Niedziela w hrabstwie Down.

Niedziela Dundrum Castle

Przyszedł czas, żeby opowiedzieć Ci bardzo rozwlekle o jednodniowej podróży. Na górze masz kawałek panoramy widocznej z ruin Dundrum Castle. Pojechaliśmy tam w zeszłą niedzielę.

Plan był inny. Poinformowani przez internet o dobrej pogodzie chcieliśmy się wybrać znacznie dalej na północ, aż za przeprawę promową do Portaferry. Po drodze słońce było takie piękne, że zdecydowaliśmy o zajechaniu do zamku w Dundrum, żeby stamtąd popatrzeć na góry Mourne. Na co dzień obserwujemy je od południa, tym razem zaszliśmy je od tyłu:

Niedziela góry Mourne widziane z Dundrum Castle

Ten Dundrum Castle (bo jest jeszcze drugi, w republice) w hrabstwie Down w Irlandii Północnej został zbudowany na przełomie XII/XIII wieku przez anglo-nomańskiego rycerza, Johna de Courcy.  To co z zabytku pozostało jest obecnie pod opieką National Trust, organizacji użyteczności publicznej, która zajmuje się ochroną dziedzictwa narodowego Zjednoczonego Królestwa.

W ruinach zamku schody na główną wieżę były niestety zamknięte, ale i z resztek murów obronnych widok na okolicę rozpościerał się wspaniały. Mieliśmy zresztą tego dnia wyjątkowe szczęście do przejrzystości powietrza, Kraciasty wypatrzył na horyzoncie wyspę Man zanim jeszcze zdołaliśmy wdrapać się na ruiny.

Następny przystanek był jakieś 16 mil na północny-wschód  – posiadłość o nazwie Castle Ward. Miejsce pewnie jest znane miłośnikom „Gry o tron”. Oboje nie oglądaliśmy serialu i nie mamy o niczym pojęcia, na wstępie więc poszliśmy spokojnie na kawę, potem obejrzeliśmy dom trochę z wierzchu, trochę od środka.

Niedziela Castle Ward 1

Gdy patrzę na to zdjęcie uświadamiam sobie jak jest jesiennie. Lato było suche i Irlandia szybko wyblakła, a teraz, zanim ponownie wszystko zdążyło się zazielenić, znowu trzeba zrzucać liście 😦

Zabytkowy dom pod Strangford jest otoczony zielonymi polami starannie przystrzyżonymi przez grazing animals – konsumpcja trawy przez krówki odbywa się cały czas. Podoba mi się ten zwrot, powtarzałam go sobie w głowie przez dalszą część podróży wiele razy, grazing animals, grazing animals.

Castle ward grazing animals

Bardzo dziwny to dom, XVIII-wieczny, z jednej strony klasycystyczny (z tej która wita turystów zajeżdżających na parking), od tyłu z gotycką ścianą.

Niedziela Castle Ward 2

Za to wnętrza są raczej wiktoriańskie, z ogromną liczbą bibelotów. I element, który kocham do szaleństwa w wielkich domach: nie po raz pierwszy okna chujowej pani domu:

Niedziela Castle Ward wnętrza (1)

Meble w pociemniałym drewnie, na nich mnówstwo przedmiotów z różnorodnego materiału: szkła, skóry, marmuru, istna rupieciarnia XIX-wiecznego zbieractwa. W jednym pokoju martwe owady przyszpilone w tych ramkach od ponad stu lat  …

Niedziela Castle Ward wnętrza (2)

… w jadalni porcelana jakby zastawiona przed chwilą przez służbę, która z niewiadomego powodu zniknęła. Naokoło białe golasy, ukryte drzwi, tykający zegar …

Niedziela Castle Ward wnętrza (3)

… a pomiędzy tym w różnych miejscach domu wypchane zwierzęta. Mnie zachwyciła sowa z białą szlarą w kształcie serca, która spod klosza przygląda się światu swoimi szklanymi oczami. Nie zapamiętałam twarzy ludzi z portretów, za to zastanawiam się czyje było to kopytko u stóp płomykówki:

Niedziela Castle Ward wnętrza (4)

Trafiliśmy akurat na darmowe zwiedzanie (zupełnie niechcący), dostępny był jednak tylko parter budynku na którym przywitał nas i pożegnał wypchany niedźwiedź. W prawie każdym pomieszczeniu stały panie, które chętnie opowiadały co widać tu i tam. Pewnie gdy do nich dotarliśmy mówiły to już dwadzieścia razy, pomimo tego były miłe i zaangażowane. Ostatnim prywatnym właścicielem tego miejsca był Maxwell Ward, szósty hrabia Bangor – zapach jego fajki można nadal poczuć w pokoju umiejscowionym w gotyckiej, tylnej części domu.

Poniżej dom od gotyckiej strony:

Niedziela Castle Ward naokoło (1)

… i sielankowa cisza. W tych warunkach wydaje się aż nierzeczywiste, że w przeszłości tą wyspą szarpało tyle sąsiedzkich konflików. Jeszcze w  latach 70-tych na terenie parku z powodu przedwczesnej eksplozji ładunków wybuchowych zginęło dwoje młodych radykałów z Prowizorycznej IRA.

Sam spacer po parku również był niezwykle przyjemny – sporo w nim zwierząt, dużych i drobnicy, przede wszystkim nie do przeoczenia jest krowie pastwisko, ale w małej zagrodzie znaleźliśmy też inne stworzenia, takie jak te trzy kózki, które akurat stanowczym meczeniem wyprosiły podwieczorek i nie miały ochoty na pozowanie do pamiątkowych zdjęć. Kim, Missy i Marley:

Niedziela Castle Ward naokoło (2)

A skoro już zdanie o „Grze o tron” się rzekło, zaszliśmy także do wieży, która zagrała coś tam w którymś tam odcinku. Ponieważ nie wiem jak i co, weszłam na górę i skupiłam się na okienku:

Niedziela Castle Ward naokoło (3)

W przechadzce cały czas towarzyszył nam taki jesienny krajobraz jak poniżej. Jeszcze ciepło, jeszcze tli się w drzewach nadzieja, że to chwilowy kryzys:

Niedziela Castle Ward naokoło (4)

Po wizycie w Castle Ward było już dość późno. W drodze powrotnej do republiki zajrzeliśmy do miejsca, gdzie wg legendy pochowano patrona Irlandii, św. Patryka. Downpatrick jest stolicą hrabstwa. Centrum św. Patryka było już o tej porze zamknięte, ale my byliśmy zainteresowani dotarciem do katedry i cmentarza. Urzekła mnie ta scena w zachodzącym słońcu – dwóch mężczyzn, jeden dużo starszy i o lasce, stojących nad czyimś grobem:

Downpatrick 1

Jak widać, w Downpatrick już ścigaliśmy się ze zmierzchem. Dopiero później okazało się, że sfotografowani panowie stali nad kamieniem Patryka. Zanim tam zaszliśmy, po raz kolejny rzuciliśmy okiem na wspaniały widok na góry Mourne:

Downpatrick (1)

Vis-a-vis tego widoku w ostatnich promieniach jesiennego słońca katedra św. Trójcy …

Downpatrick (4)

… miejsce o długiej historii, choć nie tak znowu antycznym kamieniu – np. jej neogotycka wieża jest z początku XIX wieku. W XIII wieku kościół został zniszczony przez trzęsienie ziemi, w XIV spalony przez Edwarda de Bruce’a, a w XVI pełnił funkcje stajni. W czasie skomplikowanej historii swoich renowacji wchłonął w siebie część innego kościoła, opactwa benedyktynów, czarnych mnichów z Down.

Zawsze warto spróbować otworzyć drzwi, ale tego dnia były dla nas zamknięte. Innym razem 🙂

Poniżej natomiast wspólny grób św. Patryka, oraz czerwone spodnie Kraciastego. Robiłam te zdjęcia  myślą o pewnym blogerze, który kocha Irlandię. Celcie, mam nadzieję, że dorzucisz tu jakiś link z legendami o św. Patryku jako dopełnienie naszej podróży:

downpatrick collage

Wspomniałam już wcześniej o Johnie de Courcy. To on jest odpowiedzialny za to, że pod jednym kamieniem wg  tradycji spoczywać mają św. Patryk, św. Brygida z Kildare i św. Kolumba, opat z Hy, czyli irlandzka trójca cudotwórców. Oczywiście trzy te postacie są obrosłe legendami i dzieli je od naszych czasów 1500 lat historii, trudno jest więc z pewnością dziś powiedzieć, kto i dlaczego leży tu gdzie leży. Jest to jednak znamienny grób, irlandzki w swojej zwykłości duży kamień, bez żadnych kolorowych szkiełek i innych pierdolników.

Pomimo galopującego zachodu, pod Newcastle zaliczyliśmy (przed)ostatni zjazd z trasy do domu. Skusił nas Murlough National Nature Reserve, pierwszy rezerwat przyrody na terenie Irlandii. Od 6 tys. lat znajdują się tutaj wydmy piaskowe. Nie zagłębiliśmy się w nie wystarczająco, chociaż wiem, że można tu długo spacerować podpatrując lokalne uskrzydlone i futrzaste stworzenia. Wieczór był coraz chłodniejszy, a my grzecznie, pomiędzy wydmami podskakiwaliśmy drewnianym szlakiem …

Murlough (2)

… rozglądając się naokoło i wypatrując grazing animals, które, a jakże, pojawiły się na horyzoncie w postaci wszędobylskich krówek. Czytałam gdzieś również, że w charakterze kosiarek są używane kuce z Exmoor …

Murlough (3)

… przede wszystkim jednak naszym celem było morze. Teraz, gdy to piszę, przypomniało mi się, że w lewej kieszeni granatowego  płaszcza nadal śpią zapakowane w chusteczkę dwie karbowane, białe muszle małży znalezione tego wieczora.

A szliśmy po ten widok – Slieve Donard przyglądający się sam sobie w lusterku na plaży:

Murlough (1)

Ogryzek Księżyca patrzył na nas już od jakiegoś czasu, a Słońce zachodziło, gdy zmierzaliśmy w kierunku Dundalk, tego miejsca, gdzie zginął Edward de Bruce w bitwie z Birminghamem. Czekała tam na nas herbata z miodem i odgrzany, sobotni obiad. Bardzo to było miłe. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy o filmie widzianym poprzedniego wieczora i off we went, kontynuacja podróży do domu. O rany, to już powiedziałam Ci prawie wszystko, co chciałam. Pisałam to z doskoku, bo jestem ostatnio w jakimś mentalnym niedoczasie. Dzisiaj jest piątek, ale coś tak czuję, że następny post będzie o poniedziałku.

A Ty, jak zwiedzasz?
Wyjazdy zorganizowane przez biuro czy raczej na własną rękę?
Daleko czy blisko?
Co w zasadzie wtedy robisz? Też się szwendasz tak jak my?

Reklamy

Spacer w deszczu po Malahide Gardens.

Malahide Castle (1)

Ależ to wszystko biegnie. Niedziela, jesień, zaraz pełnia księżyca, harvest moon, a jeszcze chcę zdążyć z opisem deszczowego czwartku. Krótko będzie. W czwartek padało od rana do wieczora, ale i tak wykorzystaliśmy nasz dzień wolny, żeby się przejść. Sytuacja mniej więcej wyglądała tak:

Malahide Castle (3)

My dwoje pod wielkim parasolem, chroniącym przed mrokiem duszy. W takim właśnie stanie nieco kraciastym odwiedziłam pierwszy (i nie ostatni) raz Malahide Castle.

Zaskoczyło mnie, że w taką pogodę i przy dość już chłodnym deszczu parking pełen był gości, spore wycieczki czekały również na zwiedzanie domu. Wątpię czy dla młodych ludzi to jakaś rewelacja, generalnie nauczyciele robią plany muzealne, a młodzież najbardziej zapamiętuje z tego plotki z koleżanką i z kim się wówczas dzieliło parasol 🙂

Widoczny na pierwszym zdjęciu dom przez ponad 800 lat należał do rodziny Talbotów. Nazwisko to jest wspomniane już w spisie gruntów Domesday Book Wilhelma Zdobywcy, a ziemie wraz z portem w Malahide zostały rodzinie darowane przez króla Henryka II Plantageneta. Henryk jest mi znany głównie z tego, że dwa razy zagrał go w filmach Peter O’Toole, gość z Connemary. Nie będę się rozwodziła o domu czy ruinach opactwa, ponieważ woleliśmy trochę zmoknąć niż wejść do środka i wbrew pogodzie kupiliśmy tylko bilety ogrodowe.

Najbardziej zachwyciła mnie motylarnia w której spędza swoje życie 20 gatunków egzotycznych motyli. Na stronie internetowej Malahide Castle napisano, że jest to jedyna motylarnia na terenie Irlandii. Nie wiem czy to prawda, Kraciasty twierdzi, że słyszał jeszcze o innych. W każdym razie nie ma takiej obok której przeszłabym niezainteresowana …

Heliconius hecale nazywany tiger longwing, z meksykańskiego i peruwiańskiego lasu deszczowego:

Malahide Castle (4)

Na pierwszym planie Heliconius charithonia, nazywany zebra longwing. W naturze występuje w całej Ameryce Południowej i części Ameryki Północnej. Drugiego koleżki nie mogę rozpoznać:

Malahide Castle (5)

Idea Leuconoe, nazywana papierowym latawcem albo large tree nymph. Pochodzi z południowo-wschodniej Azji, można go spotkać również w części Taiwanu i Australii:

Malahide Castle (6)

Caligo, owl butterfly, z lasów deszczowych Meksyku, Ameryki Środkowej i Południowej. Jego skrzydła są przykładem mimikry batezjańskiej:

Malahide Castle (7)

Motylarnia została otwarta w sierpniu tego roku w szklarni, która wcześniej służyła tropikalnym roślinom Lorda Milo Talbota. Niektóre motyle dopiero pompowały swoje skrzydła, inne właśnie umierały.

A to już inna szklana konstrukcja, jedna z siedmiu i najbardziej imponująca szklarnia na terenie the Walled Garden, zbudowana prawdopodobnie w czasach wiktoriańskich i zainstalowana w ogrodach po jej zakupie w latach 90-tych:

Malahide Castle (8)

Ogrody częściowo zawdzięczają obecny wygląd staraniom wspomnianego już brytyjskiego dyplomaty, Lorda Milo Talbota, i jego zamiłowaniu do fauny półkuli południowej, stąd na ich terenie jest sporo australijskich i chilijskich roślin.

Taki widok towarzyszył nam przez okno w czasie posiłku i popołudniowej kaffki w Avoce:

Malahide Castle (9)

Z Avocą zapoznałam się już, gdy byliśmy w Kerry. Świetna irlandzka firma, ich sklepy podają bardzo dobre jedzenie i kawę, ale przede wszystkim jest to producent wspaniałych wełnianych ubrań. Sieć jest z hrabstwa Wicklow i ma tradycję sięgającą roku 1723. Kiedyś będzie mnie stać na jakiś ich żakiet, I swear to god. 

Po kaffce poszliśmy do części ogrodów nazwanej The West Lawn. To tam, spod cedru libańskiego zrobiłam zdjęcie domu. Cedr, widoczny także poniżej po lewej stronie, ma ponad 350 lat:

Malahide Castle (10)

Pod drzewem znaleźliśmy mnóstwo dziurek wykopanych przez jakieś zapominalskie wiewiórki albo krukowate. Gdy już przyjrzeliśmy się dziurkom i powędrowaliśmy do bardziej zalesionego terenu, żeby tam odkryć pomiędzy drzewami dziko rosnące cyklameny perskie, zrobiło się późno a deszcz przybrał na sile. Wróciliśmy więc przez bramkę, która otwarła się przed nami po podaniu zaklęcia i znów znaleźliśmy się przed domem. Dziedziniec był tym razem zupełnie opustoszały. Ostatni rzut oka na taki widok:

Malahide Castle (2)

Wyobrażam sobie jak tu musi być pięknie, gdy jest ładna pogoda i można przysiąść na jednej z parkowych ławek, żeby pogrzać się w słońcu. Z drugiej strony pewnie mała jest wówczas szansa na taką ciszę i krajobraz bez rozgadanych sznurków wycieczek. Deszcz ma swoją wartość, a my mamy ogromny parasol chroniący przed mrokiem 🙂

Miało być krótko, tak? To kończymy. Równonoc. Witaj jesieni.

Demon i Pianista.

Tydzień temu spakowaliśmy do walizki kilka papierowo-płytowych historii. Przyszedł czas na skosztowanie i ostatnie dwa wieczory spędziliśmy na oglądaniu filmów. Tak się złożyło, że każde z nas widziało ten z nich, którego nie obejrzało drugie, było więc i kulturalnie i egalitarnie.

Na początek poszedł „Demon” Wrony. W zeszłym roku z przyjemnością odpaliłam go w Halloween zachęcona etykietką horroru. Przekonałam się, że reżyser wykorzystał jedynie szablon gatunku, żeby z jednej strony wypełnić go swojskimi motywami, z drugiej poruszyć zupełnie inny temat. Rozsypujący się dom na wsi, hojni teściowie, przaśne wesele, wódeczka dobra przy każdej okazji. W tym wszystkim pojawia się trup w ogródku, bardzo zresztą niewyraźnie, a pan młody zaczyna dziwnie mówić. Wrona uraczył nas doskonałymi plenerami, starannym doborem aktorów i nadal aktualną opowieścią o tym jak to jest u nas ze zbiorową pamięcią. Bo chorujemy na jakiś rodzaj amnezji, jest to więc także film o chorobie. Dopiero teraz, za drugim razem, zauważyłam, że starego pana Wentza zagrał Włodzimierz Press, drobny i kruchy. I śmieszna rzecz … byłam przekonana, że postać powiatowego lekarza grana jest przez Jakubika … dopóki na potrzeby tego tekstu nie sprawdziłam danych. Adam Woronowicz, ten od Popiełuszki, doskonały. Wydaje mi się, że każdy aktor mógł tu szeroko pograć … Woronowicz oprowadzający ducha po polu, Tiran doznający przylgnięcia, Grabowski w każdej scenie, Press patrzący na miasto, którego już nie ma. Synagoga to masarnia, masarnia to sklep …

Wczoraj z kolei świetny „Pianista” Polańskiego. Wiem, stary, stary, wszyscy znają, ale ja nie. Pamiętam jakieś okruchy recenzji tuż po premierze filmu, że to wszystko mało emocjonalne, że zdystansowane, że zbyt nieporuszające. Nosz ku….wa. Jak jeszcze można było podkręcić tę historię zbiegów okoliczności? Historia prawdziwa, gdzie człowiek zamożny, znany artysta ubrany w doskonale skrojone, wełniane płaszcze próbuje przetrwać w swoim własnym mieście nękanym pożogą wojny. Z kryjówki do kryjówki z zagrożenia w zagrożenie, aby w końcu poznać Niemca, który lubi muzykę. Znajomość zawarta z powodu puszki z ogórkami. Zastanawialiśmy się z Kraciastym nad losem, który ocala jednych i kończy życie innych. Na Szpilmana przypadło zapewne wielu ludzi, którzy zginęli przechodząc przez ulicę. Wyjdę tylko po chleb. Jeb i już. Nikt nigdy nie połączył wielkich wydarzeń z ich nazwiskiem. Może zresztą i nigdy nie połączył ich nazwiska z rozkładającym się ciałem. Co do tej historii można dołatać, jakąż ekscytację, żeby było lepiej?

Porozmawialiśmy o tym z Kraciastym sporo, dłuższy czas pewne obrazy miałam pod powiekami. Historie poruszyły mnie również dlatego, bo jestem przekonana, że doznaliśmy wielkiego uszczerbku na narodowej tożsamości po eksterminacji Żydów. Jeśli możesz te filmy gdzieś obejrzeć, nie wahaj się – myślę, że są tego warte. Jeśli obejrzałeś, ciekawa jestem Twojej opinii na ich temat.

Piszę to późnym wieczorem, gdy jest już spokojnie i gładko a z piekarnika pachnie rybką. Wyobraź sobie, że tego dnia jednak mieliśmy na wybrzeżu pierwszy, zimowy sztorm. Buka zmierza ku nam krokiem posuwistym, a nam jest dobrze w naszym domku i tylko szkoda mi, że nie zapakowałam do walizki również wszystkich moich Muminków. Muminki przydają się na długie wieczory w których za oknem wieje wiatr.

Dobrej nocy 🙂

Stary Cmentarz Żydowski we Wrocławiu.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (1)

Lubię spacerować po starych cmentarzach, im bardziej jesiennie, tym milsza jest mi taka wycieczka. Ten, który zwiedziliśmy z Kraciastym w ostatni czwartek jest częścią Muzeum Miejskiego. Wiele razy przejeżdżając tędy obiecywałam sobie, że kiedyś tu zajrzę, nie w celu zobaczenia jakiegoś konkretnego grobu, ale tak zwyczajnie, żeby nasycić się ciszą … 🙂 No i cóż … cmentarz jest przy ruchliwej ulicy Ślężnej na planie 4,6 h. Niewiele jest miejsca, żeby uciec od hałasu zza muru, na dodatek panowie przycinali przed południem trawę. Za to był to czwartek. W czwartki wejście jest darmowe.

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (2)

Cmentarz otwarto w listopadzie w 1856 roku – nie jest więc bardzo stary, nie jest też bardzo duży. Założono go jeszcze gdy obecne osiedle Gajowice było podwrocławską wsią o nazwie Gabitz, ponieważ przepełniło się inne żydowskie miejsce pochówku przy ulicy Gwarnej. Cmentarz bardzo długo po zakończeniu ostatniej wojny, bo do roku 1975, czekał na wpisanie do rejestru zabytków …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (3)

… i zaniedbania niestety widać do dzisiaj, chociaż oczywiście nie bez znaczenia były działania wojenne po których wiele macew nosi ślady kul. Mój tata pamięta to miejsce jako wielki, nieprzyjazny gąszcz.

Kirkuty kojarzą mi się z mrocznymi, wydobywającymi się z ziemi płytami pokrytymi niezrozumiałym dla mnie hieroglifem, i pod tym względem to miejsce jest wyjątkowe, bo stworzone pod wpływem Haskali – żydowskiego oświecenia.

W duchu asymilacji, ale też pod dyktando zamożności XIX i XX-wiecznych mieszkańców cmentarz stał się miejscem europejskim – poza napisami w języku hebrajskim, przede wszystkim można tu znaleźć inskrypcje po niemiecku, czasami również po polsku, a obok gwiazd Dawida wiele symboli jest świeckich – przekazują informacje o nagłej śmierci (złamane rośliny) lub zawodzie (dłonie kapłana przypominają mi pozdrowienie Wolkan w Star Treku 😀 ).

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (4)

Niektóre grobowce są dziełami sztuki z rozpiętością inspiracji pomiędzy starożytnością i secesją. Spacerując wypatrzyliśmy grób w stylu mauretańskim i bardzo modernistyczną piramidę. I tyle nazwisk z których wiele powtarza się w świecie nauki i kultury …

Na cmentarzu gości niewielu, spokojnie przechadzali się w parach lub samotnie, czasami zerkaliśmy na siebie nawzajem, nie wiem jak inni, ja zastanawiałam się co przywiało tutaj tych ludzi, czy był to przodek, czy zapał muzealny. Jeden pan, który być może tu pracuje, wypytywał, czy na ulicy Ślężnej nie znaleźliśmy jego zagubionej kurtki …

Cmentarz Żydowski we Wrocławiu (5)

Ten nasz spacer był trochę noworoczny – kiedy wybraliśmy się w kierunku Synagogi Pod Białym Bocianem kalendarz na ścianie Centrum Informacji Żydowskiej (doskonała kawa) poinformował nas, że już od jutra wieczór Święto Trąbek. Wydało mi się, że ten inny świat trochę się do niego przygotowuje polerując co nieco tu i ówdzie. My tymczasem w kapeluszach rozbijaliśmy się szynobusami i upijaliśmy kawo-herbatami. W domu czekały na nas dwa małe jeże, którym jeszcze nie otwarły się oczka. Następnego dnia z tatą podwiozłam je na Miłoszycką 67 do wrocławskiej Ekostraży.

Pobyt w Polsce jest już za półmetkiem, mija błyskawicznie. Za nami pierwszy tydzień szkoły, standardowo byłby to pierwszy tydzień pracy po wakacjach. Kilka dni temu w końcu zrealizowałam kartę podarunkową księgarni Autorska, którą dostałam od dziecków moich w czerwcu, i w ten sposób dołożyłam dwa spore tomy do stosu książek, filmów i płyt, który zamierzamy poupychać w walizkach. Chciałam, żeby tu było ciepło i jesiennie, i właśnie tak jest, mamy wyjątkowe szczęście … Stachu, pytasz mnie, co to za post z cmentarza, i już widzisz jaki. Życie jak w Madrycie mamy. Dzisiaj rano Kraciasty wyskoczył na moment do Krakowa na dwa dni, ale zaraz wraca i znowu się będziem lansować …

Dobrego weekendu dla wszystkich 🙂

Deszcz.

Irlandia wraca do siebie, od dłuższego czasu jest więcej wody i nastroszonych chmur deszczowych. W ostatnią środę nabraliśmy ochoty na spacer naokoło Półwyspu Howth, Ceann Bhinn Éadair. Howth to wieś, która dzisiaj jest szykownym przedmieściem Dublina. Wyczytałam nawet dzień wcześniej, że niby w środę nie pada, zapomniało mi się tylko, że sprawdzałam zupełnie inną okolicę, nie na południe, ale na północ od domu. Zresztą nie wiem, czy to że zapomniałam miało jakiekolwiek znaczenie 🙂

W każdym razie pojechaliśmy do Howth przygotowani na lekki deszczyk, a z pewnością na przyjemny, dłuższy spacer z pięknymi widokami. Port z dziesiątkami żaglówek jest bardzo ładny, pierwszy raz byliśmy tu na dzień kobiet. Kraciasty nie miał wówczas ciepłej kurtki, więc tylko krótko przeszliśmy się po molu – zaskoczyło mnie wtedy, że nie ma za bardzo gdzie przysiąść w ciepłym miejscu. Teraz przyportowa ulica była pełna ludzi i mew, a wszystkie lokale furczały pracą. Młode mewy z czarnymi dziobami spacerowały nadąsane wśród dorosłych i wydawały z siebie z pretensją „jeść, mama, daj jeść”. Jeden taki próbował połknąć plastik, więc mu matka XIX-wieczną metodą próbowała wybić to z głowy. Takie coś szare w dużej liczbie patrzyło na nas swoimi świdrującymi oczkami, widzisz?

Howth 1

I jak sądzisz, pada tam czy nie pada?

Howth 2

Właśnie tam daleko na prawo planowaliśmy się przejść, nad wykwintnymi domami, dzianymi domkami letniskowymi i sunącymi do morza urwiskami.

Plan zrobiony, postanowione, idziemy sobie na spacer za rączkę, robimy zdjęcia, pięknie jest i … właśnie gdzieś około tego zielonego miejsca dopadł nas deszcz, który nie spoczął dopóki nie podjęliśmy decyzji o odwrocie:

Howth 3

Zieloność paproci … bardzo żałuję, że nie udało mi się przejść the Bog of Frog Trail, bo tak nazywa się ta piękna droga na której poza klifami można podziwiać skupiska ptaków i foki szare. Przewodniki szacują ją na 12 km i jakieś 3 godziny marszu, w części nad samym morzem. Całkiem niedaleko tego miejsca na zdjęciu straciliśmy nadzieję, że szybko przestanie padać. Spójrz na to:

Howth 4

Gdy woda niedaleko wpada do morza, to nie jest dobry znak. Za nami szeroko szedł deszcz, odpuszczający lub przyspieszający.

Howth 5Howth 6Howth 7

To ostatnie to my z powrotem w porcie, tym razem już bez widoków wysp i odległych gór. Mewy zniknęły, na kamienistej plaży zostały chichoczące japońskie turystyki przygotowujące się do zabawnej fotki na insta. Za chwilę zobaczyliśmy czarnego kotka drzemiącego pod czerwonymi drzwiami i parę starszych, skromnie ubranych osób, które czekająły w zaułku na koniec deszczu. Następnie spadła na nas ulewa i tacy ociekający wodą schroniliśmy się w Starbucksie. Starsza para wpadła na ten sam pomysł, pewnie tak jak my suszyli sobie spodnie przy kawie i ciasteczku. Ech, a gdy już udaliśmy się do domu, z Howth do naszej wsi niebo na pocieszenie przerzuciło nam tęczę …

° ° ° ° ° °

W Droghedzie cały ten tydzień trwał Fleadh Cheoil na hÉireann 2018, największy na świecie festiwal irlandzkiej muzyki. Zakończenie jutro. Nie za bardzo braliśmy w nim czynnie udział, raczej walczyliśmy z korkami w czasie mojego dojazdu do pracy, bo już od poprzedniego tygodnia lokalne władze przygotowywały się do zmian w ruchu ulicznym na czas święta. W czwartek w trakcie spaceru po mieście mieliśmy okazję obserwować ludyczne elementy tego tygodnia – poza wydarzeniami zorganizowanymi w kilku salach na terenie miasta, na ulice wyszli wszyscy, którzy umieli śpiewać, tańczyć lub w jakiś inny sposób przedstawić swój wkład w irlandzką kulturę. Dzieci nie do końca trzymające dźwięki brzdąkały na tym, co tam każdy się uczy, dziewczynki wytupywały irlandzkie tańce, stareńki pan grał na łyżkach, dwóch chłopaków, w tym jeden grający na … wiadrze, śpiewali swój prawie kowbojski song, dziewczyna, która przysiadła na ławce i po poszperaniu w  śpiewniku grała na flecie … w końcu każdy może zagrać, więc ona też może. Deszcz pełnił rolę kierownika: turyści rozbiegali się jak kurki pod dachy i ponownie zagęszczali ulice, gdy przestawało padać.

Bardzo się cieszę, że przy okazji zajrzeliśmy do Highlanes Gallery. Otworzono ją 12 lat temu, w moje urodziny 🙂 Galeria znajduje się w XIX-wiecznym budynku, dawniej franciszkańskim kościele, który został kilkanaście lat temu podarowany miastu, gdy Franciszkanie po 750 latach wyprowadzali się z Droghedy. Kraciasty musiał zostawić przy wejściu swój wielki parasol, jak powiedział duży pan z poważną miną, „for safety reasons”. Nie mogąc już nikogo zaatakować wielkim parasolem pokojowo obejrzeliśmy kolekcję obrazów, które przedstawiały miasto z przeszłości. Na środku sali wyeksponowano ceremonialny miecz i ogromny, srebrny buzdygan podarowany Droghedzie przez Wilhelma Orańskiego.

To np. akwarela Roberta Curzona i wiadukt, który zieleni się za każdym razem, gdy wjeżdżamy do miasta od strony morza:

Highlanes Gallery (1)

Bardzo ciekawą sprawą okazała się czasowa wystawa w głównej części galerii, tam gdzie został zachowany ołtarz kościoła. Swoje prace pod wspólnym tytułem „Strengh & Glory” wystawia tam do 1 września Rita Duffy. Byłam na to niezbyt przygotowana i dodatkowe informacje musiałam zebrać po fakcie. A trzeba przyznać, że nietypowo podkolorowany ołtarz zaskoczył mnie zupełnie. Podtytuł wystawy to „Deus praesidium, Mercatura Decus – God is our strength and merchandise is our glory – the value of Ireland?”. Więc, znajdź ptaszka:

Highlanes Gallery (2)

Artystka z Irlandii Północnej w swojej pracy wykorzystała typowe irlandzkie symbole, gesty, hasła i zrobiła z tego mocno surrealistyczną kompozycję.

Highlanes Gallery (3)

Powierzchownie wydało się nam to zabawne, bo np. co może powiedzieć taki osiołek i zabandażowany piesek nabazgrani na kartkach wyrwanych ze śpiewnika? Czuję niedosyt wiedzy. Może nie ma tam żadnej treści, może jest. A oto ołtarz:

Highlanes Gallery (4)

Przystrojony zwisającymi zewsząd monetami, którego centralnym elementem jest Euro Madonna w sukience wykonanej z banknotów. Są elementy celtyckie, katolickie, ale również meksykańskie świece cmentarne. Ulsterska marmolada? Za to walczyliśmy? Może dlatego pomijając prowokacyjne hasła od samego początku, nawet, gdy jeszcze nie doszłam do czerwonego pokoju z ptaszkiem, instalacje skojarzyły mi się z Fridą Kahlo.

Oczywiście także pojawiło mi się pytanie, czy w Polsce mógłby ktoś przystroić były kościół (katolicki) w taki sposób i obyłoby się bez czadu na prawo. Gdyż prawdziwi artyści malują wyraźnie 😉

No i tak, wyszliśmy z galerii i udaliśmy się w stronę ciemnej chmury, która jednak nie spadła na nas od razu. Przez to wszystko Kraciasty musiał dzisiaj kosić trawnik, bo zielone ruszyło z kopyta. Za chwil kilka oboje w różnym czasie wyruszamy do Polski, przytrzymaj dla nas ciepło, o którym mówił mój tata przez telefon. Podobno odleciały już bociany i nad ranem pachnie jesienią. U nas szpaki nadal drą się po krzakach, coś jest na rzeczy.

Ardgillan.

Ardgillan (1)

W oknach pajęczyna, kilka warstw starej farby na framugach okna i nasze nakrycia głowy 🙂 Ładna pogoda zachęciła nas wczoraj do obejrzenia Ardgillan Castle (oficjalna strona TUTAJ) położonego kilka kilometrów od domu. Taki widok rozpościerał się już przy parkingu: nad jeżynowymi krzakami spłowiałe pole i morze irlandzkie …

Ardgillan (2)

Ponieważ byliśmy niedaleko naszej chaty, na horyzoncie poniżej powinno być widać te same góry, które fotografuję na krótszych spacerach, na przykład tutaj. Jeśli się uważnie przyjrzysz, zobaczysz na horyzoncie ich delikatny cień. W rzeczywistości były wczoraj łatwo widoczne … myślę, że dość często właściciele tego XVIII-wiecznego domu mieli z okna niesamowite widoki.

Ardgillan (3)

Główna część Ardgillan Castle powstała w 1738 roku,  skrzydła w których zamieszkiwała służba dodano w XIX wieku. Od powstania do 1962 roku budynek należał cały czas do rodziny Taylorów. Wcześniej lokalne ziemie były w posiadaniu irlandzkiej rodziny O’Casey, następnie Earla of Tyrconnell. Po podboju Irlandii przez Cromwella wiele z tych okolic zmieniało właścicieli z katolików na protestantów, przydarzyło się to i Ardgillan, i pojawili się Taylorowie, potomkowie Thomasa Taylora, współpracownika Petty’ego przy pomiarach znanych w historii jako Down Survey.

Nazwa Ardgillan pochodzi od irlandzkiego Ard Choill , Wysokiego Lasu, bo właśnie taki las znajdował się na tym terenie zanim żołnierze i najemni robotnicy za pensa dziennie, posiłek i mieszkanie wykarczowali go odsłaniając teren pod budowę. Obecnie budynek jest odrestaurowany choć, jak widać na pierwszym zdjęciu, nieprzesadnie wychuchany i parter jest otwarty dla gości. Naokoło kilka ścieżek zaprasza do łatwych spacerów, kwitnie kilka tematycznie podzielonych ogrodów i jest dużo krzaczorów w których kryją się domki dla ogrodowych wróżek.

Na samym początku spaceru sfotografowałam interesujący głaz. Okazało się, że jest to lawa poduszkowa z epoki ordowiku, która tak właśnie zastygła ok. 470 mln lat temu w zetknięciu ze słoną wodą:

Ardgillan (4)

Czytałam, że znaleziono go na wybrzeżu pod zamkiem i początkowo z powodu bliskości innych starożytnych artefaktów, takich jak w Newgrange, sądzono, że i ten kamień wyrzeźbiła ręka z przeszłości. Tymczasem jest to niemy świadek formowania się współczesnej Irlandii, w całości dzieło sił natury*.

W zasadzie przyjechaliśmy do Ardgillan pospacerować po ogrodach. I rzeczywiście były one piękne, chociaż i tutaj widać spustoszenie jakie zasiał brak wystarczającej ilości deszczu. Wiele posadzonych w tym roku i niezbyt ukorzenionych roślin ledwo zipie, a mieszkaniec zamulonej fontanny, jeśli takowy jest, zapobiegliwie chował się przed naszym obiektywem.

Ardgillan (5)

Ogrody są podzielone na kilka części. Oprócz sporych rozmiarów ogrodu różanego, jest ogród za murem, który pierwotnie był po prostu przydomowym ogródkiem zapewniającym stałą dostawę prowiantu dla kuchni. Dzisiaj znajduje się w nim kolekcja wonnych ziół, które przyciągają pszczoły, trzmiele i motyle, najzwyczajniejsze warzywa, starannie zasadzone krzaczki  różnokolorowych porzeczek, agrestu, stare odmiany irlandzkich jabłoni.

Te na zdjęciu poniżej to dzikie jabłonie, malus sylvestris, crann fia-úll, które do dzisiaj można znaleźć na całej wyspie, na pastwiskach lub przygarnięte przez gęste żywopłoty. W przypałacowym (podzamkowym? przydworkowym?) ogrodzie rosną zaopiekowane w efektownych, niskich espalierach.

Ardgillan (6)

Najbardziej rozbroiła mnie chowająca się w cieniu szałwia z tymiankiem i dumnie majtający na wietrze koper za którym chwilę później ukazuje się spacerowiczom widok na morze zza ogrodowego muru.

Dom, na wyrost nazywany zamkiem, nadal żyje. Na parterze ustawia się kolejka do kawy i ciastka, na obrusy czasem rozleje się trochę popołudniowej herbaty, w kątach podłogi i załamaniach krzeseł chowają się okruszki jedzenia. Czasem ktoś przetrze kurze, a czasem nie, co pewnie bardzo cenią sobie lokalne pająki. Ludzie wychodzą z napojami na ogród przed domem i walczą z podmuchami wiatru kradnącymi papierowe serwetki. Dzieci piszczą na widok wróżkowych domków i przechodzą w te i wewte przez niski, frontowy murek. Po kawie z ciastkiem uczyniliśmy podobnie przechodząc okrakiem przy zamkniętej na kłódkę bramce, w końcu nadal jesteśmy przed maturą. Dzieci siedzące na murku spojrzały na nas znacząco …

Ardgillan (7)

Teraz, gdy wieczne wakacje mam przerywane pracą i czasem dowiaduję się że pracuję, jak przed chwilą, z dnia na dzień, jeszcze bardziej cieszą niedalekie wyprawy. Warto wykorzystać każdy promyk słońca, bo już noce zaczęły się robić chłodniejsze, szpaki zaczynają się zbierać na narady i nie wiadomo kiedy będzie następne lato latem. Zresztą mam nowe rybaczki, mam kapelusz, trzeba ponosić … 🙂
_______________________________________________
* taka mądra nie jestem, że sama z siebie to wiedziałam, zajrzałam tutaj:

  1. The Geological Heritage of County Fingal.
  2. Geological periods in irish history.

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scartlett St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house”, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

View this post on Instagram

#krajobrazporanny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

View this post on Instagram

00:03. Happy New Year 🐭💬

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży” Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Idziemy …

Karkonosze 9.7.18 1

Ostatnie dwa dni spędziliśmy w marszu. Widzisz nasze wydłużone cienie? To zdjęcie powyżej zostało zrobiono w poniedziałek wieczorem, gdy odzyskałam nadzieję, że kiedykolwiek dojdziemy do miejsca przeznaczenia. Pierwszy dzień był naprawdę wyzwaniem. Z Jagniątkowa przeszliśmy około 19 km do Domu Śląskiego – nasza trasa poniedziałkowa wyglądała tak:

mapa Jagniątków Śnieżka

{Dom Hauptmanna – Trzecia Droga i skręt na czarny szlak – wejście na zielony szlak przy Rozdrożu nad Jaworem – marsz do Przełęczy Karkonoskiej i tam dłuższy odpoczynek w PTTK Odrodzenie – szlak czerwony i obok Małego Szyszaka tuptanie cały czas pod górę aż do Słoneczników – od tego momentu już sama przyjemność, po lewo widać Stawy, a my idziemy jakieś 5 km zadowoleni, że jest bliżej niż dalej}

Dom Hauptmanna – ta nazwa dość mnie rozśmiesza, jakby to był cytat z któregoś odcinka „Stawki większej niż życie”. Chodzi o dom Gerharta Hauptmanna, noblisty z 1912 roku, który urodził się w Ober Salzbrunn, Szczawnie Zdroju i życzył sobie, aby być pochowanym właśnie tutaj w Agnetendorf, dzisiaj dzielnicy Jeleniej Góry. Dlatego dojechaliśmy tu autobusem miejskim nr 15. Ostatnimi słowami Hauptmanna były podobno „Bin ich noch in meinem Haus?”. Nie ma go w Jagniątkowie.

Wracając do drogi – spory kawałek jak na moje nogi i plecy. Na szlaku były różne rzeczy, w lesie kwitły trujące naparstnice purpurowe, na polankach było mnóstwo wełnianek, na kamieniach i wszędzie indziej fioletowe kupy. Ten pierwszy dzień był wyjątkowo cichy, niewiele osób nas mijało, prawie nikt nie szedł w drugą stronę. Były i takie widoki jak ten z zielonego szlaku:

Karkonosze 9.7.18 zielony szlak

Ktoś tu umarł, wydaje mi się, że synogarlica. Droga nie była przesadnie trudna, na moje sapanie złożyło się pewnie kilka rzeczy, jak podejrzany banan, za dużo wilgoci w powietrzu i rosnący garb. Zatrzymaliśmy się na obiad w schronisku Odrodzenie, ale ten odpoczynek nie ożywił mnie tak, jak na to liczyłam. Przełom nastąpił znacznie później, gdy w końcu zza Słoneczników i Smogorni można było zobaczyć Śnieżkę. Wcześniej przysiadłam z Kraciastym dość bezmyślnie na kamieniu przy Słonecznikach i wypiłam parę łyków wody. Najdziwniejsze jest to, że tę drogę od Odrodzenia przeszliśmy nie mijając prawie nikogo, tylko właśnie przy Słoneczniku siedział chłopak, którego postanowiłam zignorować, a który na odchodnym życzył nam dobrej drogi. Od tego momentu stała się dobrą.

Śnieżka w majestacie Słońca jak baza na Księżycu:

Karkonosze 9.7.18 2

Roiło mi się przed tą wyprawą, że uda się nam na wejść na Górę. Byliśmy jednak w drodze o jakieś trzy godziny za długo. A chciałam Ci napisać coś więcej o J.Q. Adamsie, który zanim został szóstym prezydentem Stanów Zjednoczonych, podróżował po Dolnym Śląsku i opisywał wszystkie piękne miejsca w swoich listach, także Riesenkoppe Lähn (listy XI i XIII).  Zostawię to na inną okazję, zresztą teksty można sobie poczytać w linku.

Wracając do Słoneczników i Smogorni. Słoneczniki nazywają się też Mittagstein, albo Polední kámen – mieszkańcom Podgórzyna czy Przesieki wyznaczają środek dnia. Smogornia to Mittagsberg albo Stříbrný hřbet – wydawało mi się, że obchodzę ją wieki całe i fakt, że to w zasadzie wysoko położona górska łąka na której nie ma szlaków niczego nie zmienia. Ciekawa jestem skąd wzięła się jej polska nazwa, niezwykle podoba mi się brzmienie słowa „Smogornia”. Kiedy o dziewiątej dochodziliśmy do naszego noclegu, Słonko ledwie polizywało Śnieżkę, a w dolinach zapadał już zmrok:

Karkonosze 9.7.18 3

Wyczerpanie to dziwna sprawa, ból miesza się z ulgą i zadowoleniem, a herbata z torebki smakuje jak ambrozja.

Drugiego dnia, zamiast iść wyżej, popatrzyliśmy z szacunkiem na górę i zaczęliśmy schodzenie czerwonym szlakiem spod Domu Śląskiego w Kocioł Łomniczki. Po drodze jeszcze w tej stromej części minęliśmy symboliczny Cmentarz Ofiar Gór.

To miejsce na zdjęciu, Malzergrund, to najgłębszy kocioł polodowcowy w Karkonoszach. Schronisko Einkehrhaus zum Lomnitzfall im Melzergrund przetrwało tu tylko jeden sezon – lawina zmiotła je w 1902 roku, rok po wybudowaniu.

Karkonosze 10.7.18 kocioł łomniczki

Taka mała Łomniczka, taki duży kocioł … to daje do myślenia 🙂 Nie chciałabym tutaj być po wielkich opadach.

Poniżej kotła przeszliśmy obok Schroniska Nad Łomniczką, które oferowało chleb ze smalcem i naleśniki z jagodami. Uśmiechnęliśmy się na tę myśl, ale mieliśmy wiatr we włosach i zatrzymaliśmy się tylko, żeby zerknąć na mapę.

Prognozy pogody przed podróżą wieszczyły od południa mocne deszcze, a my schodząc widzieliśmy małe, niskie chmurki, które próbowały przejść przez grzbiet gór. Gromadziły się w coraz większe i bardziej niespokojne skupiska, które rozmazywały krajobraz:

Karkonosze 10.7.18 chmurki

W porównaniu z poniedziałkiem, we wtorek czerwonym szlakiem pod górę waliły tłumy. Ktoś pytał, czy na górze pada, ktoś inny czy dobrze się tym szlakiem schodzi, jeden pan stwierdził „no proszę, byłem w Tatrach i tam nikt się nie wita, a tu inna kultura”. Szło sporo dzieci i zwierzątek, zwierzątka były na smyczach 🙂

Taki oto był nasz spacer z obciążeniem. Nie pokazałam całego mnóstwa zdjęć i nie wspomniałam wielu drobnych obserwacji. Masz tylko to powierzchowne streszczenie. Jeszcze Ci powiem, że gdy weszliśmy do Karpacza i zbliżaliśmy się do dworca autobusowego z nieba w końcu runął deszcz. Chmurki rzeczywiście nie przeszły przez grzbiet.

Spacer po Wrocławiu.

Nie za często zdarza się nam z mamą, że jedziemy bez celu, jemy, pijemy i idziemy przed siebie. To mój ulubiony sposób spędzania czasu w mieście i tak właśnie było wczoraj, po tym jak wyturlałyśmy się z dworca Wroclavia.  Otwarty w tamtym roku nowy dworzec PKS przykrył poprzedni, pokraczny obiekt na którym jeszcze kilka lat temu pewnego wieczoru pochłaniałam z koleżankami z pracy wystygłe frytki. Moja mama pamięta, że za jej czasów był tu Małpi Gaj po którym mili ludzie nie chodzili na przełaj. Jeszcze wcześniej, do roku 1945, stał na tym miejscu największy kościół ewangelicki we Wrocławiu, Salvator Kirche, zbudowany w stylu północnoniemieckiego gotyku tuż po zjednoczeniu Niemiec w XIX wieku.  Jego pozostałości rozebrano po wojnie – taki los spotkał wówczas wiele budowli ukaranych za to, że istnieją szabrownicy. Jak wyglądało wcześniej to miejsce można zobaczyć TUTAJ.

Przegląd miasta zaczęłyśmy od podejścia na ulicę Dawida, tam, gdzie rzędem stoją budynki z 1901-03 roku zaprojektowane przez Plüddemanna i Klimma. Dawna szkoła mojej mamy, spacer sentymentalny, budynek prawie zupełnie pusty, piętra z kilkoma wiadrami z brudną wodą i tylko pani w sekretariacie wdała się z mamą w rozmowę na temat przeszłości.

Wrocław lipiec 2018 1

Ten kompleks budynków ma w sobie coś naprawdę majestatycznego, cieszy mnie bardzo, że są użytkowane zgodnie z przeznaczeniem … miały być szkołami i są szkołami. Ciekawość zawiodła nas niepotrzebnie na tyły i mogłyśmy też niestety obejrzeć wykwity artystyczne lokalnej rasy panów. Trochę śmieszne to i straszne, mam nadzieję, że na zamalowanie pseudoceltyckich bzdur znajdzie się w końcu farba.

Po drodze z Dawida w kierunku Rynku minęłyśmy różne ciekawe miejsca. Na przykład gmach dyrekcji kolei na Joannitów, dawnej Malteserstraße. Także przed wojną było tu kolejowe centrum, siedziba Königliche Eisenbahndirektion Breslau. Budynek powstał w latach 1911-15; nad wejściem jest wizerunek orła pod słońcem z mottem Nec soli credit (Nie ustępuje nawet słońcu) używanym przez Fryderyka Wilhelma I.

Wrocław lipiec 2018 2

Szłyśmy dalej, a ja zamieniłam się na krótko w tropicielkę duchów i poszukiwaczkę starych napisów. Był i kolejny, na bocznym tunelu dworca ogłaszający Durchgang zur Flurstrasse:

Wrocław lipiec 2018 3

To dzieło EURO 2012 – czasami i futbol do czegoś się przydaje. Pamiętam, że wcześniej najwyraźniej widać było słowo „zur”, które nie dało się tak łatwo wytrzeć i unicestwić. Był czas w moim życiu, gdy przechodziłam tym tunelem w kierunku Dawida bardzo często. Okolica pachniała wówczas perfumą uryny a przez kolejne ulice z trudem dało się przejść, tak śmigali drogami zdobywcy honorowych punktów za wyprzedzenie autobusu na światłach. Obecnie kafelki pokrywające ściany tunelu mają ponownie oryginalny kolor, wyraźnie słychać z góry zapowiedzi odjeżdżających pociągów, tunel nie straszy już obcością i służy do tego do czego powinien. Z przyjemnością oglądając wczoraj któryś odcinek serialu „Poirot” odkryłam, że „nasz” dworzec jest podobny do tych angielskich, budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Elegancja, funkcjonalność, szyk art nouveau.

A tu pokrywa studzienki przy dworcu, takie dość zaskakujące coś pod nogami:

Wrocław lipiec 2018 4

Przy okazji zauważyłam, że w zasadzie już nie istnieje Hotel Grand, czyli przedwojenny Hotel du Nord. Właśnie w tej chwili trwa jego rozbiórka mętnie nazywana renowacją, ze starego budynku projektu Paula Rothera zostaną może ściany zewnętrzne. Za to nadal niestety istnieje obrzydliwy Solpol, rzekomo postmodernistyczny, a tak naprawdę chyba postbiegunkowy projekt z lat 90-tych. Nie mam ich zdjęć. Robić zdjęcia ruinie hotelu rozbieranej w świetle prawa jest mi przykro, Solpol fotografować się brzydzę. Na pocieszenie w trakcie spaceru ulicą Kościuszki natknęłyśmy się na napis, który w całości brzmiał  podobno Baruch & Loew Sonnen und Regen Schirm Fabrik:

Wrocław lipiec 2018 5

I jeszcze budynek z mozaiką, na Kościuszki 37, z fasadą wg projektu Paula Rothera:

Wrocław lipiec 2018 6

W artykule z początku tego roku są nowiny, że ten budynek ma być odrestaurowany. Nie wiem czy to oznacza rozebrany i postawiony na nowo, jak w przypadku Hotelu Grand. Mam nadzieję, że nie i że odnowienie nie przyjdzie dla tego budynku za późno.

W fosie miejskiej pływały ryby. Minęłyśmy błyskający złotem, pięknie odnowiony dom handlowy Renoma, czyli dawny modernistyczny Warenhaus Wertheim. Musiały być krzesła i picie płynów w kawiarni Bohema przy Świdnickiej, bo dzień był naprawdę gorący. Wnętrze wybrane przypadkowo, całkiem przyjemne, wypełnione gwarem. Innym miejscem „do wejścia” był antykwariat na Kuźniczej. Akurat tam gdzie stanęłam moim oczom ukazały się judaica, ale musiałam poskromić chęć kupienia jakiejś książki Singera, chociaż łatwo nie było. Antykwariat ma swoją stronę w internecie, książki można przeglądać i zamawiać TUTAJ, co pewnie jeszcze wykorzystam. Kiedy już szłyśmy Nadodrzem w witrynie sklepowej moją uwagę zwróciły figury zwierzątek, szczególnie jedna wydała mi się realistyczna: kotek drzemiący pod okiem czujnego lisa. Przy bliższej inspekcji okazało się, że brzuszek kotka się porusza a jego właściciel jest jak najbardziej realny. Młody pochrapywał sobie wtulony w imitację mchu, w końcu był to już czas najwyższy na popołudniową drzemkę.

Na Nadodrze weszłyśmy z myślą odwiedzenia nowo otwartej Cafe Równik na Jedności Narodowej 47, miejsca zwykłego i nietypowego jednocześnie. Zwykłego, bo tak powinno być, że idziemy sobie i gdy mamy ochotę gdzieś przystanąć to przystajemy, bo nie do końca jest to prawda, że najlepsza kawa jest w domu. Nietypowego, bo w roli kelnerów są zatrudnione osoby z niepełnosprawnością intelektualną.

Wrocław lipiec 2018 7

Kawiarnia została otworzona pod koniec czerwca tego roku przez wrocławskie Stowarzyszenie Twórców i Zwolenników Psychostymulacji, i pracują tu jej podopieczni. Czytam, że to pierwsza tego typu placówka na Dolnym Śląsku. Miejsce wydaje się być trochę na uboczu turystycznego szlaku, ale tak naprawdę jest dość blisko Rynku, wystarczy za uniwersytetem przekroczyć Odrę, dojść do muralu bramy do Nadodrza i przespacerować się w prawo, aż pojawi się rozkopane obecnie wejście na ulicę Jedności. Warto, bo dokładasz się do konkretnego, dobrego projektu, a poza tym gulaszową dają tu pyszną 🙂 Zjadłam gorące i od razu poczułam przypływ siły i przyjemny chłód, gdy włączyła mi się wewnętrzna klimatyzacja. Po odpoczynku zebrałyśmy się do wyjścia …

I tyle, opowieść kończę tutaj, kilka metrów od dworca Nadodrze, dalej idziesz już sam. Kocham to miasto po którym chodzą krasnale i jednorożce, a w sklepowych witrynach śpią zmęczone wypełnianiem swoich obowiązków koty.

Wrocław lipiec 2018 8

Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczył z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za free.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V – VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1

monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

View this post on Instagram

#porkpie #mojeclogherhead

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

***

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂

Žitná 17 i spacer po Pradze.

„To nie jest miejsce dla kotów” – powiedział Kraciasty wyglądając przez okno. Z perspektywy kociej mieszkanko niepoważne: wysoko, duży ruch uliczny nawet nocą, nigdzie ani źdźbełka trawki, kuweta na korytarzu. Na plus przemawiała przystępna cena i lokalizacja, Václavské náměstí za rogiem. Czy zdecydowałabym się drugi raz? Pewnie tak.

View this post on Instagram

#žitna17 #dobryden

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

W tej chwili jestem już w naszym domu bez piętra, słucham muzyki i po raz enty poprawiam ten tekst. We wtorek poza oczywistą przyjemnością spaceru po Pradze, chodziły mi po głowie treści na temat komentarza do tekstu na pewnym blogu. Komentarz dotyczył Wandy Tkaczyk-Stawskiej, a konkretnie był zarzutem, że pani ta jest za stara, aby demonstrować jakieś tam swoje opinie w Sejmie czy też pod nim. Napisałam kilkustronnicowy tekst o dyskryminacji, potem skróciłam go i umieściłam tutaj, nadal jednak coś mi nie pasowało. Myślę, że od początku chodziło o moją pupę. Temat nie jest wart rozprawki pod tak fajnym zdjęciem z powodu komentarza o tak niskiej jakości merytorycznej.

Łatwo się emocjonuję przejawami dyskryminacji, nazwijmy to wrodzonym wyczuciem sprawiedliwości. Po drugie sądzę, że Tkaczyk-Stawska będzie pamiętana jednak trochę dłużej niż autorka komentarza, który był czystym przejawem ageizmu, i że nie potrzebuje w tym mojej pomocy. Po trzecie brak konsekwencji w poglądach nie pomaga w drążeniu sprawy; zaciesz z każdego słowa Wojtyły, nawet gdy pod koniec życia przemawiając wykazywał oznaki postępującej demencji powoduje, że argument „ze starości” tylko dlatego, że się z kimś nie zgadzamy traci swoją moc*. Można zarzucić, że ktoś jest głupi … są ludzie zwyczajnie głupi, którzy myślą, że zmądrzeli, bo się zestarzeli. Ale to argument do innego tematu na innym blogu 🙂

Mam nadzieję, że protestujący w Sejmie  osiągną swój cel i fundusze pozwolą im cieszyć się wolnością. Życzę im tego, trzymam za nich kciuki. Niepełnosprawność nie oznacza, że nie macie prawa walczyć o swoje, że musicie być skazani na plugawą „wspaniałomyślność” głupców, którzy zarzucają Wam zmanipulowanie, ponieważ uważają, że człowiek niepełnosprawny to człowiek pozbawiony rozumu. Na tym kończę streszczenie pięciostronnicowego tekstu.

° ° ° ° ° °

W Pradze byliśmy krótko, dwa razy w odstępie kilku dni, tak naprawdę przejazdem pomiędzy praskim lotniskiem a Wrocławiem. To nie był mój pierwszy raz tutaj, ale pierwszy chodzony tak, jak to należy robić w takim miejscu. W drodze do domu postanowiliśmy wziąć dwa noclegi na starym mieście. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogonił nas deszcz i bardzo dobrze, że tak się stało, bo z już zapakowanymi walizkami nie weszlibyśmy sami z siebie pod tą rzeźbę. Oto, proszę bardzo Kůň, którego autorem jest David Černý:

kawiarnia Lucerna

Na dworze deszcz, a my siedzieliśmy w kawiarni starego kina Lucerna pijąc kawę po turecku i patrzyliśmy przez okno na zad padłego konia świętego Wacława. Pałac Lucerna – żelbetowy szkielet, styl art nouveau – został zaprojektowany z początkiem XX wieku przez dziadka Václava Havla. Rzeźba kunia powstała z kolei pod koniec wieku i jest postmodernistycznym komentarzem do monumentu św. Wacława Josefa Myslbeka stojącego nieopodal, na placu Wacława. Wyobraź sobie taką autoironię w Warszawie.

Myślę, że następnym razem przyjdziemy tu zupełnie planowo, poza tym bardzo chciałabym obejrzeć w Kinie Lucerna jakiś niemy film. Taki seans w historycznym miejscu (kino działa od 1907 roku) to byłoby coś wspaniałego 🙂

Praga synagoga Meisela

Drugi dziwny pomnik, tym razem odwiedzony nieprzypadkowo, sfotografowaliśmy dzień wcześniej w dzielnicy żydowskiej. Skierował nas do niej miły, starszy pan z widocznymi oznakami Parkinsona, bileter z Synagogi Maisela, Maiselova synagoga. Dostałam od niego mapkę, więc po początkowym kluczeniu, od Maisela doszliśmy pod Kafkę bez problemu.

Praga pomnik Kafki

Pomnik Jaroslava Rony, Kafka idący przez miasto na bezgłowej postaci, pojawił się przy ulicy Dušní osiemdziesiąt lat po śmierci pisarza. Tuż za nim znajduje się Španělská synagoga inspirowana architekturą Alhambry. Synagoga jest najmłodsza w tym rejonie, ale stoi podobno w miejscu, gdzie była Altshul, pierwsza żydowska bożnica w mieście.

Właśnie jest remont budynku w którym urodził się Franz, więc tam akurat nie mogliśmy uczynić żadnych pięknych zdjęć (centrum Pragi sprawiało wrażenie remontowej paniki przed sezonem). Zaczęła mnie bardzo intrygować postać Franza i zastanawiam się czy żyje jakiś potomek kafkowskiej rodziny, czy ktoś w ogóle ocalał z zagłady. Jego dwaj bracia zmarli jeszcze w dzieciństwie, ukochana siostra Ottla zginęła w Auschwitz, starsze Ellie i Valli przeniesiono do łódzkiego getta, Litzmannstadt, a stamtąd podobno do Chełmna, Kulmhof am Nehr, gdzie zmarły.

Cieszy mnie bardzo myśl, że Kafka pisał po niemiecku, roję sobie teraz, że przynajmniej w taki sposób poćwiczę język, gdy przestanę w końcu dukać i zacznę coś rozumieć.

Robiąc kółko od Kafki minęliśmy cmentarz żydowski:

Praga cmentarz żydowski

Nie mieliśmy czasu aby stać w kolejce, w murze natomiast zostawione jest okienko do świata zmarłych, przez które Kraciasty zrobił to zdjęcie. Starý židovský hřbitov to najstarszy kirkut w Europie, spoczywają tutaj tysiące praskich Żydów, w tym Mordechaj Meisel, XVI-wieczny filantrop.

Kiedy byliśmy w Pradze tydzień wcześniej i mieliśmy tylko tyle czasu, żeby przespacerować się nocą po dzielnicy, zrobiłam z kolei to zdjęcie:

View this post on Instagram

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

To budynek w bezpośrednim sąsiedztwie synagog Staronová (najstarszej aktywnej synagodze w Europie, zbudowanej jeszcze w stylu gotyckim) i Vysoká sfinansowanej przez Meisela, być może wzorowanej architektonicznie na synagodze Wysokiej z krakowskiego Kazimierza. Za chwilę jest cmentarz i dwie inne synagogi. Tak mały obszar a tyle historii do opowiadania, że czuję niedosyt przebywania w tym miejscu tak krótko. Wygląd Josefova podobnie jak całej centralnej Pragi jest efektem asanacji – wielkiej przebudowy na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony pogrzebało to wiele zabytkowych ulic, z drugiej dało dzielnicy secesyjny wygląd, taki jak w tym miejscu, ponad kwitnącym drzewkiem.

Praga 3

Oprócz tego, we wtorek po południu idąc mostem Karola natrafiliśmy na uroczystości związane z Janem Nepomucenem i musieliśmy się przebijać przez spory tłum uczestników procesji i gapiów, a wieczorem z Małej Strony obserwowaliśmy na niebie pokaz świątecznych, sztucznych ogni. Przypuszczam, że w Polsce na tę okoliczność zamknięto by cały most – Czechy to jednak bardziej normalny kraj, chociaż ludzie pracujący w usługach i urzędach mają podobny, postkomunistyczny smutek na twarzy.  Poza tym miasto nie jest jakoś rewelacyjnie przystosowane do potrzeb osób na wózkach, rzucało mi się to w oczy może właśnie dlatego, że spacerowałam w rytmie myśli o proteście w polskim Sejmie. Gastronomicznie, wstyd to przyznać, najlepiej wypadł nam fast food na Staroměstské námesti. Dopiero tam, pod parasolami i następnego dnia, gdy było deszczowo mogliśmy usłyszeć na mieście więcej czeskiego języka. Lokalni amatorzy tanich trunków i tutaj mają swoje ulubione miejsca – gdybyśmy spędzili na spacerach kilka dni, zapewne zaczęlibyśmy rozpoznawać ich twarze i codzienne rytuały. Nieczuli na architektoniczne piękno i historię na której siedzą i o którą się potykają, jak wszystkie pokolenia wykluczonych przed nimi, zajmowali się swoją własną, codzienną mizerią. Ostatnio więcej się im przyglądam.

Przywitała nas Praga turystami i upałem, pożegnała deszczem dnia codziennego i kawą. Rozrzewniłam się od tego i zatęskniłam trochę za krakowskim Kazimierzem. Bo takie zdjęcie można byłoby zrobić i tam:

View this post on Instagram

dzielnica żydowska ❤

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Dzisiaj kupiłam pork pie i bardzo się cieszę tym szykownym kapelutkiem. Następny spacer po jakiejkolwiek żydowskiej dzielnicy będzie w kapeluszu z piórkiem lub jesiennym suszem. Tymczasem zostawiam Cię z Nohavicą:

___________________________________
* Po czwarte do poczytania „Ageizm a funkcjonowanie i rozwój ludzi starszych” Trempały. Łatwo można znaleźć w sieci w pdf, a na stronie piątej tej pracy zaskakujący wniosek: najbardziej ludzi starszych nie lubią starsi ludzie.

Wierzysz w Księżyc?

Lubomski przydarzył mi się w zeszłym roku, w maju. Jego „Ambiwalencja” była pierwszym prezentem. Zagrała mi dzisiaj ponownie. Chodź, coś Ci opowiem.

Ostatnio często sprawdzam tablice pływów. Wiem już, że przypływ jest dwa razy w ciągu doby i dzieje się tak za sprawą zmiennej grawitacji Słońca i Księżyca. Największe pływy są w zatokach otwartych mórz – np. na Zatoce Fundy koło Nowej Szkocji, szesnaście metrów. Nowa Szkocja to jest takie miejsce do którego pojadę, gdy już tu ogarnę i po tym, jak zobaczę starą Szkocję, która zresztą też ma ładne pływy. Pływy nie są cały czas takie same, więc tablice pokazują nie tylko kiedy pojawi się przypływ, ale z jaką mocą. Jeśli Słońce, Ziemia i Księżyc są w linii prostej, a jest tak w nowiu i przy pełni, pływy są syzygijne, czyli maksymalne. Jeśli te trzy obiekty niebieskie tworzą ze sobą kąt prosty, pływy są kwadraturowe, czyli słabe. Przypływ występuje dwa razy w ciągu doby, pływy maksymalne i minimalne są po dwa razy w miesiącu. Matematycznie piękne, prawda? Ale nie dla matematyki są tablice, ale dla statków, które gromadzą się przed ujściem rzeki Boyne, An Bhóinn. Zdarza się, że podczas odpływu widzę je na horyzoncie, jak  mówią do siebie ściszonymi głosami i z nudów grzebią kotwicami w mule czekając na przypływ, który da im wejść do portu w Droghedzie, Droichead Átha. Rzeka, która zaczyna być moją rzeką, była znana już Ptolemeuszowi – wg irlandzkiej mitologii, została stworzona przez boginię Boann, bó fhionn. Białą Krowę 🙂 . Krowę, widzisz? I to w niej pływał sobie Łosoś Mądrości, bradán feasa, który jedząc żołędzie spadające z drzewa wiedzy, posiadł całą mądrość świata. Kawałek skóry tego łososia przykleił się do kciuka oprawiającego go Fionna mac Cumhaila, legendarnego wojownika, który potem ssąc kciuk przywoływał moc łososia.

wierzysz w księżyc

Urodziłam się dzień przed nowiem. To musiał być wąziutki sierpik. Sprawdziłam, bo w słowiańskiej mitologii urodzeni podczas nowiu mają się podobno cieszyć szczególnym zdrowiem i siłą. Czy wigilia nowiu się liczy? Yhhh … musi mi wystarczyć, że jestem śliczna, inteligentna i mam szczęście w miłości (wybierz sobie, co wężykiem). W biodrze będzie mnie jednak nadal strzykać – trudno, słyszałeś, Kraciasty? Ale to nawet dobrze się składa, w takiej sytuacji martensy mają więcej sensu niż szpilki. Wracając zaś do Księżyca, w mitologii chrześcijańskiej Księżyc występuje pod nogami Maryi, jako tej, która zwycięża nad zmiennością tego świata. Zmiana jest tu złem, inaczej niż w nauce, gdzie zmiana jest po prostu potwierdzeniem życia. Błogosławieni Ci, którzy mogą się pomarszczyć i osiwieć, bo nadal żyją, żeby opowiedzieć swoją historię. Mogą ssać kciuki lub inne części ciała, wyjmować ości z łososia podczas sobotniego obiadu, nosić dwie różne skarpetki, grać w hurling albo patrzeć jak pracowite statki każdego dnia czekają na wpłynięcie do rzeki stworzonej przez Białą Krowę. Tak jak i w czasie majowego tygodnia roku 1847, gdy trzy statki, dwa z ottomańskich Tesalonik i jeden z pruskiego Szczecina po grzebaniu kotwicami w mule wpłynęły w to wąskie gardło. Na ładunek, zboże i nowość – kukurydzę, pewnie już nerwowo czekali kupcy z hrabstw Louth i Meath, w końcu był to czas Wielkiego Głodu, An Gorta Mór.  Nie było wówczas jeszcze wiaduktu kolejowego, Tarbhealach na Bóinne, który, ukończony 8 lat później, dopełnia od tamtej pory wygląd Droghedy od strony morza. Dzięki temu w mojej historii mogę powiedzieć „pojedźmy brzegiem rzeki, żebym mogła sfotografować Słońce, które zachodzi za przęsło wiaduktu na rzece Białej Krowy”.

A tak w ogóle, to miałam Ci opowiedzieć o moim pierwszym św. Patryku na Wyspie. Opowiadam Ci więc, że pogoda w weekend była okropna, skauci szli w ulicznej paradzie bardzo zziębnięci. Dzielne dzieciaki, sine z zimna, niektóre maluchy prawie płakały, buźki miały wygięte w podkówki. Było kilka klubów młodzieżowych i szkół, pamiętam jak dziewczynka wykrzykiwała „Who are we?”, a koledzy jej odpowiadali. Prawdziwy wyczyn w tym wschodnim wietrze; staliśmy wtedy przy dokach, na samym końcu długiego marszu. Pomimo zimna duch święta unosił się w powietrzu, a maszerujący z laską i sroga miną pan nauczyciel pogroził nam, bo też pewnie uciekliśmy z lekcji. W paradzie jechał nasz sąsiad w swoim zabytkowym lincolnie, pomachaliśmy mu, poznał nas i odmachał nam radośnie. Potem byliśmy na kawie i zostawiłam w kawiarni torebkę. Taki był mój pierwszy św. Patryk. Cieszę, że tu jestem.

W zasadzie nie wiem już jaki był zamysł tego wpisu, poza tym, że chciałam przywołać różne obrazy, np. teraz obraz rzeki Białej Krowy zamienił mi się w zakole rzeki Bóbr. Gdy staniesz w ciemności na moście, słychać jak Bóbr szumi w dole prawie groźnie. Z mostu po którym idziesz na ogródki działkowe widać na dnie rzeki kwitnące, rzeczne chwasty. Tam taki Pan wołał „To jest ta twoja dziewczyna? Może wejdziecie na kawę?”. A wiesz, że była Bitwa nad Bobrem? W 1813. I Battle of the Boyne? W 1690.

Musisz jeszcze wiedzieć, że dla Szczecina, Stettin, tablice pływów nie mają żadnego znaczenia. Na Bałtyku pływy są w zasadzie niewidoczne. W ten sposób nikogo nie interesuje, czy Księżyc jest w linii prostej czy w kącie prostym. Zapewne, gdy ktoś długo mieszka w Nowej Szkocji, musi mu się to wydawać dość oryginalne podejście.

Na „Ambiwalencji” większość tekstów napisał Sławomir Wolski. Od pierwszego odsłuchu lubowałam się w „Już nie płynę”. Od dzisiaj gra mi również ta poniżej,  piękna piosenka, która poza Księżycem, kojarzy mi się z pulsowaniem morza. Nie narzekajmy, że piękne polskie teksty i melodie się skończyły. Płaćmy godnie ludziom za nagrywanie takich płyt, wychodźmy z domu na koncerty.

Na korzeni grubym sznurze,
w rękach ziemi niczym drzewo,
wbrew logice i naturze
uporczywie patrzę w niebo.

Zasypiasz już od tego mojego gadania?
Dobrej nocy.