Archiwa tagu: Irlandia

Knowth i Newgrange.

Konto społecznościowe wyrzuca mi czasem jakieś zdjęcie, które przypomina, że właśnie minęło ileś czasu od jakiegoś wydarzenia. I tak wróciłam myślami do mojego pierwszego pobytu w Irlandii 🙂 Byłam, widziałam, obiecałam sobie, że o tych miejscach napiszę i … zeszło. Tymczasem mija dokładnie dwa lata, jak zobaczyłam bardzo ciekawy historycznie zakątek, niedaleko którego teraz mieszkam 🙂 . Oto on w odsłonie wiosennej:

No dobrze, miało być sierpniowo, a tutaj wiosenny kolaż z telefonu 😀 Przy okazji odkrywam, że z sierpnia dwa lata temu mam właśnie tylko kilka telefonowych zdjęć, jeśli były jakieś inne to nie wiemy teraz oboje gdzież one są 😀 . W każdym razie Kraciastemu coś świta, że robił zdjęcia krowom. Napiszę Ci o Knowth i Newgrange ilustrując to fotografiami z kwietnia ubiegłego roku. Byłam wówczas przewodniczką naszych polskich gości. Zaczynam część teoretyczną, rozsiądź się wygodnie 😉

Kompleks archeologiczny Brú na Bóinne znajduje się w hrabstwie Meath, kilka kilometrów na wschód od Droghedy. Jest to spory obszar przy brzegach rzeki Boyne na którym znajdują się megalityczne groby korytarzowe. Najbardziej imponujące rozmiarem miejsca noszą nazwy Newgrange, Knowth i Dowth, przy czym tylko dwa pierwsze są ogólnie dostępne dla turystów. Kompleks został wpisany w 1993 na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Teren w meandrach rzeki jest gęsto poprzecinany prywatnymi pastwiskami, więc sam sposób na zwiedzanie musiał być zmyślnie zorganizowany. Zwiedzający podjeżdżają do ukrytego w zieleni centrum turystycznego, gdzie kupują bilety w postaci nalepek, następnie z buta maszerują uroczą ścieżką na przystanek. Na przystanku czekają już kierowcy zachęcający „do mnie, ludzie, do mnie”, turyści wsiadają i wyruszają w busową podróż po prowincji. Przy każdym z dwóch przystanków na grupę czeka przewodnik 🙂

Instagram: @świechna

Jak widzisz, pierwsze było Knowth, Cnobha*. Znajduje się tutaj największy grób w kompleksie Brú na Bóinn, duży kopiec otoczony siedemnastoma „satelitami”. Wiek największego kopca ocenia się na około 3200 rok p.n.e. Na miejscu znaleziono ponad 200 dekorowanych kamieni, co czyni je zagłębiem sztuki megalitycznej w zachodniej Europie.

Knowth przez wieki funkcjonowało nie tylko jako grobowiec – spowodowało to, że kopce uszkadzano na kolejnych etapach osadnictwa. W końcu II tysiąclecia p.n.e. po budowniczych grobowców pojawił się lud garncarzy (beaker people), potem Celtowie, Normanowie. W epoce późnego żelaza miejsce to był nawet fortem, a więc terenem mieszkalnym. Potem stolicą Królestwa Północnej Bregi …

Orientacja wschód-zachód niektórych fragmentów Knowth sugeruje astronomiczne dopasowanie kopców do pozornej wędrówki Słońca po niebie, ale nie można już zaobserwować jak promienie słońca wpadają do korytarzy o określonych porach roku. Korytarze zostały odkryte i w jakiś sposób zniekształcone lub nawet zniszczone przez późniejszych osadników.

Wykopaliska rozpoczęte w 1962 roku, których efektem było wzniesienie betonowej ściany wewnątrz zachodniego wejścia do kopców, jeszcze bardziej utrudniły jakiekolwiek dochodzenie w temacie myśli astronomicznej budowniczych Knowth. O co mogło chodzić, możemy zobaczyć dopiero w niedalekim Newgrange …

Po Knowth spaceruje się trochę jak po opuszczonej wiosce hobbitów. Ponieważ nie można go zwiedzać indywidualnie, trudno tu być samemu. Jeśli jednak odbijesz się na moment od grupy i przycichną głosy współtowarzyszy … to arcy-nastrojowy moment.

A to już widok na Newgrange, Sí an Bhrú:

Podobnie jak Knowth, miejsce to jest starsze od Stonehenge. Zresztą, co powinnam wspomnieć wcześniej, kopce są starsze od egipskich piramid, piramidy w Gizie, czy najstarszej, piramidy Dżesera. Budowla z daleka imponuje wyglądem i posiada jedno wejście, które umożliwia „zwiedzanie” środka. Pamiętam chmurę nisko sunącą w naszym kierunku i ścianę deszczu, która przesuwała się po trawie. Akurat przyszła nasza kolej, aby wejść do środka i zaczepiło mnie w ostatnim momencie tylko parę kropel. Gdy wyszliśmy, po deszczu nie było śladu …

Korytarz jest wąski i ciemny, może tam wejść kilkanaście osób, więc wycieczki są zazwyczaj dzielone na dwie grupy. Przez kilka dni przesilenia zimowego światło słoneczne centralnie wpada przez wejście do środka. Przypuszcza się, że pięć tysięcy lat temu promienie docierały aż do tylnej ściany grobowca, dzisiaj światło rozjaśnia połowę komory. Jednym z elementów zwiedzania jest prezentacja tego fenomenu przez przewodnika z pomocą lampy umieszczonej przy wejściu – możesz zobaczyć jak promień wędruje w ciemności po korytarzu. Faktyczne zjawisko mogą zimą zobaczyć ci szczęśliwcy, którzy wygrają los na loterii (biletu nie da się tak po prostu kupić). Oczywiście w grudniu może zdarzyć się pochmurny dzień. Poza tym, ze względu na panujący w środku ścisk i mrok, wchodzą tam tylko osoby bez klaustrofobii 🙂

Wyobraź sobie budowlę starszą od piramid, skontruowana ponad 5 tysięcy lat temu bez użycia spoiwa, i zrobioną tak profesjonalnie, że od 5 tysięcy lat do środka nie wpadła ani kropla wody 🙂 Jednocześnie miejsce to jest idealnie wtopione w codzienny, irlandzki krajobraz. Jedziesz do niego prowincjonalnymi, wąskimi dróżkami okolonymi żywopłotem. Mijasz małe domy i pasące się owce …

Podobnie jak w Knowth, Newgrange ma swoje kamienie ze zdobieniami zrobionymi ręką człowieka z zupełnie nieznanej nam kultury – naukowcy mają swoje domniemania, hipotezy są mniej lub bardziej wsparte artefaktami, ale przeszłość zniknęła nam z oczu. Warto też pamiętać, że odbijający światło, kamienny front kopca to XX-wieczna rekonstrukcja archeologiczna. Przez wieki Newgrange był ledwo widocznym pagórkiem zarosłym zielskiem, takim jakich wiele w tej okolicy. Kolejne Newgrange może tu być więc gdziekolwiek …

Pisząc o Brú na Bóinne nawet nie wzięłam się za przeczytanie mitów związanych z tym miejscem, a jest ich mnóstwo, w końcu to Irlandia, z bogatą kulturą opowieści**. Towarzyszy mi za to bardzo miłe wspomnienie sąsiedzkości, wygody, tajemniczości i … krów żwawo spacerujących pod mostem, którym przechodziliśmy do przystanku autobusowego. Krowy, dziesiątki krów … 😀 Tyle części teoretycznej, a gdzie część praktyczna? Przyjedź tu 🙂

Mam też refleksję mniej wesołą, o tym jak jedna kultura dominuje inne, i wykrzywia lub zamazuje obraz przeszłości świata.

Trzecie miejsce, kopiec w Dowth, zobaczyliśmy z Kraciastym przez przypadek przy jakiejś innej okazji. Trwa, rozkopany z jednej strony, na prywatnej posiadłości, tuż przy drodze L1607.

________________________ 
* Więcej szczegółów o obydwu miejscach także na stronach World Heritage Ireland: Knowth i Newgrange.
** Polecam wykład na ten temat Neolithic Brú na Bóinne in Myth and Folklore T.G. Dolana.

Reklamy

Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

Kraciasty na dachu Wicklow.

Zgodnie z zapowiedzią, oddaję głos Kraciastemu (to mój chłopak jest), który opowie co robił w sobotę ze swoim przyjacielem …

To miał być szybki wypad w góry Mournes, chciałem pokazać Świechnie Slieve Bearnagh lub Slieve Binnian, ze względu na krótkie, ostre podejścia, malownicze urwiska, ciekawe grupy skalne na szczytach, widok na Silent Valley i pełną panoramę na 360 stopni, jednak prognoza pogody wymusiła zmianę planów.

Góry Wicklow miały tego dnia być wolne od frontu burzowego walącego prosto na Mournes. Pierwsza myśl: Glenmalur, najdłuższa irlandzka dolina polodowcowa! Dawała możliwość sprawnego wejścia na Mullacor i Lugduff, skąd podziwiać można nie tylko całą panoramę Wicklow z Lugnaquillą na czele, ale też można zajrzeć tak w otchłań Glenmalur, jak i omawianą w poprzednim poście Glendalough. Pionowe klify i mordospady, lasy, wrzosowiska, a wszystko to niewielkim kosztem, trasy dostępne nawet dla laików, choć podłączony i używany mózg jest nadal priorytetem- to nie festyn w Sitnie, ani parawaning w Mielnie.

Dzień wyjścia przywitał mnie kolejną niespodzianką: Świechna nie czuła się na tyle dobrze, by w duszny dzień wędrować po górach, ale ponieważ byliśmy umówieni z przyjacielem (w tekście nazywanym „K.”), po raz kolejny zmieniłem plan. W głowie pojawiła mi się natrętna myśl o wejściu na samą Lugnaquillę (925 m n.p.m., wybitność 905 metrów). Podejście od strony Glenmalur gwarantowało intensywne doznania estetyczne. Dwóch facetów to skład w sam raz, by przetestować trasę, którą przewodniki opisują jako bardzo trudną, a jako główny problem wskazują na długość i marnie znakowane oraz kłopoty z nawigacją. Odrobinę to mylące, ale dojdziemy do tego.

Na start dotarliśmy w samo południe. Parking wypełniony, na szczęście było jeszcze gdzie postawić samochód i w zasadzie nie ma szans, by miejsc zabrakło, bo oprócz asfaltu jest w zapasie dużo utwardzonego gruntu do dyspozycji. Nadzieje były duże, bo już sam wjazd w dolinę dawał obietnicę udanego dnia. Odrobinę niepokoił mnie tylko obraz namiotów rozstawianych przez czcicieli grilla, ale dobrze wiedzieliśmy, że oni zostaną na dole. Punkt wyjścia okazał się świetnie oznaczony, parking i pomnik rebelii 1798 dawały gwarancję, że miejsce rozpoznamy w każdych okolicznościach przyrody. Pomnik, no właśnie….

Glenmalur.

…Co to jest rebelia 1798 oczywiście wiecie świetnie, ale na wszelki wypadek przypomnę: Na kontynencie północnoamerykańskim Anglicy popadli w poważne kłopoty – USA ogłosiły i obroniły niepodległość, a na południu, korzystając z okazji, Francuzi i Hiszpanie skopali im tyłki. Zmusiło to Anglię do wysłania dodatkowych wojsk, by zupełnie nie stracić wpływów w Ameryce, a to kosztowało i osłabiało, otwierając w efekcie największą od stu lat szansę na niepodległość Irlandii zwłaszcza, że Anglicy w obawie przed atakiem Francuzów lub Hiszpanów, uzbroili irlandzkich ochotników tworząc 100- tysięczną obronę cywilną, mającą być rzekomo „wierną Koronie”. Nie trzeba być geniuszem, by domyślić się, że Irlandczycy dogadali się z Francuzami, otrzymali pomoc zbrojną i Anglicy mieli problem, który pomógł im rozwiązać chciwy i przekupny, jak zawsze, Kościół Katolicki. Episkopat Irlandii zadowoliwszy się ustępstwami wobec katolików, obłożył ekskomuniką powstańców, a nawet wszystkich popierających organizację Society of United Irishman, w którą przerodziła się Obrona Terytorialna. Tak jak to było i w Polsce po ogłoszeniu Konstytucji III maja, Kościół wbił własnej ojczyźnie nóż w plecy. W Polsce była Targowica, w Irlandii ekskomunika. Tak w Polsce, jak i w Irlandii, okupanci dzięki temu stopniowo stłumili ruchy wolnościowe. Polska i Irlandia na niepodległość musiały czekać do zakończenia I wojny światowej, Irlandia nawet ciut dłużej. Kościół z Narodem, Naród z Kościołem, bida z nędzą!!!

Ruszyliśmy zatem spod pomnika i dzięki marnym oznaczeniom a naszej pomyłce (zakręcający szlak wzięliśmy za drogę dla drwali) na grzbiet górski weszliśmy dopiero po półtorej godziny marszu wzdłuż głównej doliny. Minęliśmy pierwotnie zakładaną trasę przez malowniczą Fraughan Rock Glen, nie zauważając jej. Gdy zdaliśmy sobie sprawę z pomyłki, już się nie opłacało wracać. Na płaskowyż weszliśmy przy Camenabologue, dokładnie kilkadziesiąt metrów na północ poniżej szczytu. Straty: nadłożyliśmy drogi. Zyski: droga do tej pory była łatwa, spokojnie można było iść nawet z dziesięciolatkiem.

Gdzieś z drugiej strony, kilkaset metrów pod tą wieżą znajduje się elektrownia szczytowo-pompowa.

Rzut oka na sytuację w terenie i zorientowaliśmy się, że za półtorej do dwóch godzin możemy bez problemu osiągnąć Lugnaquillię. Pytanie tylko, czy znajdziemy skrót w drodze do samochodu, czy czeka nas powrót po śladach. Na szczęście nieliczni turyści byli nieźle zorientowani i mężczyzna spotkany na szczycie Camenabologue dał nam ideę, czy też zarys co najmniej trzech różnych tras przez południowy klif Glenmalur (w tym naszej początkowo planowanej, przez Fraughan Rock). Oczywiście zawsze zostawał problem główny: Słabo oznaczone ścieżki i zbyt mała podziałka mapy, więc i mała dokładność. Po krótkim posiłku ruszyliśmy.

Camenabologue, 785 m n.p.m.

I tu mógł nastąpić niespodziewany koniec meldunków z trasy, gdyż wzdłuż ścieżki łączącej Camenabologue z Lugnaquillą znajduje się podmokłe torfowisko. Po pierwsze – w porze deszczowej jest ono prawdopodobnie nie do pokonania. Po drugie – na prawie całej długości przejścia znajdują się głębokie rozpadliny, często nawet na metr w dół. Zamaskowane trawą, podłużne szczeliny, w które bez problemu może osunąć się noga stanowią poważne zagrożenie, o czym przekonałem się na własnej skórze, wpadając w jedną z nich. No …, powiedzmy że prawie wpadając, bo podparłem się na kijkach – utrzymały mnie, choć lewy kij się wygiął i to jego koniec kariery górskiej. Gdybym tam wpadł, jedynie diabli mogliby mi uratować nogę.

Zejście ze ścieżki to natomiast zły plan o każdej porze roku, nie tylko deszczowej – i tak jest mokro, grząsko, ślisko, można wpaść w bagno po pas, można w dziurę, można osunąć się w uskok – do wyboru! I atrakcja sezonu, NIEWYBUCHY!!! … niewybuchy, dobrze widzicie, Lugnaquillia jest poligonem artyleryjskim. Rzadko używanym, ale tablice wyraźnie informują, by nie dotykać żadnych metalowych znalezisk, bo grożą eksplozją!

Po przejściu przez przełęcz, nagle ukazały się naszym oczom niebieskie pastwiska, znaczy się zielone, ale podniebne! Owce, nareszcie owce, skoro one nie grzęzną, to i my damy radę! Najwyższy szczyt Wicklow okazuje się być względnie suchy – w przeciwieństwie do otaczającego go bagnistego płaskowyżu. Można włączyć trzeci bieg i gnać na samą górę. Łatwo i miło, nareszcie!

Dwaj obserwatorzy i jeden konsument.

Zaraz, zaraz…, czy ja dobrze widzę?! Spytałem K., a on potwierdził. Wygląda na to, że Antoni Macierewicz tropiąc agentów, dotarł aż tu, oznaczając domniemanych Tajnych Współpracowników literami TW malowanymi czerwoną farbą na runie. Zobaczcie jaka jest dyskrecja służb psychiatrycznych w Irlandii: nie nastąpił żaden przeciek, prasa, media…, nikt nic nie wie, a przecież po takiej akcji musiał trafić na oddział furiatów!

Tajni Współpracownicy.

Widok ze szczytu to coś niezwykłego. Przy lepszej przejrzystości powietrza, prawdopodobnie widać całą Irlandię.

Lugnaquilla, 925 m n.p.m.

My mieliśmy front burzowy na północy, więc tam widoczność szybko się kończyła, poza tym powietrze było dość wilgotne, a to osłabiało ostrość. I tak widzieliśmy południowe wybrzeże od Wexford aż po Cork, na zachodzie wyraźnie rysowały się Galty Mouintans, a na horyzoncie majaczyły…, tak tak, widać było delikatny zarys gór zachodniego wybrzeża, od Kerry aż do wysokości Galway (dalej na północ był front). No i wokół Góry Wicklow – jak na dłoni!

Wartownik.
A kogóż to widać w oddali? Nasza dobra znajoma, Góra Cukru – Sugar Loaf.

Droga powrotna zaczęła się miło. Poszliśmy płaskowyżem w kierunku wschodnim, przez Clohernagh, mijając piękny widok na Fraughan Rock Glen.

Torfowiska i wrzosowiska z tej perspektywy wyglądały niczym malownicze łąki, ale uwierz mi Czytelniku, nie chciałbyś znaleźć się tam bez skrzydeł.

Do tego owce, piękne, spokojne. A wśród nich Krzysztof Jarzyna ze Szczecina – szef wszystkich szefów. Byli konsumenci, byli wartownicy i obserwatorzy, ale jego nie dało się nie rozpoznać!

Krzysztof Jarzyna ze Szczecina.

Na grzbiecie było miło, ale już znalezienie bezpiecznej ścieżki w dół przez południowy klif Glenmalur wymaga spokoju, obserwacji i uwagi. W razie pomyłki, można się roztrzaskać, bądź utonąć. Bo wypłaszczenie na wysokości jeziorka w kształcie serca to istne bagno, dla bezpieczeństwa otoczone drutem kolczastym, zero skrótów!!!

Arts Lough. Po lewej – dwóch szczebioczących chłopców wygrzewa się na kamieniu przy jeziorku w kształcie serca, po prawej wędrujący K. – przyjaciel i towarzysz na wyprawach.

Zeszliśmy do jeziorka, gdzie wygrzewało się na kamieniu dwóch wyraźnie sobą zajętych panów, a potem już tylko zejście na dno Fraughan Rock Glen, pokonanie niezbyt wysokiego płotu z drutem kolczastym i komfortowa droga na parking.

Aaaa…, byłbym zapomniał. Już z daleka dochodził do nas znajomy głos „UMC, UMC, UMC”, którego źródłem zdawały się być przesterowane głośniki samochodowe, a im bliżej obozowiska festyniarzy byliśmy, tym wyraźniej wyłapywaliśmy znajome słownictwo „dawaj tutaj, dawaj k…wa…” Zapach kiełbaski i karkówki z grilla oraz coraz aktywniejsze owady upierdliwe (meszki, czy inne gryzące maleństwa) zachęciły nas do zajęcia miejsca w samochodzie, daliśmy sobie tylko czas na zmianę butów połączoną z moczeniem nóg w strumyku. Co za ulga! A u wejścia w dolinę, na pierwszym skrzyżowaniu czekał na nas miły pub z B&B, Glenmalur Lodge, gdzie serwują świetną kawę, której nie byliśmy sobie w stanie odmówić.

Wspaniały dzień, piękna trasa, naprawdę słabo uczęszczana – w górach spotkaliśmy nie więcej, niż 15- 20 osób, przez całych 8 godzin wędrówki.

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lungnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Jedno zdjęcie. Tolerancja.

Dublin, 23 czerwca, 2019.

Już kupiliśmy wówczas buty. Ja miałam jedną papierową torbę, Kraciasty drugą i płynęliśmy tak przez Dublin jak dwa zadowolone morświnki. Akurat był tęczowy tydzień i widzieliśmy tego dnia wiele flag, tak, tych „z haczykiem” (w Polsce trzeba policzyć kolory, jeśli jest sześć obrażają uczucia i nachalnie promują homoseksualizm). Szczególnie zaczarowało mnie to miejsce. To jest mój bank. Tzn. nie w tym sensie – ani go posiadam, ani do tego akurat budynku nigdy nie weszłam. Ale mam ich plastikową kartę, jesteśmy ze sobą blisko, oni wiedzą najdokładniej ile dostaję przelewów na konto i gdzie jem moje ulubione ciastko. W „katolickim kraju”, w banku narodowym (w Polsce spsiało to słowo, ale chodzi o to, że 99% akcji należy do Republiki Irlandii) w czasie tygodnia celebrującego mniejszości seksualne logo banku zostało wywieszone na tle tęczowej flagi. Czy to mogłoby się wydarzyć teraz w Polsce? Co czujesz? Any thoughts?