Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii” Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

° ° ° ° ° °

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię” Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę”. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem”, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Reklamy

Środa na wsi.

Bardzo nie lubię podróżować sama. Pocieszam się tym, że w drugiej walizce mam zapakowane buty Kraciastego. Buty oznaczają, że gdzieś w Karkonoszach pójdziemy przed siebie, na razie nie wiemy kiedy i gdzie, ale jest to bardzo miła perspektywa. Oddziela ją ode mnie myśl o stawieniu się na uczelni i machnięciu paru egzaminów. Marudzę i przypomina mi się doc. Radziwolski, który będąc już na emeryturze, obserwował nas przed egzaminami i każdorazowo oświadczał stanowczo „o jakże wam zazdroszczę!”. Zerkam na jego zdjęcie w sieci, to już będzie 10 lat jak umarł. No i proszę, zamiast pakowania walizek zalała mnie fala nostalgii, a grzebanie w necie zaowocowało wynalezieniem pracy G. Malca „Kiedy Darwin stracił wiarę w Boga?”. Nic, trzeba link zapisać, będzie do czytania na później. Jestem biegła w prokrastynacji, ale właśnie wyznaczyłam sobie moment … opublikuję tę notkę o wpół do dziesiątej a potem do roboty.

Chcę Ci tylko pokazać, gdzie poszliśmy wczoraj z Kraciastym. Na taką ścieżkę nad Morzem Irlandzkim:

Clogherhead 20 czerwca (1)

Tam gdzieś na horyzoncie jest Dublin. I jak zwykle spojrzenie w drugą stronę, na Góry Mourne:

Clogherhead 20 czerwca (2)

Pewnie znowu im padało.

Kwiatuszki najwyraźniej lubią rosnąć na szczytach kamieni, bo nie te jedyne przyłapałam na wystawianiu bladych główek na słońce i wiatr. I właśnie, wiatr był, musieliśmy ubrać goretexy. Ale wystarczyło obejść kawałek cypla w kierunku południowym i wzniesienie chroniło nad przed uporczywymi podmuchami z zachodu.

Clogherhead 20 czerwca (3)

Mały port jest z kilka mil na północ od ujścia rzeki Boyne. Na tym zdjęciu wygląda to nieomal jak Skandynawia. Molo przytula statki i nieźle chroni je przed złą pogodą. Groźny jest tylko zawijający północno-wschodni wiatr, poza nim można tu przeczekać najgorszy sztorm, więc flota rybacka jest w porcie obecna przez cały rok. Pamiętam jak pewnego lutowego wieczora, kiedy zmierzaliśmy w kierunku domu, mały kuter wypływał dzielnie w mrok. Niezmiernie ciężka praca z wewnętrznym „brrrrr”.

Clogherhead 20 czerwca (4)

Mówiłam o wpół do?
Już czas. Mięśnie spięte z nerwów trochę mi puściły, gdy przemierzałam jeszcze raz w myślach tę drogę. Wracam w połowie lipca. Naprawdę, nie lubię podróżować sama.

Zbliża się tekst o Don Kichocie.

Czas tak szybko zamiata. Ten Pan, który wołał z balkonu „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?” zmarł dwa tygodnie temu. Są rzeczy, które wydają się żenujące, bo gdzie tak bez sensu wchodzić do domu osoby, której nie znam i pakować nos do jej kubków. A potem trochę szkoda, że nie zrobiłam tego i owego … od wejścia i pogadania przecież się zaraz nie umrze. W ogóle jest to niezwykle rzadka przyczyna śmierci, nawet gdy nie ma się na sobie makijażu i nos jest ewidentnie czerwony.

W tym roku zmieniłam adres zamieszkania. Zmieniłam płaskie z lasem na płaskie z morzem i widokiem na góry po drugiej stronie zatoki; kubek w paski na kubek z krową; dom z telewizorem na dom z zestawem płyt. Piszę to pod wpływem wspaniałego weekendu. Kosiłam trawnik, wygładziłam nogi, wąchałam pościel. Zaburzył mi się trochę rytm doby, idę pod prysznic w południe, piję kawę przed północą. Mówiłam Ci, że w nocy śpiewają u nas ptaki? Bardziej niż w ciągu dnia. Cierniste krzewy to fantastyczny wynalazek natury. A to jest, widzisz, nasza rzeka wieczorem pęczniejąca od przypływu:

przypływ na rzece Boyne (1)

Zdjęcie zrobiliśmy kilka dni temu, tuż przed Baltray. To wszystko jest nieżeglownym rozlewiskiem, statki, które przepychają się wąskim, żeglownym gardłem wydają się niemożliwie wielkie. Nie wiem jak mieszczą się w głównym korycie i jakim cudem się mijają.

Wracając do wątku „od pogadania się nie umrze”, w poniedziałek dostąpiłam przyjemności spaceru po naszej wsi z moją sąsiadką, która zaprowadziła mnie na nieznaną mi ścieżkę i do tutejszego kościoła. Dla niej też nieznaną, chociaż mieszka tu 27 lat. Doskonale to rozumiem, w towarzystwie łatwiej być odważnym. Po drodze spotkałyśmy jeszcze jedną sąsiadkę, która powiedziała mi, że była w Polsce. Auschwitz, Kraków, Wieliczka. Kościoły są u nas bardzo duże i bogate. Idąc dalej rozmawiałyśmy sobie o tym i owym. O języku, znikającym widoku na morze, tolerancji, kościele, piątkowym głosowaniu. I o tym, że gdy doczepi się do człowieka jakiś mały gnojek i zacznie szczekać, lepiej nie patrzeć mu w oczy i robić swoje, co też uczyniłyśmy. Teraz, gdy to napisałam, widzę, że to myśl o ogólniejszym znaczeniu. Po spacerze posiedziałam z trzema paniami na murku. Siedzenie na murku w słońcu (pogoda jak na irlandzkie warunki po prostu królewska) to był ten moment, gdy poczułam, że społecznie wskakuję na wyższy szczebel … zaczynam znać tu ludzi, a oni zaczynają znać mnie. To się nazywa chyba mingling. Tak, rozpoczęłam relacje z lokalną społecznością murkową. Oznacza to, że gdy będę biegała jak kulawy chomik, nie da się tego ukryć.

W temacie Don Kichota, powoli zbliża się się sesja i nie wiem jak będzie. Chciałabym coś napisać o tej książce, ale przyzwoicie pewnie byłoby ją najpierw przeczytać. Nie nastąpi to szybko, bo jestem zawalona komputerowymi wydrukami pojedynczych słów. Po spacerze, murku i obiedzie padłam jak kawka na łóżko. Tymczasem sąsiadka, która dobiega osiemdziesiątki, pracowicie dokończyła pielenie swojego spłachetka, który na wiosnę zakwita żonkilami. Lubię ją. Podoba mi się gdy udaje, że świetnie słyszy. Prawdziwa twardzielka, jestem przy niej jak rozmiękły misiożelek.

Podsumowując te skrawki myśli o ludziach z którymi rozmawiałam i z którymi nie rozmawiałam i już nie porozmawiam, jestem szczęśliwa.

Jest trochę po północy, czekam na skrzypnięcie drzwi.
Dzisiaj mam do Ciebie pytanie takie: czego bardziej żałujesz, czynów czy zaniechań?

Nie-święta i kotko-baranek.

Chciałam przedświąteczne niemycie okien zakończyć ciężkim tematem aborcji, ale uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, gdy spędzę wielkanocne śniadanie inaczej i uznałam to za warte odnotowania.

Dzisiaj idziemy na późny obiad do znajomych, potem pakujemy się i jutro wieczorem lecimy w dół i na prawo. Z powodu braku śniadania z jajkiem na twardo nie odczuwam smutku. Moi rodzice spędzają niedzielne przedpołudnie tak, jak chcą, my również tak, jak chcemy. Potem przylatujemy i będziemy coś robić wspólnie. Zamiast świątecznego baranka mam zdjęcie czarno-białego kotka:

kotek clogherhead

Spotykamy go prawie za każdym razem, gdy idziemy na wiejską plażę. Raz siedzi schowany za doniczkę, innym razem w pełnym słońcu, zawsze blisko jednego z rzędu domków przy ulicy słusznie nazwanej Nadbrzeżną. Jego miejsce sąsiaduje z zapuszczonym pustostanem, więc czasami, tak jak tutaj widać, przechodzi przez murek i chowa się w niekoszonej trawie. Taki mój wielkanocny kotko-baranek, stały element wypatrywania podczas spaceru.

Gdy byłam dzieckiem, drapałam kraszanki wyjęte z wywaru cebulowych łupinek. Drapałam żyletką, pomagał mi w tym dziadek Bronek. Robiłam to całkiem udanie i jeszcze niedawno gdzieś w domu widziałam taką wydrapaną przeze mnie kraszankę, którą rodzicom żal było roztłuc. Zbuk mógł mieć z trzydzieści lat, strach upuścić, H2S to nie przelewki. W piątek mama telefonicznie obwieściła mi triumfalnie, że ma świetny obiad, bo właśnie woda ze śledzia się robi. O wodzie już pisałam.  Dzisiaj dzwoni tata Kraciastego, pyta skąd jestem. Jak to skąd, z domu. Dla mnie Wielkanoc to kraszanki i woda. A bardziej jeszcze ludzie i święty spokój; cieszę się, że nie kojarzę świąt jakichkolwiek ze stękaniem urobionych kobiet i nieproszonymi gośćmi. Teraz widzę, że ludzie oraz święty spokój pozostali stałym elementem moich nie-świąt.
Jest mi z tym tak dobrze, wiesz?

Atrakcje zagłady.

W brzydkich okolicznościach przyrody również można wzrosnąć duchowo.

Poniżej jedno z kilku zdjęć, które udało mi się zrobić na spacerze w niedzielne przedpołudnie, gdy zagłada dobiegała już końca. Na drodze błąkały się tylko farfocle po wydarzeniu, więc spokojnie mogliśmy pojechać nadbrzeżną drogą na północ od Clogher.

morze irlandzkie

Jak widać, mój geniusz fotograficzny przegrał z bryzą. Ale w środę z powodu wiatru nie daliśmy rady wejść na plażę, zaliczam więc wczorajszy spacer do sukcesów. Niedaleko od tego miejsca jest stary domek położony nad wodą, towarzyszy mu kilka rachitycznych drzew. Dzisiaj „jadąc” tą drogą jeszcze raz na google street view zauważyłam, że w otwartych drzwiach domu stoi sobie piesek. Poczułam ciepło, że mieszka tam ktoś, kto przyjaźni się z pieskiem. Droga w czasie najgorszego wiatru była z pewnością podtopiona morską pianą i zastanawiam się, co robią piesek i jego przyjaciele w czasie takiej pogody. Długo w noc wyglądają z niepokojem przez okno zaparzając kolejną herbatę czy raczej doświadczenie podpowiada im, że woda nigdy nie zalała tego fragmentu wybrzeża i że spokojnie można iść spać?

Filmik nie oddaje tego, co działo się obok nas w czwartek. Byliśmy bezpieczni w naszej borsuczej przystani mając najbliżej jakieś 500 m do fal, ale wiatr kręcił i nie zachęcał do snu przed dobre trzy dni. A przechodząc do plusów zagłady, była to dla mnie bardzo pouczająca lekcja poglądowa, jaka może być pogoda na Wyspie. Gorzej bywa rzadko i zapisuję to jako element optymistyczny.

Była to również lekcja tego, jak Irlandczycy radzą sobie z załamaniem aury. Jak wspomniałam w ostatnim poście, nakarmiono nas zacnie (dzielna załoga poddała się dnia następnego … ale nie wymagajmy od innych nadmiaru bohaterstwa, wymagajmy od siebie, jako rzekł Wielki Higienista) i w barze tym mieliśmy okazję zobaczyć pana w T-shircie i rękawiczkach (my odziani w rynsztunek bojowy, z czapkami, szalikami i w ocieplanych gatkach; na zewnątrz śnieg).

Dowiedziałam się też, jak my sobie radzimy. Przejdę od razu do faktów, które można publikować. Obejrzeliśmy np. dwa filmy Monty Pythona, Żywot Briana i Sens życia. O ile pierwszy zawsze mi się podobał, do drugiego zdecydowanie musiałam dorosnąć. Takie czytanie Biblii, na przykład, dopiero teraz, gdy siedząc obok Kraciastego majtałam palcami u stóp w jurgowych skarpetach,  objawiło mi swoją głębię:

„And spotteth twice they the camels before the third hour. And so the Midianites went forth to Ram Gilead in Kadesh Bilgemath by Shor Ethra Regalion, to the house of Gash-Bil-Betheul-Bazda, he who brought the butter dish to Balshazar and the tent peg to the house of Rashomon, and there slew they the goats, yea, and placed they the bits in little pots. Here endeth the lesson.”

Modlitwa prowadzona przez Michaela Palina doprawdy rozwinęła mi pogląd na temat „duchowości” nagradzanej zbawieniem:

„Oh Lord,
Oooh you are so big.
So absolutely huge.
Gosh, we’re all really impressed down here … I can tell you.
Forgive us, oh Lord, for this dreadful toadying and barefaced flattery.
But you are so strong and, well, just so super.
Fantastic. Amen.”

A słysząc słowa hymnu poczułam się jak w domu:

„O Lord, please don’t burn us.
Don’t grill or toast your flock.
Don’t put us on the barbecue
Or simmer us in stock.
Don’t braise or bake or boil us,
Or stir-fry us in a wok.”

A propos jurgowych skarpet, chodzi o to, że temperatura w naszym domku niepokojąco spadła, więc dość szybko zaprzyjaźniłam się z szarymi skarpetami Kraciastego zrobionymi przez Jurgę*. Uważam, że to bardzo dogodny przypadek, że jakiś czas temu zbiegły się o pięć numerów.

W czasie zagłady prowadziłam też ciekawe dyskusje. Zazwyczaj z Kraciastym. Chciałabym napisać, że prowadziłam inteligentne rozmowy w sieci, ale tutaj trochę poniosłam klęskę. Jedna moja rozmówczyni uznała, że problem pana Paetza w kościele to problem medialny, a nie zinternalizowany. Ponieważ niestety rozumiem słowo „zinternalizowany”, zjadłam zbyt łakomie danisza z syropem klonowym i potem bolał mnie brzuszek. Drugi rozmówca odkrył dopiero teraz, że kobieta nie musi stracić błony dziewiczej, żeby zajść w ciążę. O czterech słoniach na których wspiera się Ziemia niestety nie porozmawialiśmy – wycofałam się w poczuciu braku kompetencji, tego nie ukrywam. W ogóle ja tylko wiem, że są trzy gatunki słonia, i na tym moja wiedza elefantologiczna się kończy.

Oprócz tego rozwinęłam się muzycznie. Wczoraj np. kawałki AC/DC i Lou Reeda, trochę Behemotha (ale za to dzisiaj pod obiadek wróciłam do utworu w którym jest „idziemy kijem mieszać piach” i „welurowy bajpas daj”. Jestem pełna podziwu dla Nergala, nie wiem jak można tak porażająco latami ryczeć i nie stracić głosu).

I tyle całej imprezy. W międzyczasie śnieg zniknął, fale zostały, słońce nadal się ukrywa. Solę steka, ryż do wrzątku, byle do wiosny.

_______________________________
* Jurga to imię litewskie, jest żeńską formą imienia Jerzy.
 

Clogherhead.

Podziel się chociaż jednym zdjęciem, pisze mi Celt. Będzie więcej. Zalazło mi to piękno za serce i nie da się go niczym wydłubać. Zresztą po co dłubać, tyle jest miejsc, i w Éire, i na Dolnym Śląsku, i w innych jeszcze zakątkach, które chcę wam pokazać. Gdy się już gdzieś było, dzięki zdjęciom można tam wrócić, powiedzieć sobie, hej! istniejesz.

Zacznę od domu, małego miejsca o irlandzkiej nazwie Ceann Chlochair (jeszcze nie wiem jak to się mówi, ale się dowiem, od czego są sąsiedzi), rybackiej wioski w hrabstwie Louth, które ma taką właśnie „głowę” jak na zdjęciach:

Clogherhead1 (1)

A w zasadzie to jest zdjęcie z samej głowy już. Mały półwysep z własnym szlakiem, którym można powędrować od portu Oriel do piaszczystej plaży przy wiosce. Zielono i fioletowo, za chaszcze robią paprotki i wrzos, tutaj obfocone w środku sierpnia. Po drodze tycie klifiki, wystarczająco wysokie jednak, jeśli planuje się spaść na mordę.

Clogherhead1 (2)

W tle widać, o matko, muszę Kraciastego spytać, co widać … ale to są chyba Góry Mourne po drugiej stronie Morza Irlandzkiego, już w Irlandii Północnej.

Clogherhead1 (3)

Dużo jest też szarości i koloru musztardy. W kamienne zaułki niespokojne morze wtłacza niezbyt ładnie pachnącą zawiesinę złożoną z morskich alg i innych małych żyjątek.

A tutaj kormorany suszą sobie skrzydła. Nie zwracają uwagi na ludzi ponad nimi, którzy chodzą po szlaku jak ja, patrząc na paprotki i krowy.

Clogherhead1 (4)

Krowy są moim podstawowym zwierzęcym zachwytem pierwszego pobytu w Irlandii, nic nie ujmując kormoranom. Krowy w Newgrange, Sí an Bhrú, idące pod nami zielonym przejściem pod mostem, krowy na szlaku przy Grobli Olbrzyma, Clochán na bhFómharach, z godnością przeżuwające irlandzką trawę. Ja wiem, że one są na steki, a ponieważ rok temu zrezygnowałam z diety wegetariańskiej, jestem współwinna tragicznego losu tych piękności. Ale tu nie o to chodzi. Jestem krową. Krowa to mój totem. Zresztą spytajcie Kraciastego, on widział jak piję z tego kubka z rogacizną, więc może wszystko potwierdzić.

No to macie, jak to mówią Anglicy, there. Taki zakątek.  To nie są jakieś dzikie ostępy, po prostu kawałek  ścieżki spacerowej za wsią. Tak będzie, nie wiem, czy będę Wam pokazywała wielkie rzeczy, ale pokażę Wam na pewno miejsca, gdzie było mi dobrze 🙂
_____________________________________________
* autorem zdjęć jest Kraciasty i jego aparat.