmu, a jak wiadomo każdy ateista przed śmiercią i tak się nawraca.

3. Działanie dla działania. Motyw wiąże się z uwzniośleniem antyintelektualizmu i irracjonalizmu. Działanie jest męskie. Nadmierne zastanawianie się to objaw słabości, typowe zachowanie kobiece. Wiadomo, że kobiety mają problem z decyzjami. Nie bądźmy kobietami. Zresztą pkt. 12 jasno podkreśla, że nie warto.

4. Niezgoda jest zdradą. Umysł krytyczny jest umysłem podejrzanym, w szczególności, gdy werbalizując swoją krytykę używa zbyt wielu słów. Umysł krytyczny psuje efekt pkt. 3, wskazuje sprzeczności w pkt. 4. Kto krytykuje misternie (bo wg prawideł pkt. 14) wydziergany bluzg, mądrzy się i wiadomo, że robi to po coś. A przede wszystkim własne gniazdo kala.

5. Inność to zło. Nie ma faszyzmu bez rasizmu. Nie jestem rasistką, ale … Obrywa się też wszystkim innym. Nie chcemy pamiętać, że w Auschwitz homoseksualiści mieli własne oznaczenie – różowy trójkąt. Chciałbyś mieć trójkąt w innym kolorze w Auschwitz? Każdy kto się wyróżnia jest podejrzany. Oryginalność musi być pozorna, aby była zaakceptowana. Nawet szafiarki i motywatorki kręcą się wokół tego, co oczekiwane.

6. Działanie jest skierowane na sfrustrowaną i niedocenioną klasę średnią. Trzecia Rzesza nie została wprowadzona przez elity, ten system wybrała większość, czyli średniacy. W taki też sposób należy konstruować przekaz medialny, aby mogli go odebrać średniacy. Teksty niezbyt skomplikowane, muzyka „prosta, ale szlachetna”, obrazy łatwe do zinterpretowania, wiersze z rymami, łatwe do zapamiętania, nadające się do deklamacji na akademiach. Ileż to już razy słyszałam od pobożnych kobiet, że one nie wiedzą o co chodzi w tym obrazie czy wierszu, wypowiedziane w takim sensie, że skoro one nie rozumieją to obraz lub wiersz jest zły.

* * *

William Scott. Frying Pan, Eggs and Napkin (1950)
National Gallery of Ireland, Dublin.

* * *

7. Wiara w spisek. Naród jest scalony przez wrogów, także wrogów wewnętrznych, którzy nie należą do narodu, tylko udają. Żydzi knują, myślą cały czas o nas. Podobnie jest z Niemcami, wszystko co robią służy temu, aby nas, moralnie wyższych, pognębić. Jeśli będziemy rozmawiać o Rosji, należy wykazać, że Rosjanie mają to samo. Wywyższenie ksenofobii do rangi zalety. W wersji przeintelektualizowanej możesz zamartwiać się NWO, za to są dodatkowe punkty. Poza tym nie zapominajmy o sortach.

8. Wróg jest silny i słaby jednocześnie. Innym się powodzi. Inny ma więcej pieniędzy. Ale piniądze szczęścia nie dają, czyli Ty masz jednak lepiej 🙂 Można to przenieść na inną skalę – jako naród mamy g***o, ale nasz naród i tak góruje. Jak nie ma czym to moralnie. Moralne górowanie jest najlepsze, bo nie do odparcia. W tym klimacie słowo szacunek załatwia wszystko. Gdy ktoś się nie szanuje, to wiadomo o co chodzi.

9. Życie to walka, więc pacyfizm jest podejrzany, jest niezgodny z duchem wielkiego narodu. Każdy powinien umieć się bronić, poglądy pacyfistyczne to w najlżejszym ujęciu gejowatość, w najcięższym największa zbrodnia przeciwko narodowi. Nie walczy się po to, aby żyć, raczej żyje się po to, aby walczyć. Krew, cierpienie, o popatrz, tu mam bliznę! Członek narodu nie może mieć żadnych wątpliwości, że działania armii są słuszne. Kolejna sprzeczność w ideologii faszystowskiej: nieuchronne zwycięstwo moralnie wyższych, a wojna jako stan. How come?

10. Pogarda dla słabszych i elitarność mas (sic!). Społeczeństwo jest zhierarchizowane, należy pogardzać tymi, którymi zarządzamy i bać się tych, którzy nad nami. Ten, kto stoi najwyżej pogardza wszystkimi, w końcu wszyscy pozwolili mu sobą zarządzać. Jednocześnie każdy członek grupy wybranych (najlepszego narodu, czyli naszego) jest lepszy od Innego spoza grupy.

11. Każdy przedstawiciel narodu jest bohaterem. Jeśli nie jest bohaterem w wątpliwość można poddać jego przynależność do narodu. Być może jest tylko dobrze kamuflującym się Innym. Bohaterstwo oznacza poświęcanie własnego życia, nawet, gdy nie ma to najmniejszego sensu. Bohaterowie „Kamieni na szaniec” nie mieliby żadnego znaczenia pozostając przy życiu. Bielecki budzi wściekłość schodząc z góry tak po prostu zamiast ryzykując życie dla Mackiewicza. Baczyński nie byłby taki fajny, gdyby nie zginął.

12. Kult machismo. O kobietach decydują mężczyźni. Bo kobietom, jako jednostkom pod każdym względem słabszym, należy pomagać. Życie seksualne kobiety stanowi o jej wartości, a przyjemność seksualna jest podejrzana. Ideałem jest Matka Boska Ale Wieloródka. Poseł wita premierkę po misji w PE bukietem kwiatów. Najlepszym sposobem na pokonanie w dyskusji feministki jest oświadczenie, że jest brzydka. Mężczyzna, który jak Grodzka, zmienia płeć, jest na tym tle człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Kto przy zdrowych zmysłach sam pozbawia się przywileju bycia Panem, żeby stać się Nikim? Poza tym, heloł, Grodzka jest brzydka.

13. Populizm wybiórczy. Rządzący działa z polecenia suwerena. Jeśli jednak tłum wyjdzie protestować, a jego hasła nie zgadzają się z pomysłem władzy, tłum zostaje spacyfikowany jako fałszywy suweren. Suweren jest tworem mitycznym, przywoływanym dokładnie w tym miejscu, gdzie dawniej przywoływano Boga. Rządzący wymyśla hasła za suwerena, tak jak Kościół przypisuje Bogu i głosi w jego imieniu kolejne opinie na tematy aktualne.

14. Nowomowa. Język wypacza rzeczywistość … Uczestnicy wypadku komunikacyjnego polegli. Gimnazja są wygaszane. Protestujący to dzieci ubeków. Marginalizacja to ulepszanie lub tolerancja. Wycinka lasów to działania proekologiczne. Media kontrolowane przez władze to media niezależne

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że oskarżenie o faszyzm jest używane w debatach dość powszechnie, przez co samo słowo stało się niejasne i trudne do obrony. Powyższe punkty można potraktować jako przeintelektualizowane gadanie krytyka literackiego, wolna wola. Pozostawiam je u siebie, bo mogą się komuś przydać … czy ja wiem do czego … do pomyślenia o tym … albo coś 🙂 A skoro zaczęłam notatkę od Brejdyganta, po rodzinnemu zakończę Brejdygantem 🙂 Pan, Krzysztof, syn Stanisława, „Polsko”:

Związki homoseksualne nikomu nie zagrażają!

Dwa dni nieróbstwa śmignęły jak z bicza. Dzisiaj podjechaliśmy z Kraciastym do Carlingford wziąć miarę na obrączki. Miara wzięta, obiad ze znajomą w pięknym mieście skonsumowany, spacer zaliczony, buty znalezione, po dniu jedzenia i napitków ostatnia herbata z widokiem takim właśnie:

Instagram: @świechna

Nic takiego nie zrobiliśmy, ale oboje czujemy, że to był pożytecznie spędzony dzień. A ponieważ spędziliśmy go także w drodze, rozpłaszczona na fotelu mieliłam w głowie sprawy różne, także te okołozwiązkowe. Powodów do przemyśleń życie i przestrzeń publiczna dostarcza mi aż nadto. Zastanawiałam się np. czy czujemy się zagrożeni przez mityczne homolobby. A Ty? Pytam się Kraciastego. Nie, ani hu hu. Coś ktoś? W ostatnią niedzielę uściskałam się pożegnalnie z kolegą z pracy. W ten jego ostatni dzień nasza wspólna koleżanka i moja rodaczka, odkryła nagle, że, sympatyczny skądinąd chłopak, jest gejem. Nigdy nie dociekałam, informacja wcale mnie jednak nie zdziwiła – tak mi się wydawało, w końcu obserwuję świat nie od dzisiaj. Koleżanka była tym mocno poruszona i kilkakrotnie wracała do tematu. Jak mi się zdaje, czy oni tacy się rodzą, czy to jest nauczone? Coś jest nie tak z jego krwią, bo leci mu z tego palca i leci, może się czymś zaraził? … Bardziej przeceniam niż nie doceniam ludzi. Zdaje mi się, że skoro ja czytałam o czymś, gdy miałam 15 lat i to wiem, wszyscy to wiedzą i nie ma sensu dyskutować na ten temat jeszcze raz. Tak, to błąd z mojej strony, ale co zrobić. Naiwnie wierzę w ludzkie możliwości intelektualne. Skąd mi się to wzięło? … może mama za wcześnie sprezentowała mi książkę o seksie, z rodzaju takiej, która wstrząsa stachowymi wyobrażeniami? W każdym razie nie obraziłam się na homoseksualne zaloty, których byłam obiektem wieki temu całe, w czasie pierwszych moich studiów. Nie bałam się nigdy moich uczniów, którzy zdradzali zainteresowanie własną płcią w klasach gimnazjum. Zauważam istnienie, ale no panic z mojej strony. Nie twierdzę jak statystyczna Krystyna, że giejów prawie nie ma, bo ona nie zna nikogo takiego, ale z drugiej strony jest ich całe mnóstwo i tylko czyhają na cnotę Krystyny i jej dzieci (o sprzecznościach w ideologiach faszyzujących napiszę Ci innym razem).

Choć w Polsce wakacje, konwencja Partii Rządzącej ruszyła pełną parą, a na nich prezes Kaczyński zarzeka się, że trzeba dać odpór ofensywie zła. I wskazuje zuo. Sekielski w ostatnim swoim Sunday Night Live słusznie zauważył, że islamskich terrorystów u nas tyle, co kot napłakał, uchodźcy też jakoś tłumnie nie zechcieli do naszej ojczyzny przyjechać, postawiono więc na gorączkowe poszukiwanie nowego wroga, który zewrze szyki i nawróci wątpiących. „Zostawcie nasze dzieci w spokoju”, hasło Putina z czasów Olimpiady w Soczi, wydaje się zakorzeniać w naszym kraju całkiem żwawo, choć z mojego doświadczenia nauczycielskiego wynika, że rodzice mają w d***e cudze dzieci. Są one dla rodziców negatywnym punktem odniesienia jako zazwyczaj głupie i złe, nie to co ich własne latorośle. Niemniej nadarza się kolejna okazja do deklaratywności. Ludzie uwielbiają deklarować. Np. że oddaliby życie za dzieci i rodzinę (ciekawe jak często w prawdziwym, niewirtualnym świecie zdarza się ta wspaniała okazja – z moich obserwacji wynika, że częściej nadaża się okazja, aby dla rodziny rzucić picie, i tu przysłowiowy Seba nie ma osiągów), że mają dobre serce (lepiej nie wdawać się w szczegóły, ale pompa chodzi jak ta lala), że są tolerancyjni (tylko nie pytaj, co to słowo znaczy, bo odpowie Ci z sensem jeden na dziesięciu). Miast deklarować, mogę stwierdzić na podstawie doświadczenia: Aindriú przez te kilka miesięcy pracy ze mną ani na chwilę nie zagroził mojemu związkowi z Kraciastym. Nie wydał mi się też złym materiałem na przyjaciela, brata, syna czy ojca. Zwykły chłopak. Jestem przekonana, że znasz takich. Zwykłe dziewczyny też znasz. Czy da(je)sz radę żyć bez wrogów?

Małżeństwo – po co to komu?

Zastanawiałeś się kiedyś? Żeby było lepiej, czy żeby było gorzej?

W życiu czasami pada deszcz i lepiej jest wtedy iść z kimś za rękę. Ale wlec go, poganiać, biec za nim – to nie jest dobra sytuacja w której sam się ustawiasz.

Instagram: @świechna

Myślę sobie, że związek dwojga ludzi jest dla radości, dlatego, że dobrze mi z tą osobą i czuję, że do siebie pasujemy. Ktoś jest zawsze po mojej stronie, ktoś mnie inspiruje do stawania się lepszym, ciekawszym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie, że jest z definicji pracą domową, którą sama sobie zadaję, znojem i trudem, zmianą do której zakasuję rękawy i zaciskam zęby z myślą, że jak sobie wypracuję, to kiedyś będę miała miód i orzeszki.

No dobrze, powiesz – mieszasz trochę, związek to jeszcze nie małżeństwo. Dlaczego małżeństwo? Ma status prawny, który ułatwia kontakt ze światem biurokracji. Niesie ze sobą udogodnienia związane z podatkami, kwestią dziedziczenia i prawem własności, podejmowaniem decyzji w zastępstwie i przywilejami w sądzie. Przez małżeństwo nabywamy nowych uprawnień i choć faktycznie niektóre przywileje z niego wynikające możemy załatwić sobie w inny sposób, tak jest prościej. Znam osoby, które mówią, że ich związkowi nie jest potrzebny papierek. Znam też osoby, które tak mówiły w starym związku, dopóki nie stworzyły nowego, który natychmiast chciały przypieczętować małżeństwem 🙂 Każdy może poczuć niespodzianie taką potrzebę 😀 I dlatego zawsze będę wspierała ideę małżeństw jednopłciowych – nie widzę najmniejszego powodu, aby ktoś był pozbawiony możliwości zalegalizowania związku tylko i wyłącznie ze względu na swoje preferencje seksualne.

Czytam też, że gdy małżeństwo przetrwało 40-50 lat, to jest to wartość sama w sobie. Sądzę tymczasem, że jeśli przez te lata bilans dobrych chwil jest na oczywisty minus, to nie było warto. Jeśli ktoś w tej parze musiał porzucić swoje marzenia, miłości, rozwój, jeśli czasem myśli teraz o tym z rezygnacją, bo powiedzieć nie ma komu – nie było warto. Niektórzy patrzą na rozwód jak na porażkę. Umęczeni czują się moralnie lepsi od wolnych. Niesłusznie. Liczy się tylko ilość życia w naszym życiu. W końcu, pobieramy się, aby było nam lepiej.

Takie moje szkolne wypracowanie przedmałżeńskie, zachęcam Cię do napisania w którym punkcie się mylę, do dodania własnego spojrzenia na sprawę. A tymczasem u nas …

wymachując miotłą odegnaliśmy siły, które nęcąc nas orzeszkami próbowały przejąć nasz własny ślub. Chcemy zapłacić za obiad, rozważcie zaproszenie również X i Y. Przepraszamy, ale decyzje zostały podjęte i jesteśmy z nich oboje zadowoleni, podanie zostaje odrzucone. Przyjeżdżajcie, czekamy …

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r” w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Eileen.

– Is there a place like … Pomerania?
– Yes, it’s called Pomorze.
– Poomoosze … whoa … fantastic!

Ostatnio znowu sporo o niej myślałam. Zdarza się czasami, że spotyka się takie osoby jak Eileen, zupełnie nietuzinkowe, inspirujące, zapadające w pamięć wizualnie i w ogóle. Nie zdarza się to często, ale jeśli już, osoba taka przemyka w głowie przy okazji różnych czynności domowych. Tak było jeszcze w ten weekend. Eileen z sianem we włosach (nie mam na myśli przysłowiowego siana, mam na myśli s i a n o, takie, które jedzą konie).  Eileen w gumiakach, przelotem przez nas widziana, jak na stacji benzynowej pakuje się do swojej półciężarówki z kubkiem kawy na wynos. Eileen w kolejce w hipermarkecie, łapiąca na mnie ostrość z pytaniem „skąd ja znam tę twarz”, oderwana tym może od jakiejś innej, zapewne bardziej interesującej myśli. Eileen intensywnie wpatrzona w ekran komputera, zagubiona w czasie, nigdy nie wiedząca, kiedy zamykamy. Ale cicho się zrobiło, cudnie. Ludzie produkują tyle niepotrzebnych dźwięków. To już? Wyszukałam jej the besty na rok 2015na rok 2016,  Zastanawiałam się czy już obejrzała „Pokot” Agnieszki Holland. Wiem, że czekała na tłumaczenie „Ksiąg Jakubowych” Tokarczuk, które ma się objawić po angielsku za chwilę. Kilka dni temu mówiłam Kraciastemu, jak świat angielskojęzyczny jest zapóźniony w swoich reakcjach na zjawiska literackie z różnych stron świata, jak jest uzależniony od tłumaczy języków, których tutaj nikomu nie chce się uczyć. Eileen uświadomiła mi to dobitnie. Spotkała Tokarczuk – zaskoczyło ją, że jest taka drobna. Jej nazwisko powtórzyła za mną jakieś cztery, pięć razy, z coraz szerszym uśmiechem.

When her daughter, Nadia, was a child, the unmarried mother, Eileen Battersby, had no family in Ireland and she dragged the little child along. The management of the hotel had us sit in the stairwell of the Shelbourne. Battersby seemed wonderfully intense, extremely affectionate and intelligent, slightly mad.

– pisze Edmund White o Eileen w zeszłorocznej recenzji jej własnej książki. Cudownie intensywna, niezwykle uczuciowa i lekko stuknięta? Wszystko to prawda. Uścisnęłyśmy się na piętrze kawiarni po pierwszej, dłuższej rozmowie, w ramach paktu o wzajemnej wspaniałości. Lubiłam jej chaotyczne wizyty, których kawa była równie dobrym powodem jak głód ciągłej wymiany informacji. Krytyczka, pasjonatka szeroko pojętej kultury, kobieta z sianem na głowie. Ostatnio wypytywała mnie o możliwość lotu do Polski, z Dublina do Szczecina. Podobno pisała coś o podróżach … głodna nowości, głodna literatury, która chowa się przed nią za zasłoną obcych języków (współczesna literatura angielskojęzyczna wydawała jej się coraz bardziej powierzchowna i mierna). Miała cudowny uśmiech, w głowie tysiąc nazwisk dostępnych od zaraz, wszystko jej się z czymś kojarzyło …

Sztetin …
– Szczecin.
– once again?
– Szczecin …
– Szczetcin …

eileen battersby
to w zasadzie nie jest autograf – chciałam wiedzieć jak brzmi jej nazwisko …

Crazy horsewoman … that crazy horsewoman is dead … w poniedziałek rano dopiero po kilku minutach załapałam sens wypowiedzi moich kolegów. Szczęka mi opadła, co za absurd! Żeby się zabijać samochodem w przedświąteczny weekend. Na drodze pomiędzy Oldbridge a Donore, przecież tam nic nie ma! Sobota, ok. godziny drugiej po południu – to był lajtowy dzień, byłam akurat w środku czterogodzinnej szychty, nudy na pudy … w niedzielę, gdy czekałam na Kraciastego na basenie (w korytarzu zimno, czytałam książkę w rekawiczkach, opatulona szalem) ona walczyła o życie w szpitalu jakieś 5 minut jazdy samochodem na północ, po drugiej stronie rzeki Boyne.  Nazwa szpitala „Matki Bożej z Lourdes” pomaga tak samo jak torba na głowie. Od czasu do czasu są śmierci obcych ludzi, które wyprowadzają z równowagi. Doprawdy, nic mnie tak ostatnio nie zdenerwowało, nie poruszyło jak ta wiadomość w poniedziałek rano. Nadal jestem w fazie bieganiny myśli i szukania informacji. Przecież ona była moją inspiracją, przelotnym, ale istotnym spotkaniem po pracy, rozmową na innym poziomie intelektualnym. A konie, co teraz będzie z końmi?

* * *

Eileen wspominana w artykule Marie O’Halloran w Irish Times TUTAJ.
Hashtag #eileenbattersby na twiterze TUTAJ.

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach”, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście”, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić”. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy”.

I tyle. Dziękuję za uwagę.