Archiwa tagu: cmentarze

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Reklamy

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam kilka podobnych, telefonowych zdjęć, i jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zimą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lugnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Sligo …

Zeszły poniedziałek spędziliśmy z Kraciastym w podróży. Lubimy razem jeździć, możemy się potrzymać za kolana, rozmawiać, słuchać muzyki, pokazywać sobie wzajemnie różne rzeczy za oknem. Niefortunność polegała na tym, że mój wolny poniedziałek był jego pracującym poniedziałkiem i po Sligo chodziłam bez niego, a to nie to samo 🙂

Sligo, Sligeach, to urokliwe miasto na północno-zachodnim wybrzeżu wyspy. Podoba mi się dźwięk jego angielskiej nazwy – „Slajgo”. Wersja irlandzka brzmi w wymowie typowej dla regionu Connacht mniej więcej jak „Szligach”. Irladzki bezustannie zaskakuje mnie wielością wariantów fonetycznych.

Poniżej widzisz most na rzece Garavogue nazywany Nowym, jeden z dwóch kamiennych mostów po których miałam okazję przemaszerować:

Sligo (5)

Rzut beretem za Nowym Mostem jest zacisze w środku miasta – Sligo Abbey, ruiny dominikańskiego klasztoru zbudowanego w XIII wieku. Nie ma samopasu, w cenie biletu dostajesz rozpiskę pomieszczeń i już możesz sobie chodzić po kamiennym świecie. Znajduje się tu m.in. XV-wieczny rzeźbiony ołtarz (jak widzisz poniżej, chroniony od deszczu plastikowym daszkiem), jedyny tego typu obiekt w kościołach klasztornych, jaki przetrwał na terenie Irlandii:

Sligo (2)

Ruiny klasztoru to także muzeum gotyckiej i renesansowej rzeźby nagrobnej. Są tu kamienie różne, także nagrobki „zawieszone”, bez napisów, czekające na swoich lokatorów, albo jak ten poniżej, z niezrozumiałych powodów z „poprawkami” (chociaż nadal nie naprawiono błędu ortograficznego zrobionego przez kamieniarza w słowie „body”):

Sligo (3)

Klasztor ucierpiał w ciągu wieków od przypadkowych pożarów i nieprzypadkowych wojen, ale i tak jest jedynym średniowiecznym budynkiem-cmentarzem, który pozostał po normańskim mieście. Miasto było długo ośrodkiem dynastii O’Conorów i to jest m.in. ich miejsce spoczynku.

Sligo (4)

Sligo to również miasto noblisty Williama Butlera Yeatsa, który … nigdy tutaj nie mieszkał. Poeta wielokrotnie spędzał u swojego dziadka wakacje z widokiem na Ben Bulben. Dzisiaj, obok drugiego kamiennego mostu (Hyde Bridge z roku 1846), jest dom z czerwonej cegły w którym mieści się Yeats Society. Naokoło domu fruwają metalowe ptaki:

Sligo (1)

I would that we were, my beloved, white birds on the foam of the sea …

pisał Yeats, gdy dostał kosza od Maud Gonne. A Ben Bulben, wielką, wapienną górę na którą Kraciasty wszedł dwa razy mijaliśmy w drodze do Sligo, i oczywiście zobaczyłam ją znowu z portu, gdy poszłam obejrzeć rzeźbę upamiętniającą emigrantów wypływających z Irlandii w czasach głodu. Żadne zdjęcie, które w poniedziałek zrobiłam nie oddaje jej sprawiedliwości. Jest wielka, stroma, przepiękna – jej szczyt jest podmokły, a flora nietypowa dla reszty Irlandii. Jeszcze się z nią zobaczymy, chociażby odwiedzając skromny grób Yeatsa w Drumcliff*, do czego zapewne kiedyś tam dojdzie …

… na razie wiemy, gdzie będziemy w niedzielę. Jadę do Dublina na Ailesbury Road zagłosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie zagłosować na kandydatów PiS, ani na Konfederację, ani nie na Kukiza 😀 Jeśli nie wiesz jeszcze do jakiej partii jest Ci blisko z poglądami, polecam Latarnika Wyborczego. Uprzedzam, że Koalicja Europejska nie wzięła udziału w tworzeniu testu 🙂 Miłego testowania i dobrego tygodnia.

________________________
* podobno nie leżą tam kości poety (źródło), ale nie jestem drobiazgowa.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe” przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Spacer po Trzebnicy.

W czasie, gdy byliśmy w Polsce nie było tych spacerów tyle, ile bym sobie życzyła. Pisałam już o tym, że pogoda nas zaskoczyła, nie była zła, raczej niemile nieznośna, nie zachęcała do dalszych wędrówek. Ale pochodziliśmy trochę po Trzebnicy, mieście, które kojarzy mi się z kwitnącymi jabłoniami, ciężką, gliniastą ziemią, patisonami (dlaczego, to nie jest tak łatwo wytłumaczyć), kotami, obciętymi kończynami i z barokiem. To ostatnie w zwiazku z bazyliką, gdzie przynajmniej w części leży Hedwig von Andechs, znana bardziej jako św. Jadwiga Śląska. W części, bo takie już życie świętych, że rozkładają ich na puzzle. A skoro już o niej mowa, to zupełnie bez porządku jej sarkofag:

Trzebnica 1

Sarkofag z czarnego i różowego marmuru jest z końca XVII wieku. Zawsze, gdy go widzę, wydaje mi się, że „Jadzisia” ma za pulchne dłonie jak na kogoś kto był być może dotknięty anorexia mirabilis. Barok w architekturze, bleeee! To miejsce – kaplica św. Jadwigi – jest moją ulubioną częścią bazyliki. Pierwszy w Polsce budynek w całości zbudowany w czystym gotyku (tak głoszą różne źródła, chociaż wątpię, by współcześni kombinowali w ten sposób) również nie uszedł barokizacji. Zawsze, gdy tam wpadam, pozdrawiam bezgłowe anioły z portalu odkrytego w 38 roku:

Trzebnica 2

Wyczerpujący opis obiektu zamieścił na swoim blogu Jeż, odsyłam Cię tam po wiedzę i więcej zdjęć.

W Trzebnicy jest jeszcze druga parafia, zgromadzona wokół innego obiektu sakralnego, Piotra i Pawła. Obecny budynek w stylu neogotyku zbudowano w połowie XIX wieku, kościół ma jednak XV-wieczną wieżę, a prace badawcze potwierdziły obecność XIII-wiecznych fundamentów. Czy to tutaj był pierwszy w Trzebnicy, XII-wieczny kościół parafialny wybudowany przez Piotra Włosta, tego nie wiem. Faktem jest, że budynek w swojej historii kilkakrotnie zmieniał przynależność wyznaniową oraz przeznaczenie. W 1987 roku ze składnicy części zamiennych i ogumienia ponownie stał się kościołem katolickim i w zasadzie w ostatniej chwili (dach już się zapadał) przystąpiono do jego remontu.

Trzebnica 3

Wewnątrz prostota architektoniczna została oczywiście popsuta różnymi chwościkami, ale bardzo mi ten budynek przypomina neogotycki kościółek parafialny z mojej rodzinnej miejscowości. Kościoły z czerwonej cegły rządzą! Niestety nie mogliśmy wejść do środka, wystawiłam tylko nos aparatu za kraty, które o tej porze były zamknięte.

A to już inne miejsce, które spodobało się Kraciastemu:

Park zdrojowy przy Leśnej. Kurpark. Tutaj można zobaczyć jak wyglądał sto lat temu. Albowiem istniało kiedyś Bad Trebnitz z leczniczymi wodami mineralnymi i borowinami. Dzisiaj pozostało po kurorcie kilka budynków o zmienionym przeznaczeniu (ówczesny hotel Hedwigsbad to aktualnie Starostwo Powiatowe) …

Trzebnica 5
na pocztówce z 1909 roku, oprócz Hedwigsbad, w głębi widać także przepiękny Etablissement Waldhaus, dzisiaj opisywany jako budynek na Leśnej 3. Unikam fotografowania go, bo mi serce krwawi.

… i (chyba) mrzonki na temat przywrócenia Trzebnicy statusu uzdrowiska. W międzyczasie część dawnego uzdrowiska zabudowano osiedlem (na filmiku po lewej), szlaki w Lesie Bukowym odnowiono kilka lat temu, ale nie chcieliśmy sprawdzać jak teraz wyglądają … po co psuć sobie humor. Ta okolica jeszcze tchnie spokojem, innym miastem, do którego pasują kapelusze i spodnie w kratę lub prążki, choć może to kwestia tego, że oboje patrzymy na wszystko oczami turystów. Wiem przecież, że zimowymi wieczorami zasnuwa się Trzebnica cichym, złowieszczym smogiem, a w letnie popołudnia zapach z kanalizacji w środku miasta fiołków nie przypomina.

Tymczasem my jako dusze wolne szukamy miejsc ładnych, gdzie można się czegoś napić (brzmi dwuznacznie, jak na to inaczej spojrzeć … uściślam: kawa, herbata, soki). Jest więc, zazwyczaj gwarna w środku dnia, Markiza przy Bochenka 49 w której podają dobrą zimową herbatę. Przed wojną ulica nazywała się Breslauerstrasse, a kawiarnia znajduje się w nowym budynku, który ma lokalizację podobną do dawnej Paul Schuster Conditorei Cafe.

Trzebnica 6

Jest też spokojna, schowana w bocznej ulicy, więc bardziej dla lokalesów niż pielgrzymów, Beza na Jadwigi 29c, cukiernia Kosowskich. Można również pójść na pizzę i włoską kawę do Damiano’s Ristorante Pizzeria na Roosevelta 6, miejsca otworzonego przez Damiano Serrę, lub na obiad z widokiem na bazylikę do umieszczonej na piętrze przy JPII 1 restauracji nie wiadomo czemu nazwanej Palermo (wiele lat temu kiedy naprawdę byłam przed maturą, na dole, w sławetnej Kasztelańskiej, wypiłam mój pierwszy trunek w restauracji – herbatę z cytryną, podaną w szklance). Takich miejsc jest pewnie więcej, wspominam wszystkie w których można było nas spotkać tydzień temu, trochę dlatego, że chowaliśmy się przed chłodnym wiatrem, a trochę dlatego, że tak lubimy …

Trzebnica 4

… co jeszcze mogę napisać? Region jest piękny, jak cały mój ukochany Dolny Śląsk. Myślę o winnicach, które były tutaj przed wojną i czytam, że ktoś też o nich myśli. O kotach z których widzieliśmy tym razem tylko Stawcia i o cmentarzu żydowskim, którego nikt nie odwiedza, bo oficjalnie go nie ma. Zagłębiwszy się w stare pocztówki zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej odbiegam od miasta takiego, jakim widzą je ludzie codziennie czekający na nie-dworcu przy zbiegu dawnych ulic Braslauerstrasse z Langestrasse. Pewnie popukaliby się w głowę, może zresztą się i pukali widząc mój różowy kapelutek w kratkę 🙂 Jeśli będziesz miał/a okazję spacerować po tym mieście w pojedynkę, warto zaopatrzyć się w „Muzykę na wodzie” G.F. Händela w słuchawkach:

Powrót myślami do minionego tygodnia sprawił mi dzisiaj wiele frajdy. Tymczasem Kraciasty właśnie zadzwonił, że niepostrzeżenie przeleciał nad morzem i siedzi na przystanku autobusowym na dublińskim lotnisku. Będzie tu za raz, dwa, trzy, z chlebem z Lidla i książką Ani. Zjemy ruskie pierogi ze śmietaną, napijemy się herbaty i opowiemy sobie, co tam było jak nas nie było, czego nie opowiedzieliśmy sobie przez telefon. Albo może opowiemy sobie to, co przez telefon, tylko inaczej. Idę się poradować zmywając gary. Dobrego weekendu, Czytelniku 🙂

Wtorek w hrabstwie Meath.

Nim się człowiek obejrzy 1/12 roku już za nim. Zaczęliśmy go pięknie, bo spacerem nad morzem, a potem kontynuowaliśmy mniej pięknie, oboje ciężko przeziębieni. Pozytywy był takie, że kurowaliśmy się w Polsce. W styczniu zapoznaliśmy dwa koty, z czego jeden codziennie ostatnio wpada do nas na śniadania i obiady. A skoro tak, dostał kocie imię – Rysiu. W środku miesiąca Kraciasty prawie codziennie pracował, dopiero pod koniec stycznia mieliśmy trochę czasu na bezcelowe łażenie tu i tam …

We wtorek wyskoczyliśmy do Meath – niedaleko, hrabstwo po sąsiedzku. Zobaczyliśmy z bliska Slane Castle, siedzibę Henry’ego Mountcharlesa, ósmego markiza Conyngham:

slane castle 1

Dom z końca XVIII wieku, zaprojetkowany przez Jamesa Wyatta, James Gandona i Francisa Johnsona, nadal jest w prywatnych rękach, co jest fajne i niefajne. Niefajne, bo nie można po nim bezkarnie łazić, fajne, bo muzea pachną inaczej niż budynki zamieszkałe przez domowników. Nie za bardzo lubię zapach domów-muzeów. W listopadzie 1991 roku Slane Castle został mocno uszkodzony przez pożar (część od strony rzeki Boyne, nad którą leży zamek, została zupełnie strawiona przez ogień). Doprowadzano go do porządku z dziesięć lat i, jeśli dobrze rozumiem, obecnie  mogą go zwiedzać zapowiedziane grupy. Od 1981 obok zamku wielu znanych muzyków grało koncerty, w zasadzie kto nie grał … może tylko wspomnę, że był tu z koncertem David Bowie, bo jego płyty akurat słuchaliśmy w samochodzie w czasie podróży. W budynku został nagrana czwarta studyjna płyta U2 … pod tytułem, nomen omen, „Unforgettable Fire” (niezapomniany ogień). Jeden z klipów do piosenki „Pride (In the Name of Love)” pokazuje zamek sprzed pożaru:

Obeszliśmy dom z jednej strony i daliśmy sobie spokój z zachodzeniem do baru, który jest otwarty pod zamkiem. Zrobiły na mnie wrażenie te nowe-stare drzwi, wejście do cudzego świata:

slane castle 2

Na terenie posiadłości jest też możliwe zwiedzanie lokalnej destylarnii. We passed on this, either.

Na północ od Slane znajduje się miejsce na które zajechaliśmy wracając z zamku – wzgórze Slane, the Hill of Slane. Wg legendy na tym pagórku w roku 433 św. Patryk rozpalił ogień, aby sprzeciwić się królowi Lóegaire, który zakazał palenia ogni, gdy święty ogień płonął na wzgórzu Tara, the Hill of Tara (również znajduje się w hrabstwie Meath i pewnie za jakiś czas tam trafimy). Rzekomo był to więc płomień od którego św. Patryk rozpoczął chrystianizację Irlandii.

the hill of slane

Na tym niewielkim wzgórzu (158 m) jest teraz XIX-wieczny cmentarz, ruiny XVI-wiecznego kościoła-zakonu, a na zewnątrz cmentarnego muru pozostałości po przyklasztornej szkole z której kawałek po kawałku odpadają kamienie. Budynki opuszczono w pierwszej połowie XVIII wieku.

Będąc na miejscu nawet nie zauważylismy, że po drugiej stronie jest zarośniety drzewami kopiec, pozostałości XII-wiecznego grodziska, które zbudowała rodzina le Flemingów. Anglo-saksończycy rządzili tymi ziemiami najpierw stąd, potem przenieśli się nad rzekę Boyne i zbudowali swoją siedzibę dokładnie w miejscu, gdzie obecnie jest Slane Castle. Dopiero po zwycięstwie Wilhelma Orańskiego, ziemie przeszły w ręce protestanckiego rodu Conynghamów.

Drzewa na wzgórzu mają skrywać też inną legendę – miejsce spoczynku Sláine’a mac Dela, pierwszego króla Fir Bolg (Fir Bolg to lud, który wg średniowiecznego zbioru poezji i prozy „Lebor Gabála Érenn” był czwartą z sześciu grup osadników na wyspie). Wg legendy Sláine rządził tylko jeden rok, zmarł w Dind Ríg, w hrabstwie Carlow, a jego prochy spoczęły gdzieś tutaj, wiele lat przed tym, zanim św. Patryk bawił się zapałkami. Legendarny król jest pierwszy na liście High Kings of Ireland, wg datowania XVII-wiecznego historyka Geoffreya Keatinga, lata jego panowania to 1514-13 p.n.e.  – nic dziwnego, że kopiec mógł się trochę … przytrzeć.

Na koniec naszego wtorkowego włóczenia się po okolicy wróciliśmy do hrabstwa Louth … do rybnego sklepu w porcie, po dorsza i lokalny, domowy chowder, którym podzieliliśmy się z kotem. Sam sklep rybny nie jest może antyczny, ot zwyczajny, ze świeżym połowem i kociołkiem na zupę, którą pani rozlewa do piankowych kubków, dodając do każdego po kromce sodowego chleba. Ale miejsce, które wybrano na port również ma swoją piękną historię:

Seismic Collision The Birth of Ireland

Opływające go wody są zasilane przez lodowaty prąd z północnego Atlantyku, co czyni to miejsce krystalicznie czystym, idealnym do połowu skorupiaków. Pierwszy raz jadłam zupę rybną, jeśli nie liczyć wsiowej wody ze śledzia. Rysiu po dłuższym dmuchaniu i sprawdzaniu łapką temperatury, również pochwalił czałderek. Żeby zjeść, musieliśmy oczywiście dojechać do domu, najpierw żegnając się z widokiem ośnieżonych gór Mourne:

widok 29. stycznia 19

Zrobiliśmy to bardzo szybko, bo zimno było jak cholera. No ale sam powiedz … pięknie. Jeśli marzę o większym domu, to jeden niech będzie z takim widokiem z okna.

Poniedziałek w hrabstwie Wicklow.

Ale nie ten wczorajszy poniedziałek, tylko poprzedni, gdy nie było jeszcze tak dyniowo. Dzień wcześniej byliśmy na północy, tym razem pojechaliśmy bliżej, na południową stronę Dublina, skąd już tylko rzut beretem do gór Wicklow. Opowiem Ci o tym najszybciej jak się da 🙂 …

… tak więc, w dolinie pomiędzy górą Djouce i Górą Cukru, Great Sugar Loaf,  znajduje się najwyższy całoroczny wodospad Irlandii, Eas Chonaill, wodospad na rzece Dargle, An Deargail. Prosz bardzo:

Powerscourt Waterfall collage

Zdjęcia z rąk Kraciastego. Historia mówi, że w sierpniu 1821 roku właściciel Powerscourt, którego wodospad był częścią, postanowił podczas wizyty króla Jerzego IV w Irlandii zrobić małe przedstawienie przyrodnicze. Zatamował wody wodospadu, aby móc je spektakularnie zwolnić, gdy król będzie razem z nim podziwiał ogromny potok stojąc na moście zbudowanym na dole. Piąty wicehrabia pomysł miał mocarny, na szczęście król z jakichś powodód nie opuścił bankietu w posiadłości. Gdy wody rzeki Dargle uwolniono spiętrzona fala zmyła most w kilka sekund. Szansa zmiany historii, jak widać, nadarza się każdego dnia 🙂

A tak w ogóle nazwa rzeki Dargle oznacza małą, czerwoną plamę – nawiązanie do koloru, którym upstrzone są znajdujące się w niej kamienie.

Wspomniałam o właścicielu posiadłości, jest i posiadłość. Oto ona:

Powerscourt Estate (6)

Uważam, że wielkością trudno ją porównać z Castle Ward. W moim odczuciu to gigant. Powerscourt ma długą historię, już w XII wieku stał tu zamek, który został zupełnie przebudowano w XVIII wieku. Wtedy też pojawiły się przeróżne odniesienia architektoniczne, między innymi do stylu włoskiego, a przez XIX wiek przebudowywano ogrody wg wówczas panującej mody. Oczywiście są więc różne mitologiczne golasy:

powerscourt estate collage

Tarasy wychodzą na staw z fontanną i wspaniały widok na kwarcytową Górę Cukru, która na tym wieczornym ujęciu chowa się za drzewem po prawej stronie:

Powerscourt (3)

Jest ogród „za murem”, jak to zwykle bywa w takich posiadłościach. I są w nim róże:

Powerscourt Estate (2)

Jest część angielska, z  pięknym starodrzewem.

Powerscourt Estate (3)

W 1908 roku na miejscu podsuszonych topielisk stworzono w obniżonej niecce ogród japoński. O tej porze roku mieni się kolorami. Podobno było to ulubione miejsce do robienia niewielkich, rodzinnych imprez:

Powerscourt (2)

Zaskoczyła mnie wiadomość wyczytana w sieci, że w XX wieku Powerscourt Estate spłonął – została z niego właściwe skorupa murów bez dachu, która straszyła przez następne 20 lat. Jakoś nie wyłapałam tego słuchając audioprzewodnika. Pożar zaczął się na poddaszu i służąca wspominała, że udało się jej wynieść całą porcelaną miśnieńską, którą zawsze planowała obejrzeć, ale gdy była w pracy nigdy nie miała na to czasu. 🙂

Jedno miejsce w parku wydało mi się szczególnie urokliwe. Pomiędzy kwitnącymi wiosną azaliami i rododendronami, na tyłach ogrodu za stawem założono cmentarz dla zwierząt. Psy, konie, ale również ten grób:

Powerscourt Estate (4)

To miejsce spoczynku dwóch krów, Eugienii i Księżniczki. Pierwsza była rudawą krową z Jersey, druga długowłosą panienką szkockiej rasy Angus. Co o tym myślisz? Wiem, że na terenie parku nadal można zobaczyć wolno pasące się zwierzęta, chociaż my nie mieliśmy szczęścia, żeby przywitać się z końmi. Boncho, Giddy i Glencree czasami skubią trawę niedaleko parkowego stawu.

Zmarzłam tego dnia. Zmarzłam, ale jeszcze w drodze powrotnej uśmiechałam się na myśl o krowach, które zostały zapamiętane. Ludzie sortują w swojej głowie świat w różnych szufladkach i bywają zaskoczeni, gdy coś się nie mieści w żadnej. Od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że nie powinnam mówić, że zwierzę umiera, ponieważ umiera człowiek, a zwierzę zdycha. Czyż kultura nie jest zmyśleniem? 🙂

Powerscourt (4)

PS. Kraciasty, śliczny ten rudzik filujący na Ciebie czujnie jednym okiem 😀 , więc go pożyczam i teraz będzie patrzył na wszystkich Czytelników.