Schlagwort-Archive: filmy

Etiudy szkolne na Dzień Dziecka.

Mama wczoraj o poranku wysłała nam życzenia. Podstarzałe te jej dzieci, a ona pozostaje młoda i zawsze o mnie (teraz już o nas) pamięta. Przy tej okazji zauważyłam, że Międzynarodowy Dzień Dziecka zredukował się w Polsce do narodowego. Głupota ludzka ma swoje granice jak wszystko, są one jednak słabo znane nauce. Z okazji święta mam dla Ciebie kilka krótkometrażówek … oprócz tego, że buszuję w Ninatece, znalazłam w sieci legalne źródło Wydziału Radia i Telewizji UŚ i teraz dobrobyt mam taki, że nie wiem, kiedy to wszystko obrobię.

„Idziemy na wojnę“ Krzysztofa Kasiora, 2011:

Etiuda z Schuchardem, o tym jak to wspaniale jest pojechać i zabić paru ludzi. A jak Ciebie zabiją? A dlaczego? Zamiast mówić o realiach wojny, Kancelaria Premiera organizuje dzieciom możliwość przymierzenia kamizelek i hełmów. Sposobienie się na czasy, gdy będzie potrzebna dostawa świeżych, polskich flaczków, jest mi szczerze obmierzłe.

(Schuchardt dobrym aktorem jest, mam nadzieję, że po „Bodo“ dostanie jeszcze szansę na główną rolę, wybierałam się na jego „Tramwaj zwany pożądaniem“ w Ateneum i wybrać się nie mogłam. Dają to jeszcze?).

Idziemy na wojnę

„Kiedy ranne wstają zorze“, etiuda Mateusza Głowackiego, 2012. O więziach jakie łączyły kolektyw z którego słusznie wykiełkowała kultura gryla narodowego. Lata 60-te, a jednak nihil novi sub sole i pewnie niejednemu łezka się w oku kręci jak było wówczas ładnie na świeżym powietrzu i jak ludzie ze sobą rozmawiali:

„Wyspa“ Krzysztofa Zygalskiego, 1984. Bińczycki, dźwięki przyrody i więź niemalże zadzierzgnięta:

Lubię krótki metraż tak samo, jak jestem wdzięczna za wyraźne rozdziały w literaturze faktu.

Kraciasty właśnie wszedł w szlafroku i oświadczył, że dzieło stworzenia jest najważniejsze 😀 No to narta. Dzisiaj też jestem dzieckiem. Dobrej niedzieli 🙂

Werbeanzeigen

Tylko nie mów nikomu Sekielskiego.

Ledwo wczoraj coś wpisałam, a już znowu przyłażę z czymś do Ciebie … a niby taka zajęta 😉 No cóż, siedzę tu z umytymi włosami, po dziewięciu godzinach pracy, i czuję, że chcę to napisać jeszcze dzisiaj … nie będę się powstrzymywała, zagryzam to śledziem w occie i lecim z tematem.

Wczoraj miał swoją premierę film Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu“. Można obejrzeć go legalnie na YT, więc nie będę referowała od ofiary do ofiary o czym to idzie. Film trwa dwie godziny, obejrzyj, a ja napiszę moje przemyślenia pod spodem, tak, żebyś mógł sobie je pominąć, jeśli taka wola:

Film nie stawia więcej tez niż te, które poruszono w „Klerze“. Można nawet odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy byli na gorącej linii. Niektóre wydarzenia przedstawione w dokumencie zostały zarejestrowane po premierze filmu Smarzowskiego. Czy więc ten film zmienił coś w postępowaniu hierarchów polskiego Kościoła? Raczej nic. Czy ten dokument coś zmieni? Raczej nie sądzę. Ta gleba jest mocno nasiąknięta dulszczyzną i choć dziś wielu głosi, że los ofiar ich obchodzi, jutro ręka biskupia będzie całowana.

Reakcje księży na dochodzenie reżysera są ilustracją mechanizmów jakimi rządzą się sekty – uwodzenie, wymaganie podporządkowania się, dezinformacja. Osoba skarżąca na przesłuchanie kościelne musi pójść sama, bez wsparcia bliskich, bez wsparcia psychologa, musi przysięgać, że nic z tego o czym rozmawia (w swojej własnej sprawie!) nie wyjdzie za zamknięte drzwi … Księża złapani w drodze może i chcą rozmawiać, ale za chwilę grupka rozbiega się jak stado kuropatw (metoda: trzeba iść szybko i wyglądać na zajętego) … Nikt nie może prowadzić rekolekcji bez listu biskupiego. Ksiądz pedofil nie został skierowany na rekolekcje przez biskupa, ale czy ksiądz może prowadzić rekolekcje bez wiedzy biskupa? No nie może. Kto więc wydał pozwolenie? … ? … Czy pan Dziwisz jest teraz wolny? Nie ma go. Jest msza. Jest obiad. Ktoś wyjechał na rehabilitację. Będzie później. Teraz i tu go nie ma. Ale on jest w środku. Nie ma go tam. Ale on jest w środku. To jest miejsce prywatne i on ma prawo tam być. Zakonnice i klerycy kłamią tak łatwo jakby łykali cukierki, i … wierzę im. Oni naprawdę zapominają swoje kłamstwo po minucie. Zagadnęły ich przecież jakieś namolne wszy, wrogowie Kościoła. Kogokolwiek szukasz, tutaj go nie ma.

Jak wygląda reakcja hardkorowych wiernych … „Kler“ był zły, nie oglądali, bo jest to atak na Kościół. Teraz pojawił się jednak dysonans poznawczy: na temat dokumentu wypowiedział się prymas, na dodatek z troską. Może trzeba zareagować, udać, że to ich cokolwiek obchodzi, więc … po krótkim odnotowaniu faktu, strony, profile, blogi wyznawców zamilkły … nie mów nikomu. Najczęściej stało się to po zacytowaniu w całości „zatroskanego“ oświadczenie prymasa, zresztą po to ono zostało opublikowane – żeby np. onet wkleił je na pierwszą stronę. Jeśli obejrzysz film do końca, wiesz, że nic z tego nie wynika. Dlaczego tak późno sprawy są zgłaszane? To częste pytanie, szczególnie wśród grupy „zatroskanych“, ale nikt nie umie powiedzieć, kiedy byłby ten dobry moment … wyobraź sobie, że przychodzisz do takiego hardkorowego rodzica, który stręczy księdzu swoje dziecko, bo jest okazja kilkudniowego wyjazdu za granicę, i opowiadasz mu o sytuacji intymnej dziecko-ksiądz. Sądzisz, że to byłby ten dobry moment?

tylko nie mów nikomu sekielski

kadr z filmu

Kwestia świadków i dobrego momentu … ofiary wybierają ten jeden, gdy są już na tyle silne, żeby udźwignąć świadomość tego, że nikt się za nimi nie ujmie. Wielu nigdy tego stanu nie osiąga. Gdy bohaterka wraca na miejsce swoich tortur uświadamiam sobie, że w tej miejscowości mieszka kilka innych kobiet, jej koleżanek, które były gwałcone przez tego samego księdza. Zapewne żadna z nich swojej historii nie opowie. Zastanawiam się czy one chodzą na msze i biorą Eucharystię do ust prosto z rąk księdza, jak nakazuje Tradycja … Moją ogromną sympatię wzbudziła inna postać – prawnik, który pomaga ofiarom molestowań, ale jednocześnie sam jest jedną z nich. Widzę, że uczynił ze swojej misji rodzaj sportu, straszenie rozbiegających się kuropatw sprawia mu chyba przyjemność, choć wydaje się to być akt pozbawiony złudzeń … każdy nie daje sobie rady na własny sposób … dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na półce leży i czeka na przeczytanie jego mocna książka, którą Kraciasty przywiózł za którymś razem z dolnośląskich wojaży – „Kroniki opętanej“ wydana  przez Krytykę Polityczną.

Sprawa mediów … chwilowo media są dokumentem zachwycone – ktoś (Sekielski) z grupką znajomych zajął się śliskim tematem za pieniądze, które sam zebrał, i wystawił się osobiście na ewentualne strzały. Dlaczego żadne z opiniotwórczych mediów nie podjęło dochodzenia lata temu? Gdzie są wywiady w których zostałyby postawione jasno sformułowane pytania a rozmówca nie mógłby skręcić w stronę wyuczonej formułki o miłosierdziu oraz tym, że z grubsza zawdzięczamy mu w s z y s t k o? Media chętnie tropią i dręczą pytaniami ofiary, choć z kolei adres kurii można znaleźć za pomocą kilku klików. Polskie dziennikarstwo jest jak nasza moda uliczna w małych miasteczkach – bez jaj.

I ostatnie: oświadczenie prymasa. Metoda zdartej płyty. Poruszony, dziękuję, zrobię wszystko, dokument papieża, trzeba wyjaśnić, musimy chronić. Z dokumentu, który zawiera świeże wydarzenia, mające miejsce już po premierze „Kleru“, jasno wynika, że nic takiego jak naprawa tej sytuacji nie ma w Episkopacie miejsca. Schemat jest prosty: przeciągać sprawę tak długo, aż kat będzie za stary, by domagać się zadośćuczynienia. Można dojść do przekonania, że biskupi w Boga czy boską sprawiedliwość nie wierzą. W końcu tu na ziemi blokują działanie sprawiedliwości najwyraźniej w przekonaniu, że po śmierci nie zostaną za to pociągnięci do żadnej odpowiedzialności. Ma to mocne ugruntowanie w pontyfikacie Wojtyły: dopiero w 2001 roku przestało obowiązywać „Crimen sollicitationis“, wcześniej, czyli przez ponad 20 lat pontyfikatu JPII, sprawy pedofilii zgodnie z tym dokumentem były zamiatane pod dywan. Hierarchów polskiego kościoła oglądamy w filmie dzięki wstawkom z różnych programów – odmówili Sekielskiemu komentarza lub nie chciało im się nawet odmówiać. Odmówił także prymas Polak (bo mu się dokument nie podobał), ale za to wiesz, że udzielił komentarza poza dokumentem (gdyż obejrzał go z troską i już mu się podoba), aby sprzedać swoją narrację. Udzielni książęta, mówiąc swoim poddanym cokolwiek, nadal mają się dobrze w swoich pałacach.

W onetowskiej recenzji Węglarczyk dopatrzył się światełka nadziei. Nie powstrzymam się przed spoilerem: autorem listu czytanym pod koniec filmu przez Sekielskiego jest ksiądz, który jako dziecko sam był molestowany przez księdza. Że niby jest to zaskakujący i jakże fortunny zwrot akcji … a pamiętasz ten wątek w „Klerze“? Pamiętasz jakie to miało następstwa w fabule i jak ten wątek u Smarzowskiego się zakończył?  „Z pewnością także ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele“, oświadczył Gądecki, który wcześniej odmówił udziału w filmie. I nie wiem zupełnie dlaczego, gdy przeczytałam to jego zdanie, pomyślałam sobie „chrum chrum?“.

Zimna wojna Pawlikowskiego.

Gorączka sezonu nagrodowego zelżała, dostaliśmy lub nie dostaliśmy, komuś się podobało, komuś się nie podobało. Niektórzy już wiedzą, czym się mają zachwycać, a które filmy nie są tak dobre. Cudnie, mogę to i owo obejrzeć w spokoju, spóźniona i bez nerwowego poczucia, że jestem w głównym nurcie.

zimna wojna

Przedwczoraj późnym wieczorem skończyliśmy oglądać „Zimną wojnę“, którą Kraciasty kupił w Polsce na dvd. Nuciłam Arię z Wariacji Goldbergowskich i usłyszałam, że ze mną nuci ktoś jeszcze. Niemożliwe … Glenn Gould, dobry znajomy. Nie spodziewałam się takiego zakończenia (a widzisz Sagulo, nie spodziewałam się, chociaż je przecież u siebie zdradziłaś 🙂 ).

Tomasz Kot jako Wiktor, poszukiwacz ludowych przyśpiewek telepiący się po zaśnieżonych traktach w wojskowej kurtce, którą znam z amerykańskich filmów. Kim był, co robił przed rozpoczęciem akcji filmu? Tego się nie dowiemy, zauważymy smaczek ubioru albo nie i idziemy dalej. Irena Agaty Kuleszy – postać bez puenty … znika, i dopiero po jakimś czasie orientuję się w którym wymownym momencie widziałam ją po raz ostatni. Nie wygląda na kogoś, kto nauczył się czytać dzięki państwowym programom walki z analfabetyzmem. Skąd pochodzi i jakie są jej dalsze losy? … Borys Szyc zagrał niewdzięczną rolę człowieka ograniczonego. Po roku 1945 idzie nowe, a on z nim, mozolnie pnąc się po szczeblach kariery. Człowiek bez właściwości, wie co trzeba powiedzieć, żeby było dobrze, kiedy podpieprzyć, kiedy okazać łaskę. I wygrywa, lub przynajmniej tak to widzi w łopatologicznych kategoriach człowieka ograniczonego. W tym otoczeniu autor umieszcza Zulę Joanny Kulig. Po pierwszej minucie czuję, że to dziewczyna, która zaadoptuje się do najpodlejszych warunków. Tych najpodlejszych nawet szuka, żeby poczuć się jak w domu. Ale film mówi też o tym, że możliwość adaptacji ma jakieś granice … Wiktor i Zula, w historii starej jak świat, z każdym czasowym przeskokiem w fabule zmierzają w kierunku granicy za którą nie ma już przystosowania …

Wszystko to jest podane subtelnie, a równoprawnym bohaterem tego wysmakowanego filmu jest muzyka. Od ludowej, jej bogactwa i potencjału poprzez jazz dochodzimy do nieszczęsnego Baja Bongo. Muzyczne klęski bywają różne – jest pean na cześć Stalina, jest muzyka rozrywkowa bez treści. Po tym drugim rozumiem reżysera, który nie chciał widzów zostawić w poczuciu klęski i brzydoty. „Kocham Cię nad życie, ale muszę się wyrzygać“. Dlatego na końcu musiał być Bach.

I czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala, gościa od „Idy“ – żeby nie było buro.

I jeszcze, ruiny, które widzimy na początku i na końcu filmu – to greckokatolicka cerkiew św. Paraskewii w Kniaziach … jakieś 70 km od Ciebie, Stachu.

Wiem, że reżyser nie opowiedział wszystkiego i jestem mu wdzięczna, że nie połączył za mnie i dla mnie wszystkich kropek. To właśnie z tego powodu film uważam za arcydzieło.

Leszy. Zamek Trim.

Jestem w trakcie oglądania pierwszych czterech „Narodzin gwiazdy“ i lekko nie jest, bo ile można przetwarzać tę samą historię? O tym jeszcze napiszę, gdy dooglądam Barbrę, ale teraz chciałam Ci pokazać coś zupełnie innego.  Dzisiaj post dwa w jednym, z dwóch różnych stron Europy.

Rano obejrzałam krótkometrażowy film Pavla Soukupa, „Władca lasu“:

Uważam, że mitologia słowiańska jest spójniejsza i logiczniejsza od mitologii chrześcijańskiej, a już z pewnością od jej kościelnej wykładni. Film przypomina Leszego, mitycznego strażnika leśnego ładu. Miłego oglądania 😉

Pozostając na chwilę w temacie mitologii Słowian, Bosz jakiś czas temu wydało dwie książki „Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach“ oraz „Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach“. Obydwie polecam dla grafiki, tekst raczej prosty i nie zgłębia tematu. Są to rzeczy dla osób, które o rodzimej mitologii wiedzą niewiele i nie mają się kogo zapytać 🙂

***

A to już zamek Trim, Caisleán Bhaile Atha Troim:

Zamek Trim (4)

Największy zamek normandzki na terenie Irlandii znajduje się w sąsiadującym z nami hrabstwie Meath. Został zbudowany w XII wieku przez Hugh de Lacy i jego syna Waltera 

W tygodniu nie można zwiedzać wieży, więc wybraliśmy się na tour de castle. Poniżej Kraciasty wszedł do dziury i zrobił z niej interesujące ujęcie zamku. Jego dziewczyna w żółtej smerfetce (czyli moi) stoi w zadumie:

Zamek Trim (6)

W filmie „Braveheart – Waleczne serce“ Mela Gibsona zamek Trim zagrał ufortyfikowane, angielskie miasto York. Faktycznie York nic o tym nie wie, aby było zdobywane przez Wallace’a – bitwa została wymyślona na potrzeby filmu, bo główny bohater nigdy nie dotarł tak daleko na południe – ale Trim udawało York bardzo godnie.

Zamek Trim (5)

Zamek obeszliśmy naokoło obfocając go obficie z każdej strony, a to aparatem, a to telefonem. Imponująca ruina …

Zamek Trim (1)

Zamek Trim (2)

Ptaki bardzo doceniają takie podziurawione budowle – w przypadku zamku Trim są to wszechobecne tutaj kawki, które Kraciasty podglądał na zoomie:

Zamek Trim (7)

Po obejściu zamku przeszliśmy przez mostek na rzece Boyne, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Rzeka była dzisiaj wyjątkowo gniewna, zresztą w drodze powrotnej zauważyliśmy sporo podtopień.

zamek trim

Powyżej na filmiku widać najstarszy irlandzki most, który bez gruntownej przebudowy pełni do dzisiaj swoją funkcję. W XVIII i XIX wieku przeszedł wprawdzie kosmetyczne naprawy, ale jego niezmieniona konstrukcja pochodzi z lat 1330-50. Poniżej widok na Trim z poziomu rzeki:

Jak więc widać, po zejściu z pagórka, wybraliśmy spacer ścieżką tuż przy rzece, aż do mostu, którym biegnie droga 154. Zakręciliśmy, żeby dojść do zamku jeszcze raz od tej samej strony od której nadjechaliśmy samochodem. Zmieniła się pogoda, słońce oświetliło mury.

Zamek Trim (3)

Chętnie wrócę tutaj, gdy będziemy mogli spojrzeć na miasto z wieży. Chłód, który nadal trochę czuję, chociaż grzeję się pod kołdrą pisząc te słowa, leczyliśmy herbatką w lokalnym barze niejakiej Rachel. Gorąca herbata w chłodne dni jest jak ambrozja 🙂 A teraz ziewam, i Kraciasty ziewa, nosy mamy zimne, ale czekamy ze zgaszeniem światła na Ryszarda, który udał się w ciemność i do tej pory nie wrócił. Mam nadzieję, że podobał Ci się film o Leszym … o tekst nie pytam, pisałam go poziewując straszliwie, z umysłem zasnutym nadmorską mgłą i przerywając sobie dyskusją z Kraciastym o ludziach i stanach psychicznych. Dobranoc pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki. Nietoperze za kołnierze, a biedronki do skarbonki. Ślimaki w kozaki. Krety do skarpety. Mrówki do kryjówki. Szczury do rury. Dobranoc. Kolorowych snów. Rano zobaczymy się znów. Tak to właśnie szło …

Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy“ Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina“ Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej“ Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku“ Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami“ Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia“ von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum“ Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum“ pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność“ (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry“ Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce“ zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie“ wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz“ Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej“ wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie“ (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy“ bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa“. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz“, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …“ lub powtarzać „nie pij, nie pij“ nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle“), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?

Przychodzę do Ciebie z kinem …

bo praca skradła mi chwile, które moglibyśmy przeznaczyć na spacery. Jesienna aura też nie pomaga 🙂 to taki okres, gdy częściej śpię z poduszką na głowie niż pod głową. Podrzucam Ci kilka dobrych tytułów obejrzanych w ciągu moich jesiennych miesięcy. Pierwszy świetny, jeszcze listopadowy film to …

control sam riley.gif

biograficzny „Control“ zrobiony ponad 10 lat temu przez Antona Corbijna, który opowiada o krótkiej karierze nowofalowego Joy Division, zanim stało się popowym New Order.

Wizualnie przemyślany obraz skupia się na prywatnym życiu frontmana zespołu, Iana Curtisa. Muzyki Joy Division słuchałam krótko gdzieś w okolicach edukacji licealnej … obok ówczesnego zafascynowania The Doors był to jedynie epizod, ale film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Nie jest dziełem głównie dla fanów (tak mogłabym powiedzieć raczej o „Bohemian Rhapsody“  na które poszliśmy do kina pod koniec października – muzyka zwycięża, Malek jako aktor nieźle dobrany), psychologicznie prawdziwy chwyta i ducha epoki i osobiste dramaty.

Główne role są naprawdę trafnie obsadzone … Sam Riley grający Curtisa pozwolił mi zapomnieć, że nie tak dawno widziałam go jako pana Darcy’ego w „Dumie i uprzedzeniu i zombie“, w roli jego żony Samantha Morton – dla mnie do tej pory aktorka na stałe przypisana do ról kostiumowych. Druga połowa lat 70-wcale nie jest jak kolorowe jarmarki, zresztą koloru innego niż czarno-biały w tym filmie brak, i nie chodzi tylko o to, co widzimy, także o świat wewnętrzy bohatera … Curtis był utalentowanym, charyzmatycznym liderem, który w zasadzie „robił“ zespół, ale z innej perspektywy był postacią zupełnie typową dla swojego pokolenia czy wieku, zerojedynkową, niedojrzałą, zagubioną. Nie dał też sobie czasu, żeby się odnaleźć. Robotnicze miasto w jego sercu ciągnie się za nim jak cień, gdy Ian wyrusza w wielki świat … gdzieś tam daleko pobrzmiewa David Bowie, migocze inna rzeczywistość. Gdy zespół Warsaw (sic!) staje się Joy Division*, a spełnienie artystycznych marzeń widać na wyciągnięcie ręki, nie ma fajerwerków. Sukces niczego nie zmienia, jeśli nadal jest się tym kim się jest. A mówią Bądź sobą …

Kolejny dobry film obejrzałam, gdy kilka tygodni temu byłam w Polsce. „Amator“, opowieść o tym, jak można odnaleźć coś, co pochłania, co spełnia życie i jakie są tego konsekwencje – mamy go w naszej domowej kolekcji filmowej, po prostu tym razem był to seans telewizyjny, czyli nic nowego, ale Kieślowskiego nadal się ogląda, nawet lepiej za drugim czy entym razem. Poboczna uwaga jest taka, że czas akcji filmu jest mniej więcej ten sam, co wspomnianej wyżej biografii Curtisa.

Jest to historia zaopatrzeniowca, któremu się wydaje, że ma wszystko czego chce, a chce tego, czego zazwyczaj ludzie pragną: rodziny, miłości bez szaleństw, świętego spokoju. Któregoś dnia Filip kupuje kamerę i świat mu się odmienia. Kino moralnego niepokoju – dziwna nazwa, wydaje mi się, że film Kieślowskiego wyrasta ponad jego założenia. Z uśmiechem przeczytałam, że kręcono go w Chrzanowie … ileż nasłuchałam się o tym Chrzanowie od pewnej osoby … Chrzanów spełnieniem marzeń. Miasto gra Wielice, miejsce „tak bliżej Krakowa trochę“, prowincjonalne blokowisko na którym rodzi się artysta. Z tych narodzin nie wszyscy się cieszą, w szczególności najbliżsi, którzy woleliby, żeby było jakoś tak normalnie. Z drugiej strony jest Wawrzyniec, bohater kręconego przez Filipa filmu, jest jego wzruszenie. I tu muszę zauważyć, że aktorom zawodowym nie ustępują amatorzy, jak pan Rzepka, prywatnie pracownik Biblioteki Narodowej w Krakowie, grający szeregowego, starego pracownika zakładu przemysłowego. Nie ma dziadostwa rodem z „Klanu“, nikt nie podaje tekstu jak robot starej generacji. I to też jest zasługą reżysera – sztuką jest pozwolić ludziom zagrać co mają do zagrania. „Amatora“ cyfrowo zrekonstruowano i tę wersję z pewnością warto u siebie mieć – uwielbiam świeżość kadru połączoną z patyną czasów i okoliczności. Aaaaa … i nie wiem czy wiesz, ale film miał pierwotnie mieć inne zakończenie. Potem dopiero dopisano i zagrano to, które oglądamy,

bo tamto zakończenie to była nieprawda, przestaniesz robić filmy?, a ja przestanę robić filmy?

Z peerelowskiej Polski przechodzę do zimowego Berlina. W październiku obejrzałam niemiecki „Upadek“, film o ostatnich dniach Hitlera – portretuje go u Hirschbiegela doskonały w tej roli Bruno Ganz. Tak kończy się wódz, jego wyznawcy, współpracownicy, miasto. Dobrze jest wrócić do seansu myślami po jakimś czasie i zastanowić się czy coś mi po nim w głowie zostało. Jest tam powtarzający się obraz młodych ludzi, którzy sami postanawiają obsługiwać posterunek z działem – taki młodzieńczy hurapatriotyzm, mówi ci to coś (że zacytuję pana Jasińskiego z serialu „Dom“)? …  Czytałam gdzieś o oburzeniu/kontrowersji, że przedstawiono Führera jako człowieka. Hitler był człowiekiem … zachowaj się jak człowiek, mówią … paradne, biorąc pod uwagę ile nasz gatunek ma niedoróbek – podobno świniom łatwiej jest rzucić alkohol niż nam …  🙂

Hitler był człowiekiem, a młodzi ludzi byli patriotami. Czy nastolatkowie walczą kiedykolwiek w jakiejś swojej wojnie, czy to jest jedna wielka ściema dorosłych? To nie jest nowa myśl, już mi zaświtała, kiedy letnim wieczorem obejrzeliśmy „Miasto 44“ (też całkiem niezły film, świetnie łapiący groteskę powstania, chociaż wcale nie jestem pewna, czy szkoły w swoim czasie waliły na ten film w celu oglądania groteski).

Oprócz prac historycznych podstawą scenariusza były wspomnienia Traudl** Junge, osobistej sekretarki wodza – dzięki temu jest w filmie element bardzo autentyczny, powtarzający się w wielu kulturach, w wielu czasach: z bliska zło nie wydaje się takie okropne, szczególnie, gdy widzimy je jak cieszy się wegetariańskim obiadkiem, rozmawia z dziećmi, gdy damy mu okazję do zadzierzgnięcia z nami prywatnej znajomości. Zło, inaczej niż w amerykańskich kreskówkach, jest bliskie, niepozorne i ponieważ jesteśmy skłonni je usprawiedliwiać, łatwiej zaraża. Wiedzą to nie tylko uczestnicy wielkich wydarzeń historycznych, wiedzą to przecież również bite żony. Czyż Hitler po prostu nie pomagał narodowi wstać z kolan? Bardzo cieszę się, że ten film zrobili akurat Niemcy,  język ogromnie pomógł nadać spójność mojemu odbiorowi tego, co dzieje się na ekranie. Jeśli tylko będzie ku temu okazja wyląduje w mojej kolekcji dvd, bo jest to jeden z filmów do których można wracać (takim do którego wracać nie warto okazał się kilka dni temu „Kod Da Vinci“ Rona Howarda, z odległości czasu cieniznę dialogów słychać straszliwie i tylko autentyczna scenografia podsłodziła mi seans).

A na koniec wrześniowy „Whiplash“, ponownie film muzyczny. Autorskie dzieło Damiena Chazelle z 2014 roku i współczesny Nowy Jork jako tło historii o złudzeniach młodości, technice gry na perkusji i psychicznych manipulacjach. Osią opowieści jest relacja pomiędzy ambitnym studentem jazzowego grania i jego toksycznym nauczycielem.

„Whiplash“ był początkowo filmem krókometrażowym, który dostał powiew funduszy po bardzo dobrym przyjęciu go przez krytykę w Sundance 2013. Wraz z pieniędzmi w roli ambitnego nastolatka pojawił się nowy odtwórca, Miles Teller. Utwór tytułowy napisany przez Hanka Levy’ego pierwszy raz zabrzmiał w 1973 roku na płycie „Soaring“ Dona Ellisa. Jakoś nie mogę zebrać słów, żeby napisać coś więcej o warstwie muzycznej tego filmu, co by się zresztą zgadzało, bo Zappa rzekł był, że

Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.

Btw. wczoraj minęło 25 lat od jego śmierci. W każdym razie czuję się zwolniona z tego punktu programu i dobrze, bo jeszcze palnęłabym jakieś głupstwo. Długi muzyczny finał tego filmu jest wisienką na torcie, tym na co liczyłam, chociaż nikt tu nie wygrywa żadnego konkursu. Puenta taka mi się nasuwa, że życie jest czymś więcej niż walką o cudzą akceptację, rodziny lub mistrza i że spełnienie może pojawić się jako skutek uboczny, gdy robimy to co robimy not giving a fuck.

Każdy z tych filmów był powodem naszych domowych dyskusji, nawet teraz gdy to piszę wracamy do fabuł i gadamy. Przez moment zastanawiałam się czy nie poświęcić im osobnych postów, bo tematyka jest tak różna i przemyślenia w związku z tym różnorakie. Ale z drugiej strony nie chcę zafilmowywać sobie bloga, bo nie tylko o tym jest moje życie, nie widzę też powodu, żeby pisać o wszystkim, co oglądam … o rzeczach słabszych pisać się nie chce, narzucanie sobie reżimu miesięcznych podsumowań filmowych uważam za bezużyteczne. Wracając pamięcią do naszych wieczornych seansów widzę, jak szybko mija ten czas, mija dobrze choć mógłby wolniej, mógłby się ciągnąć jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i dać nam się przesycić, aż do radosnego oczekiwania na choinkę … już grudzień, za chwilę nowy rok.

Jak przeżyć młodość, żeby nie zrobić sobie krzywdy … pasja ważniejsza niż rodzina … wojny nie dzielą się na sprawiedliwe i niesprawiedliwe … rób swoje i nie żebraj o poklask, uznanie przyjdzie samo. Jakieś Twoje myśli w związku z tymi zdaniami?

Dzień dobry 🙂

________________________
*Joy Division to tłumaczenie słowa Freudenabteilung, nazwy grupy więźniarek z obozu w Auschwitz wybranych do świadczenia usług seksualnych.
**tak w ogóle, to jakie to bajeranckie imię! Wersja Gertrudy (nigdy bym na to nie wpadła), pochodzi ze starogermańskiego i oznacza mocną włócznię.