Kolory jesieni na Howth.

Howth 12 listopada (2)

Robiliśmy podejście do tego szlaku w środku sierpnia – pierwsze wspólne, bo oczywiście Kraciasty był tu wcześniej w innych okolicznościach. Wtedy zawrócił nas deszcz. Wczoraj postanowiliśmy wykorzystać wolny poniedziałek i udało się, pospacerowaliśmy od portu do latarni morskiej Baily.

Howth 12 listopada 4

Pewnie wspominałam, że wybrzeże jest znane z mapy Ptolemeusza, nie wiem tylko czy wtedy Howth był połączony z lądem, czy też był wyspą. Dzisiaj na tombolu znajduje się przedmieście Dublina o nazwie Sutton. My zaczęliśmy swój spacer podobnie jak poprzednio, trochę dalej, w porcie pełnym mew, który już znasz. Kiedy podjechaliśmy na parking ciemne chmurki zaniepokoiły nas na tyle, że weszliśmy do Starbucksa (jakie oni mają słabe kawy, aż kolejny raz się powtórzę), żeby przeczekać ewentualne pogorszenie pogody. Późnie mogło być już tylko ładnie 🙂

Angielska nazwa Howth ma pochodzenie staronordyckie, pojawiła się wraz z Wikingami w IX wieku (hoved, Hǫfuð – cypel). Nazwa irlandzka Bhinn Éadair jest mniej jasna – zawiera imię osoby, której nikt nie zna, możliwe zresztą, że imię zostało z czasem zniekształcone. Howth jest miejscem ważnym dla historii, kultury i mitologii. Znajduje się tu kromlech (nie doszliśmy do niego), rzekome miejsce pochówku Aideen, żony Oscara, wojownika Fianny, który zginął pod Gabhra w roku 284. Starożytne śmietniki potwierdzają, że już tysiące lat temu w tej okolicy polowano z psami i jedzono skorupiaki. Wg mitologii miejsce było odwiedzane przez postacie takie jak Cú Chulainn czy Fionn mac Cumhail, zresztą to właśnie z półwyspu oddział Fianny miał wyruszyć na swoją ostatnią bitwę …

Tyle razy słuchałam piosenki Kate Bush, a nie słyszałam tego, co teraz wiem …

Then I’d taken the kiss of seedcake back from his mouth
Going deep South, go down, mmh, yes,
Took six big wheels and rolled our bodies
Off of Howth Head and into the flesh, mmh, yes …

„The Sensual World“, opowieść o Molly, bohaterce „Ulissesa“ Jamesa Joyce’a. Na Howth oświadcza się jej Leopold Bloom. Półwysep był dobrze znany Joyce’owi i wielu innym twórcom, występował jako tło obrazów malarzy, w tym Williama Orpena, a gdy wchodziliśmy na szlak odkryłam zupełnie przeoczony przeze mnie wcześniej napis na domu:

Howth 12 listopada (1)

… w latach 70-tych można było tu spotkać spacerującą z dziećmi Lynn Redgrave … Dublinersi, Dolores O’Riordan, Stuart Townsend, aktorzy, pisarze, dziennikarze … kto wie kogo zna pies, który zerkał nam w oczy, gdy wracaliśmy do portu przez Thormanby Rd 😀 Zresztą, każdy na swój sposób okazuje się czasem dla nas ważny …

Przeglądam zdjęcia i cieszę się jak dziecko, że zwlekliśmy się w wolny dzień, żeby przemaszerować po rancie półwyspu, może nie naokoło, ale całkiem spory jego kawałek. Woda migotała wieloma kolorami, przy brzegu wyglądała jak mleko do flat white, pełna powietrza i aksamitna:

Howth 12 listopada 3

Zielone latem paprocie zupełnie zrudziały i odsłoniły strukturę klifów. Wiatr był słabszy niż oczekiwałam, a pod koniec spaceru zachodzące słońce na bogato oświetliło nam nadmorską ścieżkę.

Howth 12 listopada 2 (1)

Howth 12 listopada 2 (2)

Howth 12 listopada 2 (5)

Howth 12 listopada 5

Około 15 zauważyliśmy statek wypływający z portu w Dublinie – Oscar Wilde zbudowany w 1987, prom typu ro-ro. Sądziłam, że zmierza do wyspy Man, ale z rozkładu floty jasno wynikało, że wieczorem był w Holyhead, w Walii. Gdy teraz sprawdzam jego namiary znowu jest w drodze 🙂

KIsh Bank lighthouse

Za Oscarem Wildem Kraciasty sfotografował latarnię i głowiłam się przez dłuższy czas co ona za jedna. Kish Bank, Banc na Cise, stoi na płyciźnie, którą statki mają z daleka omijać. Latarnia powstała dopiero w drugiej połowie XX wieku. Na krótko przed zakończeniem I wojny światowej 4 mile morskie na wschód od latarni Niemcy storpedowali statek pocztowy płynący do Holyhead, RMS Leinster. Była to największa katastrofa na Morzu Irlandzkim – życie straciło przynajmniej 564 osoby.

Być może za kilka lat gdzieś na tej ławicy powstanie elektrownia wiatrowa … na razie cieszyliśmy się widokiem otwartej, niczym nie zmąconej przestrzeni z jednym, złowieszczo błyskającym światełkiem.

Z każdym krokiem pogoda była coraz lepsza … i już w pełnym słońcu dotarliśmy do Baily – pierwsza latarnia morska powstała tu w 1667 roku. Obecna została zaprojektowana przez George’a Halpina Sr. i w takiej formie towarzyszy morzu od 1814 roku.  Zanim zainstalowano na niej dzwon przeciwmgielny i to miejsce było świadkiem kilku katastrof, w tym PS Queen Victorii, która wypłynęła z Liverpoolu zimą 1853 roku i zgubiła szlak zaskoczona śnieżnym sztormem. Tylko jedna łódź ratunkowa z 17 osobami dotarła do brzegu. Reszta z około stu pasażerów utonęła kilkadziesiąt metrów od latarni, zaledwie kilkaset metrów od portu.

Howth 12 listopada 2 (3)

W rezultacie tej ostatniej katastrofy dzwon został zamontowany na wiosnę tego samego roku, po siedmiu latach planowania, odkładania i cięcia kosztów. W rejonie jest jeszcze kilka widocznych gołym okiem latarń, które cały czas migoczą i ostrzegają. A przecież w słoneczny dzień, taki jak wczoraj, jakże to malownicze, nieomal rajskie miejsce … tutaj złapane aparatem Kraciastego:

Howth 12 listopada 2 (4)

Zadziorny cycuszek w tle to oczywiście Góra Cukru, która dość często zerka na nas, gdy wyruszamy na spacery niedaleko Dublina. Nie podeszliśmy blisko latarni, odbiliśmy w górę, w kierunku parkingu do miejsca oznaczonego na mapie jako The Summit. Jest tam dziwna, okrągła budowla, którą obeszłam w nadziei na małą choćby wskazówkę cóż to takiego. Nic z tego, nadal nie wiem, zaznaczenie owego summit czy jak … tak czasami jest z Irlandią. Skręciliśmy w Thormanby Rd., która bezbłędnie zaprowadziła nas do portu. Po drodze przyglądałam się ludziom, bo wielu w nimbie dziwności przemierza irlandzkie ścieżki. W tym pani o ciężkich nogach, a wcześniej chudy chłopak, który jeszcze w Starbucksie nieźle a z pewnością głośno składał zdania, a na Thormanby Rd. z pytającym wzrokiem i słuchawkami w uszach zachwiał się lekko próbując zrobić nam na chodniku miejsce, którego mieliśmy wystaczająco dużo. Spotkaliśmy też lokalnego hipopotama w kosmicznym skafandrze:

Howth 12 listopada

W drodze do domu utknęliśmy jeszcze w korku – niewielka cena oglądania pięknych okolic Dublina. Na szczęście jakoś tak mamy z Kraciastym, że to nie za bardzo jest problem – my w samochodzie, a na zewnątrz cały świat, już bez słońca, z migoczącymi gwiazdami i światłami naszej prowincji.

Wiem, że w Polsce tego dnia wielu ludzi miało wolne z okazji poprawin po święcie niepodległości, opowiedz mi więc jak wyglądał Twój poniedziałek. Jednak praca? Leżakowanie czy coś? 😉

_______________________________________________
w celu dokształcenia się zajrzałam choćby tutaj:

oraz na ogólnodostępne strony o flocie, i na wiki.

Advertisements

Kult w Dublinie.

Wzięłam udział w świeckiej, jesiennej tradycji!

Kult przyjechał do Dublina w ramach corocznej Pomarańczowej Trasy. Akurat miałam dzień wolny i z pomocą trójki znajomych przemieściłam się w kierunku The Academy na 57 Abbey Street Middle. Przed wejściem zostałam opieczętowana wejściówką, która była tak anemiczna, że w słabym świetle sali nie było czego na ręce fotografować. The Academy to niewielka scena koncertowa, może trochę porównywalna ze Starym Klasztorem w którym byłam dwa razy w zeszłym roku. Jako support przez pół godziny grali zupełnie mi nieznani Irlandczycy ze Slacker’s Symphony. Mocna perkusja, ale brakowało mi zaplecza, żeby zrozumieć i docenić natężenie dźwięku 😀

Trasa2018

Kult wszedł trochę po 19-tej i grał ponad dwie godziny. Zabawne, że nigdy nie widziałam ich na żywo w Polsce, a na obczyźnie spotkaliśmy się tak łatwo. Niewielka sala pozwalała na obserwowanie koncertu z boku na siedząco bez straty zbyt wielu wrażeń. Siedziałam więc po lewo, obok damskiej ubikacji i ignorowałam cudze kubki z piwem. Na samym początku podszedł do nas zawiany Przemysław z Łodzi/Belfastu, jako wysłannik swoich kolegów, Elvisa i Kuby. Obwieścił nam, że każdy z nich ma po dwójkę dzieci oraz że w autobusie wszyscy sikali, a Elvis dotrzymał. Poza tym miał do nas biznes w postaci podrzucenia nam do pilnowania swojego plecaka. Zgodziłyśmy się ze względu na te dzieci i Elvisa. Od czasu do czasu Przemo wpadał, żeby posilić się schowanym w plecaku soczkiem lub wyjąć szluga. Opowiedział też być może całkiem prawdziwą historię jak to, jako wierny fan wiele lat temu zaiwanił zespołowi cały wór firmowych koszulek 🙂 Z innych wydarzeń okołokoncertowych, na bisie pewna kobieta przeskoczyła przez ochronę i wpadła na perkusję.

Jeśli chodzi o sam koncert, Kult objawił mi się jako zespół rzetelny, bez instaotoczki, skomplikowanego ruchu scenicznego i tego całego „rączki do góry“. Profesjonaliści, którzy w oparciu o swoją dyskografię mógliby zagrać kilka różnych koncertów. Mój wzrok przyciągał w szczególności Jeżyk Wereński na gitarze, Janusz w sweterku oraz Morawiec, który ze swoją siwą grzywą wydawał się być mi znany z innego życia.  Czas biegnie nieubłaganie dla nas wszystkich, myślę że „Polska“ wyszła kilka lat temu, a tu nagle zdaję sobie sprawę, że Kazik na żywo wygląda jak wujek Józek, młodszy brat mojej babci, który mieszka na Grabiszyńskiej  🙂 Tak więc pierwsze pięć minut było to oswajanie się z wujkiem Józkiem. Niemniej nie żałuję, że ruszyłam się w niedzielę po południu, mam takie poczucie, że zobaczyłam legendę. Set był chyba mniej więcej taki:

Kult w Dublinie

Fotkę pozwoliłam sobie przytulić bez pisemnej zgody, sama zrobiłam kilka zdjęć słabej jakości. To były dobrze spędzone dwie godziny, lubię ich teksty, lubię uczciwy sposób podejścia do muzyki, poczucie, że twórcy coś czytają, coś oglądają i inteligentnie poruszają się po świecie kultury. Powiększa nam się zestaw legalnych płyt Kultu w naszej płytotece i pewnie jeszcze niejedno dokupimy. Ucieszyła mnie ta niedziela i jedyne czego mi brakowało to Kraciastego, który w chuście bojownika pojawił się dopiero przed północą, aby zawieźć mnie do domu zanim objedzona chicken tikką zgubię pantofelek.

Za chwilę, po Reykjaviku, od października w wykonaniu Kultu Radomie, Rzeszowy, Torunie i inne. Może będą śpiewali hymn gdzieś blisko Ciebie … 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść“. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5

Howth 6

Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons“. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory“ wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?“. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

W piątek.

Dublin 27 lipca (1)

Dublin 27 lipca (2)

Dublin 27 lipca (3)

Piątek był świetnym wstępem do spokojnego weekendu, zaczął się od mojego job interview, potem był długi spacer … w centrum miasta przywitała nas tęczowa flaga – Dublin przygotowywał się do sobotniej parady osób transseksualnych (następnego dnia widzieliśmy sąsiadkę pakującą się do samochodu z tęczową parasolką, może ktoś reprezentował tam naszą ulicę). Na Millenium Bridge jakaś uśmiechnięta pani wyprzedzając nas powiedziała mi, że mam fajne buty. Most Tysiąclecia to kładka dla pieszych na rzece Liffey, an Liffe (to prawdopodobnie tę rzekę miał na myśli Ptolemeusz pisząc w swojej „Geografii“ o rzece Οβοκα. Kilka lat temu z innego mostu bezdomny człowiek skoczył do Liffey ratując swojego króliczka o imieniu Barney).

Spacer był głównie w poszukiwaniu glanków dla Świechny, ale po kontemplacji mew i kaczek u Zielonego Stefana zaszliśmy też do Tower Records na Dawson St. To sklep muzyczny, niegdysiejszy amerykański gigant wykończony sieciowym piractwem. W Dublinie ludzie nadal tu przychodzą, przeglądają płyty, zazwyczaj kupują po kilka, chociaż nic się od czasu bankructwa TR nie zmieniło i wszystko można ściągnąć z sieci. Szukaliśmy Davida Bowie z lat 70-tych – od wyjazdu do Kerry robiąc z rana pierwszą herbatę nucę „Space oddity“, „Life on Mars?“ albo „Ziggy Stardust“. Mocarne kawałki. Ma znaczenie, co leci w samochodowym odtwarzaczu 🙂  Bowie za dużo nagrał, nie mogliśmy się zdecydować i wyszliśmy z pięciopakiem albumów Billy Joela.

Zwieńczeniem spaceru była kawa na skrzyżowaniu Nassau i Dawson – nie jest to najlepsza Costa na świecie, ale my w niej byliśmy, więc ma szczęście. Czuję się wyróżniona przez życie mogąc tak właśnie spędzać czas. Dyskutowaliśmy o mnóstwie rzeczy, gdzieś bokiem przeszedł nawet Gajcy ze św. kucharzem od Hipciego; jestem pewna, że Gajcy miał jakieś sensowne powiązanie z innym tematem, nawet jeśli teraz wyblakło mi to w pamięci.

To tyle w poobiednio spisywanej relacji. Mam niesamowity odpływ energii. Gdybyś kiedyś zawędrował w te okolice, Czytelniku, daj mi znać.

* * *

… wczoraj pogoda wróciła do stanu irlandzkiej równowagi po fali bezdeszczowych upałów i ta piosenka idealnie wpasowała się w poranny nastrój za oknem:

Mam gulę w gardle, gdy jej słucham. „Where are we now“. Są dni, gdy taki kawałek się przydaje. Wczoraj nad ranem zmarła Kora Jackowska, dzisiaj Tomasz Stańko. Kraciasty tę ostatnią wiadomość skomentował zwięźle „o kurwa!“. Szczery hołd.

Dublińskie klimaty.

Sobota była ciepła; jeszcze można było dostać wilka siedząc w Stephen’s Green na trawie, ale przez słoneczne ulice przelewały się kolorowe tłumy w mniejszym lub większym negliżu. Spacerowaliśmy nie gonieni żadną większą koniecznością, trochę nonszalanccy, a ja w trochę za krótkiej kiecce. Dublińskie centrum z pewnością warto przejść na własnych nogach, nawet jeśli obok pubów zalatuje nam nieciekawym zapaszkiem.

Wąską uliczką idziemy z Kraciastym trzymając się za ręce i z naprzeciwka mija nas para homoseksualna, która robi dokładnie to samo. I to mi pasuje w centralnym Dublinie: otwartość na różnorodność i multikulti. Ludzie demonstrują swoje poglądy, zbierają na cele charytatywne, wylewają się z pubów i kawiarń, reprezentują każdy wiek, styl, kraj, język, kulturę i nikt nie robi z tego zagadnienia. Jednym zimno, innym gorąco, są kurtki i podkoszulki, klapki i trapery, kapelusze i dredy. Osobiście kieruję swój zachwyt w kierunku ludzi z szarmancką elegancją noszących kamizelki i zegarki z dewizką oraz różnej maści naturalnych hipsterów starej daty; ale każdemu, co lubi.

Jak ten pan. Co pan w zasadzie rysuje?

multi-culti dublin
Trochę faktów na temat widocznego tu Dublin’s Last Supper TUTAJ

W takiej atmosferze nawet lampowy zapał zygotarian mi nie przeszkadza. W Irlandii trwa obecnie walka ideologiczna o utrzymanie ósmej poprawki do Konstytucji. Wojna na hasła na latarnianych słupach jest widoczna nie tylko w Dublinie. Poprawka jest bzdurna, natomiast niebzdurna jest dla mnie wolność wypowiedzi, nawet, gdy osoba plecie trzy po trzy. Mam w tej sprawie stanowisko jasne: każdy ma prawo być głupi (bo odmawianie sobie samemu prawa do swojego ciała jest głupotą), tak jak ma prawo mieć skrzywienie kręgosłupa i nic z tym nie robić.

Oprócz kulturowej różnorodności podoba mi się tu religia kawiarniana*. Nie jestem kawiarą w tym peerelowskim stylu starszych nauczycielek, które ogłaszają, że piją kawę, żeby wszyscy wiedzieli, że było je stać na zakupy w pewexie. Piję kawę z dwóch powodów: żeby się skupić, gdy pracuję umysłowo i dla towarzystwa. Od dłuższego czasu piję espresso zalane gorącą wodą, czyli americanę. Bez cukru, bez mleka. I nie uważam, że najlepsza jest w domu. Lubię chodzić do kawiarń i patrzeć na ludzi; cholernie mnie cieszy, że nie jestem w tym odosobniona.

religia kawiarniana Dublin

to miejsce, które jest w każdym zakątku świata. Jest najwyższym osiągnięciem naszej cywilizacji oprócz języka, pisanego i mówionego, oczywiście. Tam spotykają się ludzie i wszystkie poglądy można w tym miejscu pogodzić. W kawiarni nie ma kłótni, nie ma indoktrynacji. Wszyscy przychodzą tu licząc, że załatwią jakąś sprawę pozytywnie. Broń zostaje za drzwiami. Wszyscy, bez względu na poglądy czy wyznanie, mogą normalnie rozmawiać. Nie ma prania mózgu. To namiastka tego, jak byśmy mogli zbudować świat.

Tyle K. Pieczyński w wywiadzie sprzed trzech lat. Opinie ma radykalne, powyższą potwierdzam własną obserwacją. Siedzimy z Kraciastym w tę sobotę w Coście (odmiana słowa Costa wygląda dziwnie, wiem). Siedzimy pod szklaną ścianą, Costa jest na którymś piętrze Jervisa, centrum handlowego przerobionego z XIX-wiecznego szpitala. Na wprost mój wzrok pada na azjatyckie zgromadzenie familijne. Po prawej stronie mam dziewczynę w kapelutku (prawie) Annie Hall i jej koleżankę z fryzurą na Jennifer Grey w epoce „Dirty Dancing“. Po lewej  siedzi paru młodzieńców i dziewic ciemnoskórych, ubranych w hip-hopowym stylu. W kącie sali pan w wieku średnim zaczytany w „Folk“ Zoe Gilbert. Siedzimy, pijemy kawę, rozmawiamy, po pół godzinie pan nadal zaczytany. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt nikogo nie próbuje przekonać do bycia Azjatą lub hip-hopowcem lub do noszenia kapeluszy. Panie obsługujące co najwyżej poinformują, że zamykają za półgodziny, nie zaburzają picia klauzulą sumienia w kwestii „dolewać mleka czy nie dolewać“, nie kołyszą się pomiędzy stolikami z kubkami pełnymi śmietanki, nie zachwalają, że ich śmietanka cieplejsza i nie powoduje sraczki. Pan z kąta w niewidzialny sposób inspiruje mnie do sprawdzenia kim jest Zoe Gilbert, ot, cały atak duchowy. Tak, do tej religii przypadkowych przechodniów mogę i chcę należeć.

stephens green dublin

I trzecia sprawa: modlitwa trawnikowa, albo parkoterapia. Stephen’s Green, Faiche Stiabhna, wiktoriański park w środku miasta (piszę, wiktoriański, chociaż park ma dłuższą historię, ale w każdym razie swój obecny kształt zawdzięcza XIX wiekowi). Tłumy zastaliśmy dzikie, wydaje mi się nawet, że większe niż gdy chodziliśmy po nim latem zeszłego roku. Tu spacerował James Joyce, tu ludzie wylegują się na trawnikach, podpierają drzewa czytając, rozmawiają, łapią promienie słońca, tańczą tango, albo jak my, jedzą drugie śniadanie. Garda przechadza się pilnując porządku, mewy kołują nad małym stawem i walą zdrowe kupy na przechodniów, chłód od wody chroni przed przegrzaniem – chociaż w mieście ciepło, właśnie u Stefana poczułam, jak zatoki mówiły mi „ej no“. Zastanawiam się jak tu jest, gdy pada lub jest zupełnie poza sezonem, w środku irlandzkiej, trzydniowej zimy, czyli dnia drugiego. W taki dzień jak ta sobota tłumy mogą irytować, ale przecież to dość logiczne, że każdy chce pobyć chwilę na zielonym polu Stefana, albo chociaż się po nim przejść. To piękne miejsce jest i należy do wszystkich:

Ja tu o Dublinie i jeszcze ani słowa o pubach (poza sikami) i o Guinnessie. Da się? Oczywiście. W Dublinie w ogóle nie trzeba pić piwa, żeby poczuć specyficzny klimat miasta, a nawet wręcz warto zachować trzeźwość spojrzenia. Wypić kawę, pospacerować, przyjrzeć się godności z jaką niektórzy starsi mieszkańcy noszą swoją własną modę. Gdy już dorosnę i zdam maturę, też tak będę, całym sercem.

__________________________________
* Mój stosunek do religii i instytucji opisany jest TUTAJ. Irlandia, poza tym, że katolicka, ma trochę inne tempo; czasami jest to problemem, czasem wręcz przeciwnie.