Archiwa tagu: koncerty

Koncert Dezertera i nasze wybory.

Kilka dni temu, w trakcie rozglądania się za jakimś polonijnym wyjściem „na miasto” (liczyliśmy na polski film w kinach) Kraciasty przypomniał sobie, że w sobotę gra Dezerter. Ostatnio był na jego koncercie jeszcze na starym Jarocinie, w towarzystwie nieżyjącego już kuzyna. Dezerter jest raz, kino poczeka – sobota została zaplanowana co do godziny. Pobudka, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Północnej na kurs od dziewiątej do czwartej, powrót do domu, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Dublina. Ponieważ od kilku dni nie dosypiam, w drodze do stolicy padałam z nóg. A mimo wszystko to był dobry wyjazd. Czarowne chmury nad nami i zmienna aura w trakcie podróży, miasto nocą, takie inne, pijane, chwiejne, przetkane ludzką biedą. Lubię spacery w nocy, oglądanie sufitów w cudzych mieszkaniach.

Koncert odbył się w kultowym the Grand Social (to czerwone na prawo). Support grający na początku nazywał się the Blow Ins, polski punk na uchodźctwie. Punkt mają za brodę perkusisty, ale gdy na scenę wszedł Dezerter widać było różnicę poziomów. Co ciekawe, w koncertowej atmosferze o wiele łatwiej docierały do mnie teksty …

Przyszłość rodacy …
Zbudujemy nowy świat.
Zdechniemy przy pracy,
jeszcze tylko parę lat.

Wielki problem małych ludzi –
Zdobyć dobre stanowisko,
Zdobyć spokój, zdobyć krzesło,
Stracić nic – to znaczy wszystko.

I bezczelnie łypią okiem w moją stronę.
Szczerzą wściekle swoje ostre zęby,
Nie wiem tylko czy chcą ugryźć,
Czy to naturalny grymas durnej gęby.
Krzyż kurczowo ściskają jedną ręką,
Drugą zaciśniętą wygrażają światu.
Plują, wrzeszczą, wszystkich straszą
Polską tylko dla Polaków.

Budujesz faszyzm przez nietolerancję.
Budujesz system przez ignorancję.

Teraz udają, że są przygnębieni,
Gdy patrzą na groby poległych.
Udają, że czują zagrożenie i że są przejęci losami świata,
Udają, że walczą o pokój i wolność.
(…)
Ja urodziłem się 20 lat po wojnie,
Nie zastałem tu pokoju.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny
Właśnie z drewna, a nie z plastiku, produkuje trumny.

Jutro wcześnie rano drzwi zatrzasnę mocno
Tuż przed nosem pańskich ludzi.
Pójdę żebrać o życie na gościńcach świata.
I rozkażę ludziom: „nie idźcie na wojnę!”
A jeśli trzeba krwi, niech pan odda własną
Panie Prezydencie …

Świat potrzebuje punka. I aby punk doroślał i zmieniał świat, miast zapijać się na śmierć.

* * *

Niedziela wyborcza dała nam obojgu poczucie mocy, takie miłe smyranie. Raz, że musiałam się przeczołgać przez pracę, dwa, wieczorem zrobiliśmy ze swoimi głosami to, co mogliśmy zrobić. Nie jestem wyborcą podobnym fanom klubu piłkarskiego, wynik poniżej oczekiwań nie jest dla mnie powodem do osobistych dramatów, nie mam też jednej partii za którą dałabym sobie głowę obciąć … moją głowę bardzo lubię. Co mi się nie podoba? To, że wygrało PiS, bo to partia podpierająca się populistycznym bełkotem, wstyd na nią głosować, wstyd, że tylu ludzi popiera skubanie z cudzego. Konfederacja w Sejmie się mi nie podoba, bo faszystów nie lubię. Plusy? Reprezentacja nowej lewicy, chociaż na nich nie głosowałam. Głosy będą spływały, sytuacje się wyklarują, a w międzyczasie rano wstał nowy dzień. I wbrew sieciowym hasłom, nie budzimy się w innym świecie. To był dobry tydzień, dużo pracy, więc trochę pieniędzy, które rozpieprzę na głupoty 😀 , czytanie „Sodomy”, Nobel dla Tokarczuk, kurs w Północnej, koncert Dezertera, wybory. Zmiany i tak nadejdą.

Reklamy

Spacer po Droghedzie w czasie Fleadh Cheoil na hÉireann.

Do Droghedy wybraliśmy się wczoraj w sprawie konkretnej, ale przy okazji postanowiliśmy przejść się po mieście … przecież w niedzielę zaczął się Fleadh! Jest to narodowy festiwal tradycyjnej muzyki irlandzkiej, który odbywa się od 1951 roku w różnych miastach na Wyspie, tak jak w zeszłym roku i obecnie gości w Droghedzie, i mieszkańcy są z tego powodu bardzo dumni. Święto oznaczało zamknięcie głównych, wąskich ulic tego średniowiecznego miasta dla ruchu samochodowego. Kraciasty wykoncypował, że nie ma sensu pchać się do centrum na miejskie parkingi, bo i tak pewnie wszystkie są zajęte i stanęliśmy naszym „mirafiori” w małej zatoczce aż za Shamrock Villas. Skoro zaś za Shamrock Villas, oznacza to, że w drodze do centrum mijamy Kościół Our Lady of Lourdes, więc pierwszy widoczek taki:

W środku zobaczysz go w drodze powrotnej 🙂 Idąc dalej w kierunku Magdalene Street mijaliśmy jeden z dwóch kościołów św. Piotra, jakie znajdują się w mieście. W centrum jest duży, XIX-wieczny kościół katolicki zbudowany w stylu francuskiego gotyku, z głową nieszczęsnego Plunketta, natomiast my zaszliśmy na cmentarz XVIII-wiecznego kościoła anglikańskiego (to w nim w grudniu pożegnano Eileen). Jeśli zainteresował Cię wątek głowy Plunketta, oto ona, zdjęcie zrobione przeze mnie w marcu zeszłego roku:

Instagram: @świechna

Zostawiamy Plunketta i idziemy dalej, a z nami wbiega na cmentarz biały jak duch, puchaty kot. Na zdjęciu poniżej widać go w oddali jako jasną plamkę na ostatnim grobie pośrodku. Próbowałam zagadać, ale miał coś ważnego do zrobienia 🙂 . Niewielki, zielony cmentarz to miejsce o wiele starsze niż aktualny budynek kościoła. Teren jest wykorzystywany pod budowle sakralne od ponad 800 lat …

… a zaprowadziłam tam Kraciastego, żeby mu pokazać cadaver stone – wbudowane obecnie w mury cmentarza płyty nagrobne Sir Edmona Goldynga i jego żony Elizabeth Fleming przedstawionych w charakterze rozkładających się zwłok:

Nie za wiele wiadomości znajduję o tym dziwowisku. Po polsku nazywa się je transi (wpływ francuszczyzny), w Irlandii takich „zwłokowych” nagrobków jest tylko jedenaście – w tym przypadku płyty nagrobne są najprawdopodobniej z początku XVI wieku.

Przy kościele natrafiliśmy też na pierwsze oznaki Fleadh w mieście – z otwartej auli dobiegły nas śpiewy, więc przystanęliśmy na chwilę … w środku starszy pan o zadziwiająco młodym, dźwięcznym głosie śpiewał tradycyjne piosenki i zachęcał publiczność, aby poszła w jego ślady (teksty były wyświetlane).

Szukałam tego wydarzenia w spisie koncertów, ale nic z tego, nie widzę go w żadnym grafiku. Wyglądało to jak nieformalne spotkanie sąsiedzkie 🙂

Na St. Laurence Street odwiedziliśmy przynajmniej kilka miejsc. Po pierwsze pachnący kadzidełkami sklep Hotchpotch z wszystkim, co jest cool i retro – ubraniami, przez akcesoria po biżuterię. Wyjdą z niego zadowoleni amatorzy cięższej muzyki, punka, gotyku i kapeluszy. Prowadzi go Ken, gość z Belfastu. Kraciasty właśnie zamówił u niego T-shirta z The Exploited. To jest takie miejsce, że jak kupisz tam torbę, to się wszyscy będą za Tobą oglądali …

… po pogawędce z Kenem, po sąsiedzku zaszliśmy zobaczyć, co się dzieje w the Highlanes Gallery. Poza obrazami, które już znam i pamiętam, przyciągnęło mi wzrok kilka akwarel Nano Reid (1900-81), cenionej malarki rodem z Droghedy (podobno do jej rodziny należał któryś z pubów w mieście):

Mogłam zrobić wyraźne zdjęcia, ale chciałam pokazać witraże odbijające się w szkle chroniącym akwarele. Pisałam już kiedyś, że galeria jest zorganizowana w nieczynnym kościele franciszkańskim 🙂

Po galerii przespacerowaliśmy się West Street, aby za winklem zakotwiczyć na dłużej w naszym ulubionym miejscu, wczoraj niezwykle zatłoczonym i chaotycznym. Aż trzy osoby podchodziły do nas z pytaniem na co mamy ochotę, w końcu Gwen zaserwowała Kraciastemu jego ulubione ciasto:

Przy tej samej ulicy jest mural Ericailcane, namalowany przez tego włoskiego artystę w czasie Drogheda Arts Festival 6 lat temu – lubię gryzonia i robię mu zdjęcie pewnie z piąty raz:

Pomimo tego, że byliśmy w mieście wczesnym popołudniem w dzień pracujący, ulice pełne były ludzi. Oprócz oficjalnych wydarzeń czas Fleadh charakteryzuje się tym, że uzdolnione muzycznie, prywatne osoby wychodzą z krzesłami lub bez na ulicę i grają, śpiewają, bądź tańczą.

Mnóstwo ludzi chodzi po mieście z różnymi instrumentami i przysiada gdzieś na chwilę. Czasami jest to przedsięwzięcię miedzypokoleniowe – zaczepiliśmy starszego pana, który podawał na mandolinie, a obok niego nastolatek próbował nadążyć na banjo. Nie ma obowiązku, że masz coś robić idealnie, grasz, bo chcesz …

… i jest dużo młodych, którzy dopiero się uczą 🙂 …

Trafiliśmy też na akcję poetycką, która odbywała się pod kościołem św. Piotra, tym z głową Plunketta 🙂 Opowiadanie historii zawsze było ważne w irlandzkiej kulturze …

Wracając „z miasta” ponownie przechodziliśmy obok szpitala, więc tym razem zajrzeliśmy do środka szpitalnego kościoła. Jest to budynek dość nowy – ukończono go w 1960 roku. Wcześniej na jego miejscu stała kaplica prowadzona przez siostry the Medical Missionary of Mary. Architektonicznie budowla jest całkiem ładna, ale nie było w niej żywego ducha i my również nie pchaliśmy się pod ołtarz.

W tym samym czasie co kościół, z inspiracji sióstr misjonarek powstał w Droghedzie szpital pod wezwaniem Our Lady of Lourdes (Matki Bożej z Lourdes). Pod koniec poprzedniego roku zarząd szpitala zaproponował zmianę nazwy na bardziej świecką. Na razie nie udało się tego dokonać, ale sama próba pokazuje jak bardzo zmieniła się obyczajowość na Wyspie w ciągu ostatnich 60 lat.

Jeszcze a propos zaczepiania kotów … to czarny kot przed jednym z domków przy Shamrock Villas:

Odprowadził nas wzrokiem nie zmieniając pozycji. Musi być mądrym, doświadczonym kotem – ulica obok domu jest bardzo ruchliwa. Gdzieś wcześniej w oknie widziałam rudasa w popołudniowej śpiączce, zaliczyliśmy więc we wtorek wszystkie podstawowe odcienie kota 😀

Tak właśnie chodzimy, raczej wolno i bez konkretnego celu, nadprogramowo pokazałam Ci głowę Plunketta, bo chyba jej na tym blogu nie było. Mieliśmy podczas spaceru dużo wzruszeń i pogoda też nam sprzyjała – z nieba lunęło dopiero, gdy znaleźliśmy się w domu. W drodze powrotnej, jeszcze blisko centrum, Kraciastego rozpoznała i zaczepiła pielęgniarka, która kiedyś długo opiekowała się nim w szpitalu w Dublinie. Miłe spotkanie, takie w rodzaju potwierdzenia „a to żyjecie?”, „żyjemy”, „cudownie!”. Dostaliśmy God bless you na odchodnym, i bardzo dobrze, zbieramy dobre słowa i nie pytamy o jakiego Boga chodzi. A Ty jak tam? Żyjesz?

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejsc, dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę i człowiek, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog jeszcze bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar), po prostu wypas. Prawdziwe zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Kult w Dublinie.

Wzięłam udział w świeckiej, jesiennej tradycji!

Kult przyjechał do Dublina w ramach corocznej Pomarańczowej Trasy. Akurat miałam dzień wolny i z pomocą trójki znajomych przemieściłam się w kierunku The Academy na 57 Abbey Street Middle. Przed wejściem zostałam opieczętowana wejściówką, która była tak anemiczna, że w słabym świetle sali nie było czego na ręce fotografować. The Academy to niewielka scena koncertowa, może trochę porównywalna ze Starym Klasztorem w którym byłam dwa razy w zeszłym roku. Jako support przez pół godziny grali zupełnie mi nieznani Irlandczycy ze Slacker’s Symphony. Mocna perkusja, ale brakowało mi zaplecza, żeby zrozumieć i docenić natężenie dźwięku 😀

Trasa2018

Kult wszedł trochę po 19-tej i grał ponad dwie godziny. Zabawne, że nigdy nie widziałam ich na żywo w Polsce, a na obczyźnie spotkaliśmy się tak łatwo. Niewielka sala pozwalała na obserwowanie koncertu z boku na siedząco bez straty zbyt wielu wrażeń. Siedziałam więc po lewo, obok damskiej ubikacji i ignorowałam cudze kubki z piwem. Na samym początku podszedł do nas zawiany Przemysław z Łodzi/Belfastu, jako wysłannik swoich kolegów, Elvisa i Kuby. Obwieścił nam, że każdy z nich ma po dwójkę dzieci oraz że w autobusie wszyscy sikali, a Elvis dotrzymał. Poza tym miał do nas biznes w postaci podrzucenia nam do pilnowania swojego plecaka. Zgodziłyśmy się ze względu na te dzieci i Elvisa. Od czasu do czasu Przemo wpadał, żeby posilić się schowanym w plecaku soczkiem lub wyjąć szluga. Opowiedział też być może całkiem prawdziwą historię jak to, jako wierny fan wiele lat temu zaiwanił zespołowi cały wór firmowych koszulek 🙂 Z innych wydarzeń okołokoncertowych, na bisie pewna kobieta przeskoczyła przez ochronę i wpadła na perkusję.

Jeśli chodzi o sam koncert, Kult objawił mi się jako zespół rzetelny, bez instaotoczki, skomplikowanego ruchu scenicznego i tego całego „rączki do góry”. Profesjonaliści, którzy w oparciu o swoją dyskografię mógliby zagrać kilka różnych koncertów. Mój wzrok przyciągał w szczególności Jeżyk Wereński na gitarze, Janusz w sweterku oraz Morawiec, który ze swoją siwą grzywą wydawał się być mi znany z innego życia.  Czas biegnie nieubłaganie dla nas wszystkich, myślę że „Polska” wyszła kilka lat temu, a tu nagle zdaję sobie sprawę, że Kazik na żywo wygląda jak wujek Józek, młodszy brat mojej babci, który mieszka na Grabiszyńskiej  🙂 Tak więc pierwsze pięć minut było to oswajanie się z wujkiem Józkiem. Niemniej nie żałuję, że ruszyłam się w niedzielę po południu, mam takie poczucie, że zobaczyłam legendę. Set był chyba mniej więcej taki:

Kult w Dublinie

Fotkę pozwoliłam sobie przytulić bez pisemnej zgody, sama zrobiłam kilka zdjęć słabej jakości. To były dobrze spędzone dwie godziny, lubię ich teksty, lubię uczciwy sposób podejścia do muzyki, poczucie, że twórcy coś czytają, coś oglądają i inteligentnie poruszają się po świecie kultury. Powiększa nam się zestaw legalnych płyt Kultu w naszej płytotece i pewnie jeszcze niejedno dokupimy. Ucieszyła mnie ta niedziela i jedyne czego mi brakowało to Kraciastego, który w chuście bojownika pojawił się dopiero przed północą, aby zawieźć mnie do domu zanim objedzona chicken tikką zgubię pantofelek.

Za chwilę, po Reykjaviku, od października w wykonaniu Kultu Radomie, Rzeszowy, Torunie i inne. Może będą śpiewali hymn gdzieś blisko Ciebie … 🙂

Bukartyk.

To było południe. Poniedziałek. Pan Bukartyk napisał do mnie „pani C., książka wraz z autografem została właśnie przy mnie zapakowana i zaadresowana do Cz”. Bardzo się ucieszyłam, bo w cholerę trochę to trwało, aż do mnie doszła biografia, którą wygrałam, bodajże*, w październiku.

Na zdjęciu rzeczona książka, po lewej debiutancki tomik wierszy wspomnianego Bukartyka, po prawej kawa-nie-po-turecku-bo-po-turecku-robi-się-inaczej:

DSC01844

Kim jest pan Bukartyk? To zaraz Ci opowiem, i nie myśl sobie, że jestem taka mądra od zawsze, bo rok temu o tej porze też trochę słabo kojarzyłam.

Pan Bukartyk jest autorem bardzo super płyt „Kup sobie psa” i „O zgubnym wpływie wyższych uczuć”. Na koncercie promującej tę ostatnią byłam osobą mą własną we wrześniu – koncert odbył się w Sali Gotyckiej Starego Klasztoru we Wrocławiu. Byłam tam zupełnie samodzielnie, i po tym, jak ogłuszyły mnie z przodu sceny maniacko ustawione głośniki, z niemałym wzruszeniem wysłuchałam koncertu siedząc na schodach do antresoli (na schodach do antresoli siedzą osoby, które naprawdę chcą tam być). Pan Piotr od kilku płyt występuje z takim panem Krzysztofem, któremu włosy wchodzą do oczu; fenomenalna gitara. Pan Piotr pisze piosenki. I to jak pisze! Nie tylko dla siebie, ale inni też chcą to śpiewać. Gdy słuchamy Dyjaka (moje słuchanie Bukartyka zaczęło się właśnie od pana Marka, „Nie wszystko jest na sprzedaż” „U fryzjera” „Durna miłość” „Śniadanie na tapczanie” … podrzucam Ci tytuły, w końcu wujek YT za rogiem), Łobaszewską, Zamachowskiego w kabarecie, możliwe, że słuchamy Bukartyka**. Pan Piotr bywa na Woodstocku, żeby jeszcze bardziej zdeprawować młodzież. W piątek rano przechodzi też obok Radiowej Trójki, zupełnie przypadkowo z gitarą i jako gość budzi ze snu stolycę w programie Wojciecha Manna. Tzn. nie wiem czy dalej budzi, bo Trójki nie słucham. Podobno władze radia czekają, aż przestanie przechodzić. To ten szczegół powoduje, że mogłabym do tego tekstu dopisać tag #polityka.

Debiut poetycki pana Bukartyka zatytułowany „Gwoździe” kupiłam na allegro zupełnie nie szukając. Jest rok 1985. Pan Piotr ma jeszcze włosy.  Wydaje mu to Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Jest to osiem kartek kredowego papieru, za czterdzieści zł, wydanych w ośmiuset egzemplarzach. Pan Piotr jeszcze z włosami zaczął od razu od erotyku. Natomiast wydanego niedawno „Fatalnego przykładu dla młodzieży” wydawnictwa Bukowy Las (wydawnictwa mają teraz mocne nazwy) jeszcze nie przeczytałam. Dopiero dzisiaj książka wpadła mi do skrzynki. Wącham i po zajrzeniu widzę, że opisał trochę Wojtka Bellona. Pięknie. Na razie dzielę się z Tobą moim zadowoleniem i zapachem kawy. Jeśli coś jest bukartykowe, albo natrafisz na koncert tego pana w swoim mieście, z nieczystym mym sercem, polecam, bo warto.

________________________
* etymologia: Bog daj (= daj boże)
** jeśli słuchasz raczej Ich Troje, ostatnia piosenka na najnowszej płycie. Poważnie ^,^