Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy“ Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina“ Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej“ Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku“ Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami“ Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia“ von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum“ Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum“ pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność“ (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry“ Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce“ zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie“ wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz“ Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej“ wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie“ (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy“ bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa“. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz“, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …“ lub powtarzać „nie pij, nie pij“ nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle“), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?

i ostatnie pytanie z innego gatunku:
Uważasz, że uzależnienie od alkoholu jest w Polsce problemem społecznym, czy raczej media przesadzają?

Advertisements

Przychodzę do Ciebie z kinem …

bo praca skradła mi chwile, które moglibyśmy przeznaczyć na spacery. Jesienna aura też nie pomaga 🙂 to taki okres, gdy częściej śpię z poduszką na głowie niż pod głową. Podrzucam Ci kilka dobrych tytułów obejrzanych w ciągu moich jesiennych miesięcy. Pierwszy świetny, jeszcze listopadowy film to …

control sam riley.gif

biograficzny „Control“ zrobiony ponad 10 lat temu przez Antona Corbijna, który opowiada o krótkiej karierze nowofalowego Joy Division, zanim stało się popowym New Order.

Wizualnie przemyślany obraz skupia się na prywatnym życiu frontmana zespołu, Iana Curtisa. Muzyki Joy Division słuchałam krótko gdzieś w okolicach edukacji licealnej … obok ówczesnego zafascynowania The Doors był to jedynie epizod, ale film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Nie jest dziełem głównie dla fanów (tak mogłabym powiedzieć raczej o „Bohemian Rhapsody“  na które poszliśmy do kina pod koniec października – muzyka zwycięża, Malek jako aktor nieźle dobrany), psychologicznie prawdziwy chwyta i ducha epoki i osobiste dramaty.

Główne role są naprawdę trafnie obsadzone … Sam Riley grający Curtisa pozwolił mi zapomnieć, że nie tak dawno widziałam go jako pana Darcy’ego w „Dumie i uprzedzeniu i zombie“, w roli jego żony Samantha Morton – dla mnie do tej pory aktorka na stałe przypisana do ról kostiumowych. Druga połowa lat 70-wcale nie jest jak kolorowe jarmarki, zresztą koloru innego niż czarno-biały w tym filmie brak, i nie chodzi tylko o to, co widzimy, także o świat wewnętrzy bohatera … Curtis był utalentowanym, charyzmatycznym liderem, który w zasadzie „robił“ zespół, ale z innej perspektywy był postacią zupełnie typową dla swojego pokolenia czy wieku, zerojedynkową, niedojrzałą, zagubioną. Nie dał też sobie czasu, żeby się odnaleźć. Robotnicze miasto w jego sercu ciągnie się za nim jak cień, gdy Ian wyrusza w wielki świat … gdzieś tam daleko pobrzmiewa David Bowie, migocze inna rzeczywistość. Gdy zespół Warsaw (sic!) staje się Joy Division*, a spełnienie artystycznych marzeń widać na wyciągnięcie ręki, nie ma fajerwerków. Sukces niczego nie zmienia, jeśli nadal jest się tym kim się jest. A mówią Bądź sobą …

Kolejny dobry film obejrzałam, gdy kilka tygodni temu byłam w Polsce. „Amator“, opowieść o tym, jak można odnaleźć coś, co pochłania, co spełnia życie i jakie są tego konsekwencje – mamy go w naszej domowej kolekcji filmowej, po prostu tym razem był to seans telewizyjny, czyli nic nowego, ale Kieślowskiego nadal się ogląda, nawet lepiej za drugim czy entym razem. Poboczna uwaga jest taka, że czas akcji filmu jest mniej więcej ten sam, co wspomnianej wyżej biografii Curtisa.

Jest to historia zaopatrzeniowca, któremu się wydaje, że ma wszystko czego chce, a chce tego, czego zazwyczaj ludzie pragną: rodziny, miłości bez szaleństw, świętego spokoju. Któregoś dnia Filip kupuje kamerę i świat mu się odmienia. Kino moralnego niepokoju – dziwna nazwa, wydaje mi się, że film Kieślowskiego wyrasta ponad jego założenia. Z uśmiechem przeczytałam, że kręcono go w Chrzanowie … ileż nasłuchałam się o tym Chrzanowie od pewnej osoby … Chrzanów spełnieniem marzeń. Miasto gra Wielice, miejsce „tak bliżej Krakowa trochę“, prowincjonalne blokowisko na którym rodzi się artysta. Z tych narodzin nie wszyscy się cieszą, w szczególności najbliżsi, którzy woleliby, żeby było jakoś tak normalnie. Z drugiej strony jest Wawrzyniec, bohater kręconego przez Filipa filmu, jest jego wzruszenie. I tu muszę zauważyć, że aktorom zawodowym nie ustępują amatorzy, jak pan Rzepka, prywatnie pracownik Biblioteki Narodowej w Krakowie, grający szeregowego, starego pracownika zakładu przemysłowego. Nie ma dziadostwa rodem z „Klanu“, nikt nie podaje tekstu jak robot starej generacji. I to też jest zasługą reżysera – sztuką jest pozwolić ludziom zagrać co mają do zagrania. „Amatora“ cyfrowo zrekonstruowano i tę wersję z pewnością warto u siebie mieć – uwielbiam świeżość kadru połączoną z patyną czasów i okoliczności. Aaaaa … i nie wiem czy wiesz, ale film miał pierwotnie mieć inne zakończenie. Potem dopiero dopisano i zagrano to, które oglądamy,

bo tamto zakończenie to była nieprawda, przestaniesz robić filmy?, a ja przestanę robić filmy?

Z peerelowskiej Polski przechodzę do zimowego Berlina. W październiku obejrzałam niemiecki „Upadek“, film o ostatnich dniach Hitlera – portretuje go u Hirschbiegela doskonały w tej roli Bruno Ganz. Tak kończy się wódz, jego wyznawcy, współpracownicy, miasto. Dobrze jest wrócić do seansu myślami po jakimś czasie i zastanowić się czy coś mi po nim w głowie zostało. Jest tam powtarzający się obraz młodych ludzi, którzy sami postanawiają obsługiwać posterunek z działem – taki młodzieńczy hurapatriotyzm, mówi ci to coś (że zacytuję pana Jasińskiego z serialu „Dom“)? …  Czytałam gdzieś o oburzeniu/kontrowersji, że przedstawiono Führera jako człowieka. Hitler był człowiekiem … zachowaj się jak człowiek, mówią … paradne, biorąc pod uwagę ile nasz gatunek ma niedoróbek – podobno świniom łatwiej jest rzucić alkohol niż nam …  🙂

Hitler był człowiekiem, a młodzi ludzi byli patriotami. Czy nastolatkowie walczą kiedykolwiek w jakiejś swojej wojnie, czy to jest jedna wielka ściema dorosłych? To nie jest nowa myśl, już mi zaświtała, kiedy letnim wieczorem obejrzeliśmy „Miasto 44“ (też całkiem niezły film, świetnie łapiący groteskę powstania, chociaż wcale nie jestem pewna, czy szkoły w swoim czasie waliły na ten film w celu oglądania groteski).

Oprócz prac historycznych podstawą scenariusza były wspomnienia Traudl** Junge, osobistej sekretarki wodza – dzięki temu jest w filmie element bardzo autentyczny, powtarzający się w wielu kulturach, w wielu czasach: z bliska zło nie wydaje się takie okropne, szczególnie, gdy widzimy je jak cieszy się wegetariańskim obiadkiem, rozmawia z dziećmi, gdy damy mu okazję do zadzierzgnięcia z nami prywatnej znajomości. Zło, inaczej niż w amerykańskich kreskówkach, jest bliskie, niepozorne i ponieważ jesteśmy skłonni je usprawiedliwiać, łatwiej zaraża. Wiedzą to nie tylko uczestnicy wielkich wydarzeń historycznych, wiedzą to przecież również bite żony. Czyż Hitler po prostu nie pomagał narodowi wstać z kolan? Bardzo cieszę się, że ten film zrobili akurat Niemcy,  język ogromnie pomógł nadać spójność mojemu odbiorowi tego, co dzieje się na ekranie. Jeśli tylko będzie ku temu okazja wyląduje w mojej kolekcji dvd, bo jest to jeden z filmów do których można wracać (takim do którego wracać nie warto okazał się kilka dni temu „Kod Da Vinci“ Rona Howarda, z odległości czasu cieniznę dialogów słychać straszliwie i tylko autentyczna scenografia podsłodziła mi seans).

A na koniec wrześniowy „Whiplash“, ponownie film muzyczny. Autorskie dzieło Damiena Chazelle z 2014 roku i współczesny Nowy Jork jako tło historii o złudzeniach młodości, technice gry na perkusji i psychicznych manipulacjach. Osią opowieści jest relacja pomiędzy ambitnym studentem jazzowego grania i jego toksycznym nauczycielem.

„Whiplash“ był początkowo filmem krókometrażowym, który dostał powiew funduszy po bardzo dobrym przyjęciu go przez krytykę w Sundance 2013. Wraz z pieniędzmi w roli ambitnego nastolatka pojawił się nowy odtwórca, Miles Teller. Utwór tytułowy napisany przez Hanka Levy’ego pierwszy raz zabrzmiał w 1973 roku na płycie „Soaring“ Dona Ellisa. Jakoś nie mogę zebrać słów, żeby napisać coś więcej o warstwie muzycznej tego filmu, co by się zresztą zgadzało, bo Zappa rzekł był, że

Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.

Btw. wczoraj minęło 25 lat od jego śmierci. W każdym razie czuję się zwolniona z tego punktu programu i dobrze, bo jeszcze palnęłabym jakieś głupstwo. Długi muzyczny finał tego filmu jest wisienką na torcie, tym na co liczyłam, chociaż nikt tu nie wygrywa żadnego konkursu. Puenta taka mi się nasuwa, że życie jest czymś więcej niż walką o cudzą akceptację, rodziny lub mistrza i że spełnienie może pojawić się jako skutek uboczny, gdy robimy to co robimy not giving a fuck.

Każdy z tych filmów był powodem naszych domowych dyskusji, nawet teraz gdy to piszę wracamy do fabuł i gadamy. Przez moment zastanawiałam się czy nie poświęcić im osobnych postów, bo tematyka jest tak różna i przemyślenia w związku z tym różnorakie. Ale z drugiej strony nie chcę zafilmowywać sobie bloga, bo nie tylko o tym jest moje życie, nie widzę też powodu, żeby pisać o wszystkim, co oglądam … o rzeczach słabszych pisać się nie chce, narzucanie sobie reżimu miesięcznych podsumowań filmowych uważam za bezużyteczne. Wracając pamięcią do naszych wieczornych seansów widzę, jak szybko mija ten czas, mija dobrze choć mógłby wolniej, mógłby się ciągnąć jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i dać nam się przesycić, aż do radosnego oczekiwania na choinkę … już grudzień, za chwilę nowy rok.

Jak przeżyć młodość, żeby nie zrobić sobie krzywdy … pasja ważniejsza niż rodzina … wojny nie dzielą się na sprawiedliwe i niesprawiedliwe … rób swoje i nie żebraj o poklask, uznanie przyjdzie samo. Jakieś Twoje myśli w związku z tymi zdaniami?

Dzień dobry 🙂

_______________________________
*Joy Division to tłumaczenie słowa Freudenabteilung, nazwy grupy więźniarek z obozu w Auschwitz wybranych do świadczenia usług seksualnych.
**tak w ogóle, to jakie to bajeranckie imię! Wersja Gertrudy (nigdy bym na to nie wpadła), pochodzi ze starogermańskiego i oznacza mocną włócznię.

Wątpliwość.

doubt meryl streep wind

Gdy zapuszczam się w rejony filmów w których gra Meryl Streep, każdorazowo po seansie uzmysławiam sobie, co jeszcze chciałabym obejrzeć z tą świetną aktorką i widzę, że lista jest przede mną długa 🙂

Tym razem film sprzed 10 lat, którego akcja dzieje się w roku 1964, w katolickiej parafii na Bronxie. Sucha, krytyczna, konserwatywna siostra Bouvier od św. Alojzego (cóż za imię) nabiera wątpliwości, czy kontakty z uczniami jej przełożonego, postępowego księdza Flynna, są tylko niewinnej natury. Ksiądz Flynn jest postacią sympatyczną, wygłasza ciekawe kazania, jest lubiany … myślę, że także przez widzów – w tej roli nieodżałowany Philip Seymour Hoffman, który cztery lata temu zakończył życie bawiąc w Nowym Jorku (zabił go luty w mieście wymieszany z heroiną i amfetaminą). Obsadę dopełniają Amy Adams jako naiwna siostra od św. Jakuba i Viola Davis grająca matkę jednego z uczniów. Nie wyróżniłabym ponad innych żadnego z aktorów – cały kwartet mocny, grający czysto i harmonijnie.

Gdzie leży prawda? Zakonnica prześladuje sympatycznego księdza wiedziona pychą, czy w księżych kontaktach jest coś na rzeczy? Celem autora scenariusza (oraz reżysera i dramatopisarza w jednym) nie było walenie widza po głowie oczywistościami, zresztą sztuka teatralna ma podtytuł „przypowieść“. Są za to obserwacje … choćby krótkie, dosadne porównanie jak siadają do posiłku księża, jak to robią zakonnice … ten pierwszy świat jest w filmie gdzieś daleko, widzimy ich zetknięcie tylko w szermierkach pomiędzy księdzem Flynnem i siostrą Bouvier. Podnoszą się głosy, wieje wiatr na zmianę, przepalają się żarówki.

Zaintrygowało mnie, że film wydał mi się bardziej kostiumowy niżby na to wskazywał rok akcji – Siostry Miłosierdzia, których przedstawicielką jest siostra od św. Alojzego, noszą w Nowym Jorku kapelusze z epoki regencji. Kiedy zagłębiłam się w temat okazało się, że wcale nie pomyliłam się z umiejscowieniem kostiumu – zakon został założony przez Elizabeth Seaton w 1809 roku, wdowę, która ubierała się jak włoskie kobiety z epoki stosownie do tego statusu i taki też mundurek obowiązywał przez lata w zgromadzeniu – siostry nowojorskie przestały go używać dopiero w roku 1968. Ten mundur wspaniale komponuje się z opowieścią, zresztą poza aktorstwem i subtelnościami scenariusza, „Wątpliwość“ zachwyciła mnie scenografią, sposobem kadrowania, złamanymi kolorami jesieni (butelkowa zieleń przebijająca w tle jest po prostu przepiękna). Doskonale jesienny film z miejscami, które prawie pomyliłam z Bostonem, bo w mojej wyobraźni istnieje taki właśnie Boston 🙂 John Patrick Shanley pokazał miasto swojego dzieciństwa, a postać siostry od św. Jakuba wzorował na nauczycielce, siostrze Margaret McEntee, o której mówi, że miała ogromny wpływ na jego życie.

Może Cię zaskoczę, ale temat zakonnic uważam za feministyczny i z tego punktu widzenia, pozycji jaką zajmują w hierarchii kościoła (zazwyczaj najpodlejszą), jest to temat dla mnie bardzo interesujący. Że ta pozycja choćby w porównaniu z zakonami męskimi jest słaba … wystarczy pomyśleć na czym lans robi Szostak, a z czego jest znana Chmielewska. Temat rzeka. Film jak najbardziej polecam – jest bardzo dobrze zrobiony w ogóle i wybornie jesienny w szczególe.

Pewnie za jakiś czas zaopatrzymy się z Kraciastym w kilka „zakonnych“ książek i wtedy wrócę do tematu, a tymczasem na Związku rozmawiamy o zjawisku dziewic konsekrowanych – zajrzyj, zapraszam.

Dobrego tygodnia 😉

Kler Smarzowskiego.

Kler Braciak

Byłam, zobaczyłam. Zazwyczaj nie piszę tutaj o modnych filmach na które walą tłumy, bo mam długą listę ciekawych rzeczy do obejrzenia i każda czeka na moją osobistą weryfikację hot or not. Poza tym nie przepadam za entuzjazmem świeżego tłumu popkornożerców i colowciągaczy. Gdy idę na coś niemodnego, jest większa szansa, że ludzie nie przychodzą się tylko nażreć i naśmiecić.

Sytuacja była o tyle wyjątkowa, że to mój pierwszy seans filmowy w irlandzkim kinie. I to traktuję jako podstawową motywację. Oczywiście wiem, że „Kler“ bije w Polsce rekordy box office’u, mam internet, czytam co ludzie piszą. Wczoraj o osiemnastej w Dundalk widownia była wypełniona, wydawało się nawet, że cała miejscowa polonia przybyła,  ani jednego wolnego miejsca, nalot na kino w grupach, ludzie pozdrawiali się nawzajem.
I jak było?

Trailer zapraszał na inny film – miało być śmiesznie lub, jak kto chce, obrazoburczo. I owszem, pierwsza scena to ta, którą znamy z zapowiedzi. Trzej panowie piją do piosenki Kultu. Potem jednak robi się coraz smutniej. Krótka recenzja mogłaby brzmieć tak: przygnębił mnie ten film. Warto dodać na samym początku: nie jest to film ani o wierze, ani o którymkolwiek bogu. I skoro to już mamy wyjaśnione … miałam w wyobraźni jakiś tam obraz czy listę życzeń tego, co może pojawić się na ekranie. Np. wyobrażałam sobie koncert aktorski w wykonaniu pana Gajosa. Jego Morda jest mordą wszystkich mord. Mordowicz to wspaniała personifikacja sapiącego biskupa wygłaszającego okrągłe przemowy w stylu „lata spędzone w służbie Maryi przeżyłem w ubóstwie …“. Przy okazji obwieszczanych przez filmowych duchownych formułek – momentami odnosiłam wrażenie jakby były żywcem wycięte z medialnych wypowiedzi. Nie pokuszę się teraz o sprawdzenie, bo nie mam filmu pod ręką, ale zrobię to kiedyś, gdy będę miała go na dvd. Czy były to cytaty? Bo choćby po to, żeby usłyszeć jak brzmią w zestawieniu z obrazem cierpienia jednostki, warto było pójść na ten film. Ale wracając do aktorstwa, wyobrażałam sobie koncert gry Gajosa, dostałam cielesność i nie narzekam. Jakubik i Więckiewicz zagrali krwiste postacie i to oni w zapowiedziach są gwiazdami „Kleru“. Nie dajmy się jednak zwieść 🙂 Zamiast napadu na wiarę, który niejeden jej fałszywy obrońca chciałby tu wytropić, dostrzeżmy psychologiczną prawdę, której jest tu sporo. Dwóch z trzech księży, chociaż zło czynią, są postaciami pozytywnymi, bo niewiele jest w życiu rzeczy czarno-białych, a już z pewnością nie o takich rozprawia ten film. Jednym ze sposobów radzenia sobie z byciem ofiarą jest naśladowanie kata, przejście na jego stronę mocy. Trzeba tylko stać się bezdusznym. To co mnie zachwyciło, to Braciak grający księdza dorastającego w miejscu do złudzenia przypominającym zabrzański ośrodek wychowawczy osławionej siostry Bernadetty. Jeśli dopiero na film się wybierasz, patrz na jego twarz, nie spuszczaj jej z oczu. Tylko silni i ambitni docierają do Watykanu.

Jeśli chodzi o reakcje publiczności, dwie rzeczy. Odnosiłam wrażenie, że część widowni na takie filmy nie chodzi, a gdy już pójdzie to gorączkowo szuka w nich czegoś zabawnego. Bo tak odbierałam chichoty, gdy któraś nobliwa postać na ekranie przeklęła. Podsumowanie jednego z widzów pod napisy końcowe: no i nic takiego nie było – w sensie nic kontrowersyjnego. Inaczej mówiąc: wszyscy wiedzą, że duchowieństwo obraca wielkimi pieniędzmi i uczestniczy w podejrzanych przetargach, festiwal tego typu zachowań jest jawny, parę miast z nich słynie. Wszyscy wiedzą, że są przypadki przemocy, pedofilii, co łaska, zwykłego zdzierstwa, chamstwa, pogardy. No i nic takiego nie było – wisienka na torcie tego seansu. Wszyscy wiedzą i nic z tego nie wynika. Czy to nie jest najsmutniejsza rzecz jaką można usłyszeć w takim kontekście?

To tyle na szybko, bo wrażenie siedzi mi w głowie, chociaż w międzyczasie kończy się cudowna niedziela o której więcej napiszę w tygodniu. Jeszcze dzisiaj przy okazji herbaty u znajomych analizowaliśmy różne wątki ostatniego filmu Smarzowskiego. Myślę, że to zawsze jest radość dla twórcy, gdy wsadzi kij w mrowisko na tyle, że ludzi to rusza w tym świecie w którym niby widzieliśmy już wszystko. Film nieobojętny.

Demon i Pianista.

the pianist polański

Tydzień temu spakowaliśmy do walizki kilka papierowo-płytowych historii. Przyszedł czas na skosztowanie i ostatnie dwa wieczory spędziliśmy na oglądaniu filmów. Tak się złożyło, że każde z nas widziało ten z nich, którego nie obejrzało drugie, było więc i kulturalnie i egalitarnie.

Na początek poszedł „Demon“ Wrony. W zeszłym roku z przyjemnością odpaliłam go w Halloween zachęcona etykietką horroru. Przekonałam się, że reżyser wykorzystał jedynie szablon gatunku, żeby z jednej strony wypełnić go swojskimi motywami, z drugiej poruszyć zupełnie inny temat. Rozsypujący się dom na wsi, hojni teściowie, przaśne wesele, wódeczka dobra przy każdej okazji. W tym wszystkim pojawia się trup w ogródku, bardzo zresztą niewyraźnie, a pan młody zaczyna dziwnie mówić. Wrona uraczył nas doskonałymi plenerami, starannym doborem aktorów i nadal aktualną opowieścią o tym jak to jest u nas ze zbiorową pamięcią. Bo chorujemy na jakiś rodzaj amnezji, jest to więc także film o chorobie. Dopiero teraz, za drugim razem, zauważyłam, że starego pana Wentza zagrał Włodzimierz Press, drobny i kruchy. I śmieszna rzecz … byłam przekonana, że postać powiatowego lekarza grana jest przez Jakubika … dopóki na potrzeby tego tekstu nie sprawdziłam danych. Adam Woronowicz, ten od Popiełuszki, doskonały. Wydaje mi się, że każdy aktor mógł tu szeroko pograć … Woronowicz oprowadzający ducha po polu, Tiran doznający przylgnięcia, Grabowski w każdej scenie, Press patrzący na miasto, którego już nie ma. Synagoga to masarnia, masarnia to sklep …

Wczoraj z kolei świetny „Pianista“ Polańskiego. Wiem, stary, stary, wszyscy znają, ale ja nie. Pamiętam jakieś okruchy recenzji tuż po premierze filmu, że to wszystko mało emocjonalne, że zdystansowane, że zbyt nieporuszające. Nosz ku….wa. Jak jeszcze można było podkręcić tę historię zbiegów okoliczności? Historia prawdziwa, gdzie człowiek zamożny, znany artysta ubrany w doskonale skrojone, wełniane płaszcze próbuje przetrwać w swoim własnym mieście nękanym pożogą wojny. Z kryjówki do kryjówki z zagrożenia w zagrożenie, aby w końcu poznać Niemca, który lubi muzykę. Znajomość zawarta z powodu puszki z ogórkami. Zastanawialiśmy się z Kraciastym nad losem, który ocala jednych i kończy życie innych. Na Szpilmana przypadło zapewne wielu ludzi, którzy zginęli przechodząc przez ulicę. Wyjdę tylko po chleb. Jeb i już. Nikt nigdy nie połączył wielkich wydarzeń z ich nazwiskiem. Może zresztą i nigdy nie połączył ich nazwiska z rozkładającym się ciałem. Co do tej historii można dołatać, jakąż ekscytację, żeby było lepiej?

Porozmawialiśmy o tym z Kraciastym sporo, dłuższy czas pewne obrazy miałam pod powiekami. Historie poruszyły mnie również dlatego, bo jestem przekonana, że doznaliśmy wielkiego uszczerbku na narodowej tożsamości po eksterminacji Żydów. Jeśli możesz te filmy gdzieś obejrzeć, nie wahaj się – myślę, że są tego warte. Jeśli obejrzałeś, ciekawa jestem Twojej opinii na ich temat.

Piszę to późnym wieczorem, gdy jest już spokojnie i gładko a z piekarnika pachnie rybką. Wyobraź sobie, że tego dnia jednak mieliśmy na wybrzeżu pierwszy, zimowy sztorm. Buka zmierza ku nam krokiem posuwistym, a nam jest dobrze w naszym domku i tylko szkoda mi, że nie zapakowałam do walizki również wszystkich moich Muminków. Muminki przydają się na długie wieczory w których za oknem wieje wiatr.

Dobrej nocy 🙂

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, lot, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii“ Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię“ Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę“. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią“.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem“, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Sierpień w hrabstwie Osage.

August_Osage_County_gif_thumbnail

Hrabstwo Osage naprawdę istnieje na Wielkich Równinach. Jego stolicą jest Pawshuka, nazwana tak na cześć wodza, lub też kilku wodzów, których angielskie imię brzmiało Białe Włosy. W Osage 14% mieszkańców to rodowici Amerykanie. Kraina rozległych przestrzeni i kurzu unoszącego się za samochodami.

Oglądałam film Johna Wellsa już 4 lata temu, w sierpniu. Tzn. widziałam obrazy, które przemykały przez ekran, ale miałam zbyt wiele dystraktorów. Tym razem było lepiej, tak jak zazwyczaj jest z Kraciastym. Po seansie wyszukałam nazwisko Misty Upham, która grała tutaj jedyną sympatyczną postać (mnie kojarzyła mi się  z Marilyn z „Przystanku Alaska“ , Kraciastemu z Nobody z „Truposza“). Byłam ciekawa, w czym jeszcze mogę ją zobaczyć. Kiedyś interesowałam się filmami robionym przez nativów – półamatorsko opowiadanymi historiami, oknami na mroczne bajki z rezerwatu. Zaskoczyło mnie bardzo, że młodsza ode mnie dziewczyna nie żyje już cztery lata. Co za smutek, co za śmierć i niespodziewany epilog z #metoo w tle. Misty Upham z narodu Czarnych Stóp już nie ma.

Film jest m.in. o sprawach ostatecznych, ale przede wszystkim o toksycznej rodzinie, która w skąpanych słońcem okolicznościach spotyka się, żeby załatwić swoje sprawy, lub raczej odstawić tradycyjny teatr, w tym przypadku teatr pożegnania i rodzinnego obiadu. Na plakacie widać stół i zasiadających przy nim ludzi – dzisiejsi plakatodostawcy są tak mało finezyjni, ciekawa jestem jak z tematem obeszliby się Starowieyski albo Pągowski.

Jest w tej historii pożegnania tyle, co kot napłakał, pomimo tego, że stypa to ważny punkt fabuły. Przedstawione cierpienie jest zupełnie innego rodzaju, pospolite, grząskie, zasysające. O czym myśleli dystrybutorzy kwalifikując „Sierpień…“ jako komediodramat? Dramatu jest w nim sporo i owszem, komedii szukać próżno, bawić można się posiadając kompletnie stępioną wrażliwość  na słowo. Film jest samograjem dla Meryl Streep, reszta aktorów także jest wspaniała. Czuję sceniczny rodowód tej historii, co w tej obsadzie i z tymi zdjęciami kompletnie mi nie przeszkadzało. 10 lat temu sztuka Tracy Lettsa dostała Pulitzera. Tracy nie jest kobietą, jest panem w średnim wieku z Tulsy w Oklahomie, włosy z każdym rokiem przerzedzają mu się coraz bardziej. W swoim dramatopisarstwie wzoruje się na sztukach Tennesseego Williamsa i książkach Faulknera, dwóch klasyków z Mississippi. Robi to chyba dobrze, bo poczułam ten charakterystyczny dla ich południa gorzki żar. Wieczorem rozmawialiśmy z Kraciastym o tym wszystkim z dwie godziny. Może nie jest to coś na lato, chociaż … zupełnie nie rozumiem skąd w ogóle wziął się pomysł, że latem ktoś nas zwalnia z myślenia o życiu.

Domownik. Demitologizacja życia.

the Homesman meryl streep

W kinie byłam, ale teraz to naprawdę. Stoi przed nim nawet mała maszyna do popcornu.

Byliśmy i w kinie i na filmie, ja z Kraciastym. Dokładnie było nas dwoje na widowni, my oraz nasze herbatki. I tutaj wtrącę smutek, że we wleńskim kinie, naprawdę uroczym, nastawionym na widza (seans jest grany nawet dla jednego) bywa tak mało publiczności. Z całą pewnością było nas tam wczoraj dwa razy mniej niż panów stojących o tej porze przed sklepem z piwem. A na film Tommy Lee Jonesa naprawdę warto było przyjść.

Mnie „Eskorta“ ogromnie poruszyła i wśród różnych rozważań mam jedno wielkie pytanie. Jak odebrałaby go osoba, która ma głowę wypełnioną myślami w rodzaju „wszystko dzieje się po coś“. Jesteś fanem motywacyjnych tekstów Beaty Pawlikowskiej? Obejrzyj film i powiedz mi, co myślisz.

W sieci natknęłam się nawet na tekst What Does The Ending Of The Homesman Really Mean? i moją szczerą reakcją było „co za gówno“. No tak, wszystko musi means something. Musi mieć jaką wartość. Gdy ktoś kogoś uratował dostaje za to nagrodę, przemoc wykonana przez bohatera jest uzasadniona, a na końcu będzie morał. Główna bohaterka ma w głowie ułożone, jak życie powinno wyglądać. Na terytorium XIX-wiecznej Nebraski pije płyny z delikatnej porcelany i przebierając palcami po wyhaftowanych klawiszach udaje, że gra na fortepianie. I otóż nasza bohaterka podejmuje wyzwanie: przewozi trzy kobiety, które straciły rozum, do raju o nazwie Iowa. Na początku świta mi myśl: oj, film feministyczny, twarda laska wśród niesprzyjających okoliczności przyrody. Dowiadujemy się przy okazji, że trzy kobiety straciły rozum, bo społeczeństwo było niemiłe. Tu niejeden zechce przymknąć oko na konkrety, np. penisa wsadzonego w celu zapłodnienia, noworodka wrzuconego do dziury w wychodku, kolejne dziecko zabite przez błonicę lub matkę wywleczoną na śnieg, żeby „doszła“. Idźmy dalej, pojawia się jakiś brudas i nasza zacna i silna Bogiem kobieta ratuje go oraz dezynfekuje. Będzie miłość. Po wielkich trudach wszyscy dotrą na miejsce, wariatki dostrzegą swoje życie i to, co się im przydarzyło, w optymistycznych barwach,  bo w końcu wiemy od Beaty, że wszystko wydarza się po coś, brudas od tej pory będzie czysty, a główna bohaterka znajdzie męża. Robi to, co należy, oraz mówi rymowane modlitwy – jak nic, czeka ją nagroda, przynajmniej w postaci ludzkiej pamięci.

(pytanie pomocnicze: jak myślisz, kto ją będzie pamiętał dzień po zamknięciu fabuły?)

Jones to wyreżyserował godnie i dużo się uśmiechał w roli brudasa. W podanym wyżej linku interpretacja jego tańca jako tańca życia wskazuje, że człowiek z lęku przed bezsensem zinterpretuje ładnie wszystko, nawet pijackie podrygiwanie.

Postać grana przez Swank początkowo skojarzyła mi się z jej rolą u innego aktora-reżysera. „Za wszelką cenę“ – to był film. Też warto obejrzeć. Ale ten dziwny western opowiada historię bardziej prawdziwą, mało kinową, mało książkową, w ogóle mało cokolwiek.

Polskie tłumaczenie tytułu sugeruje film akcji. Mnie bardziej podoba się oryginał. The Homesman. Bohaterami tego filmu są sami domowi ludzie, ceniący wartość rodziny, pracujący, dbający o swoje ważne cele, jak postawienie domu, spłodzenie potomka, zrobienie dobrego biznesu hotelowego lub bycie dobrą żoną pastora. Bo to ważne, tak? Migająca na chwilę Meryl jest piękna w roli kobiety pełnej dobrych intencji. Podobnie jak postać grana przez Swank, zna ładne modlitwy, których Bóg z pewnością wysłuchuje.  Ciepła, miękka kobieta. I tylko te trzy panie niepokoją. Jakieś takie mało domowe, nie wiadomo, o co im chodzi. A przecież, Bóg dopuszcza tyle cierpienia, ile człowiek jest w stanie unieść. Karma wraca. Proście, a będzie wam dane. Nie lękajcie się. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu.

Tak sobie teraz myślę, że panowie spod sklepu faktycznie nie muszą oglądać tego filmu. Im się już spełniło. Oni chyba wiedzą.

Zanim kliknęłam „opublikuj“, wygrzałam plecy w słońcu. Pięknie dzisiaj jest, a ja wcale nie mam ochoty snuć egzystencjalnych rozważań. Naprawdę, wspaniale zaczął się ten dzień i zastanawiam się teraz, co tu miłego napisać, tak w stylu Beaty, ale tylko trochę, bo nie mam jej zaburzeń. Czyń dobrze i nie czekaj na rezultaty? A więc, czyń dobrze. I nie czekaj.

Aa! Aa! Aa!

czekając na sobotę

Zachciało mi się.

Ptaszek śpiewa, dziewczę kwili, społeczeństwo przygotowuje się do zmartwychwstania myjąc okna, a mnie z moim miłym przypiliło wczoraj obejrzeć dwa dokumenty. Epos o wsi Zagórki, „Arizonę“ Ewy Borzęckiej i „Czekając na sobotę“ Morawskich o kulturowej roli dyskotek.

I tak Słońce wyszło, a mnie dalej chodzą po głowie obrazy beznadziei, nudy, specyficznego stanu umysłu i kresowego osadnictwa, przeszczepu spod strzech pod dachówki i papę.

Pracowałam przez 25 lat w klubie kultury przy PGR. Było tam 20 krzeseł, 4 stoliki, 2 fotele, jedna lada, jeden chodnik przez całą długość, eee…2 gazetki ścienne, 6 żarówek, stolik pod telewizor… ymm… uuu… tam ludzie przychodzili z obory, pili napoje chłodzące typu oranżada, czytali prasę… więcej już nic było.

Myślę o tej Pani co zjadła Burka, czy jeszcze żyje. I o chłopaku, synu nauczycielki, który do połowy filmu wydaje się nie mieć ojca, a potem okazuje się, że właśnie na tym lepiej by wyszedł. Nigdy nie nudził się aż tak, aby po „Łysku z pokładu Idy“ przeczytać jakąś książkę i wprawdzie na dysce zalicza dziewczyny, ale za żonę chciałby jakąś inną, chociaż dokładnie nie wiadomo, gdzie miałby ją poznać (już wiemy, że biblioteka odpada). Myślę o Pani, która pamięta imiona krów sprzedanych po rozpadzie PGR-u. O panu, co wyprowadzał konia na spacer. I o pałacu, czy jeszcze stoi.

Masłowskiej tekst niech sobie poleci w związku z tym:

Mister D. – Społeczeństwo jest niemiłe

Mój pradziadek Ignac obrządkiem koni zaczynał swój dzień. Chodził w wypolerowanych oficerkach. To była inna wieś, w której tacy z „czekając na sobotę“ uświerkliby na mrozie przy lepszej zimie i do wiosny przegnili w rowie.

Recepty żadnej nie wysnuję, bo tu trudno być mądrym. Tzn. łatwo być mądrym. Dlatego trudno. Jest cała rzesza mądrych z korwinistami na czele i z obecnym populistycznym rządem, a ja uważam, że lepiej nie być w ich szeregach, bo to nigdy nie przestał być obciach. Nie wiem jak naprawić intelektualną biedę. Ale wiem, że nie jest metodą promowanie w tv publicznej disco polo. Od tego nie robi się mądrzej. Tylko intelektualnej biedzie jeszcze trudniej jest zauważyć własną ubogość, nie mówiąc już o próbie wyciągnięcia się z niej.

A teraz, bardzo proszę, wczesna Siekiera:

Naprzód poszli, sierściotłuki
karły, burki, kurze łapki
aaa…. aaa…. aaaa …. aaaa!

trupie główki, mysie trutki
samce wrony, stare sromy
aaa…. aaa…. aaaa…. aaaa!

dalej poszli gdzieś
wronie serca nieść
dalej poszli gdzieś
kurze łapki jeść.

Usłyszeć utwór „Sierściotłuki“ w wykonaniu Zenona Martyniuka byłoby bezcenne. Albo „Marysię“ vel „Burek dobry pies“:

Zabij ubij kiedy chcę,
I Marysia i ty Burek
meee…. meee… meee…. meee!
Helu Krzysiu utnij mi
Szczurek Burek gryź i ty
tyyy…. tyyy…. tyyy…. tyyy!

Dokumenty mają już swój wiek, a telewizja uraczyła nas w międzyczasie tyloma obrzydlistwami, że może już pewne rzeczy tak nie szokują. Niemniej te dwa filmy obejrzeć warto, bo łapią one pewien fragment rzeczywistości, który tłumaczy, dlaczego w telewizji dużą oglądalność ma pseudodokument „Szkoła“ i jubileusz disco polo, a koncerty bachowskie nie schodzą.

* * *

Myślę o tych filmach i myślę, więc znajduję zwieńczenie historii Zagórek, Sagerke, w tekście „Tak się kończy Arizona“ w Gazecie Wyborczej. A właśnie rozmawialiśmy z Kraciastym wczoraj, czyli dzisiaj, bo po północy, jak to jest być dzieciakiem w takim miejscu. Jeśli Ci dobrze w życiu, spójrz na ten świat, oczu nie zamykaj.

Jutro jadę na klify, a za kilka dni do Polski. Będzie ładniej.

Dwa filmy o silnych kobietach. Ebbing. Pokot.

giphy

Byłam w kinie domowym i obejrzałam w niewielkim odstępie czasu (wtorek/sobota) dwa świetne filmy, które pod pewnymi względami okazały się podobne.

Po pierwsze głównymi bohaterkami są kobiety w wieku mocno średnim i wyglądające na wiek mocno średni. Nie są jedynie matkami głównego bohatera i nie starają się wyglądać młodziej. Zadają widzowi muchomora pokazując się w momencie, gdy, według prawideł trendy opowieści dla ludu, osiągnęły pewien stopień bezużyteczności. A one nie. Jedna z bohaterek zalicza, tak zupełnie zwyczajnie. Naprawdę 🙂

Po drugie akcje filmów są umiejscowione na prowincji, która traktuje główne bohaterki zupełnie niepoważnie. Po trzecie działaniem obydwu pań kieruje autentyczny wkurw na sytuację.

„Trzy billboardy za Ebbing, Missouri“ walczy o Oscara. Obejrzałam wiele filmów z tym wyróżnieniem, które po kilku latach od premiery nie były warte splunięcia, jest to więc kwestia poboczna i małoznacząca. Film jest antyamerykański w formie. Ni to dramat, ni komedia, główni bohaterowie, którzy powinni siedzieć na dupie do końca, jak to gwarantuje hollywoodzka fabuła, wykonują dziwne ruchy i zaburzają obywatelowi odbiór. Akcent jest cudownie południowy, aktorzy starają się, żebyś nic nie zrozumiał, jeśli studiowałeś anglistykę w Europie. Są momenty bezsensownej przemocy. Frances McDormand, szukająca sprawiedliwości dla zgwałconej córki, wspaniała w roli Johna Wayne’a, Woody Harrelson bardzo ciepły jako policjant.

„Pokot“, wszedł na ekrany kin kilka miesięcy wcześniej i podobno był naszym kandydatem do Oscara (spójrz wyżej). Pewne środowiska uznają go za antypolski, dlaczego, doprawdy nie mogę tego wyrozumieć. Bo sugestii, że wszyscy Polacy identyfikują się z chorym układem w dwóch patogennych środowiskach (myśliwskim i kościelnym) i że wyczerpują one definicję Polaka, nie mogę brać serio. Są w filmie przepiękne okolice Kłodzka, przez przypadek dziejowy zasiedlone po wojnie frustratami*. A zamiast się wymową antyklerykalną przejmować niech da nam do myślenia, dlaczego sarny, które nie boją się człowieka (czyli lokalesa), muszą być z mitycznych Czech. Są momenty bezsensownej przemocy. Agnieszka Mandat, szukająca zaginionych Dziewczynek, w życiowej roli. Ciepły Wiktor Zborowski.

Panie chodzą w zbrojach: Mildred w granatowym kombinezonie i z bandaną, Duszejka w pstrokatej kurtce z kaczego puchu i wełnianej czapce. Dwie wściekłe kobiety na wojennej ścieżce.

Oczywiście to nie są opowieści o tym samym. Są dość różne, zbieżności same mi się narzuciły, gdy wczoraj przeżuwałam w głowie drugi seans. Uważam, że filmy warto obejrzeć i mogę dorzucić, że moim zdaniem „Pokot“ słabszy jest od książki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych“, ale z drugiej strony w książce nie usłyszy się chóry chłopięcego, którego wykonanie „Pojedziemy na łów“ przechodzi w „Moją krew“ Republiki. Aaaa, jeszcze jedna rzecz. Puentą obydwu filmów może być to, że w życiu dobrze jest znaleźć kogoś, kto mówi językiem podobnym do naszego. A potem się trzymać.

______________________________________
* myśl Kraciastego. czyli cytat.