Archiwum kategorii: z notatnika emigrantki

Koncert Dezertera i nasze wybory.

Kilka dni temu, w trakcie rozglądania się za jakimś polonijnym wyjściem „na miasto” (liczyliśmy na polski film w kinach) Kraciasty przypomniał sobie, że w sobotę gra Dezerter. Ostatnio był na jego koncercie jeszcze na starym Jarocinie, w towarzystwie nieżyjącego już kuzyna. Dezerter jest raz, kino poczeka – sobota została zaplanowana co do godziny. Pobudka, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Północnej na kurs od dziewiątej do czwartej, powrót do domu, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Dublina. Ponieważ od kilku dni nie dosypiam, w drodze do stolicy padałam z nóg. A mimo wszystko to był dobry wyjazd. Czarowne chmury nad nami i zmienna aura w trakcie podróży, miasto nocą, takie inne, pijane, chwiejne, przetkane ludzką biedą. Lubię spacery w nocy, oglądanie sufitów w cudzych mieszkaniach.

Koncert odbył się w kultowym the Grand Social (to czerwone na prawo). Support grający na początku nazywał się the Blow Ins, polski punk na uchodźctwie. Punkt mają za brodę perkusisty, ale gdy na scenę wszedł Dezerter widać było różnicę poziomów. Co ciekawe, w koncertowej atmosferze o wiele łatwiej docierały do mnie teksty …

Przyszłość rodacy …
Zbudujemy nowy świat.
Zdechniemy przy pracy,
jeszcze tylko parę lat.

Wielki problem małych ludzi –
Zdobyć dobre stanowisko,
Zdobyć spokój, zdobyć krzesło,
Stracić nic – to znaczy wszystko.

I bezczelnie łypią okiem w moją stronę.
Szczerzą wściekle swoje ostre zęby,
Nie wiem tylko czy chcą ugryźć,
Czy to naturalny grymas durnej gęby.
Krzyż kurczowo ściskają jedną ręką,
Drugą zaciśniętą wygrażają światu.
Plują, wrzeszczą, wszystkich straszą
Polską tylko dla Polaków.

Budujesz faszyzm przez nietolerancję.
Budujesz system przez ignorancję.

Teraz udają, że są przygnębieni,
Gdy patrzą na groby poległych.
Udają, że czują zagrożenie i że są przejęci losami świata,
Udają, że walczą o pokój i wolność.
(…)
Ja urodziłem się 20 lat po wojnie,
Nie zastałem tu pokoju.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny
Właśnie z drewna, a nie z plastiku, produkuje trumny.

Jutro wcześnie rano drzwi zatrzasnę mocno
Tuż przed nosem pańskich ludzi.
Pójdę żebrać o życie na gościńcach świata.
I rozkażę ludziom: „nie idźcie na wojnę!”
A jeśli trzeba krwi, niech pan odda własną
Panie Prezydencie …

Świat potrzebuje punka. I aby punk doroślał i zmieniał świat, miast zapijać się na śmierć.

* * *

Niedziela wyborcza dała nam obojgu poczucie mocy, takie miłe smyranie. Raz, że musiałam się przeczołgać przez pracę, dwa, wieczorem zrobiliśmy ze swoimi głosami to, co mogliśmy zrobić. Nie jestem wyborcą podobnym fanom klubu piłkarskiego, wynik poniżej oczekiwań nie jest dla mnie powodem do osobistych dramatów, nie mam też jednej partii za którą dałabym sobie głowę obciąć … moją głowę bardzo lubię. Co mi się nie podoba? To, że wygrało PiS, bo to partia podpierająca się populistycznym bełkotem, wstyd na nią głosować, wstyd, że tylu ludzi popiera skubanie z cudzego. Konfederacja w Sejmie się mi nie podoba, bo faszystów nie lubię. Plusy? Reprezentacja nowej lewicy, chociaż na nich nie głosowałam. Głosy będą spływały, sytuacje się wyklarują, a w międzyczasie rano wstał nowy dzień. I wbrew sieciowym hasłom, nie budzimy się w innym świecie. To był dobry tydzień, dużo pracy, więc trochę pieniędzy, które rozpieprzę na głupoty 😀 , czytanie „Sodomy”, Nobel dla Tokarczuk, kurs w Północnej, koncert Dezertera, wybory. Zmiany i tak nadejdą.

Reklamy

Co myślę. Co myślisz? Wyniki wyborów.

Byliśmy, zagłosowaliśmy. Dublińska urna okręgu 63 wyglądała w niedzielę przed południem tak:

Dublin wybory

Nie rozwodziłam się w poprzednim wpisie, bo chciałam uwiecznić statystykę, a na tę trzeba było cierpliwie poczekać.

Dobrze sobie żyjemy. Jeden bloger zapytał mnie dlaczego znalazłam się w Irlandii. Tu mieszka moja miłość. Nie doczekałam się informacji zwrotnej „i co z tego wynika” 🙂 Ale wracając do statystyki, Ipsos poinformował, że PiS otrzymał najwięcej głosów wśród osób w przedziale wiekowym 60+*, w przedziale wyborców z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Na tę partię głosowało też ponad 72% rolników. W Warszawie, inaczej niż statystycznie w całej Polsce, wygrała KE uzyskując ponad 50% poparcia, PiS wyszło na 28%, a Wiosna przekroczyła w stolicy 10%. Na Koalicję najwięcej osób zagłosowało w Wilanowie, na PiS Praga-Północ i Targówek. Polska od lat w czasie wyborczym pęka na pół wg szwów, które na co dzień tuszuje się bajeczkami o homogenicznym narodzie (homogeniczny to nie jest to zue słowo). Dla zabawy połącz kropki.

Największą żenuą tych wyborów jest dla mnie radość z frekwencji – 45,68%. Oczywiście znam frekwencję w takiej np. Wielkiej Brytanii, ale jechałam tamtejszą komunikacją miejską, więc niczemu się nie dziwię. Światełkiem nadziei jest dla mnie brak w polskich wynikach faszystów spod znaku Konfederacji, chociaż i tak dostali za dużo głosów, często od ludzi młodych, co diagnozuje polską oświatę w ostatnich latach. Wygrana PiS, 45% z ogonkiem, to odzwierciedlenie stanu ducha naszego społeczeństwa. Nie głosowałam na nią, bo są rzeczy, których Partii Obecnie Rządzącej nie wybaczę. Lista zażaleń zależy od człowieka, ja nie wybaczę puszczy, Janowa, polskiego teatru i innych ośrodków kultury – tego, że gównozarządzający wytypowani z partyjnego klucza wykańczają te marki. Do tego pogłębianie chaosu w szkolnictwie … temat rzeka. Władza Ludowa układająca się z Kościołem, chołubiąca robotnika i chłopa, stojąca na straży moralności nie jest moją władzą. Jestem wykształciuchem ze wsi, a więc z definicji podejrzanym i prowadzącym się niemoralnie indywiduum.

Obłudne podejście Parti Obecnie Rządzącej do kwestii rodziny to osobna, ale ważna dla mnie kwestia, bo leży u podstaw wielu problemów społecznych. Wg PiS winnymi przemocy rodzinnej są źli nauczyciele i źli sędziowie, czasami pojawiają się też w mediach bardzo złe-i-niedobre rodziny zastępcze, które się dorabiają kosztem wiadomo kogo. Zakopane to jedyna gmina, która nie przyjęła ustawy o zwalczaniu przemocy. W Zakopanem Sławomir ku uciesze gawiedzi tańczy w srebrnej marynarce. Głosy na Partię Obecnie Rządzącą: prawie 62%.

Diagnoza społeczeństwa jest porażająca, ale nie odbieraj tego mojego postu jako jęczenia lewactwa (nie wiem czy dobrze zacytowałam, ale taki tytuł m przemknął gdzieś podczas przeglądania sieci). Kwestia jest taka, że ja i mi podobni sobie poradzimy, niekoniecznie zaraz wybierając się na wewnętrzną emigrację. Partia Obecnie Rządząca zapewne musi więcej obiecać przed wyborami jesiennymi. Kto będzie za te obietnice płacił? Osobiście postaram się najmniej jak to możliwe 🙂 Rano  Krystyna Janda opublikowała rysunek Tomasza Wiatera. Pojawiło się pod nim wiele krytycznych komentarzy, bo rysunek ten rzekomo upokarzał ludzi biednych. Komentujący rozpoznali w nim rząd i ludzi, którym ów rząd oferuje przedwyborcze przekupstwo, pomimo tego, że rysunek niczym na to nie naprowadzał. Żaden komentator nie zasugerował się, że to kpina z obietnic przedwyborczych takiego powiedzmy … Biedronia.

Jestem ciekawa jak sprawy rozwiną się do jesiennych wyborów. Zandberg wydaje się dla wyborców za inteligentny, za to przeciętny Polak powoli przyzwyczaja się, że na świecie istnieją homoseksualiści. Coraz więcej osób przestaje nerwowo łączyć ich istnienie z brakiem własnych sukcesów erotycznych i po prostu daje tym ludziom żyć. Faszyzujące fascynacje buzują w głowach niedouczonej historycznie, dobrze odżywionej młodzieży, nawet jeśli chwilowo polaryzacja zwolenników KE i PiS zepchnęła ich poniżej patyczka. A blondwłose dziewczyny marzą o powstaniu i żeby być sanitariuszkami. To mi przypomina piosenkę, którą słyszeliśmy dzisiaj kilka razy, gdy jechaliśmy z południa na północ i z powrotem:

Fanatycy ognia

Republika rules!

W najnowszym wywiadzie dla onetu pani Szydło … coś do zarzucenia (sobie) w sprawie pedofilii? wprowadzać takie prawo … my to od wielu miesięcy robimy … a co z premierem, który był częścią układu władzy? premier zaangażowaniem i pracą … czy konieczne było, by wasi partyjni sztabowcy poszli na układ z jednym z tabloidów i doradzili premierowi Morawieckiemu promowanie się na jego łamach adopcją swoich dzieci? Nie znam kulisów tej publikacji … Przyłębska z premierem pod pachą i dokumentami? To niegrzeczne określenie … Macie kolejne programy socjalne z plusem w nazwie? dotrzymujemy … Polacy nam ufają.

________________________
* Przy tej okazji cudny link znalazłam z tytułem „Głosowanie wg wieku: najmłodsi za PiS”. Nieznana z nazwiska osoba, która zinterpretowała wyniki statystyczne, nie była w stanie dostrzec i wyartykułować faktu 60+ o którym wspomniałam.

Irlandzka starość jest jakaś inna.

młodość starość

Pamiętam starszą panią z naszej letniej wycieczki na klify przy Grobli Olbrzyma. Nie strwożyła ją para obściskujących się nienastolatków na wąskiej drodze. „Lovely rest”, uśmiecha się do nas (Kraciasty mówi, że to nie mogło być na Grobli, ale starszą panią pamiętamy oboje, czyli to wydarzyło się naprawdę. Gdzieś).

Sierpień, impreza u Eugene’a i jego partnera w ich stodole. Właśnie tak. Partnera. W stodole. Opera i przeboje musicalowe na żywo. Jesteśmy tu chyba jedynymi Polakami i dość zaniżamy średnią wieku. Sądziłam, że przyszliśmy na godzinkę w porywach. Pod koniec starsze panie żwawo machają chusteczkami, nie wiem skąd je wzięły, widać tu taki zwyczaj, że nosi się nie tylko papierowe. Organizatorzy są otwartymi gejami na irlandzkiej, katolickiej prowincji. NOBODY GIVES A SHIT. Wychodzimy około północy.

Miesiąc temu, wtorek. Spędziliśmy go w naszej Irlandii bardzo pogodnie, głównie w drodze do/w/z Carlingford. Kiedy wychodziłam rano z domu nad morzem, akurat naszła nas sąsiadka. Uścisnęła mnie, powiedziała „You are welcome” i dodała trochę wiadomości na temat stanu innej starszej osoby, która mieszka w naszym zaułku małych domków. Zakończyła sprawozdanie na temat jej zdrowia słowami „She’s a fighter, like we all”.

Tamten wtorek to był w ogóle bardzo udany dzień. Byliśmy na kawie w kawiarnianej dziupelce o nazwie Liberty Cafe. Obok nas siedziała starsza para, on zupełnie już siwy, ona w wielkim kapeluszu. Delektowali się zupą pomidorową, chwilami łapałam uchem strzępki rozmów … mieli swoją zupę, swoje sprawy.

Irlandzka starość jest jakaś inna? Z pewnością upraszczam. Czy Irlandczycy nie mają problemów? Ależ mają, mam na myśli problemy społeczne, alkoholizm i jego skutki, spory odsetek zaburzeń psychicznych, widoczni na ulicy niepełnosprawni umysłowo. Dużo ich tutaj, część jest zupełnie normalnie aktywna zawodowo.

Wiesz, w zasadzie wróciłam do tego tematu w swojej głowie w trakcie wczorajszej podróży do Ennis. Gdy wyjeżdżaliśmy nasza starsza sąsiadka z naprzeciwka właśnie pakowała się do swojego czerwonego tygryska. Kobieta jest cały czas na chodzie, dba o to, żeby czuć się potrzebną. I za każdym razem, gdy nas widzi, ma dobre słowo na powitanie, a jej tygrysek jest nienagannie czysty. Zresztą sąsiadka z boku też ma samochód i sąsiad po drugiej stronie, antyk, który regularnie dba o dostawę drewna do kominka. Czuję się przy nich jak niepełnosprawna.

Wracając do podróży do Ennis. Pierwszym przystankiem był szpital Beaumont. Ogromny, mnóstwo ludzi i, jak to w szpitalu, raczej niewielu zdrowych. Obok mnie w poczekalni trzy panie, każda na oko starsza od mojej mamy. Jedna czytała porady jak zostać skowronkiem, potem wszystkie trzy zaczęły między sobą rozmawiać o rodzinie i o tym jak rozmawiać z młodszymi o seksie. Uśmiech w zasadzie nie schodził im z twarzy. Od żadnej, podsłuchując bezczelnie, nie dowiedziałam się, co jej dolega i jak bardzo cierpi. Aha, i jedna narzekała na młodzież – że teraz nie wystarczająco dużo udzielają się charytatywnie. Czwartą panią, dużo od nich starszą albo dużo bardziej zniedołężniałą zauważyłam dopiero, gdy wywołano jej nazwisko i pani doktor podeszła z troską widząc, że starsza osoba, do tej pory milcząco wpatrzona w swoje buty, bardzo wolno zaczyna rozruch ku gabinetowi. Drobna, zgarbiona kobieta odmówiła pomocy, albo raczej stanowczo choć spokojnie poradziła sobie z uchwyceniem torby, zabraniem spod pupy poduszki, skoordynowaniem tego z trzymaniem w drugiej ręce laski i we własnym tempie zaczęła sunąć w obranym kierunku. „Take your time”, mówią.

Więc widzisz, może i upraszczam. Z pewnością wspaniałe rozmowy można prowadzić ze starszymi ludźmi w Polsce. Ale nie mamy jednak takiego zestawu wspierających dobry nastrój wstępów i zakończeń konwersacji. „Are you good” „Are you ok?” „That’s lovely” „Lovely, isn’t it?” „Yeah” „Are you enjoing it?” „How are ya?” „Enjoy!” „Cheers” „Thanks a milion”. Nasz język zdecydowanie nie pomaga osobom przesączonym naturalnym optymizmem, który pobrzmiewa naiwnie i niepoważnie. Zanim dojechaliśmy do Ennis zatrzymaliśmy się na pizzę w Barack Obama Plaza (Naprawdę jest coś takiego – w połowie XIX wieku syn lokalnego szewca, Falmouth Kearney, wyruszył stąd do Stanów Zjednoczonych rozpocząć nowe życie. Był to praprapradziadek byłego prezydenta USA). Akurat siedliśmy obok starszej pani w różowym sweterku i jasnych spodniach – mam nadzieję, że to mi się nie wydaje, bo chcę zapamiętać jej obraz. Prawdę mówiąc od razu zauważyłam, że zaczyna jeść ciasto marchewkowe i zastanawiałam się skąd je wzięła i czy jest dobre. Pani siedziała zupełnie sama i kiedy Kraciasty oddalił się w zacnym kierunku żeby zdążyć przed pizzą, dwa razy odwróciłam się zachęcająco z pytaniem w oczach „opowiedz jak tam ciastko?”. W odpowiedzi usłyszałam zwokalizowane „How are ya?” i po wstępach dowiedziałam się, że pani właśnie wróciła do Irlandii i mieszka w Dublinie. Wróciła po 36 latach – mieszkała w Nowej Zelandii i uczyła tam dzieci. Była też w Polsce, ale tylko tydzień, w Warszawie, Krakowie, Auschwitz; wspomina o siostrach miłosierdzia. Podzieliłam się po równo moim i Kraciastego życiem, na tyle na ile pozwoliło to pięć minut. I dowiedziałam się, jak tam ciastko. Od tego tak się zagadałam, że pizzę i kawę przyniosła mi pani, która wcale nie musiała tego robić. „Thanks a milion”. Kraciasty mówi, że cały czas byłam uśmiechnięta. Jak można nie być, skoro rozmowa zaczyna się od myśli w głowie „opowiedz jak tam ciastko?”. Zanim wyszła, jeszcze raz machnęłyśmy do siebie ręką przez szybę.

Pod Penisem (dobra, Penneysem) w Ennis zamówiłam herbatę i ciastko (bo wcześniej ciastko po pizzy nie chciało się zmieścić). Marchewkowe, optymalne, wilgotne w środku. Niedaleko przysiadła pani z wdowim garbem i gośćcem w dłoniach. Spokojnie zajmowała się swoim ciastkiem i swoją kawą. W Polsce tak … nie wiem jak to napisać … tak stare osoby? … wróć, w Polsce osoby w tym stanie rzadko można obserwować samodzielne, cieszące się swoim napojem w miejscu publicznym. „W tym stanie”… to też brzmi jakoś słabo. Stan starości i zniedołężnienia … kobiety, obserwowałam wczoraj kobiety. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Może i to „w Polsce” to moje „na polskiej prowincji”, w końcu jestem ze wsi i mam takie obserwacje a nie inne. Obserwując w Irlandii osoby dużo starsze ode mnie metryką i teraz próbując to opisać czuję niewłaściwość słownictwa. Starsze osoby – ile można to powtarzać, pacjenci, staruszki … język dzieli to, co niepodzielne. Ludzie karwa, tylko trochę starsi. Nie wydają się różni, nie marudzą, dążą do samodzielności, mają swoje herbaty. Otóż to, MAJĄ SWOJE HERBATY, są uczestnikami, walczą, są jak Clint Eastwood, albo jak Bette Davis, albo jak pani Szaflarska. Jednak inna jest ta irlandzka starość, bo zauważam deficyt słów, a nie miałam tego uczucia w Polsce. Tam starsi ludzie nie są mną, tutaj jak najbardziej. I to że tak czuję leży po ich stronie, to oni to robią.

A żeby nie było, że tylko panie obserwowałam, zapisuję obraz pana z einsteinowską fryzurą na głowie i dresowymi spodniami na które pan naciągnął skarpety. Pumphose w natarciu przy kasie w Tesco.

* * *

W Beaumont pan z mocną nadwagą i parkinsonowym krokiem po wyjściu z gabinetu majestatycznie sunie do rejestracji i podaje coś chłopakowi, który mógłby być jego wnukiem. „Are you ok?”. Pan nie odpowiada, tylko podaje papierek, uśmiecha się i obiera azymut na wyjście … „Cheers”, zagaduje jeszcze raz młody na odchodnym, starszy człowiek nawet się nie odwraca, ale widać, że jest uśmiechnięty i odpowiada „Be good”.

Dublińskie klimaty.

Sobota była ciepła; jeszcze można było dostać wilka siedząc w Stephen’s Green na trawie, ale przez słoneczne ulice przelewały się kolorowe tłumy w mniejszym lub większym negliżu. Spacerowaliśmy nie gonieni żadną większą koniecznością, trochę nonszalanccy, a ja w trochę za krótkiej kiecce. Dublińskie centrum z pewnością warto przejść na własnych nogach, nawet jeśli obok pubów zalatuje nam nieciekawym zapaszkiem.

Wąską uliczką idziemy z Kraciastym trzymając się za ręce i z naprzeciwka mija nas para homoseksualna, która robi dokładnie to samo. I to mi pasuje w centralnym Dublinie: otwartość na różnorodność i multikulti. Ludzie demonstrują swoje poglądy, zbierają na cele charytatywne, wylewają się z pubów i kawiarń, reprezentują każdy wiek, styl, kraj, język, kulturę i nikt nie robi z tego zagadnienia. Jednym zimno, innym gorąco, są kurtki i podkoszulki, klapki i trapery, kapelusze i dredy. Osobiście kieruję swój zachwyt w kierunku ludzi z szarmancką elegancją noszących kamizelki i zegarki z dewizką oraz różnej maści naturalnych hipsterów starej daty; ale każdemu, co lubi.

Jak ten pan. Co pan w zasadzie rysuje?

multi-culti dublin
Trochę faktów na temat widocznego tu Dublin’s Last Supper TUTAJ

W takiej atmosferze nawet lampowy zapał zygotarian mi nie przeszkadza. W Irlandii trwa obecnie walka ideologiczna o utrzymanie ósmej poprawki do Konstytucji. Wojna na hasła na latarnianych słupach jest widoczna nie tylko w Dublinie. Poprawka jest bzdurna, natomiast niebzdurna jest dla mnie wolność wypowiedzi, nawet, gdy osoba plecie trzy po trzy. Mam w tej sprawie stanowisko jasne: każdy ma prawo być głupi (bo odmawianie sobie samemu prawa do swojego ciała jest głupotą), tak jak ma prawo mieć skrzywienie kręgosłupa i nic z tym nie robić.

Oprócz kulturowej różnorodności podoba mi się tu religia kawiarniana*. Nie jestem kawiarą w tym peerelowskim stylu starszych nauczycielek, które ogłaszają, że piją kawę, żeby wszyscy wiedzieli, że było je stać na zakupy w pewexie. Piję kawę z dwóch powodów: żeby się skupić, gdy pracuję umysłowo i dla towarzystwa. Od dłuższego czasu piję espresso zalane gorącą wodą, czyli americanę. Bez cukru, bez mleka. I nie uważam, że najlepsza jest w domu. Lubię chodzić do kawiarń i patrzeć na ludzi; cholernie mnie cieszy, że nie jestem w tym odosobniona.

religia kawiarniana Dublin

to miejsce, które jest w każdym zakątku świata. Jest najwyższym osiągnięciem naszej cywilizacji oprócz języka, pisanego i mówionego, oczywiście. Tam spotykają się ludzie i wszystkie poglądy można w tym miejscu pogodzić. W kawiarni nie ma kłótni, nie ma indoktrynacji. Wszyscy przychodzą tu licząc, że załatwią jakąś sprawę pozytywnie. Broń zostaje za drzwiami. Wszyscy, bez względu na poglądy czy wyznanie, mogą normalnie rozmawiać. Nie ma prania mózgu. To namiastka tego, jak byśmy mogli zbudować świat.

Tyle K. Pieczyński w wywiadzie sprzed trzech lat. Opinie ma radykalne, powyższą potwierdzam własną obserwacją. Siedzimy z Kraciastym w tę sobotę w Coście (odmiana słowa Costa wygląda dziwnie, wiem). Siedzimy pod szklaną ścianą, Costa jest na którymś piętrze Jervisa, centrum handlowego przerobionego z XIX-wiecznego szpitala. Na wprost mój wzrok pada na azjatyckie zgromadzenie familijne. Po prawej stronie mam dziewczynę w kapelutku (prawie) Annie Hall i jej koleżankę z fryzurą na Jennifer Grey w epoce „Dirty Dancing”. Po lewej  siedzi paru młodzieńców i dziewic ciemnoskórych, ubranych w hip-hopowym stylu. W kącie sali pan w wieku średnim zaczytany w „Folk” Zoe Gilbert. Siedzimy, pijemy kawę, rozmawiamy, po pół godzinie pan nadal zaczytany. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt nikogo nie próbuje przekonać do bycia Azjatą lub hip-hopowcem lub do noszenia kapeluszy. Panie obsługujące co najwyżej poinformują, że zamykają za półgodziny, nie zaburzają picia klauzulą sumienia w kwestii „dolewać mleka czy nie dolewać”, nie kołyszą się pomiędzy stolikami z kubkami pełnymi śmietanki, nie zachwalają, że ich śmietanka cieplejsza i nie powoduje sraczki. Pan z kąta w niewidzialny sposób inspiruje mnie do sprawdzenia kim jest Zoe Gilbert, ot, cały atak duchowy. Tak, do tej religii przypadkowych przechodniów mogę i chcę należeć.

stephens green dublin

I trzecia sprawa: modlitwa trawnikowa, albo parkoterapia. Stephen’s Green, Faiche Stiabhna, wiktoriański park w środku miasta (piszę, wiktoriański, chociaż park ma dłuższą historię, ale w każdym razie swój obecny kształt zawdzięcza XIX wiekowi). Tłumy zastaliśmy dzikie, wydaje mi się nawet, że większe niż gdy chodziliśmy po nim latem zeszłego roku. Tu spacerował James Joyce, tu ludzie wylegują się na trawnikach, podpierają drzewa czytając, rozmawiają, łapią promienie słońca, tańczą tango, albo jak my, jedzą drugie śniadanie. Garda przechadza się pilnując porządku, mewy kołują nad małym stawem i walą zdrowe kupy na przechodniów, chłód od wody chroni przed przegrzaniem – chociaż w mieście ciepło, właśnie u Stefana poczułam, jak zatoki mówiły mi „ej no”. Zastanawiam się jak tu jest, gdy pada lub jest zupełnie poza sezonem, w środku irlandzkiej, trzydniowej zimy, czyli dnia drugiego. W taki dzień jak ta sobota tłumy mogą irytować, ale przecież to dość logiczne, że każdy chce pobyć chwilę na zielonym polu Stefana, albo chociaż się po nim przejść. To piękne miejsce jest i należy do wszystkich:

Ja tu o Dublinie i jeszcze ani słowa o pubach (poza sikami) i o Guinnessie. Da się? Oczywiście. W Dublinie w ogóle nie trzeba pić piwa, żeby poczuć specyficzny klimat miasta, a nawet wręcz warto zachować trzeźwość spojrzenia. Wypić kawę, pospacerować, przyjrzeć się godności z jaką niektórzy starsi mieszkańcy noszą swoją własną modę. Gdy już dorosnę i zdam maturę, też tak będę, całym sercem.

________________________
* Mój stosunek do religii i instytucji opisany jest TUTAJ. Irlandia, poza tym, że katolicka, ma trochę inne tempo; czasami jest to problemem, czasem wręcz przeciwnie.