My tylko po chleb.

Wczoraj przed południem mieliśmy wyjechać na chwilę, bo przecież bez chleba nie da się żyć 🙂 , zapchaliśmy się ciastkiem, kawą, nałożyliśmy czapki z pomponem i kapelusze i … wróciliśmy do domu po czterech godzinach. Chlebek był w Lidlu, a od Lidla już hyc hyc niedaleko do drogi na Oldbridge, która interesowała nas ze względu ostatnich wypadków.Gdy już znaleźliśmy się na drodze do Oldbridge, tak jak przewidziałam, okazało się, że nic tam nie ma. Nic wyklarowało się nam w pole bitwy nad Boyne, Cath na Bóinne, z roku 1690.

Battle of the boyne place (2)

Za tym kamieniem jest pole bitwy, na kamieniu jest spatynowana kupa.

Jakub II Stuart, katolik wspierany przez wojska francuskie walczył tutaj ze swoim protestanckim siostrzeńcem i zięciem, Wilhelmem III Orańskim (popieranym przez suprajz suprajz… papieża Innocentego XI), o tron Anglii i Szkocji po tym, jak dwa lata wcześniej w wyniku Chwalebnej Rewolucji, Glorious Revolution, parlament angielski pozbawił go korony na rzecz najstarszej córki i owego siostrzeńco-zięcia. Był to bardzo ważny okres w historii brytyjskiego parlamentaryzmu, pozwól więc, że przynudzę Ci krótkim i dość chaotycznym rysem sytuacji: przed rządami Jakuba, w połowie XVII, Anglia stała się republiką po tym jak Karol I, który chciał rządzić bez parlamentu, rozstał się ze swoją głową w dzień pochmurny i chłodny, 30 stycznia 1649 roku. Po cromwellowskich rządach najpierw parlamentarnych, a potem dyktaturze Lorda Protectora (1649-1659), restauracja Stuartów (1660-1685) zmierzała coraz bardziej w kierunku absolutyzmu na wzór francuski (w tym czasie rządził we Francji le Roi-Soleil, ale Francuzi jeszcze nie mieli dość tego pajacowania, do Rewolucji Francuskiej trzeba poczekać sto lat). Jakub II był kolejnym po swoim starszym bracie, Karolu II, monarchą restauracyjnym. Gdy przegiął bagietę promując katolicyzm i szarpiąc się z Izbą Lordów o to kto tu rządzi, dwie przeciwstawne frakcje parlamentu, torysów i wigów, na chwilę połączyły swoje siły i zdecydowały, że w takim razie oni sami wybiorą sobie kogoś lepszego do rządzenia. Właśnie ta dość szybka i niezbyt krwawa podmiana królów nazywana jest Chwalebną Rewolucją. Już po wygnaniu katolika i koronowaniu Wilhelma i Marii Parlament uchwalił Bill of Rights – Anglia stała się pierwszą na świecie monarchią parlamentarną. Było to zwieńczenie długiego procesu rozpoczętego w średniowieczu Wielką Kartą Swobód, Magna Carta, która ograniczała władzę monarszą (1215 rok, za królowania Jana Bez Ziemi – tego gościa, który w filmach o Robin Hoodzie jest przedstawiany jako mniej rozgarnięty i ogólnie mniej fajny brat Ryszarda Lwie Serce). Ustawa Bill of Rights określała kompetencji monarchy i parlamentu – z czasem przewodniczący parlamentu przekształcił się w premiera, który de facto rządzi krajem, a kolejne akty prawne sprowadziły rolę królów do tego czym jest ona dzisiaj, skamieliną pełniącą funkcję reprezentacyjną.

Ale wracając do Bitwy nad Boyne, miała ona miejsce 1 lipca wg kalendarza juliańskiego, o godzinie 10:15. William przed bitwą stacjonował w miejscu o którym już kiedyś pisałam – Mellifont Abbey. Wprawdzie Wojna Dwóch Królów, Cogadh an Dá Rí, trwała jeszcze ponad rok, ale to właśnie po tej przegranej bitwie Jakub, ostatni katolicki i ostatni absolutny władca Anglii, zwiał do Francji i jego noga więcej na wyspach nie postała. Gdy William i Maria zmarli bezpotomnie, tron objęła młodsza siostra Marii, Anna Stuart, za życia której powstała unia o nazwie Wielka Brytania …

Interesującą kwestią jest, co o tej wojnie czy o pochodach oranżystów myślą Irlandczycy, bo to na ich terenach rozgrywały się rzeczone hucpy, ale to temat na inny tekst 🙂  … Więcej o bitwie i miejscu można dowiedzieć się na stronie battleofboyne.ie. Ja natomiast chcę Ci pokazać naszą irlandzką zimę. Na zdjęciu poniżej pole walki jest po lewo, a w głębi widać Oldbridge House, dom z kamiennego wapienia, wzniesiony w połowie XVIII wieku, kilkadziesiąt lat po wojnie. W tych rejonach, za domem, w miejscu nazywanym Curly Hole, kończy się władanie morskich pływów na rzece Boyne:

Battle of the boyne place (3)

Stary dąb, który być może za sadzonki, albo gdy jeszcze był żołędziem,  był świadkiem zmagań obydwu wojsk. Może mógłby zaświadczyć, że koń Wilhelma wcale nie był biały, jak go z uporem malują:

Battle of the boyne place (4)

Poszliśmy w kierunku Oldbridge House – przy posiadłości oczywiście walled garden, więc i tutaj znalazł się taki, niewielki, uśpiony spłachetek z przyciętymi w tutki krzewami i mniejszymi, zaschniętymi krzewinkami, które pewnie latem przyciągają pszczoły:

Battle of the boyne place (8)

W tle wspólczesny budynek herbaciarni. W ogrodzie zaś … pomnik drzewa, zrobiony z drzewa, którego jest pomnikiem 🙂 – dębowy obelisk autorstwa Michael Warrena stoi na miejsu, gdzie dawniej rósł dąb. Irlandzki rzeźbiarz jest znany z takich charakterystycznych instalacji na świeżym powietrzu:

Battle of the boyne place (7)

Pod murem zauważyłam stare, porośnięte mchem, drzewa owocowe posadzone w espalierze:

Battle of the boyne place (6)

Niezbyt duży jak na posiadłość, symetryczny dom jest obecnie własnością państwa i zamieniono go w centrum turystyczne. Mamy do niego tak niedaleko, że zdecydowaliśmy się przenieść wizytację wnętrz na dzień, gdy będziemy po śniadaniu:

Battle of the boyne place (5)

Kot, zapewne bardzo ważny, który spacerował po ogrodzie i dawał się głaskać turystom jedzącym lunch w herbaciarni:

Battle of the boyne place (1)

Grubiutki kawał kota z białymi skarpetkami. Wyobrażam sobie, że jest tutaj zatrudniony i z godnością nadzoruje obejście. Kot generał. Zauważyłam go po raz pierwszy, gdy wskoczył na stół pewnej miłej pani, która dzieliła się z nim pianką z latte. My oczywiście do tej herbaciarni się wprosiliśmy, ja dodatkowo na zupę, bo byłam trochę zziębnięta i cały czas na głodniaka. Nawet w tak szary i podmokły dzień to piękny teren – za polem bitwy jest widok na Droghedę, rzeka rozwidla się na wolno płynące kanały – wiele osób wpada tutaj pospacerować ze swoimi dwunogami i czteronogami, część zasiada przy herbacie lub kawie 🙂 Z pewnością wrócimy w to miejsce historycznego zamętu, które dzisiaj tchnie spokojem.

Od kilku godzin usiłujemy wyjść nad morze i widzę przez okno, że zaczyna się już chmurzyć, kończę więc swoją relację z wczorajszego spaceru ostatnim łykiem herbaty. Nie wiem, czy coś jeszcze napiszę przed końcem roku … przecież to tuż tuż. Jest mi dobrze, to był interesujący rok. Napisz mi jak Ty go czujesz, czy Ci się podobało i co będziesz zmieniał razem ze zmianą daty na 19.

Advertisements

Kolory jesieni na Howth.

Howth 12 listopada (2)

Robiliśmy podejście do tego szlaku w środku sierpnia – pierwsze wspólne, bo oczywiście Kraciasty był tu wcześniej w innych okolicznościach. Wtedy zawrócił nas deszcz. Wczoraj postanowiliśmy wykorzystać wolny poniedziałek i udało się, pospacerowaliśmy od portu do latarni morskiej Baily.

Howth 12 listopada 4

Pewnie wspominałam, że wybrzeże jest znane z mapy Ptolemeusza, nie wiem tylko czy wtedy Howth był połączony z lądem, czy też był wyspą. Dzisiaj na tombolu znajduje się przedmieście Dublina o nazwie Sutton. My zaczęliśmy swój spacer podobnie jak poprzednio, trochę dalej, w porcie pełnym mew, który już znasz. Kiedy podjechaliśmy na parking ciemne chmurki zaniepokoiły nas na tyle, że weszliśmy do Starbucksa (jakie oni mają słabe kawy, aż kolejny raz się powtórzę), żeby przeczekać ewentualne pogorszenie pogody. Późnie mogło być już tylko ładnie 🙂

Angielska nazwa Howth ma pochodzenie staronordyckie, pojawiła się wraz z Wikingami w IX wieku (hoved, Hǫfuð – cypel). Nazwa irlandzka Bhinn Éadair jest mniej jasna – zawiera imię osoby, której nikt nie zna, możliwe zresztą, że imię zostało z czasem zniekształcone. Howth jest miejscem ważnym dla historii, kultury i mitologii. Znajduje się tu kromlech (nie doszliśmy do niego), rzekome miejsce pochówku Aideen, żony Oscara, wojownika Fianny, który zginął pod Gabhra w roku 284. Starożytne śmietniki potwierdzają, że już tysiące lat temu w tej okolicy polowano z psami i jedzono skorupiaki. Wg mitologii miejsce było odwiedzane przez postacie takie jak Cú Chulainn czy Fionn mac Cumhail, zresztą to właśnie z półwyspu oddział Fianny miał wyruszyć na swoją ostatnią bitwę …

Tyle razy słuchałam piosenki Kate Bush, a nie słyszałam tego, co teraz wiem …

Then I’d taken the kiss of seedcake back from his mouth
Going deep South, go down, mmh, yes,
Took six big wheels and rolled our bodies
Off of Howth Head and into the flesh, mmh, yes …

„The Sensual World“, opowieść o Molly, bohaterce „Ulissesa“ Jamesa Joyce’a. Na Howth oświadcza się jej Leopold Bloom. Półwysep był dobrze znany Joyce’owi i wielu innym twórcom, występował jako tło obrazów malarzy, w tym Williama Orpena, a gdy wchodziliśmy na szlak odkryłam zupełnie przeoczony przeze mnie wcześniej napis na domu:

Howth 12 listopada (1)

… w latach 70-tych można było tu spotkać spacerującą z dziećmi Lynn Redgrave … Dublinersi, Dolores O’Riordan, Stuart Townsend, aktorzy, pisarze, dziennikarze … kto wie kogo zna pies, który zerkał nam w oczy, gdy wracaliśmy do portu przez Thormanby Rd 😀 Zresztą, każdy na swój sposób okazuje się czasem dla nas ważny …

Przeglądam zdjęcia i cieszę się jak dziecko, że zwlekliśmy się w wolny dzień, żeby przemaszerować po rancie półwyspu, może nie naokoło, ale całkiem spory jego kawałek. Woda migotała wieloma kolorami, przy brzegu wyglądała jak mleko do flat white, pełna powietrza i aksamitna:

Howth 12 listopada 3

Zielone latem paprocie zupełnie zrudziały i odsłoniły strukturę klifów. Wiatr był słabszy niż oczekiwałam, a pod koniec spaceru zachodzące słońce na bogato oświetliło nam nadmorską ścieżkę.

Howth 12 listopada 2 (1)

Howth 12 listopada 2 (2)

Howth 12 listopada 2 (5)

Howth 12 listopada 5

Około 15 zauważyliśmy statek wypływający z portu w Dublinie – Oscar Wilde zbudowany w 1987, prom typu ro-ro. Sądziłam, że zmierza do wyspy Man, ale z rozkładu floty jasno wynikało, że wieczorem był w Holyhead, w Walii. Gdy teraz sprawdzam jego namiary znowu jest w drodze 🙂

KIsh Bank lighthouse

Za Oscarem Wildem Kraciasty sfotografował latarnię i głowiłam się przez dłuższy czas co ona za jedna. Kish Bank, Banc na Cise, stoi na płyciźnie, którą statki mają z daleka omijać. Latarnia powstała dopiero w drugiej połowie XX wieku. Na krótko przed zakończeniem I wojny światowej 4 mile morskie na wschód od latarni Niemcy storpedowali statek pocztowy płynący do Holyhead, RMS Leinster. Była to największa katastrofa na Morzu Irlandzkim – życie straciło przynajmniej 564 osoby.

Być może za kilka lat gdzieś na tej ławicy powstanie elektrownia wiatrowa … na razie cieszyliśmy się widokiem otwartej, niczym nie zmąconej przestrzeni z jednym, złowieszczo błyskającym światełkiem.

Z każdym krokiem pogoda była coraz lepsza … i już w pełnym słońcu dotarliśmy do Baily – pierwsza latarnia morska powstała tu w 1667 roku. Obecna została zaprojektowana przez George’a Halpina Sr. i w takiej formie towarzyszy morzu od 1814 roku.  Zanim zainstalowano na niej dzwon przeciwmgielny i to miejsce było świadkiem kilku katastrof, w tym PS Queen Victorii, która wypłynęła z Liverpoolu zimą 1853 roku i zgubiła szlak zaskoczona śnieżnym sztormem. Tylko jedna łódź ratunkowa z 17 osobami dotarła do brzegu. Reszta z około stu pasażerów utonęła kilkadziesiąt metrów od latarni, zaledwie kilkaset metrów od portu.

Howth 12 listopada 2 (3)

W rezultacie tej ostatniej katastrofy dzwon został zamontowany na wiosnę tego samego roku, po siedmiu latach planowania, odkładania i cięcia kosztów. W rejonie jest jeszcze kilka widocznych gołym okiem latarń, które cały czas migoczą i ostrzegają. A przecież w słoneczny dzień, taki jak wczoraj, jakże to malownicze, nieomal rajskie miejsce … tutaj złapane aparatem Kraciastego:

Howth 12 listopada 2 (4)

Zadziorny cycuszek w tle to oczywiście Góra Cukru, która dość często zerka na nas, gdy wyruszamy na spacery niedaleko Dublina. Nie podeszliśmy blisko latarni, odbiliśmy w górę, w kierunku parkingu do miejsca oznaczonego na mapie jako The Summit. Jest tam dziwna, okrągła budowla, którą obeszłam w nadziei na małą choćby wskazówkę cóż to takiego. Nic z tego, nadal nie wiem, zaznaczenie owego summit czy jak … tak czasami jest z Irlandią. Skręciliśmy w Thormanby Rd., która bezbłędnie zaprowadziła nas do portu. Po drodze przyglądałam się ludziom, bo wielu w nimbie dziwności przemierza irlandzkie ścieżki. W tym pani o ciężkich nogach, a wcześniej chudy chłopak, który jeszcze w Starbucksie nieźle a z pewnością głośno składał zdania, a na Thormanby Rd. z pytającym wzrokiem i słuchawkami w uszach zachwiał się lekko próbując zrobić nam na chodniku miejsce, którego mieliśmy wystaczająco dużo. Spotkaliśmy też lokalnego hipopotama w kosmicznym skafandrze:

Howth 12 listopada

W drodze do domu utknęliśmy jeszcze w korku – niewielka cena oglądania pięknych okolic Dublina. Na szczęście jakoś tak mamy z Kraciastym, że to nie za bardzo jest problem – my w samochodzie, a na zewnątrz cały świat, już bez słońca, z migoczącymi gwiazdami i światłami naszej prowincji.

Wiem, że w Polsce tego dnia wielu ludzi miało wolne z okazji poprawin po święcie niepodległości, opowiedz mi więc jak wyglądał Twój poniedziałek. Jednak praca? Leżakowanie czy coś? 😉

_______________________________________________
w celu dokształcenia się zajrzałam choćby tutaj:

oraz na ogólnodostępne strony o flocie, i na wiki.

Poniedziałek w hrabstwie Wicklow.

Ale nie ten wczorajszy poniedziałek, tylko poprzedni, gdy nie było jeszcze tak dyniowo. Dzień wcześniej byliśmy na północy, tym razem pojechaliśmy bliżej, na południową stronę Dublina, skąd już tylko rzut beretem do gór Wicklow. Opowiem Ci o tym najszybciej jak się da 🙂 …

… tak więc, w dolinie pomiędzy górą Djouce i Górą Cukru, Great Sugar Loaf,  znajduje się najwyższy całoroczny wodospad Irlandii, Eas Chonaill, wodospad na rzece Dargle, An Deargail. Prosz bardzo:

Powerscourt Waterfall collage

Zdjęcia z rąk Kraciastego. Historia mówi, że w sierpniu 1821 roku właściciel Powerscourt, którego wodospad był częścią, postanowił podczas wizyty króla Jerzego IV w Irlandii zrobić małe przedstawienie przyrodnicze. Zatamował wody wodospadu, aby móc je spektakularnie zwolnić, gdy król będzie razem z nim podziwiał ogromny potok stojąc na moście zbudowanym na dole. Piąty wicehrabia pomysł miał mocarny, na szczęście król z jakichś powodód nie opuścił bankietu w posiadłości. Gdy wody rzeki Dargle uwolniono spiętrzona fala zmyła most w kilka sekund. Szansa zmiany historii, jak widać, nadarza się każdego dnia 🙂

A tak w ogóle nazwa rzeki Dargle oznacza małą, czerwoną plamę – nawiązanie do koloru, którym upstrzone są znajdujące się w niej kamienie.

Wspomniałam o właścicielu posiadłości, jest i posiadłość. Oto ona:

Powerscourt Estate (6)

Uważam, że wielkością trudno ją porównać z Castle Ward. W moim odczuciu to gigant. Powerscourt ma długą historię, już w XII wieku stał tu zamek, który został zupełnie przebudowano w XVIII wieku. Wtedy też pojawiły się przeróżne odniesienia architektoniczne, między innymi do stylu włoskiego, a przez XIX wiek przebudowywano ogrody wg wówczas panującej mody. Oczywiście są więc różne mitologiczne golasy:

powerscourt estate collage

Tarasy wychodzą na staw z fontanną i wspaniały widok na kwarcytową Górę Cukru, która na tym wieczornym ujęciu chowa się za drzewem po prawej stronie:

Powerscourt (3)

Jest ogród „za murem“, jak to zwykle bywa w takich posiadłościach. I są w nim róże:

Powerscourt Estate (2)

Jest część angielska, z  pięknym starodrzewem.

Powerscourt Estate (3)

W 1908 roku na miejscu podsuszonych topielisk stworzono w obniżonej niecce ogród japoński. O tej porze roku mieni się kolorami. Podobno było to ulubione miejsce do robienia niewielkich, rodzinnych imprez:

Powerscourt (2)

Zaskoczyła mnie wiadomość wyczytana w sieci, że w XX wieku Powerscourt Estate spłonął – została z niego właściwe skorupa murów bez dachu, która straszyła przez następne 20 lat. Jakoś nie wyłapałam tego słuchając audioprzewodnika. Pożar zaczął się na poddaszu i służąca wspominała, że udało się jej wynieść całą porcelaną miśnieńską, którą zawsze planowała obejrzeć, ale gdy była w pracy nigdy nie miała na to czasu. 🙂

Jedno miejsce w parku wydało mi się szczególnie urokliwe. Pomiędzy kwitnącymi wiosną azaliami i rododendronami, na tyłach ogrodu za stawem założono cmentarz dla zwierząt. Psy, konie, ale również ten grób:

Powerscourt Estate (4)

To miejsce spoczynku dwóch krów, Eugienii i Księżniczki. Pierwsza była rudawą krową z Jersey, druga długowłosą panienką szkockiej rasy Angus. Co o tym myślisz? Wiem, że na terenie parku nadal można zobaczyć wolno pasące się zwierzęta, chociaż my nie mieliśmy szczęścia, żeby przywitać się z końmi. Boncho, Giddy i Glencree czasami skubią trawę niedaleko parkowego stawu.

Zmarzłam tego dnia. Zmarzłam, ale jeszcze w drodze powrotnej uśmiechałam się na myśl o krowach, które zostały zapamiętane. Ludzie sortują w swojej głowie świat w różnych szufladkach i bywają zaskoczeni, gdy coś się nie mieści w żadnej. Od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że nie powinnam mówić, że zwierzę umiera, ponieważ umiera człowiek, a zwierzę zdycha. Czyż kultura nie jest zmyśleniem? 🙂

Powerscourt (4)

PS. Kraciasty, śliczny ten rudzik filujący na Ciebie czujnie jednym okiem 😀 , więc go pożyczam i teraz będzie patrzył na wszystkich Czytelników.

Niedziela w hrabstwie Down.

Niedziela Dundrum Castle

Przyszedł czas, żeby opowiedzieć Ci bardzo rozwlekle o jednodniowej podróży. Na górze masz kawałek panoramy widocznej z ruin Dundrum Castle. Pojechaliśmy tam w zeszłą niedzielę.

Plan był inny. Poinformowani przez internet o dobrej pogodzie chcieliśmy się wybrać znacznie dalej na północ, aż za przeprawę promową do Portaferry. Po drodze słońce było takie piękne, że zdecydowaliśmy o zajechaniu do zamku w Dundrum, żeby stamtąd popatrzeć na góry Mourne. Na co dzień obserwujemy je od południa, tym razem zaszliśmy je od tyłu:

Niedziela góry Mourne widziane z Dundrum Castle

Ten Dundrum Castle (bo jest jeszcze drugi, w republice) w hrabstwie Down w Irlandii Północnej został zbudowany na przełomie XII/XIII wieku przez anglo-nomańskiego rycerza, Johna de Courcy.  To co z zabytku pozostało jest obecnie pod opieką National Trust, organizacji użyteczności publicznej, która zajmuje się ochroną dziedzictwa narodowego Zjednoczonego Królestwa.

W ruinach zamku schody na główną wieżę były niestety zamknięte, ale i z resztek murów obronnych widok na okolicę rozpościerał się wspaniały. Mieliśmy zresztą tego dnia wyjątkowe szczęście do przejrzystości powietrza, Kraciasty wypatrzył na horyzoncie wyspę Man zanim jeszcze zdołaliśmy wdrapać się na ruiny.

Następny przystanek był jakieś 16 mil na północny-wschód  – posiadłość o nazwie Castle Ward. Miejsce pewnie jest znane miłośnikom „Gry o tron“. Oboje nie oglądaliśmy serialu i nie mamy o niczym pojęcia, na wstępie więc poszliśmy spokojnie na kawę, potem obejrzeliśmy dom trochę z wierzchu, trochę od środka.

Niedziela Castle Ward 1

Gdy patrzę na to zdjęcie uświadamiam sobie jak jest jesiennie. Lato było suche i Irlandia szybko wyblakła, a teraz, zanim ponownie wszystko zdążyło się zazielenić, znowu trzeba zrzucać liście 😦

Zabytkowy dom pod Strangford jest otoczony zielonymi polami starannie przystrzyżonymi przez grazing animals – konsumpcja trawy przez krówki odbywa się cały czas. Podoba mi się ten zwrot, powtarzałam go sobie w głowie przez dalszą część podróży wiele razy, grazing animals, grazing animals.

Castle ward grazing animals

Bardzo dziwny to dom, XVIII-wieczny, z jednej strony klasycystyczny (z tej która wita turystów zajeżdżających na parking), od tyłu z gotycką ścianą.

Niedziela Castle Ward 2

Za to wnętrza są raczej wiktoriańskie, z ogromną liczbą bibelotów. I element, który kocham do szaleństwa w wielkich domach: nie po raz pierwszy okna chujowej pani domu:

Niedziela Castle Ward wnętrza (1)

Meble w pociemniałym drewnie, na nich mnówstwo przedmiotów z różnorodnego materiału: szkła, skóry, marmuru, istna rupieciarnia XIX-wiecznego zbieractwa. W jednym pokoju martwe owady przyszpilone w tych ramkach od ponad stu lat  …

Niedziela Castle Ward wnętrza (2)

… w jadalni porcelana jakby zastawiona przed chwilą przez służbę, która z niewiadomego powodu zniknęła. Naokoło białe golasy, ukryte drzwi, tykający zegar …

Niedziela Castle Ward wnętrza (3)

… a pomiędzy tym w różnych miejscach domu wypchane zwierzęta. Mnie zachwyciła sowa z białą szlarą w kształcie serca, która spod klosza przygląda się światu swoimi szklanymi oczami. Nie zapamiętałam twarzy ludzi z portretów, za to zastanawiam się czyje było to kopytko u stóp płomykówki:

Niedziela Castle Ward wnętrza (4)

Trafiliśmy akurat na darmowe zwiedzanie (zupełnie niechcący), dostępny był jednak tylko parter budynku na którym przywitał nas i pożegnał wypchany niedźwiedź. W prawie każdym pomieszczeniu stały panie, które chętnie opowiadały co widać tu i tam. Pewnie gdy do nich dotarliśmy mówiły to już dwadzieścia razy, pomimo tego były miłe i zaangażowane. Ostatnim prywatnym właścicielem tego miejsca był Maxwell Ward, szósty hrabia Bangor – zapach jego fajki można nadal poczuć w pokoju umiejscowionym w gotyckiej, tylnej części domu.

Poniżej dom od gotyckiej strony:

Niedziela Castle Ward naokoło (1)

… i sielankowa cisza. W tych warunkach wydaje się aż nierzeczywiste, że w przeszłości tą wyspą szarpało tyle sąsiedzkich konflików. Jeszcze w  latach 70-tych na terenie parku z powodu przedwczesnej eksplozji ładunków wybuchowych zginęło dwoje młodych radykałów z Prowizorycznej IRA.

Sam spacer po parku również był niezwykle przyjemny – sporo w nim zwierząt, dużych i drobnicy, przede wszystkim nie do przeoczenia jest krowie pastwisko, ale w małej zagrodzie znaleźliśmy też inne stworzenia, takie jak te trzy kózki, które akurat stanowczym meczeniem wyprosiły podwieczorek i nie miały ochoty na pozowanie do pamiątkowych zdjęć. Kim, Missy i Marley:

Niedziela Castle Ward naokoło (2)

A skoro już zdanie o „Grze o tron“ się rzekło, zaszliśmy także do wieży, która zagrała coś tam w którymś tam odcinku. Ponieważ nie wiem jak i co, weszłam na górę i skupiłam się na okienku:

Niedziela Castle Ward naokoło (3)

W przechadzce cały czas towarzyszył nam taki jesienny krajobraz jak poniżej. Jeszcze ciepło, jeszcze tli się w drzewach nadzieja, że to chwilowy kryzys:

Niedziela Castle Ward naokoło (4)

Po wizycie w Castle Ward było już dość późno. W drodze powrotnej do republiki zajrzeliśmy do miejsca, gdzie wg legendy pochowano patrona Irlandii, św. Patryka. Downpatrick jest stolicą hrabstwa. Centrum św. Patryka było już o tej porze zamknięte, ale my byliśmy zainteresowani dotarciem do katedry i cmentarza. Urzekła mnie ta scena w zachodzącym słońcu – dwóch mężczyzn, jeden dużo starszy i o lasce, stojących nad czyimś grobem:

Downpatrick 1

Jak widać, w Downpatrick już ścigaliśmy się ze zmierzchem. Dopiero później okazało się, że sfotografowani panowie stali nad kamieniem Patryka. Zanim tam zaszliśmy, po raz kolejny rzuciliśmy okiem na wspaniały widok na góry Mourne:

Downpatrick (1)

Vis-a-vis tego widoku w ostatnich promieniach jesiennego słońca katedra św. Trójcy …

Downpatrick (4)

… miejsce o długiej historii, choć nie tak znowu antycznym kamieniu – np. jej neogotycka wieża jest z początku XIX wieku. W XIII wieku kościół został zniszczony przez trzęsienie ziemi, w XIV spalony przez Edwarda de Bruce’a, a w XVI pełnił funkcje stajni. W czasie skomplikowanej historii swoich renowacji wchłonął w siebie część innego kościoła, opactwa benedyktynów, czarnych mnichów z Down.

Zawsze warto spróbować otworzyć drzwi, ale tego dnia były dla nas zamknięte. Innym razem 🙂

Poniżej natomiast wspólny grób św. Patryka, oraz czerwone spodnie Kraciastego. Robiłam te zdjęcia  myślą o pewnym blogerze, który kocha Irlandię. Celcie, mam nadzieję, że dorzucisz tu jakiś link z legendami o św. Patryku jako dopełnienie naszej podróży:

downpatrick collage

Wspomniałam już wcześniej o Johnie de Courcy. To on jest odpowiedzialny za to, że pod jednym kamieniem wg  tradycji spoczywać mają św. Patryk, św. Brygida z Kildare i św. Kolumba, opat z Hy, czyli irlandzka trójca cudotwórców. Oczywiście trzy te postacie są obrosłe legendami i dzieli je od naszych czasów 1500 lat historii, trudno jest więc z pewnością dziś powiedzieć, kto i dlaczego leży tu gdzie leży. Jest to jednak znamienny grób, irlandzki w swojej zwykłości duży kamień, bez żadnych kolorowych szkiełek i innych pierdolników.

Pomimo galopującego zachodu, pod Newcastle zaliczyliśmy (przed)ostatni zjazd z trasy do domu. Skusił nas Murlough National Nature Reserve, pierwszy rezerwat przyrody na terenie Irlandii. Od 6 tys. lat znajdują się tutaj wydmy piaskowe. Nie zagłębiliśmy się w nie wystarczająco, chociaż wiem, że można tu długo spacerować podpatrując lokalne uskrzydlone i futrzaste stworzenia. Wieczór był coraz chłodniejszy, a my grzecznie, pomiędzy wydmami podskakiwaliśmy drewnianym szlakiem …

Murlough (2)

… rozglądając się naokoło i wypatrując grazing animals, które, a jakże, pojawiły się na horyzoncie w postaci wszędobylskich krówek. Czytałam gdzieś również, że w charakterze kosiarek są używane kuce z Exmoor …

Murlough (3)

… przede wszystkim jednak naszym celem było morze. Teraz, gdy to piszę, przypomniało mi się, że w lewej kieszeni granatowego  płaszcza nadal śpią zapakowane w chusteczkę dwie karbowane, białe muszle małży znalezione tego wieczora.

A szliśmy po ten widok – Slieve Donard przyglądający się sam sobie w lusterku na plaży:

Murlough (1)

Ogryzek Księżyca patrzył na nas już od jakiegoś czasu, a Słońce zachodziło, gdy zmierzaliśmy w kierunku Dundalk, tego miejsca, gdzie zginął Edward de Bruce w bitwie z Birminghamem. Czekała tam na nas herbata z miodem i odgrzany, sobotni obiad. Bardzo to było miłe. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy o filmie widzianym poprzedniego wieczora i off we went, kontynuacja podróży do domu. O rany, to już powiedziałam Ci prawie wszystko, co chciałam. Pisałam to z doskoku, bo jestem ostatnio w jakimś mentalnym niedoczasie. Dzisiaj jest piątek, ale coś tak czuję, że następny post będzie o poniedziałku.

A Ty, jak zwiedzasz?
Wyjazdy zorganizowane przez biuro czy raczej na własną rękę?
Daleko czy blisko?
Co w zasadzie wtedy robisz? Też się szwendasz tak jak my?

Spacer w deszczu po Malahide Gardens.

Malahide Castle (1)

Ależ to wszystko biegnie. Niedziela, jesień, zaraz pełnia księżyca, harvest moon, a jeszcze chcę zdążyć z opisem deszczowego czwartku. Krótko będzie. W czwartek padało od rana do wieczora, ale i tak wykorzystaliśmy nasz dzień wolny, żeby się przejść. Sytuacja mniej więcej wyglądała tak:

Malahide Castle (3)

My dwoje pod wielkim parasolem, chroniącym przed mrokiem duszy. W takim właśnie stanie nieco kraciastym odwiedziłam pierwszy (i nie ostatni) raz Malahide Castle.

Zaskoczyło mnie, że w taką pogodę i przy dość już chłodnym deszczu parking pełen był gości, spore wycieczki czekały również na zwiedzanie domu. Wątpię czy dla młodych ludzi to jakaś rewelacja, generalnie nauczyciele robią plany muzealne, a młodzież najbardziej zapamiętuje z tego plotki z koleżanką i z kim się wówczas dzieliło parasol 🙂

Widoczny na pierwszym zdjęciu dom przez ponad 800 lat należał do rodziny Talbotów. Nazwisko to jest wspomniane już w spisie gruntów Domesday Book Wilhelma Zdobywcy, a ziemie wraz z portem w Malahide zostały rodzinie darowane przez króla Henryka II Plantageneta. Henryk jest mi znany głównie z tego, że dwa razy zagrał go w filmach Peter O’Toole, gość z Connemary. Nie będę się rozwodziła o domu czy ruinach opactwa, ponieważ woleliśmy trochę zmoknąć niż wejść do środka i wbrew pogodzie kupiliśmy tylko bilety ogrodowe.

Najbardziej zachwyciła mnie motylarnia w której spędza swoje życie 20 gatunków egzotycznych motyli. Na stronie internetowej Malahide Castle napisano, że jest to jedyna motylarnia na terenie Irlandii. Nie wiem czy to prawda, Kraciasty twierdzi, że słyszał jeszcze o innych. W każdym razie nie ma takiej obok której przeszłabym niezainteresowana …

Heliconius hecale nazywany tiger longwing, z meksykańskiego i peruwiańskiego lasu deszczowego:

Malahide Castle (4)

Na pierwszym planie Heliconius charithonia, nazywany zebra longwing. W naturze występuje w całej Ameryce Południowej i części Ameryki Północnej. Drugiego koleżki nie mogę rozpoznać:

Malahide Castle (5)

Idea Leuconoe, nazywana papierowym latawcem albo large tree nymph. Pochodzi z południowo-wschodniej Azji, można go spotkać również w części Taiwanu i Australii:

Malahide Castle (6)

Caligo, owl butterfly, z lasów deszczowych Meksyku, Ameryki Środkowej i Południowej. Jego skrzydła są przykładem mimikry batezjańskiej:

Malahide Castle (7)

Motylarnia została otwarta w sierpniu tego roku w szklarni, która wcześniej służyła tropikalnym roślinom Lorda Milo Talbota. Niektóre motyle dopiero pompowały swoje skrzydła, inne właśnie umierały.

A to już inna szklana konstrukcja, jedna z siedmiu i najbardziej imponująca szklarnia na terenie the Walled Garden, zbudowana prawdopodobnie w czasach wiktoriańskich i zainstalowana w ogrodach po jej zakupie w latach 90-tych:

Malahide Castle (8)

Ogrody częściowo zawdzięczają obecny wygląd staraniom wspomnianego już brytyjskiego dyplomaty, Lorda Milo Talbota, i jego zamiłowaniu do fauny półkuli południowej, stąd na ich terenie jest sporo australijskich i chilijskich roślin.

Taki widok towarzyszył nam przez okno w czasie posiłku i popołudniowej kaffki w Avoce:

Malahide Castle (9)

Z Avocą zapoznałam się już, gdy byliśmy w Kerry. Świetna irlandzka firma, ich sklepy podają bardzo dobre jedzenie i kawę, ale przede wszystkim jest to producent wspaniałych wełnianych ubrań. Sieć jest z hrabstwa Wicklow i ma tradycję sięgającą roku 1723. Kiedyś będzie mnie stać na jakiś ich żakiet, I swear to god. 

Po kaffce poszliśmy do części ogrodów nazwanej The West Lawn. To tam, spod cedru libańskiego zrobiłam zdjęcie domu. Cedr, widoczny także poniżej po lewej stronie, ma ponad 350 lat:

Malahide Castle (10)

Pod drzewem znaleźliśmy mnóstwo dziurek wykopanych przez jakieś zapominalskie wiewiórki albo krukowate. Gdy już przyjrzeliśmy się dziurkom i powędrowaliśmy do bardziej zalesionego terenu, żeby tam odkryć pomiędzy drzewami dziko rosnące cyklameny perskie, zrobiło się późno a deszcz przybrał na sile. Wróciliśmy więc przez bramkę, która otwarła się przed nami po podaniu zaklęcia i znów znaleźliśmy się przed domem. Dziedziniec był tym razem zupełnie opustoszały. Ostatni rzut oka na taki widok:

Malahide Castle (2)

Wyobrażam sobie jak tu musi być pięknie, gdy jest ładna pogoda i można przysiąść na jednej z parkowych ławek, żeby pogrzać się w słońcu. Z drugiej strony pewnie mała jest wówczas szansa na taką ciszę i krajobraz bez rozgadanych sznurków wycieczek. Deszcz ma swoją wartość, a my mamy ogromny parasol chroniący przed mrokiem 🙂

Miało być krótko, tak? To kończymy. Równonoc. Witaj jesieni.

Demon i Pianista.

the pianist polański

Tydzień temu spakowaliśmy do walizki kilka papierowo-płytowych historii. Przyszedł czas na skosztowanie i ostatnie dwa wieczory spędziliśmy na oglądaniu filmów. Tak się złożyło, że każde z nas widziało ten z nich, którego nie obejrzało drugie, było więc i kulturalnie i egalitarnie.

Na początek poszedł „Demon“ Wrony. W zeszłym roku z przyjemnością odpaliłam go w Halloween zachęcona etykietką horroru. Przekonałam się, że reżyser wykorzystał jedynie szablon gatunku, żeby z jednej strony wypełnić go swojskimi motywami, z drugiej poruszyć zupełnie inny temat. Rozsypujący się dom na wsi, hojni teściowie, przaśne wesele, wódeczka dobra przy każdej okazji. W tym wszystkim pojawia się trup w ogródku, bardzo zresztą niewyraźnie, a pan młody zaczyna dziwnie mówić. Wrona uraczył nas doskonałymi plenerami, starannym doborem aktorów i nadal aktualną opowieścią o tym jak to jest u nas ze zbiorową pamięcią. Bo chorujemy na jakiś rodzaj amnezji, jest to więc także film o chorobie. Dopiero teraz, za drugim razem, zauważyłam, że starego pana Wentza zagrał Włodzimierz Press, drobny i kruchy. I śmieszna rzecz … byłam przekonana, że postać powiatowego lekarza grana jest przez Jakubika … dopóki na potrzeby tego tekstu nie sprawdziłam danych. Adam Woronowicz, ten od Popiełuszki, doskonały. Wydaje mi się, że każdy aktor mógł tu szeroko pograć … Woronowicz oprowadzający ducha po polu, Tiran doznający przylgnięcia, Grabowski w każdej scenie, Press patrzący na miasto, którego już nie ma. Synagoga to masarnia, masarnia to sklep …

Wczoraj z kolei świetny „Pianista“ Polańskiego. Wiem, stary, stary, wszyscy znają, ale ja nie. Pamiętam jakieś okruchy recenzji tuż po premierze filmu, że to wszystko mało emocjonalne, że zdystansowane, że zbyt nieporuszające. Nosz ku….wa. Jak jeszcze można było podkręcić tę historię zbiegów okoliczności? Historia prawdziwa, gdzie człowiek zamożny, znany artysta ubrany w doskonale skrojone, wełniane płaszcze próbuje przetrwać w swoim własnym mieście nękanym pożogą wojny. Z kryjówki do kryjówki z zagrożenia w zagrożenie, aby w końcu poznać Niemca, który lubi muzykę. Znajomość zawarta z powodu puszki z ogórkami. Zastanawialiśmy się z Kraciastym nad losem, który ocala jednych i kończy życie innych. Na Szpilmana przypadło zapewne wielu ludzi, którzy zginęli przechodząc przez ulicę. Wyjdę tylko po chleb. Jeb i już. Nikt nigdy nie połączył wielkich wydarzeń z ich nazwiskiem. Może zresztą i nigdy nie połączył ich nazwiska z rozkładającym się ciałem. Co do tej historii można dołatać, jakąż ekscytację, żeby było lepiej?

Porozmawialiśmy o tym z Kraciastym sporo, dłuższy czas pewne obrazy miałam pod powiekami. Historie poruszyły mnie również dlatego, bo jestem przekonana, że doznaliśmy wielkiego uszczerbku na narodowej tożsamości po eksterminacji Żydów. Jeśli możesz te filmy gdzieś obejrzeć, nie wahaj się – myślę, że są tego warte. Jeśli obejrzałeś, ciekawa jestem Twojej opinii na ich temat.

Piszę to późnym wieczorem, gdy jest już spokojnie i gładko a z piekarnika pachnie rybką. Wyobraź sobie, że tego dnia jednak mieliśmy na wybrzeżu pierwszy, zimowy sztorm. Buka zmierza ku nam krokiem posuwistym, a nam jest dobrze w naszym domku i tylko szkoda mi, że nie zapakowałam do walizki również wszystkich moich Muminków. Muminki przydają się na długie wieczory w których za oknem wieje wiatr.

Dobrej nocy 🙂

Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych deszczowych chmur. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść“. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5

Howth 6

Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

* * *

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons“. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory“ wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?“. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Ardgillan.

Ardgillan (1)

W oknach pajęczyna, kilka warstw starej farby na framugach okna i nasze nakrycia głowy 🙂 Ładna pogoda zachęciła nas wczoraj do obejrzenia Ardgillan Castle (oficjalna strona TUTAJ) położonego kilka kilometrów od domu. Taki widok rozpościerał się już przy parkingu: nad jeżynowymi krzakami spłowiałe pole i morze irlandzkie …

Ardgillan (2)

Ponieważ byliśmy niedaleko naszej chaty, na horyzoncie poniżej powinno być widać te same góry, które fotografuję na krótszych spacerach, na przykład tutaj. Jeśli się uważnie przyjrzysz, zobaczysz na horyzoncie ich delikatny cień. W rzeczywistości były wczoraj łatwo widoczne … myślę, że dość często właściciele tego XVIII-wiecznego domu mieli z okna niesamowite widoki.

Ardgillan (3)

Główna część Ardgillan Castle powstała w 1738 roku,  skrzydła w których zamieszkiwała służba dodano w XIX wieku. Od powstania do 1962 roku budynek należał cały czas do rodziny Taylorów. Wcześniej lokalne ziemie były w posiadaniu irlandzkiej rodziny O’Casey, następnie Earla of Tyrconnell. Po podboju Irlandii przez Cromwella wiele z tych okolic zmieniało właścicieli z katolików na protestantów, przydarzyło się to i Ardgillan, i pojawili się Taylorowie, potomkowie Thomasa Taylora, współpracownika Petty’ego przy pomiarach znanych w historii jako Down Survey.

Nazwa Ardgillan pochodzi od irlandzkiego Ard Choill , Wysokiego Lasu, bo właśnie taki las znajdował się na tym terenie zanim żołnierze i najemni robotnicy za pensa dziennie, posiłek i mieszkanie wykarczowali go odsłaniając teren pod budowę. Obecnie budynek jest odrestaurowany choć, jak widać na pierwszym zdjęciu, nieprzesadnie wychuchany i parter jest otwarty dla gości. Naokoło kilka ścieżek zaprasza do łatwych spacerów, kwitnie kilka tematycznie podzielonych ogrodów i jest dużo krzaczorów w których kryją się domki dla ogrodowych wróżek.

Na samym początku spaceru sfotografowałam interesujący głaz. Okazało się, że jest to lawa poduszkowa z epoki ordowiku, która tak właśnie zastygła ok. 470 mln lat temu w zetknięciu ze słoną wodą:

Ardgillan (4)

Czytałam, że znaleziono go na wybrzeżu pod zamkiem i początkowo z powodu bliskości innych starożytnych artefaktów, takich jak w Newgrange, sądzono, że i ten kamień wyrzeźbiła ręka z przeszłości. Tymczasem jest to niemy świadek formowania się współczesnej Irlandii, w całości dzieło sił natury*.

W zasadzie przyjechaliśmy do Ardgillan pospacerować po ogrodach. I rzeczywiście były one piękne, chociaż i tutaj widać spustoszenie jakie zasiał brak wystarczającej ilości deszczu. Wiele posadzonych w tym roku i niezbyt ukorzenionych roślin ledwo zipie, a mieszkaniec zamulonej fontanny, jeśli takowy jest, zapobiegliwie chował się przed naszym obiektywem.

Ardgillan (5)

Ogrody są podzielone na kilka części. Oprócz sporych rozmiarów ogrodu różanego, jest ogród za murem, który pierwotnie był po prostu przydomowym ogródkiem zapewniającym stałą dostawę prowiantu dla kuchni. Dzisiaj znajduje się w nim kolekcja wonnych ziół, które przyciągają pszczoły, trzmiele i motyle, najzwyczajniejsze warzywa, starannie zasadzone krzaczki  różnokolorowych porzeczek, agrestu, stare odmiany irlandzkich jabłoni.

Te na zdjęciu poniżej to dzikie jabłonie, malus sylvestris, crann fia-úll, które do dzisiaj można znaleźć na całej wyspie, na pastwiskach lub przygarnięte przez gęste żywopłoty. W przypałacowym (podzamkowym? przydworkowym?) ogrodzie rosną zaopiekowane w efektownych, niskich espalierach.

Ardgillan (6)

Najbardziej rozbroiła mnie chowająca się w cieniu szałwia z tymiankiem i dumnie majtający na wietrze koper za którym chwilę później ukazuje się spacerowiczom widok na morze zza ogrodowego muru.

Dom, na wyrost nazywany zamkiem, nadal żyje. Na parterze ustawia się kolejka do kawy i ciastka, na obrusy czasem rozleje się trochę popołudniowej herbaty, w kątach podłogi i załamaniach krzeseł chowają się okruszki jedzenia. Czasem ktoś przetrze kurze, a czasem nie, co pewnie bardzo cenią sobie lokalne pająki. Ludzie wychodzą z napojami na ogród przed domem i walczą z podmuchami wiatru kradnącymi papierowe serwetki. Dzieci piszczą na widok wróżkowych domków i przechodzą w te i wewte przez niski, frontowy murek. Po kawie z ciastkiem uczyniliśmy podobnie przechodząc okrakiem przy zamkniętej na kłódkę bramce, w końcu nadal jesteśmy przed maturą. Dzieci siedzące na murku spojrzały na nas znacząco …

Ardgillan (7)

Teraz, gdy wieczne wakacje mam przerywane pracą i czasem dowiaduję się że pracuję, jak przed chwilą, z dnia na dzień, jeszcze bardziej cieszą niedalekie wyprawy. Warto wykorzystać każdy promyk słońca, bo już noce zaczęły się robić chłodniejsze, szpaki zaczynają się zbierać na narady i nie wiadomo kiedy będzie następne lato latem. Zresztą mam nowe rybaczki, mam kapelusz, trzeba ponosić … 🙂
_______________________________________________
* taka mądra nie jestem, że sama z siebie to wiedziałam, zajrzałam tutaj:

  1. The Geological Heritage of County Fingal.
  2. Geological periods in irish history.

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scarlet St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house“, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

View this post on Instagram

#krajobrazporanny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

View this post on Instagram

00:03. Happy New Year 🐭💬

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży“ Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie“. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?“. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia“. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura“. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Spacer po Wrocławiu.

Nie za często zdarza się nam z mamą, że jedziemy bez celu, jemy, pijemy i idziemy przed siebie. To mój ulubiony sposób spędzania czasu w mieście i tak właśnie było wczoraj, po tym jak wyturlałyśmy się z dworca Wroclavia.  Otwarty w tamtym roku nowy dworzec PKS przykrył poprzedni, pokraczny obiekt na którym jeszcze kilka lat temu pewnego wieczoru pochłaniałam z koleżankami z pracy wystygłe frytki. Moja mama pamięta, że za jej czasów był tu Małpi Gaj po którym mili ludzie nie chodzili na przełaj. Jeszcze wcześniej, do roku 1945, stał na tym miejscu największy kościół ewangelicki we Wrocławiu, Salvator Kirche, zbudowany w stylu północnoniemieckiego gotyku tuż po zjednoczeniu Niemiec w XIX wieku.  Jego pozostałości rozebrano po wojnie – taki los spotkał wówczas wiele budowli ukaranych za to, że istnieją szabrownicy. Jak wyglądało wcześniej to miejsce można zobaczyć TUTAJ.

Przegląd miasta zaczęłyśmy od podejścia na ulicę Dawida, tam, gdzie rzędem stoją budynki z 1901-03 roku zaprojektowane przez Plüddemanna i Klimma. Dawna szkoła mojej mamy, spacer sentymentalny, budynek prawie zupełnie pusty, piętra z kilkoma wiadrami z brudną wodą i tylko pani w sekretariacie wdała się z mamą w rozmowę na temat przeszłości.

Wrocław lipiec 2018 1

Ten kompleks budynków ma w sobie coś naprawdę majestatycznego, cieszy mnie bardzo, że są użytkowane zgodnie z przeznaczeniem … miały być szkołami i są szkołami. Ciekawość zawiodła nas niepotrzebnie na tyły i mogłyśmy też niestety obejrzeć wykwity artystyczne lokalnej rasy panów. Trochę śmieszne to i straszne, mam nadzieję, że na zamalowanie pseudoceltyckich bzdur znajdzie się w końcu farba.

Po drodze z Dawida w kierunku Rynku minęłyśmy różne ciekawe miejsca. Na przykład gmach dyrekcji kolei na Joannitów, dawnej Malteserstraße. Także przed wojną było tu kolejowe centrum, siedziba Königliche Eisenbahndirektion Breslau. Budynek powstał w latach 1911-15; nad wejściem jest wizerunek orła pod słońcem z mottem Nec soli credit (Nie ustępuje nawet słońcu) używanym przez Fryderyka Wilhelma I.

Wrocław lipiec 2018 2

Szłyśmy dalej, a ja zamieniłam się na krótko w tropicielkę duchów i poszukiwaczkę starych napisów. Był i kolejny, na bocznym tunelu dworca ogłaszający Durchgang zur Flurstrasse:

Wrocław lipiec 2018 3

To dzieło EURO 2012 – czasami i futbol do czegoś się przydaje. Pamiętam, że wcześniej najwyraźniej widać było słowo „zur“, które nie dało się tak łatwo wytrzeć i unicestwić. Był czas w moim życiu, gdy przechodziłam tym tunelem w kierunku Dawida bardzo często. Okolica pachniała wówczas perfumą uryny a przez kolejne ulice z trudem dało się przejść, tak śmigali drogami zdobywcy honorowych punktów za wyprzedzenie autobusu na światłach. Obecnie kafelki pokrywające ściany tunelu mają ponownie oryginalny kolor, wyraźnie słychać z góry zapowiedzi odjeżdżających pociągów, tunel nie straszy już obcością i służy do tego do czego powinien. Z przyjemnością oglądając wczoraj któryś odcinek serialu „Poirot“ odkryłam, że „nasz“ dworzec jest podobny do tych angielskich, budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Elegancja, funkcjonalność, szyk art nouveau.

A tu pokrywa studzienki przy dworcu, takie dość zaskakujące coś pod nogami:

Wrocław lipiec 2018 4

Przy okazji zauważyłam, że w zasadzie już nie istnieje Hotel Grand, czyli przedwojenny Hotel du Nord. Właśnie w tej chwili trwa jego rozbiórka mętnie nazywana renowacją, ze starego budynku projektu Paula Rothera zostaną może ściany zewnętrzne. Za to nadal niestety istnieje obrzydliwy Solpol, rzekomo postmodernistyczny, a tak naprawdę chyba postbiegunkowy projekt z lat 90-tych. Nie mam ich zdjęć. Robić zdjęcia ruinie hotelu rozbieranej w świetle prawa jest mi przykro, Solpol fotografować się brzydzę. Na pocieszenie w trakcie spaceru ulicą Kościuszki natknęłyśmy się na napis, który w całości brzmiał  podobno Baruch & Loew Sonnen und Regen Schirm Fabrik:

Wrocław lipiec 2018 5

I jeszcze budynek z mozaiką, na Kościuszki 37, z fasadą wg projektu Paula Rothera:

Wrocław lipiec 2018 6

W artykule z początku tego roku są nowiny, że ten budynek ma być odrestaurowany. Nie wiem czy to oznacza rozebrany i postawiony na nowo, jak w przypadku Hotelu Grand. Mam nadzieję, że nie i że odnowienie nie przyjdzie dla tego budynku za późno.

W fosie miejskiej pływały ryby. Minęłyśmy błyskający złotem, pięknie odnowiony dom handlowy Renoma, czyli dawny modernistyczny Warenhaus Wertheim. Musiały być krzesła i picie płynów w kawiarni Bohema przy Świdnickiej, bo dzień był naprawdę gorący. Wnętrze wybrane przypadkowo, całkiem przyjemne, wypełnione gwarem. Innym miejscem „do wejścia“ był antykwariat na Kuźniczej. Akurat tam gdzie stanęłam moim oczom ukazały się judaica, ale musiałam poskromić chęć kupienia jakiejś książki Singera, chociaż łatwo nie było. Antykwariat ma swoją stronę w internecie, książki można przeglądać i zamawiać TUTAJ, co pewnie jeszcze wykorzystam. Kiedy już szłyśmy Nadodrzem w witrynie sklepowej moją uwagę zwróciły figury zwierzątek, szczególnie jedna wydała mi się realistyczna: kotek drzemiący pod okiem czujnego lisa. Przy bliższej inspekcji okazało się, że brzuszek kotka się porusza a jego właściciel jest jak najbardziej realny. Młody pochrapywał sobie wtulony w imitację mchu, w końcu był to już czas najwyższy na popołudniową drzemkę.

Na Nadodrze weszłyśmy z myślą odwiedzenia nowo otwartej Cafe Równik na Jedności Narodowej 47, miejsca zwykłego i nietypowego jednocześnie. Zwykłego, bo tak powinno być, że idziemy sobie i gdy mamy ochotę gdzieś przystanąć to przystajemy, bo nie do końca jest to prawda, że najlepsza kawa jest w domu. Nietypowego, bo w roli kelnerów są zatrudnione osoby z niepełnosprawnością intelektualną.

Wrocław lipiec 2018 7

Kawiarnia została otworzona pod koniec czerwca tego roku przez wrocławskie Stowarzyszenie Twórców i Zwolenników Psychostymulacji, i pracują tu jej podopieczni. Czytam, że to pierwsza tego typu placówka na Dolnym Śląsku. Miejsce wydaje się być trochę na uboczu turystycznego szlaku, ale tak naprawdę jest dość blisko Rynku, wystarczy za uniwersytetem przekroczyć Odrę, dojść do muralu bramy do Nadodrza i przespacerować się w prawo, aż pojawi się rozkopane obecnie wejście na ulicę Jedności. Warto, bo dokładasz się do konkretnego, dobrego projektu, a poza tym gulaszową dają tu pyszną 🙂 Zjadłam gorące i od razu poczułam przypływ siły i przyjemny chłód, gdy włączyła mi się wewnętrzna klimatyzacja. Po odpoczynku zebrałyśmy się do wyjścia …

I tyle, opowieść kończę tutaj, kilka metrów od dworca Nadodrze, dalej idziesz już sam. Kocham to miasto po którym chodzą krasnale i jednorożce, a w sklepowych witrynach śpią zmęczone wypełnianiem swoich obowiązków koty.

Wrocław lipiec 2018 8