Schlagwort-Archive: historia

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej“ przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy“ niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty“. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

***

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard“

Werbeanzeigen

Podróż do Mount Stewart w hrabstwie Down.

XIX-wieczny dom i przylegający do niego park były naszym celem już dwa razy. Jeśli czytasz jakiś czas tego bloga, pewnie wiesz, że za pierwszym razem utknęliśmy na Castle Ward, za drugim razem bliżej, bo w Newcastle. Ale my się nie poddajemy tak łatwo. Dzień wcześniej sprawdziliśmy pogodę, żeby wiedzieć, że może być okropna (gdy w środowy wieczór jechaliśmy do–od przyjaciół na herbatę i wyjadanie rodzynek, za oknami samochodu była Kraina Deszczowców). Od czego są jednak parasol i kaloszki? Ułatwiliśmy sobie też sprawę nie wybierając drogi nadbrzeżnej i zmierzając do celu autostradą M1, żeby nie skusił nas podstępem żaden widoczek, ani żadna przytulna kawiarnia w nadmorskim miasteczku.

Mount Stewart … Posiadłość jest związana z historią rodu Vane-Tempest-Stewart, markizów Londonderry. Zanim pierwszy właściciel z rodu Stewartów kupił ją za pieniądze z handlu lnem, ziemia ta była znana pod nazwą Mount Pleasant. Rozkwit posiadłości nastąpił w I poł. XIX wieku, gdy czwarty z kolei właściciel postanowił ożenić się po raz drugi i jego wybranką została o 22 lata młodsza dziedziczka fortuny, Lady Frances Anne z domu Vane-Tempest (słusznie opłaciło się markizowi Londonderry zmienić w związku z tym nazwisko Stewart na nazwisko żony). Charles William Vane i jego żona Frances Anne rozbudowali skromny dom w stylu georgiańskim na sporą rezydencję (którą nadal nazywali domkiem nad morzem). Poza tym zapisali się w historii tym, że mieli kupę kasy. I byli pradziadkami tego Winstona Churchilla, który zresztą w domu bywał.

Ale do rzeczy … pogoda w czwartek była pochmurna i nie padało, czyli … było bardzo ładnie. Pojechaliśmy trasą przez Belfast, dojechaliśmy do posiadłości minutę przed południem i zanim jeszcze mogliśmy rzucić okiem na główny budynek, po kupieniu biletów postanowiliśmy się posilić wśród poduszkowych wiewiórek i królików:

Oj, jak Kraciasty sobie chwalił chicken & basil broth! Chciałbyś tu być 😀 Pierwszy rzut oka na dom również był jak najbardziej korzystny. Zadbany, przyjaźnie nastawiony do turystów z psami. Zdecydowaliśmy, że zrobimy rundkę szlakiem wiewiórczym, i gdy podeszliśmy ścieżką do stawu, wyszedł nam na przeciw komitet powitalny:

Zawsze mnie rozczulają zwierzęta, które nie boją się ludzi, bo to dobrze świadczy o gromadzącej się w tym miejscu ludzkości. Wspaniały park. Kraciasty doszedł do wniosku, że jest różnica pomiędzy ogrodem w stylu angielskim, a ogrodem angielskim. Byliśmy w tym drugim, pełnym ogromnych paproci, różnorodności drzew z całego świata, przekwitających rododendronów i oszałamiających zapachów innego kwiecia. Doszliśmy ścieżką aż do the walled garden, a tam z kolei nie w pełni jeszcze rozwinięty zakątek różany. Trafiliśmy, widać, pomiędzy rododendronowo-różaną zmianę warty, ale nie możemy narzekać.

Kiedyś, obiecuję to sobie, zrobię fotoreportaż ze znanego mi, byłego pegeeru, bo różne są rodzaje piękna. W Mount Stewart też znalazłam alternatywę – rozpadającą się szklarnię, zapełnioną polnymi kwiatami. Niedaleko „pracowały“ współczesne szklarnio-wylęgarnie, które mogłyby się znajdować przy zwykłym farmerskim domu. Park żyje, pomiędzy starodrzewem widać nowe, pieczołowicie chronione sadzonki, a po parkowych ścieżkach jeżdżą pracownicy, którzy cały czas wykonuję prace konserwatorskie … jeden miał na głowie mohawka i zasłaniał sobie twarz chustą jak kowboj 😉

Za wiodącą w górę ścieżką niezwykle wonnych roślin znajduję się dziwna budowla. Tir n’an Og. Teraz już wiem, że celtycka nazwa powinna zachęcić mnie następnym razem do baczniejszego rozglądania się po okolicy. W pobliżu jest niewielki rodzinny cmentarz do którego nie dotarliśmy zwiedzeni gąszczem krzaków.

Wędrowaliśmy naokoło stawu ścieżką, która miała nas zaprowadzić do siedlisk czerwonych wiewiórek. I zaprowadziła, niestety wiewiórek nie było w domu. Widzieliśmy za to wiele gatunków ptaków i nawet nie wiem kiedy Kraciasty podglądał tę rodzinę łabędzi:

Wybraliśmy dobry dzień, po parku chodzili cicho deszczowi ludzie, dość często ze swoimi dobrze wychowanymi psami, i nikt nikomu nie przeszkadzał. Kraciasty lubi to zdjęcie:

A to już widok na front domu, gdy wracaliśmy ze spaceru po parku …

… i ściana rezydencji wychodząca na główne ogrody przydomowe, którym oglądaną przez nas formę nadano w czasach edwardiańskich, czyli w okolicach pierwszej wojny światowej:

Ich inspiratorką była Edith, siódma markiza Londonderry*. Nie mogliśmy wejść na teren ogrodu włoskiego, był odgrodzony napisem „private“, może to znak, że właściciel jest właśnie w domu. Podobnie nie wszystkie wnętrza udostępniano turystom, a chwilę po tym jak obejrzeliśmy paradną jadalnię, pracownicy zaczęli przygotowywać zastawę stołową do posiłku. Ostatnia dziedziczka, Lady Rose Lauritzen, wnuczka Edith**, przez pół roku mieszka w Wenecji, ale drugą część spędza tutaj, w swoim domu rodzinnym. Mount Stewart to raczej więc dom niż muzeum, chociaż „na pokojach“ witali nas pracownicy, którzy każdemu z osobna opowiadali w jakim miejscu się znajdujemy. Dywany podwinięte jakby tylko na tę chwilę, żebyśmy ich nie podeptali, skoro już wpadliśmy, a wszędzie ogrom bibelotów, portretów, cennych drobiazgów, które podkreślają bogactwo tego miejsca. Na górze sypialnie i sypialnie, ta na zdjęciu wydała mi się najbardziej klimatyczna:

Po zlustrowaniu domu wróciliśmy z Kraciastym do miejsca, gdzie poprzednio raczyliśmy się zupą. Ciasto marchewkowe było wilgotne i przesmaczne, a tematy rozmów zaangażowane. W czasie zwiedzania kilkakrotnie rozśmieszyło mnie nabożne przywiązanie naszych przewodników do rozwodzenia się na temat ogromnej fortuny dziedziców. Zapamiętałam też boczne trzwi, tuż przy wejściowych, drzwi dla służby, która miała być w czasie pracy jak najmniej widoczna.

Tak jak podoba mi się piękna architektura, mam za nic styl życia na który jego uczestnicy sobie nie zapracowali. Zawsze też zastanawiało mnie przy okazji tak wielkich posiadłości, które wymagały wielkiej liczby ludzi do obsługi, na ile właściciele faktycznie „posiadali“ swój dom, ile mieli w niej zupełnie zwyczajnej wolności, którą ja cieszę się każdego dnia. Czy np. potrafiliby we własnej kuchni znaleźć marmoladę, żeby nią posmarować sobie chleb. No właśnie … kiedy obudziłam się z rana od razu usłyszałam w głowie myśl, że nie byliśmy w kuchni 🙂

Po herbacie i kawie poszliśmy w stronę najwyżej położonej części parku, gdzie zbudowano Wieżę Wiatrów, Tower of the Winds. Budynek jest nowożytną wariacją na temat wieży, która do dziś stoi w Atenach i jest uważana za pierwszą znaną w historii stację meteo:

Wieża w Mount Stewart pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku i wczoraj, ze szczelnie pozamykanymi oknami, była w głębokim śnie. Widoki na zatokę Strangford nawet w ten pochmurny dzień są piękne, choćby jak tu poniżej, z widoczną w tle sylwetką wieży Scrabo (dodaję to zdjęcie, bo mi ptaszek przeleciał):

Przez cały ten czas nie spadła ani kropla deszczu i wielki parasol, który zwiedzał park razem z nami, okazał się mało praktyczny. Zeszliśmy do parkingu zmarznięci i ruszyliśmy drogą przez Belfast w coraz bardziej gęstniejącym ruchu ulicznym. Kraciasty miał plan przetrwania godziny szczytu – w stolicy Irlandii Północnej zatrzymaliśmy się na jakiś czas pod zjawiskowo zaaranżowanym Stormont, siedzibą lokalnego parlamentu. Piszę „zjawiskowo“, bo budynek posadowiony jest na pagórku i prowadzi do niego długa, wznosząca się aleja obsadzona szpalerami lip. Patrzyłam na te lipy i zastanawiałam się kiedy zaplanowano i zbudowano tak reprezentacyjną budowlę. Dopiero w 1932 roku! Takie zaskoczenie (obstawiałam raczej, że budynek zaadoptowano po zerwaniu związku z Republiką). Zainaugurował jego działanie Edward, książę Walii, późniejszy Edwarda VIII, ten od abdykacji z powodu „mezaliansu“ z rozwódką. Oboje z Kraciastym mamy teraz skojarzenia związane z architekturą Trzeciej Rzeszy czy socrealizmem. Estetyka władzy.

Przed budynkiem, w dramatycznej pozie stoi Edward Carson, brytyjski prawnik, który wsławił się m.in. wystąpieniem przeciwko Oscarowi Wilde’owi w procesie o zniesławienie, chociaż oczywiście nie dlatego mu ten pomnik (jeszcze za jego życia) wystawiono.

Pomniki w takim miejscu wystawia się za politykę, a Carson był „niekoronowanym królem irladzkich protestantów“ … cokolwiek to znaczy 😀 Widzisz tę alejkę? Wleźliśmy nią w górę, a potem zeszliśmy w dół. Stormont można zwiedzać w środku, ale przyjechaliśmy poza godzinami urzędowania i widać było jak z prywatnych parkingów wylewają się pracujące tutaj sekretarki. Dzięki spacerowi udało się nam przeczekać korki, zrobić zdjęcia srokom i wychłodzić się na tyle, że oboje wieczorem nie czuliśmy się najlepiej. W czasie tej jednodniowej wycieczki do Irlandii Północnej zrobiliśmy całe mnóstwo zdjęć, które przeglądałam w czasie pisania. Powinnam dać więcej kwiatów, ale których? Powinnam pokazać Ci obrazy, ale które? Bibeloty, o bogowie, ilu rupieciom zrobił zdjęcia Kraciasty. I był jeleń … zapomniałam o jeleniu:

Miałam z nim sesję zdjęciową, ale zostawię ją dla siebie. Zdecydowanie polecam Mount Stewart do długich spacerów, jeśli przyjedziesz zwiedzić Belfast lub mieszkasz gdzieś w pobliżu. Z całą pewnością nie warto odkładać takiego spaceru na lepszą pogodę 🙂 Wczoraj oboje trochę pociągaliśmy nosem, ale rozeszło się po kościach, dzisiaj za oknem mieliśmy oberwanie chmury, a i teraz nie jest to pogoda dla kotka, więc Rysiu siedzi z nami w domu. Czytam, że we Wrocławiu są 32 stopnie, nam chyba to na razie nie grozi. Poza tym nie mam zakończenia, ni puenty. Deszcz leje, jest miło, Kraciasty się mnie pyta jak chcę gulasz. Dobrze chcę. Dzisiaj odpoczywamy i gadamy. Relacja z gadania będzie póżniej na Związku. Miłego weekendu 🙂

________________________
* o historii tworzenia ogrodów możesz poczytać w „Mount Stewart Garden history.
** jak wygląda Lady Rose i jak wspomina swoje dzieciństwo, możesz zobaczyć artykule „Belfast Telegraph.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe“ przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Spacer po Trzebnicy.

W czasie, gdy byliśmy w Polsce nie było tych spacerów tyle, ile bym sobie życzyła. Pisałam już o tym, że pogoda nas zaskoczyła, nie była zła, raczej niemile nieznośna, nie zachęcała do dalszych wędrówek. Ale pochodziliśmy trochę po Trzebnicy, mieście, które kojarzy mi się z kwitnącymi jabłoniami, ciężką, gliniastą ziemią, patisonami (dlaczego, to nie jest tak łatwo wytłumaczyć), kotami, obciętymi kończynami i z barokiem. To ostatnie w zwiazku z bazyliką, gdzie przynajmniej w części leży Hedwig von Andechs, znana bardziej jako św. Jadwiga Śląska. W części, bo takie już życie świętych, że rozkładają ich na puzzle. A skoro już o niej mowa, to zupełnie bez porządku jej sarkofag:

Trzebnica 1

Sarkofag z czarnego i różowego marmuru jest z końca XVII wieku. Zawsze, gdy go widzę, wydaje mi się, że „Jadzisia“ ma za pulchne dłonie jak na kogoś kto był być może dotknięty anorexia mirabilis. Barok w architekturze, bleeee! To miejsce – kaplica św. Jadwigi – jest moją ulubioną częścią bazyliki. Pierwszy w Polsce budynek w całości zbudowany w czystym gotyku (tak głoszą różne źródła, chociaż wątpię, by współcześni kombinowali w ten sposób) również nie uszedł barokizacji. Zawsze, gdy tam wpadam, pozdrawiam bezgłowe anioły z portalu odkrytego w 38 roku:

Trzebnica 2

Wyczerpujący opis obiektu zamieścił na swoim blogu Jeż, odsyłam Cię tam po wiedzę i więcej zdjęć.

W Trzebnicy jest jeszcze druga parafia, zgromadzona wokół innego obiektu sakralnego, Piotra i Pawła. Obecny budynek w stylu neogotyku zbudowano w połowie XIX wieku, kościół ma jednak XV-wieczną wieżę, a prace badawcze potwierdziły obecność XIII-wiecznych fundamentów. Czy to tutaj był pierwszy w Trzebnicy, XII-wieczny kościół parafialny wybudowany przez Piotra Włosta, tego nie wiem. Faktem jest, że budynek w swojej historii kilkakrotnie zmieniał przynależność wyznaniową oraz przeznaczenie. W 1987 roku ze składnicy części zamiennych i ogumienia ponownie stał się kościołem katolickim i w zasadzie w ostatniej chwili (dach już się zapadał) przystąpiono do jego remontu.

Trzebnica 3

Wewnątrz prostota architektoniczna została oczywiście popsuta różnymi chwościkami, ale bardzo mi ten budynek przypomina neogotycki kościółek parafialny z mojej rodzinnej miejscowości. Kościoły z czerwonej cegły rządzą! Niestety nie mogliśmy wejść do środka, wystawiłam tylko nos aparatu za kraty, które o tej porze były zamknięte.

A to już inne miejsce, które spodobało się Kraciastemu:

Park zdrojowy przy Leśnej. Kurpark. Tutaj można zobaczyć jak wyglądał sto lat temu. Albowiem istniało kiedyś Bad Trebnitz z leczniczymi wodami mineralnymi i borowinami. Dzisiaj pozostało po kurorcie kilka budynków o zmienionym przeznaczeniu (ówczesny hotel Hedwigsbad to aktualnie Starostwo Powiatowe) …

Trzebnica 5

na pocztówce z 1909 roku, oprócz Hedwigsbad, w głębi widać także przepiękny Etablissement Waldhaus, dzisiaj opisywany jako budynek na Leśnej 3. Unikam fotografowania go, bo mi serce krwawi.

… i (chyba) mrzonki na temat przywrócenia Trzebnicy statusu uzdrowiska. W międzyczasie część dawnego uzdrowiska zabudowano osiedlem (na filmiku po lewej), szlaki w Lesie Bukowym odnowiono kilka lat temu, ale nie chcieliśmy sprawdzać jak teraz wyglądają … po co psuć sobie humor. Ta okolica jeszcze tchnie spokojem, innym miastem, do którego pasują kapelusze i spodnie w kratę lub prążki, choć może to kwestia tego, że oboje patrzymy na wszystko oczami turystów. Wiem przecież, że zimowymi wieczorami zasnuwa się Trzebnica cichym, złowieszczym smogiem, a w letnie popołudnia zapach z kanalizacji w środku miasta fiołków nie przypomina.

Tymczasem my jako dusze wolne szukamy miejsc ładnych, gdzie można się czegoś napić (brzmi dwuznacznie, jak na to inaczej spojrzeć … uściślam: kawa, herbata, soki). Jest więc, zazwyczaj gwarna w środku dnia, Markiza przy Bochenka 49 w której podają dobrą zimową herbatę. Przed wojną ulica nazywała się Breslauerstrasse, a kawiarnia znajduje się w nowym budynku, który ma lokalizację podobną do dawnej Paul Schuster Conditorei Cafe.

Trzebnica 6

Jest też spokojna, schowana w bocznej ulicy, więc bardziej dla lokalesów niż pielgrzymów, Beza na Jadwigi 29c, cukiernia Kosowskich. Można również pójść na pizzę i włoską kawę do Damiano’s Ristorante Pizzeria na Roosevelta 6, miejsca otworzonego przez Damiano Serrę, lub na obiad z widokiem na bazylikę do umieszczonej na piętrze przy JPII 1 restauracji nie wiadomo czemu nazwanej Palermo (wiele lat temu kiedy naprawdę byłam przed maturą, na dole, w sławetnej Kasztelańskiej, wypiłam mój pierwszy trunek w restauracji – herbatę z cytryną, podaną w szklance). Takich miejsc jest pewnie więcej, wspominam wszystkie w których można było nas spotkać tydzień temu, trochę dlatego, że chowaliśmy się przed chłodnym wiatrem, a trochę dlatego, że tak lubimy …

Trzebnica 4

… co jeszcze mogę napisać? region jest piękny, jak cały mój ukochany Dolny Śląsk. Myślę o winnicach, które były tutaj przed wojną i czytam, że ktoś też o nich myśli. O kotach z których widzieliśmy tym razem tylko Stawcia i o cmentarzu żydowskim, którego nikt nie odwiedza, bo oficjalnie go nie ma. Zagłębiwszy się w stare pocztówki zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej odbiegam od miasta takiego, jakim widzą je ludzie codziennie czekający na nie-dworcu przy zbiegu dawnych ulic Braslauerstrasse z Langestrasse. Pewnie popukaliby się w głowę, może zresztą się i pukali widząc mój różowy kapelutek w kratkę 🙂 Jeśli będziesz miał/a okazję spacerować po tym mieście w pojedynkę, warto zaopatrzyć się w „Muzykę na wodzie“ G.F. Händela w słuchawkach:

Powrót myślami do minionego tygodnia sprawił mi dzisiaj wiele frajdy. Tymczasem Kraciasty właśnie zadzwonił, że niepostrzeżenie przeleciał nad morzem i siedzi na przystanku autobusowym na dublińskim lotnisku. Będzie tu za raz, dwa, trzy, z chlebem z Lidla i książką Ani. Zjemy ruskie pierogi ze śmietaną, napijemy się herbaty i opowiemy sobie, co tam było jak nas nie było, czego nie opowiedzieliśmy sobie przez telefon. Albo może opowiemy sobie to, co przez telefon, tylko inaczej. Idę się poradować zmywając gary. Dobrego weekendu, Czytelniku 🙂

Jedno zdjęcie. Albo nie. Pałac Lenno.

Pod koniec nowego tygodnia wskakujemy w samolot i lecimy na wschód. Ja spędzę w Polsce tydzień, Kraciasty trochę dłużej … wrócę do naszego dwukolorowego dziecka, które z taką ufnością przygarnęło imigrantów 🙂 W domu będziemy obchodzili urodziny babci, raczej więc zostaniemy na północny-wschód od Wrocławia. Na południowym-zachodzie natomiast …

Trawniczek przed pałacem Lenno, 25 sierpnia 2017.

collage 2017 lenno

Znajdź Śnieżkę 😉 W powietrzu pachnie wiosną (w końcu w Irlandii wiosna zaczyna się 1 lutego!), a ja w archiwum odnalazłam stary wpis, który zaczęłam tworzyć po zeszłorocznych świętach Wielkiejnocy i który tu nigdy nie „poszedł“. A chcę napisać o miejscu do którego wówczas, rok temu, i przy wielu innych okazjach podeszliśmy. Podeszliśmy, ponieważ miejsce to jest na wzgórzu. Skoro już na początku nie trzymam się zasady jednego zdjęcia, nie będe się dalej powstrzymywała 😀

Myślę, że powyżej jest to moja druga wizyta we Wleniu. Potem trochę przestałam liczyć, więc rok temu wiosną … to nie wiem. Ale pamiętam styl podróży … środa, 4 kwietnia, z Trzebnicy do Wrocławia, z Wrocławia do Jeleniej Góry … bez szelek Kraciastego i jego bakłażanowych spodni ani rusz. Grzaliśmy się w wiosennym słońcu, już w Jeleniej obiad, odpoczynek, robienie zdjęć metalowemu jeleniowi i wróbelkowi pod jego brzuchem. Kolejny przesiadka i Wleń. Po długiej podróży podeszliśmy ulicą Górską do pierwszego cmentarza. Z drogi do niego widać miasto zawieszone w wieczornym smogu:

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

A na cmentarzu, dawniej ewangelickim, dwie z czterech zabytkowych kaplic grobowych stoją zdemolowane. Przy takiej okazji myślę o akcji „Mogiłę pradziada ocal od zapomnienia“. Kogo Ci pradziadowie wychowali i czy w związku z tym sami zasługują na pamięć?

collage 2017 wleń cmentarz

Ludzie łasili się na wyimaginowane skarby i grabili m.in. takie miejsca, choć tego, co otrzymali i co czasami wielokrotnie przekraczało wartość ich poprzedniego dobytku, nie potrafili utrzymać w godnym stanie. Smutne to i gorzkim jest komentarzem do obecnego wyglądu wielu przepięknych domów we Wleniu, podobnie opisanych w rejestrze zabytków: Dom, drewn. ob. ruina. poł. XIX. Był wieczór, nie starczyło czasu, żeby podejść wyżej. Pomachaliśmy tylko baszcie zamku, którą było widać z miasta przez ogołocone z liści drzewa.

W niedzielę zaś dość pochmurno i deszczowo.

View this post on Instagram

#szowerek #glanymroku #kwiatkimroku

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Piesza droga z Wlenia, którą zazwyczaj wybieramy, jest bardzo urokliwa, wygodna, spokojna, z mnóstwem miejsca do obściskiwania się (poniżej w odsłonie jesiennej):

View this post on Instagram

w drodze do kominka i kawy. #mójwleń

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Pałac w Łupkach, do którego zmierzaliśmy, zawdzięcza swoje ocalenie Lukowi Vanhauwaertowi. O jego przygodzie wleńskiej możesz poczytać w reportażu „Normalny gość z pałacu Lenno“ Kamili Sammler. Obiekt wybudowany na podzamczu w XVII wieku mozolnie odzyskuje życie – kiedyś był szpitalem kolejnowym, następnie częścią PGR-u, obecnie w weekendy można się tam wybrać do  kawiarni na legendarny sernik. Pięknie się czyta o takich zmianach na lepsze, z pewnością życzyłabym takiego losu wielu innym dolnośląskim budynkom, które nieuchronnie obracają się w ruinę.

lenno 1

Idąc wyżej  dojdziesz do XII-wiecznego zamku. Tym razem z podwórka pałacowego nie było widać panoramy Karkonoszy, ale one zawsze tam są, te nasze piękne góry. Już wiesz, że w pogodne dni można wypić kawę na zewnątrz, na zielonej trawce, rozkoszując się tym widokiem.

Jakiś czas temu odnalazłam w sieci Polską Kronikę Filmową 31/49, w której można zobaczyć pałac Lenno w czasach stalinizmu. Filmik obejrzysz TUTAJ. Kraciasty od razu zauważył, że pan Łapicki czyta z kartki nie mając pojęcia, co czyta. Studenci oczywiście nie mogli przebywać na wczasach w piastowskim zamku z XI (?) wieku, ponieważ zamek nie nadaje się do zamieszkania. Pałac Lenno został ufundowany przez Adama von Külhausa i faktycznie do jego budowy wykorzystano części z zamku, który wysadzono w czasie wojny 30-letniej. Kolejnymi właścicielami pałacu od XVIII wieku była rodzina von Grunfeld und Guttenstädten, a następnie od XIX wieku von Haugwitz. Niezbyt piastowskie nazwiska, musisz przyznać 🙂 W „Zimnej wojnie“ jest taka scena przed pałacem obszarnika w której pan Szyc mówi kilka słów do młodzieży … jest to, jak mi się zdaje, dokładnie ten sam rok, co w kronice. Rok 1949.

Poniedziałkowe Annagassan i Blackrock.

Chwilę mnie tu nie było, w międzyczasie Kraciasty poleciał na wschód, a ja przeszłam na obiady indywidualne i pasienie kota w pojedynkę. Bardzo dobre rzeczy się ostatnio powydarzały, wszystkiego w posta nie upchnę. O poranku porozdawano Oscary i pamiętam lata, gdy naprawdę interesowałam się tą nagrodą i rano nasłuchiwałam wiadomości. Przychodzi w życiu jednak taki czas, gdy ważniejsze jest nakarmienie kota 😀

drogheda walentynki

Powyżej rzeka Boyne i widok od strony miasta na XIX-wieczny most kolejowy Tarbhealach na Bóinne, wczasie budowy był siódmym tego typu na świecie, jeden z ówczesnych cudów techniki. Zdjęcie zrobiłam z mostu (po prawdzie to kładki dla pieszych) Hugh DeLacy. Ale fotka jest z walentynkowego czwartku i umieszczam ją tylko dlatego, że widok mi się bardzo podoba, a chcę Cię zabrać na spacer z  zeszłego poniedziałku …

… kiedy się człowiek włóczy w Walentynki to jeszcze jest jakiś przebrzydły argument, że lans na mieście, bo wszyscy się lansują 😀 Ale dlaczego wyleźliśmy z domu w poniedziałek, zamiast jak pambu przykazał siedzieć i się w tv gapić, tego, dajcież mi o bogowie, nie pomnę. W każdym razie wyjechaliśmy z domu na północ i minęliśmy domek o którym pisałam, że zrobił mi ciepło na sercu, bo jest w nim miejsce dla pieska:

domek po drodze

Kraciasty specjalnie zatrzymał w tym miejscu samochód, żeby zrobić parę ujęć – zobacz, jak dom jest wetknięty pomiędzy wąską drogą i skalistym brzegiem. Co kilka godzin podchodzą do niego wody Morza Irlandzkiego.

Droga prowadziła nas wybrzeżem przez Annagassan, Áth na gCasán, i nie chcieliśmy sobie odmówić przejścia się tamtejszą plażą. Na zdjęciu widać ją w pełnym odpływie, a „kijki“, które wystają z gruntu, wytyczają główny nurt rzeki, żeby się nie pochachmęciło kutrom rybackim wpływającym do małego portu po połowie sercówek czy innego tam skorupiaka:

Annagassan (2)

Nad morzem świat wydaje się większy, klarowniejszy, chmury bliższe, głowa lżejsza.

Wieś Annagassan, dawna twierdza Wikingów (tzw. longphort), jest malowniczo położona przy ujściu rzeki Glyde. Pierwsze wzmianki na jej temat są z poł. IX wieku – była tu wówczas forteca o nazwie Linn Duachaill. W tamtych czasach dwa longphorty zostały założone przez rudych wojowników z północy – drugim był … Dubh Linn. Splot okoliczności, być może też wyjątkowo spektakularne odpływy sprawiły, że to Dublin jest Dublinem, a pamięć o Linn Duachaill przywrócono dopiero kilka lat temu, gdy archeologowie dokopali się pod Annagassan do artefaktów, które potwierdziły, że stare księgi nie bujały wspominając o dwóch pierwszych longphortach

Każda z plaż ma swój własny charakter, każda jest trochę inna. W Clogher podczas odpływu podchodzimy nieraz pod same fale, tutaj, chociaż lubię spacerować w tym miejscu, nie czuję się na tyle bezpiecznie, żeby wędrować dalej po odkrytym piasku. Wyjątkowo rozległe odpływy odsłaniają grząskie dno pełne mokrych sadzawek i małży mroku, a przypływ przychodzi szybko.

Kolejny raz minęliśmy to coś, czemu tym razem dokładniej się przyjrzałam:

Annagassan (1)

Multimedialnie wygląda to tak (zwróć uwagę na górzyste, bajkowe tło):

Wytrwale szukałam wiadomości o wraku pozostawionym w tej okolicy, ale jedyna ciekawa wzmianka dotyczyła statku, który jest zatopiony głębiej w morzu. Intryguje mnie czy jest to pozostałość jednostki pływającej, resztki umocnienia wybrzeża czy atrapa dla turystów. Cokolwiek by to nie było, nikomu nie chce się o tym napisać w sieci. Takie to nawet trochę irlandzkie, leży sobie, po co drążyć …

W czasie spaceru trochę-padało-a-trochę-nie, i gdy schodziliśmy z plaży, ukazała się nad nią tęcza. Usiłowałam jej zrobić telefonem zdjęcie – w ten sposób na jedną z fotek załapał się anonimowy piesek, który niesamowicie uszczęśliwiony mknął we wszystkich kierunkach:

Annagassan (3)

Chwilę później Kraciasty zaparkował samochód pod krzaczkiem na wapiennym moście z przełomu XVII i XIX wieku i wleźliśmy na stromy pagórek, ja popiskując od czasu do czasu ojej, ojej, jak stromo, jak wejdę, jak zejdę, bo miałam na sobie nie za często noszone glanki i nie wiedziałam, czy one chcą ze mną wejść na górę, czy tak trochę nie bardzo.

Port i plaża w Annagassan jest za domami, pod mostem płynie Glyde, a my stoimy na wzniesieniu, które jest pozostałością osady Wikingów. Myślę, że wiem, co ich w tym miejscu urzekło. Widok na zatokę, kontrola nad rzeką:

Annagassan (4)

Niewielki port w Annagassan szczególnie pięknie wygląda przykryty  śniegiem lub szronem, co zdarza się niezbyt często.

Kiedy sturlałam się z pagórka, droga zaprowadziła nas wybrzeżem do Blackrock, o którym trochę już pisałam w innym poście. Byliśmy po raz drugi w Belle’s Tea Room i, jak widać na zdjęciu, przy kawie dobrze nam się wiodło, jak zawsze zresztą:

Blackrock 3

W Blackrock zazwyczaj spacerujemy po nadmorskiej promenadzie, i tym razem zauważyliśmy coś, czego wcześniej tutaj nie było – rzeźbę lokalnego artysty, Micheála McKeowna, odsłoniętą pod koniec zeszłego roku:

Blackrock

Dwie postacie błyszczące w słońcu jak roboty upamiętniają zbieraczy małży z początków XX wieku. Cockle pickers. Ludzie zbierający sercówki – nie tak dawno temu widok zupełnie zwykły, związany z wielopokoleniową tradycją. Zajęcie wydające się tak błahym, które uratowało życie wielu lokalnym rodzinom w czasach Wielkiego Głodu.

Blackrock 2

Wystarczy inna pora roku, dzień, godzina, układ chmur. Codziennie można byłoby robić zdjęcie choćby tego jednego miejsca. Promenadę w Blackrock zbudowano w latach 50-tych XIX wieku, w wieku XX zrobiono na niej miejsce na ruchliwą trasę R172. Natężenie ruchu jest więc spore, widoków to nie onieśmiela. Jakże inaczej to samo miejsce wygląda podczas przypływu:

View this post on Instagram

🌊☔

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po przyjemnie spędzonym popołudniu był powrót w kierunku domu, księżyc, plaża we wsi i uświadomienie sobie, że to nie Doris nocuje obecnie w hangarze. Taki był zeszły poniedziałek. Teraz jestem tylko z kotem i robię obiad na śniadanie. W międzyczasie dowiem się, co tam na świecie. Będzie to więc spokojny dzień spędzony tak bardziej w środku. Rysiu właśnie odkrył, że kiedy siedzi w oknie wewnątrz domu widzi te same ptaszki i pieski, co wtedy, gdy siedzi na oknie na zewnątrz, tylko, że w środku nie wieje mu wiatr. Sądzę, że to będzie jedno z jego ulubionych miejsc. A jakie są Twoje poniedziałkowe odkrycia?
Dobrego tygodnia 🙂