Archiwa tagu: górskie wędrówki

Kraciasty na dachu Wicklow.

Zgodnie z zapowiedzią, oddaję głos Kraciastemu (to mój chłopak jest), który opowie co robił w sobotę ze swoim przyjacielem …

To miał być szybki wypad w góry Mournes, chciałem pokazać Świechnie Slieve Bearnagh lub Slieve Binnian, ze względu na krótkie, ostre podejścia, malownicze urwiska, ciekawe grupy skalne na szczytach, widok na Silent Valley i pełną panoramę na 360 stopni, jednak prognoza pogody wymusiła zmianę planów.

Góry Wicklow miały tego dnia być wolne od frontu burzowego walącego prosto na Mournes. Pierwsza myśl: Glenmalur, najdłuższa irlandzka dolina polodowcowa! Dawała możliwość sprawnego wejścia na Mullacor i Lugduff, skąd podziwiać można nie tylko całą panoramę Wicklow z Lugnaquillą na czele, ale też można zajrzeć tak w otchłań Glenmalur, jak i omawianą w poprzednim poście Glendalough. Pionowe klify i mordospady, lasy, wrzosowiska, a wszystko to niewielkim kosztem, trasy dostępne nawet dla laików, choć podłączony i używany mózg jest nadal priorytetem- to nie festyn w Sitnie, ani parawaning w Mielnie.

Dzień wyjścia przywitał mnie kolejną niespodzianką: Świechna nie czuła się na tyle dobrze, by w duszny dzień wędrować po górach, ale ponieważ byliśmy umówieni z przyjacielem (w tekście nazywanym „K.”), po raz kolejny zmieniłem plan. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl o wejściu na samą Lugnaquillę (925 m n.p.m., wybitność 905 metrów). Podejście od strony Glenmalur gwarantowało intensywne doznania estetyczne. Dwóch facetów to skład w sam raz, by przetestować trasę, którą przewodniki opisują jako bardzo trudną, a jako główny problem wskazują na długość i marnie znakowane oraz kłopoty z nawigacją. Odrobinę to mylące, ale dojdziemy do tego.

Na start dotarliśmy w samo południe. Parking wypełniony, na szczęście było jeszcze gdzie postawić samochód i w zasadzie nie ma szans, by miejsc zabrakło, bo oprócz asfaltu jest w zapasie dużo utwardzonego gruntu do dyspozycji. Nadzieje były duże, bo już sam wjazd w dolinę dawał obietnicę udanego dnia. Odrobinę niepokoił mnie tylko obraz namiotów rozstawianych przez czcicieli grilla, ale dobrze wiedzieliśmy, że oni zostaną na dole. Punkt wyjścia okazał się świetnie oznaczony, parking i pomnik rebelii 1798 dawały gwarancję, że miejsce rozpoznamy w każdych okolicznościach przyrody. Pomnik, no właśnie….

Glenmalur.

…Co to jest rebelia 1798 oczywiście wiecie świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę: Na kontynencie północnoamerykańskim Anglicy popadli w poważne kłopoty – USA ogłosiły i obroniły niepodległość, a na południu, korzystając z okazji, Francuzi i Hiszpanie skopali im tyłki. Zmusiło to Anglię do wysłania dodatkowych wojsk, by zupełnie nie stracić wpływów w Ameryce, a to kosztowało i osłabiało, otwierając w efekcie największą od stu lat szansę na niepodległość Irlandii zwłaszcza, że Anglicy w obawie przed atakiem Francuzów lub Hiszpanów, uzbroili irlandzkich ochotników tworząc 100- tysięczną obronę cywilną, mającą być rzekomo „wierną Koronie”. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że Irlandczycy dogadali się z Francuzami, otrzymali pomoc zbrojną i Anglicy mieli problem, który pomógł im rozwiązać chciwy i przekupny, jak zawsze, Kościół Katolicki. Episkopat Irlandii zadowoliwszy się ustępstwami wobec katolików, obłożył ekskomuniką powstańców, a nawet wszystkich popierających organizację Society of United Irishman, w którą przerodziła się Obrona Terytorialna. Tak jak to było i w Polsce po ogłoszeniu Konstytucji III maja, Kościół wbił własnej ojczyźnie nóż w plecy. W Polsce była Targowica, w Irlandii ekskomunika. Tak w Polsce, jak i w Irlandii, okupanci dzięki temu stopniowo stłumili ruchy wolnościowe. Polska i Irlandia na niepodległość musiały czekać do zakończenia I wojny światowej, Irlandia nawet ciut dłużej. Kościół z Narodem, Naród z Kościołem, bida z nędzą!!!

Ruszyliśmy zatem spod pomnika i dzięki marnym oznaczeniom a naszej pomyłce (zakręcający szlak wzięliśmy za drogę dla drwali) na grzbiet górski weszliśmy dopiero po półtorej godziny marszu wzdłuż głównej doliny. Minęliśmy pierwotnie zakładaną trasę przez malowniczą Fraughan Rock Glen, nie zauważając jej. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z pomyłki, już się nie opłacało wracać. Na płaskowyż weszliśmy przy Camenabologue, dokładnie kilkadziesiąt metrów na północ poniżej szczytu. Straty: nadłożyliśmy drogi. Zyski: droga do tej pory była łatwa, spokojnie można było iść nawet z dziesięciolatkiem.

Gdzieś z drugiej strony, kilkaset metrów pod tą wieżą znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa.

Rzut oka na sytuację w terenie i zorientowaliśmy się, że za półtorej do dwóch godzin możemy bez problemu osiągnąć Lugnaquillię. Pytanie tylko, czy znajdziemy skrót w drodze do samochodu, czy czeka nas powrót po śladach. Na szczęście nieliczni turyści byli nieźle zorientowani i mężczyzna spotkany na szczycie Camenabologue dał nam ideę, czy też zarys co najmniej trzech różnych tras przez południowy klif Glenmalur (w tym naszej początkowo planowanej, przez Fraughan Rock). Oczywiście zawsze zostawał problem główny: Słabo oznaczone ścieżki i zbyt mała podziałka mapy, więc i mała dokładność. Po krótkim posiłku ruszyliśmy.

Camenabologue, 785 m n.p.m.

I tu mógł nastąpić niespodziewany koniec meldunków z trasy, gdyż wzdłuż ścieżki łączącej Camenabologue z Lugnaquillą znajduje się podmokłe torfowisko. Po pierwsze – w porze deszczowej jest ono prawdopodobnie nie do pokonania. Po drugie – na prawie całej długości przejścia znajdują się głębokie rozpadliny, często nawet na metr w dół. Zamaskowane trawą, podłużne szczeliny, w które bez problemu może osunąć się noga stanowią poważne zagrożenie, o czym przekonałem się na własnej skórze, wpadając w jedną z nich. No …, powiedzmy że prawie wpadając, bo podparłem się na kijkach – utrzymały mnie, choć lewy kij się wygiął i to jego koniec kariery górskiej. Gdybym tam wpadł, jedynie diabli mogliby mi uratować nogę.

Zejście ze ścieżki to natomiast zły plan o każdej porze roku, nie tylko deszczowej – i tak jest mokro, grząsko, ślisko, można wpaść w bagno po pas, można w dziurę, można osunąć się w uskok – do wyboru! I atrakcja sezonu, NIEWYBUCHY!!! … niewybuchy, dobrze widzicie, Lugnaquillia jest poligonem artyleryjskim. Rzadko używanym, ale tablice wyraźnie informują, by nie dotykać żadnych metalowych znalezisk, bo grożą eksplozją!

Po przejściu przez przełęcz, nagle ukazały się naszym oczom niebieskie pastwiska, znaczy się zielone, ale podniebne! Owce, nareszcie owce, skoro one nie grzęzną, to i my damy radę! Najwyższy szczyt Wicklow okazuje się być względnie suchy – w przeciwieństwie do otaczającego go bagnistego płaskowyżu. Można włączyć trzeci bieg i gnać na samą górę. Łatwo i miło, nareszcie!

Dwaj obserwatorzy i jeden konsument.

Zaraz, zaraz…, czy ja dobrze widzę?! Spytałem K., a on potwierdził. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz tropiąc agentów, dotarł aż tu, oznaczając domniemanych Tajnych Współpracowników literami TW malowanymi czerwoną farbą na runie. Zobaczcie jaka jest dyskrecja służb psychiatrycznych w Irlandii: nie nastąpił żaden przeciek, prasa, media…, nikt nic nie wie, a przecież po takiej akcji musiał trafić na oddział furiatów!

Tajni Współpracownicy.

Widok ze szczytu to coś niezwykłego. Przy lepszej przejrzystości powietrza, prawdopodobnie widać całą Irlandię.

Lugnaquilla, 925 m n.p.m.

My mieliśmy front burzowy na północy, więc tam widoczność szybko się kończyła, poza tym powietrze było dość wilgotne, a to osłabiało ostrość. I tak widzieliśmy południowe wybrzeże od Wexford aż po Cork, na zachodzie wyraźnie rysowały się Galty Mouintans, a na horyzoncie majaczyły…, tak tak, widać było delikatny zarys gór zachodniego wybrzeża, od Kerry aż do wysokości Galway (dalej na północ był front). No i wokół Góry Wicklow – jak na dłoni!

Wartownik.
A kogóż to widać w oddali? Nasza dobra znajoma, Góra Cukru – Sugar Loaf.

Droga powrotna zaczęła się miło. Poszliśmy płaskowyżem w kierunku wschodnim, przez Clohernagh, mijając piękny widok na Fraughan Rock Glen.

Torfowiska i wrzosowiska z tej perspektywy wyglądały niczym malownicze łąki, ale uwierz mi Czytelniku, nie chciałbyś znaleźć się tam bez skrzydeł.

Do tego owce, piękne, spokojne. A wśród nich Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów. Byli konsumenci, byli wartownicy i obserwatorzy, ale jego nie dało się nie rozpoznać!

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Na grzbiecie było miło, ale już znalezienie bezpiecznej ścieżki w dół przez południowy klif Glenmalur wymaga spokoju, obserwacji i uwagi. W razie pomyłki, można się roztrzaskać, bądź utonąć. Bo wypłaszczenie na wysokości jeziorka w kształcie serca to istne bagno, dla bezpieczeństwa otoczone drutem kolczastym, zero skrótów!!!

Arts Lough. Po lewej – dwóch szczebioczących chłopców wygrzewa się na kamieniu przy jeziorku w kształcie serca, po prawej wędrujący K. – przyjaciel i towarzysz na wyprawach.

Zeszliśmy do jeziorka, gdzie wygrzewało się na kamieniu dwóch wyraźnie sobą zajętych panów, a potem już tylko zejście na dno Fraughan Rock Glen, pokonanie niezbyt wysokiego płotu z drutem kolczastym i komfortowa droga na parking.

Aaaa…, byłbym zapomniał. Już z daleka dochodził do nas znajomy głos „UMC, UMC, UMC”, którego źródłem zdawały się być przesterowane głośniki samochodowe, a im bliżej obozowiska festyniarzy byliśmy, tym wyraźniej wyłapywaliśmy znajome słownictwo „dawaj tutaj, dawaj k…wa…” Zapach kiełbaski i karkówki z grilla oraz coraz aktywniejsze owady upierdliwe (meszki, czy inne gryzące maleństwa) zachęciły nas do zajęcia miejsca w samochodzie, daliśmy sobie tylko czas na zmianę butów połączoną z moczeniem nóg w strumyku. Co za ulga! A u wejścia w dolinę, na pierwszym skrzyżowaniu czekał na nas miły pub z B&B, Glenmalur Lodge, gdzie serwują świetną kawę, której nie byliśmy sobie w stanie odmówić.

Wspaniały dzień, piękna trasa, naprawdę słabo uczęszczana – w górach spotkaliśmy nie więcej, niż 15- 20 osób, przez całych 8 godzin wędrówki.

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lugnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej” przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy” niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty”. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

* * *

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard”

Rozgrzewka na Slieve Gullion.

Odpadają mi kończyny. Siedzę z nogami na krześle i boję się nimi ruszać, bo jakaś część może tam pozostać. Na szczęście palce u rąk jako tako funkcjonują, więc wklepię dla potomności jak zaczęliśmy długi weekend. Wczoraj po śniadaniu postanowiliśmy wybrać się w górki. Tzn. postanowiliśmy już wcześniej, rano postanowienie zostało przypieczętowane odpowiednimi czynnościami …

A piszę zdziecinniale „w górki”, ponieważ Slieve Gullion, Sliabh Cuilinn, najwyższy szczyt hrabstwa Armagh, wznosi się na 573 metry. Nasz plan na długi weekend był taki wymyślny, że w czwartek jedziemy przejść się po Gullion, żeby mieć zaprawę przed piątkiem. Bo w piątek w planie były góry Mourne, nie ma przebacz. Zaplanowane, więc wybryknęliśmy z domu naszą dzielnym samochodem, przejechaliśmy granicę z Irlandią Północną i słuchając głosu Krystyny (nasza nawigacja, która zawsze skręca lekko) dotarliśmy nie bez cofań i zakrętasów na parking. Miejsce parkingowe o które nam chodziło jest położone wysoko, więc wchodzenie nie było wielkim wyzwaniem, bardziej obawialiśmy się, że złapie nas deszcz – czekaliśmy nawet chwilę w samochodzie, aż minie szałerek.

Na Slieve Gullion są dwa kamienne grobowce i małe jezioro. Oczywiście, tak jak w wielu miejscach Irlandii, i tutaj są one związane z lokalnymi legendami. Jedna z nich mówi np. że u stóp góry bohater Cú Chulainn spędził swoje dzieciństwo i otrzymał nowe imię (wcześniej nazywano go Sétanta). W przejrzysty dzień można zobaczyć z góry wybrzeże przy którym leży nasza wioska. Kraciasty wypatrzył nawet półwysep Howth, a więc część Dublina …

Z rzeczy, których nie dało się nie zauważyć – zaskoczyły mnie trochę ogromne wory z materiałem budowlanym … to pewnie stąd ostrzeżenia każące nam uważać na latające wte i wewte helikoptery. Buduje się nowe podejście, szlak będzie utwardzany, może już w następnym sezonie będzie się szło wygodniej. Podejście nie było trudne, doszliśmy na czubek wzniesienia bacznie rozglądając się na wszystkie strony (tak mnie osobiście nastroiła informacja w miejscu, które wyglądało jak przystanek autobusowy, że zaraz oto za chwilę jest grobowiec). Gdzieś tutaj jest grób korytarzowy, gdzie on może być? Gdy dotarliśmy na szczyt byłam trochę rozczarowana, że pewnie go przegapiłam …

… i dopiero, gdy wróciliśmy do domu dotarło do mnie, że … staliśmy na nim. Podeszliśmy od innej strony, więc nie zauważyłam, że z drugiej jest niewielkie, kamienne wejście, które znam ze zdjęć w internecie. Yhhh … tłumaczy nas to, że zerkaliśmy też na deszczową chmurę, która przybliżała się do nas od południa.

Z daleka Gullion wygląda jak śpiąca foka i można po jego grzbiecie całkiem sporo pochodzić. Z jego najwyższej części wypatrzyliśmy więc jeziorko o złej sławie i ruszyliśmy w jego kierunku. Jest ono nazywane jeziorem Calliagh Birra, starożytnej bogini z którą jest związany epizod w życiorysie Fionna mac Cumhaila. Kto się w nim zanurzy, jak mityczny bohater, który zanurkował po pierścień marudzącej dziewoi, ten natychmiast się zestarzeje. Nie próbowaliśmy. Jeziorko osyczało nas demonicznie.

Po jego drugiej stronie jest kolejny grobowiec, ale nie poszliśmy w jego kierunku. Może zauważyłeś, że na filmiku widać w oddali ścianę deszczu. Pomimo tego, że szczyt jest dość płaski, poruszanie się w tym terenie wcale nie jest łatwe, bo góra gdzieniegdzie jest pokryta błotnistym torfowiskiem … chyżo ruszyliśmy po własnych śladach, obawiając się, że kolejna deszczowa chmura nie skręci gdzie indziej tak, jak poprzednia …

Na szlaku przy okazji drogi w dół niespodziewanie spotkaliśmy owce, mamusię z latoroślą … trochę je zatrwożyliśmy … przyglądały się nam chwilę, maleństwo mnie, mama Kraciastemu, potem zeszły z drogi i zajęły się spożywaniem … dlaczego te dwunożne istoty nas otaczają? pochyl głowę, jemy, jesteśmy owcami pokoju …

Ten moment z dwóch różnych perspektyw …

Gdy doszliśmy do parkingu okazało się, że chmurki nas olały, tzn. nie olały i poszły sobie gdzie indziej. Byliśmy za to zupełnie sami, spokój, cisza … wyciągnęłam wałówkę i mogłam trochę odsapnąć. Najszybciej wysiadają mi plecy, stopy o dziwo się trzymają, nawet haluks nie za bardzo narzeka w górskim bucie … już się zaprzyjaźnił, zrozumiał.

Po spożyciu i patrzeniu na zamglone widoki, spakowaliśmy swoje śmieci do samochodu i ruszyliśmy do domu. W drodze powrotnej (jechaliśmy przed siebie, bo droga prowadząca do parkingu jest jednokierunkowa) widzieliśmy kolejne czarnolice mieszkanki Ring of Gullion tak blisko drogi, że zatrzymaliśmy samochód, żeby zrobić sesję fotograficzną.

Tutaj często nie ma żadnego płotu pomiędzy drogą a pastwiskiem. Zwierzęta mogą sobie spacerować, gdzie im akurat przyjdzie ochota. Czasem wychodzą więc na ulicę 🙂

Jeszcze jeden widoczek z drogi powrotnej (przepraszam, ale mózg mam tak zlasowany, że nie pamiętam, co tutaj chciałam napisać):

I jeszcze drugi widoczek (edit dla pewnej Hanny). Zupełnie zapomniałam, że napotkaliśmy również gniazdo owiec mroku. Gniazdowniki patrzyły na nas wymownie. Spadajcie, albo zaraz tam do was zejdziemy.

Kraciasty robił też zdjęcia krowom i koniom. Co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać i popatrzeć, więc nasz zjazd z gór był dość powolny. Nie wszystkie widoki były ładne. Napotkaliśmy np. martwy las … kto, co i dlaczego, tego nie wiemy …

Wróciliśmy do domu późnym popołudniem, wygłaskaliśmy po łebku ciepłego kota, pogadaliśmy z sąsiadkami o kwiatkach i że ładna pogoda i udaliśmy się na świąteczną wieczerzę. Makaron z sosem Kraciastego, nie mogło być inaczej. Na deser truskawki bez niczego (a skoro już o tym mowa, na śniadanie były smażone krewetki, frankfurterki z polskiego sklepu i surówka z tartej marchewki z cebulą). W Irlandii Boże Ciało przekłada się na niedzielę, więc będzie u nas jakaś procesja dopiero pojutrze. Na razie już drugi dzień pod oknem sterczą nam kikuty świeżo wkopanej kalii. Jak przywitaliśmy lato opowiem Ci następnym razem. Głowa mi leci, czy to dzisiaj jest najkrótsza noc w roku? Pięknej Kupalnocki dla Ciebie, a dla mnie spać, spać.

Jedno zdjęcie. Przed siebie.

Za oknem wiosna, kosiarki chodzą pełną parą, szpaki jedzą lunch spacerując w trawie obciętej akurat do szpaczych kolanek. A przed Tobą na zdjęciu Śląski Grzbiet, którym biegnie polsko-czeska granica – dawne tereny rodziny Schaffgotschów, z widoczną w oddali stacją przekaźnikową wybudowaną nad Wielkim Śnieżnym Kotłem. Właśnie tam zmierzaliśmy. Przed Śnieżnymi Kotłami Wielki Szyszak, Vysoké Kolo, Hohe Rand, z  pozostałościami po kamiennym kopcu wzniesionym na cześć Wilhelma I, cesarza Niemiec, który żywot swój zakończył w roku trzech cesarzy, Dreikaiserjahr. Jeszcze bliżej, tuż nad lasem kosodrzewiny, widzisz Czeskie Kamienie, Mužské kameny, Mannsteine.

Czerwony szlak, 3 lipca 2017, drugi dzień wędrówki.

Karkonosze 17

Karkonosze, moje pierwsze góry. Nasze pierwsze góry. Chce mi się iść.

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie”. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?”. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia”. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura”. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Connn-e-mar-aaaaa …

Jeden z sześciu parków w Irlandii i trzeci, który odwiedziłam. Pisałam Ci już o Killarney, do parku w Górach Wicklow blogowo wrócę pewnie, gdy wybiorę się tam kolejny raz. A dzisiaj świeżynka z tego tygodnia …

Przejazd z Galway do domu przez Connemarę jest po drodze tylko nam. W Galway spędziłam jedno popołudnie i mogę powiedzieć tyle, że znajomy, który wyjątkowo sarkał na to miejsce, ma nie po kolei w głowie. Pogoda była epicka, więc chcieliśmy na coś wejść … Connemara leży w zasięgu ręki, pojechaliśmy bardziej na północ słuchając płyty Big Cyca. Jedziemy, a tu zupełnie spokojnie na (prawie) prostej drodze otwierają się górki. I mamy takie powitanie:

View this post on Instagram

Cześć, witamy w Connemarze…

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Connemara
Conn-e-mar-a..
Connn-e-mar-aaaaa …

Nasz pierwszy owczy znajomy  lokales szedł sobie tak właśnie pobekując, a my usłyszeliśmy „witamy w Connemarze”, po czym wyminął nas i dalej to swoje „Krystyna, Krystynaaaa, gdzie jesteś?”. Minęliśmy Stefana potem po lewej stronie drogi, gdy już znalazł Krystynę. Owce są tutaj naprawdę mądre, nie tylko znają się na zasadach ruchu drogowego, ale też wybierają asfalt kiedy trzeba. Kiedy trzeba, o tym jeszcze będzie …

Conamara nie jest hrabstwem ani prowincją, lecz regionem w dwóch hrabstwach, Galway i Mayo; jest gaeltacht – bardzo mocno związana z irlandzką kulturą i językiem, bo sporo ludzi mówi tu odłamem irlandzkiego (connacht irish) jako językiem pierwszym. Podobno Oliver Cromwell wysyłał ludzi „do diabła lub do Connemary”. Piękne miejsce w ładny dzień:

Connemara 1

A potem próbowaliśmy przejść do upatrzonego z góry szlaku na przełaj taką niby łączką. I szybciutko wróciliśmy. Buty mam nieprzemakalne, trochę zapadł mi się nosek, ale stąpanie po dziwnym podłożu i zastanawianie się, kiedy zacznie się takie trochę bardziej bagno i będziemy mieli okazję stać się jednym z bog bodiesnah, to nie dla mnie. Mówiąc krótko, pod wpływem delikatnej perswazji natury spuściliśmy z tonu i zamiast przecierać szlaki, na których i tak już owce z pewnością nas wyprzedziły, wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje i podjechaliśmy pod park narodowy przy Letterfrack, Leitir Fraic. Po drodze zrobiłam zdjęcie orzechowego sadu z którego próbowaliśmy wystartować na przełaj:

Connemara 2

Tak, myślę, że sąsiednie wzniesienia patrzą na nas z lekkim politowaniem.

Na terenie parku są trzy ładne szlaki różniące się stopniem trudności. Są też zwierzęta, w tym owce, osiołki, pasikoniki i krówki. Pasikoniki są z rodzaju Connemary pony, Capaillín Chonamara, jedynych autochtonów rodzaju końskiego na wyspie. Jedni mówią, że konie te sprowadzili Wikingowie, inni, że to bezpośredni spadkobiercy nieistniejącej już rasy Irish hobby wyhodowanej w XIII wieku. Krówki jakie tu można zobaczyć to irish moiled, rzadko spotykane czerwone krowy z białym pasem na plecach, ich hodowla rozpoczęła się na wyspie w IV wieku a pod koniec lat 70-tych było ich zaledwie około 30 sztuk; black galloway, zadziorne, czarne krowy, które przyjechały na te tereny w XIX wieku ze Szkocji i czarne krowy z Kerry, podobno jedna ze starszych ras europejskich.

Byliśmy i my, na samym szczycie górki o nazwie Diamond Hill, po irlandzku Binn Ghuaire, lub w zanglicyzowanej wersji Bengooria. Raptem 442 m n.p.m., więc znów  niby tak śmiesznie, bo na co tu wchodzić? Zawsze jest na co, taki to kraj. Dwa razy nie wiedziałam, którą nóżką dać do przodu, bo zrobiło się stromo, nawet trochę bardzo. Wspaniałe w tej górze były widoki na wyższe siostry Twelve Bens, Na Beanna Beola, piękne szczyty o wysokości pomiędzy 526 m do 729 m, z których jeden śmieje się z nas, że chcieliśmy go podejść od strony torfowisk. A to już widok z Diamond Hill na koronkowe wybrzeże zachodniej Irlandii:

Diamond Hill 1

I koleżanki po drugiej stronie, trochę zadzierające nosa, otoczone torfowiskami, wymuskane przez wiatr:

Instagram: @świechna

Torfowiska … pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz, także pierwszy raz widziałam tak dużo miejsc, gdzie wydobywa się torf i go suszy. Nawet na terenie parku przechodziliśmy obok zagłębień po odkrywkach. Czytałam, że w regionach, gdzie mało jest drzew torfu używano nawet do budowania domów, ale nie wiem, czy tak było w Connemarze. Dzikość Connemary jest inną dzikością niż ta pomiędzy górami Kerry. Kerry mówi od razu: jestem strome i nieprzyjazne, uważaj, bo coś Ci może spaść na głowę. Connemara jest miła. Dopóki trzymasz się szlaku. Bagna nie od razu wyglądają na bagna, siedliska ludzkie są jednak mocno rozproszone, co jest pierwszą wskazówką, że nie wszędzie gdzie chce się pójść na skróty, faktycznie pójść warto. I tu powracam do mądrości Stefana i jego kolegów, którzy lubią asfalt. Po pierwsze, po co się męczyć, po drugie, po co się topić, życie jest piękne. Z całą pewnością nie byliśmy w regionie najbardziej zabagnionym, bo te są w Irlandii bardziej na północ, ale Alcock i Brown, autorzy pierwszego nieprzerwanego przelotu nad Atlantykiem, skaptowali niedaleko Clifden, An Clochán, właśnie w trzęsawisku.

Schodziliśmy z Diamond Hill około siódmej wieczorem, niewiele było już ludzi, chociaż na płaskiej części szlaku minęło nas parę osób idących w przeciwnym kierunku. Nasza opieszałość została nagrodzona bliskim spotkaniem z kozami mroku. Były trochę zaskoczone nasza obecnością, ale nie odeszły daleko, jadły spokojnie kolację z małymi, widząc, że najwyraźniej też jesteśmy kozami mroku, tylko z innego regionu:

Diuamond Hill 2

Owieczki także towarzyszyły nam w tej wędrówce, mądre, ostrożne, nie łase na bliskie spotkania z turystami. Zeszliśmy ze szlaku przez bog trail i mogliśmy zobaczyć naszą górkę złocącą się w promieniach zachodzącego słońca:

Instagram: @świechna

Po powrocie na parking w Letterfrack (ciągle śmieję się z nazwy wsi. Let her fuck, o jak ładnie, dziękuję! … Leitir Fraic naprawdę znaczy po irlandzku Nakrapiany Pagórek, ale wymowa rozśmiesza mnie) obraliśmy jeszcze jeden kierunek … miejsce, gdzie wylądowali w 1919 roku Alcock i Brown. To poniżej Clifden, jeszcze bliżej Atlantyku. W pobliżu był taki oto pasikonik:

somewhere near Clifden

Widoki na plażę i migocącą wodę wspaniałe … i meszki, które chciały nas zeżreć bez znieczulenia. Są na pięknych zdjęciach po prostu rzeczy, których nie widać. Mieliśmy świetny timing, byliśmy w okolicy dokładnie o tyle wcześnie, żeby złapać pomnik upamiętniający pierwszy przelot w promieniach znikającego słońca. Ale piękniejszy od pomnika, który przedstawia fragment ogona samolotu, są góry widziane z tego miejsca. Taka ta Irlandia:

Alcock and Brown place

Cieszę się, że dopisała nam pogoda i mogliśmy się tego dnia wybrać na naprawdę dłuuugi spacer. Przygotowuję się do bitew sesyjnych i w przerwach ciepło mi na sercu, że takie mam życie. Przerwy na kawę, muzyka w samochodzie, tak zawsze chciałam i samo się zrobiło. W drodze powrotnej grała nam płyta Janis Joplin … to już lato, tutaj w Irlandii …

Janis Joplin – Summertime 1969

Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczyły z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za fri.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V-VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1
monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

Instagram: @świechna

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy, a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

* * *

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂

Odrobina Kerry.

Człowiek pełen jest przeciwieństw. Jeszcze wczoraj dreptałam po Pradze, częściowo zachwycona, a momentami klnąc na czym świat stoi. Kocham ciepło ale moje stopy gorąca nie znoszą – po długim chodzeniu umieszczone w ciasnym, nie dającym szansy na zmianę pozycji pojeździe zaczynają żyć własnym życiem, kopiąc i odgrażając się, że pierdolą, nigdzie już ze mną więcej nie pójdą. Oj pójdą, pójdą, bo w następnym tygodniu chcę znaleźć pomnik Kafki na Josefovie. I tutaj dygresja, jak to nie warto wierzyć przewodnikom. Pamiętam, że gdy ostatnio byłam w tym mieście na wycieczce uczycieli, czyli raz dwa widzimy alej i idziemy dalej, a o tutaj jest kibel za darmo, pani przeganiająca twierdziła, że ten Josefov to taki w sumie nieistotny i follow me. Sama zobaczę naprawdę, gdy nogi mnie zaniosą po raz kolejny. A zaniosą i wtedy napiszę więcej o Kafce i innych tam takich.

Wracając, kocham ciepło i gdy na opuchniętą stopę wyciągniętą do słoneczka wdrapywał się tegoroczny pająk-osesek, dlatego właśnie, że człowiek pełen jest przeciwieństw, przypomniało mi się jak spędziliśmy Dzień Konstytucji w tamtym tygodniu. Prosz:

Gap of Dunloe

Koniki we mgle. Pogoda była niezła, biorąc pod uwagę jak zła mogłaby być. Nie mogę tego wypadu zaliczyć jako spacer, bo po prostu wjechaliśmy od strony Killarney, Cill Arney, w Dolinę Dunloe (Dún Lóich, tu właśnie zdjęcie koników), potem przejechaliśmy kawałek Blackvalley i parku narodowego. Zatrzymaliśmy się na Ladie’s View – miejscu, gdzie w 1861 dwórki królowej Wiktorii zachwycały się widokiem na the Ring of Kerry, Mórchuaird Chiarraí. Na nas, na konie, na wszechobecne owieczki opadała leciutka mżawka, która ochlapywała nam obiektyw i psuła zdjęcia. Zresztą może to była mżawka, może mgła, a gdy wspinaliśmy się wyżej z pewnością były to chmury.

somewhere in Kerry

Pomimo tego widoki wspaniałe i dobra kawa po drodze:

Instagram: @świechna

Pokręcone drzewa, podmokłe dolinki, sporo lasu i zblazowane owce w różnych odsłonach kolorystycznych – część tej dobroci jest pierwszym parkiem narodowym Irlandii, zakątkiem dzikim, ale pogodzony z działalnością człowieka. Bo przecież jechaliśmy asfaltową drogą, piliśmy kawę przy szlaku, a jeśli chodzi o dzikość … mogę sobie tylko wyobrazić jak bardzo w tej skalistej okolicy, która w obniżeniach przechodzi w grząskie, zachaszczone ostępy, autochtoni byli odcięci od świata podczas ostatniej, trzydniowej zimy. I jakim kozakiem był wobec tego gość z piosenki „Whiskey in the Jar” [niech to nam zaśpiewa Luke Kelly, chłopak z Dublina]:

Iść tędy dwieście lat temu, zanim jeszcze wylano asfalt, w Avoce podawano kawę i umożliwiano płacenie kartą za cholernie drogie, wełniane żakiety i zanim wynaleziono telefony komórkowe, które wprawdzie nie łapią zasięgu, ale upewniają, że przecież za kilometr lub dwa objawi się cywilizacja białego człowieka – nie, to nie było zadanie dla bojaźliwych.

I tak mi się właśnie w głowie roi. Odrobina chłodnego, mglistego Kerry bujającego w chmurach na dzisiaj – ciepły wtorek ze spuchniętą stopą. Nóżka odsapnie i idziemy dalej.

Chodź, pokażę Ci górę.

Sporo zastanawiałam się, o czym by tu jeszcze przed Wielką Przeprowadzką. Tym bardziej, że jestem teraz uwięziona w domu i siedzę w papierach napisanych w dwóch nadal mi obcych językach. Więc chodź, pokażę Ci górę. Moją pierwszą. Oczywiście po górze (czyt. zalesionym pagórku z lisimi norami) za domem z której zjeżdżałam na saneczkach.

Schneekoppe. Leży sobie na Czarnym Grzbiecie i posapuje; są dni, gdy oddycha tak mocno, że gdy wchodzisz od strony Domu Śląskiego czerwonym szlakiem, zwiewa z głów czapki i zadziera niedopięte kurtki. Śnieżka jest najwybitniejszą górą Polski, widać ją więc z różnych miłych miejsc, np. gdy w letnie popołudnie pije się kawę przed Pałacem Lenno.

To, prosz bardzo, Śnieżka we wrześniu 2011 roku, z widokiem na Dom Śląski:

Śnieżka 9.2011

Na górze, ludzkie mróweczki pracowicie wchodzą i schodzą w palącym słońcu. Czyż wszyscy nie wpadamy na ten sam pomysł, kiedy jest dobra pogoda i długi weekend? Tutaj moi rodzice pokazują technikę prawidłowego wspinu w parze:

DSC09864

Góra pachnie goframi. Restauracja w statku kosmicznym na jej szczycie opieszale, lecz konsekwentnie chyli się ku upadkowi, więc jeszcze w 2015 roku jadłam tam gofry przy stole, a w zeszłym roku siedząc na podłodze, na szczęście w towarzystwie Kraciastego. Może w tym roku ponownie sprawdzimy trend :).

Zejście szlakiem czerwonym z wietrznej królowej 2,5 roku temu:

Śnieżka 6.2015

Dała nam wtedy górka popalić, posmyrała deszczem, postraszyła czułymi sapnięciami.

Dom Śląski, Schlesierhaus, w którym mieszkaliśmy ostatnio z Kraciastym, wyglądał przed WWII tak:

schneekoppe

Na historycznej pocztówce, którą znalazłam w sieci, widać jeszcze po prawej stronie budynek Obří boudy (Riesenbaude), który zdewastowany po wojnie, został w końcu rozebrany w latach 70-tych. Równina pod Śnieżką wydaje się dzięki temu o wiele dziksza:

DSC09854

A to już lipiec zeszłego roku:

Śnieżka 7.2017

Warto poznać to uczucie, gdy wieczorem niezainteresowani schodzą ze szlaku i góra zostaje z nami sama. Spokój, tylko wiatr i w oddali Karpacz gada.

Po co chodzi się w góry? Żeby pobyć z własnym głosem, z głosem ludzi, których lubisz. Stanowczo odradzam taki wypad z byle kim. Byle kto się totalnie nie nadaje. Jeśli teraz oczami duszy zobaczyłeś kolejkę do dorożek na Morskie Oko, powiem Ci, że na Śnieżce też bywa tłoczno, a widok z góry paskudzi Hotel Gołębiewski.  Gdy kierujesz aparat na Karpacz, z tym ersatzem luksusu-dla-słabo-zorientowanych niewiele da się zrobić. Ale na szlak można wyjść wcześniej, da się też wybrać mniej popularny. Idzie się i idzie, można wolno, w końcu to nie wyścigi. Zatrzymujesz się, żeby zrobić zdjęcia, pogapić się albo ustalić nazwy tego, co widzisz. Zawsze rozbrajały mnie w tym momencie szkolne wycieczki. „A jak wejdziemy, to co będzie?”. Nic nie będzie. Nie pamiętam nazwiska tego krytyka filmowego, ani filmu o którym mówił, ale sens jego wypowiedzi był mniej więcej taki „oglądam film, jest cudowny, nudny, i tak sobie myślę, żeby tylko nic nie zaczęło się dziać”. Po nicniedzianiesię idę.

Nie jestem wielkim chodziarzem górskim i nie planuję być, nie mam w zasadzie żadnych osiągnięć, za to spory lęk wysokości i chodzę ostrożnie, jak przestraszony królik ze skoliozą. Ale w domku nad morzem czekają na mnie w szafie buty z membraną gtx, niebiesko-pomarańczowe. Gdybym takich akurat szukała, zapewne bym nie znalazła. A tak, serendipity. I już wiosną będziemy sobie razem gdzieś szli. Cieszę się na tę myśl.