Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Rózia.

To gdzie ja skończyłam? Doszliśmy do momentu „dwa w zupełności wystarczą”. Poznałeś więc bezoką Niunię z komórki cioci Basi. W ostatni poniedziałek zadzwoniłam do taty i okazało się, że zastałam rodziców jak chodzą po cmentarzu. Kilka godzin wcześniej dowiedzieli się, że ciocia Basia zmarła jeszcze w marcu. Ktoś tam, po drugiej stronie telefonu sprezentowanego cioci dziwił się zapewne, jak to telefon dostaje doładowania z nieba. Rodzice chodzili wypatrując grobu bez krzyża. Smutne to …

° ° ° ° ° °

Ale miałam Ci pisać o tamtym październiku. Październik 2013 był słoneczny, od strony południowo-zachodniej mamy piękny żywopłot w którym mogą się chować wróbelki …  prawdziwy busz dla małych drapieżników. Tata zauważył, że w słoneczne popołudnia w wytuptanym w zeschłych liściach gniazdku przesiaduje w tym żywopłocie kot. Początkowo myśleliśmy, że to kot sąsiada. Maciej nie alarmował nas o najeździe wrogich darmozjadów, więc uznaliśmy, że flanki są odpowiednio zabezpieczone. Dopiero po jakimś tygodniu sprawa zaczęła nas intrygować zupełnie poważnie. Nie, kot sąsiada, też trójkolorek, podobny, ale to nie ten. Przyłapałam naszego nowego kolegę jak pochłaniał z tragiczną miną zeschniętą mysz podrzuconą przez Macieja. Kota był w złym stanie, miał podrapany nos i smutek w oczach. Po wywiadzie środowiskowym, że nie wiadomo czyj, tata zaczął zostawiać mu jedzenie, ale nieufne stworzenie nie dawało się złapać w celu bliższej inspekcji ani jemu, ani sąsiadce, Dobremu Człowiekowi. Aż do pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z miasta – wysiedliśmy z samochodu a on miaucząc wybiegł z żywopłotu i z entuzjazmem poszedł z nami do domu, tak jakby to była najnaturalniejsza rzecz pod słońcem. W domu odkrył, że nie tylko są już u nas dwa koty, ale na dodatek w kuchni mieszkają Dziewczynki. To złamało mu trochę serce. Znalazł sobie jednak miejsce na krześle pod stołem i tam postanowił się na nas za to gniewać.

Rózia VIII.2015

Do momentu przewiezienia kota do naszej ulubionej wetki nie wiedziałam, że trójkolory to głównie dziewczynki. Rózia była przeziębiona i dystyngowanie pokichiwała, co okazało się galopującym zapaleniem płuc. Leczymy więc, tępimy pchły, sterylizacja o mały włos ją zabija. Rose była wtedy młoda, mogła mieć ze dwa lata, ale miała też wypadające zęby, zapalenie dziąseł, łysą bliznę na plecach. Nieudana mieszanka rasowa? Trudno powiedzieć. Jest uczulona na anestetyki, z każdym zabiegiem trzeba u niej ostrożnie, taka nasza kocia dziewczynka, bardzo delikatna, jasny puszek smutku. Nasz dom stał się jej domem początkowo ostrożnie i trochę dramatycznie. Minęły tygodnie zanim doczyściła blady, ciągle zabrudzony nosek, przez kilka pierwszych miesięcy wylizywała sobie futerko tak mocno, że łapki i brzuszek wyłysiały. Diagnoza: nerwy. Potrzebny spokój, cisza, dobra, najlepiej mokra karma.

Rózia II 2017

Idzie nam wspólnie piąty rok, nam, bo przecież ja też tam w mojej głowie nadal trochę mieszkam. Rózia, kot tak spokojny, że prawie go nie ma, wychodzi wolno na dwór, ale prawie zawsze trzyma się ogrodu, nie nęcą jej atrakcje wielkiego świata. Od kocich mieszkańców domku pod lasem woli kolegę, którego sama sobie wybrała, kota Dobrego Człowieka. Przechodzi więc przez płot, żeby pobawić się z nim na wewnętrznej drodze. Do sąsiada vis-a-vis biegnie przez inną drogę, żeby w ogródku zrobić mu kupę. Lubi długo patrzeć w jedno miejsce, czasem o czwartej nad ranem budzi domowników pomrukiwaniem do siebie „Popacz, widziałam liska, pod moim żywopłotem chowa się lisek” i nie wiem jak ona to robi, bo wypatruję tego leśnego patrolu i gdyby nie Rózia w życiu nie dostrzegłabym przemykającego pod płotem zwierzątka. Jej miauczenie brzmi trochę jak pobekiwanie bardzo małej, niezadowolonej owieczki. Czasami wyprowadza Niunię na spacer, wyprowadzanie polega na tym, że Niunia ma szeleczki, a Rózia goni za końcówką od smyczy, a gdy dogoni trzyma ją nieustępliwie łapką. W lepsze dni podryguje bawiąc się sama ze sobą słomką albo kłębkami kurzu, w wiele innych filozoficznie spogląda w dal lub leżakuje zawsze gotowa do śledzenia uchem poruszających się obiektów. Interesuje ją psychoterapia analityczna, choć nie chcę tu wyprzedzać innej historii. Zdarza się, że w bardzo upalne noce zostaje na dworze, ale jest raczej kotem domowym – nawet najmniejsza kropla deszczu przeszywa jej nikłe, puchate futerko na wskroś. Jeden z niewielu kotów, który od zwijania się w rogalik woli spać na wprost z czułkiem wtulonym w coś miękkiego, a gdy w takiej pozycji dotknąć jej aksamitnego uszka, podrywa łepek i z jeszcze zamkniętymi oczami mówi „emmmmrrrrrr?”. Nasza Rózia. Od czasu do czasu snujemy przypuszczenia kim mogła być wcześniej i opowiadamy sobie historię w której miła staruszka umiera i niewdzięczna rodzina wyrzuca Rózię na tułaczkę po świecie. Jak było nigdy się już nie dowiemy, zresztą gdyby któregoś dnia złoczyńcę ruszyło sumienie gotowi jesteśmy łgać, że biała chmurka jest z nami od zawsze. Nawet ją o to pytałam, czy nie chciałaby wrócić tam skąd przyszła. Ale ona już dawno postanowiła. Tu jest mój dom i tutaj będę sobie mieszkała, może było coś wcześniej, ale nie pamiętam.

Rózia V.2014

Reklamy

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Niunia.

Kiedy pojawił się w naszym domu Maciej poczuliśmy się wystarczająco dokoceni. Zapobiegliwie Maciej został wykastrowany i poczuliśmy, że jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z jednym kotem. A potem był rok 2010.

Rodzice wpadli w odwiedziny do cioci Basi, cioci mojego taty. Od słowa do słowa, że ciocia opiekuje się jakimiś bezdomnymi kotami, a raczej kotką z małymi. I że jeden maluch ma dziwne oczy. No miał dziwne, ubrudzone tym, co tam było w komórce. Kilka dni po tej wizycie słyszę mamę jak spod kołdry sama ze sobą rozmawia „A może weźmiemy tego kotka?”. Kolejna wizyta u cioci dość szybko, a w jej efekcie nieszczęście, które mieściło się w dłoniach mojej mamy. Takie były pierwsze dni koteczki, która zaczęła swoje życie w komórce, w miejscowości o przedwojennej nazwie Zerra.

Niunia 2010 grudzień

Z dłoni wystawała tylko wielka, kiwającą się główka ze strasznymi, wybałuszonymi oczami lub raczej kosmicznymi antenami wyrastającymi z oczodołów. Pręgusek wielkości szczura, ze szczurzym ogonem i antenami zamiast oczu. Rokowania były kiepskie, bo wirus z oka mógł się przenieść na mózg w ciągu jednego dnia. Niunia dostała imię adekwatne, bo nie spodziewaliśmy się, że kiedykolwiek przekroczy granice kociego dzieciństwa. Będzie Niunią na zawsze, rozpuszczoną, noszoną przez moją mamę na (koniecznie) lewym ramieniu.

Rozbawiony kociak, podskakujący zabawnie niczym mały tygrys, jest nieskończenie bardziej interesujący niż połowa ludzi, z którymi musisz przebywać na tym świecie.
– Lady Sydney Morgan

Na początku jej bycia z nami zakrapialiśmy jej z tatą oczodoły. Była to praca wymagająca podziału obowiązków: ja trzymałam, tata wpuszczał kropelki, Niunia obrucona na grzbiecik wymachiwała łapkami i wrzeszczała wniebogłosy. Przez jakiś czas trochę się łudziliśmy, że chociaż jednym okiem będzie widziała. Długo do nas docierało, że to w zasadzie bez znaczenia – ot, takie nasze własne uprzedzenia na temat wielkiego nieszczęścia związanego z niepełnosprawnością. Koty nie zajmują się tak drobnymi rzeczami. Wielka mądrość starożytna: odpoczywać, gdy boli, bawić się, gdy nie boli, nie mitrężyć ani chwili na rozdrabnianie się. Niunia nauczyła się wchodzić na meble i jako jedyny nasz kot odkryła, że wystarczy doskoczyć do klamki i pacnąć łapką, żeby otworzyć drzwi.  Z powodu niewidomej Niuni musimy więc w końcu zamontować w drzwiach gałki zamiast klamek. W swoim notatniku zapisałam na samym początku niuniowej adopcji:

Leczenie oczu – ok. 350 zł.
Puszorki (pogryzione po 20 min. noszenia) – 35 zł.
Karma, żwirek, kuweta do koloru – spuśćmy zasłonę milczenia.
Renowacja nóg francuskich krzeseł (że niby drapaczka) – jeszcze nie pytałam, bo po co się denerwować.
Wymiana klamek na gałki (żeby w nocy nie chodziła po całym domu) – jedna ok. 60 zł. Podliczmy x 5.

Niunia 2014 wrzesień

Kot jedyny w swoim rodzaju. W nocy rozmawia z mamą po kociemu „ciumkając”, leczy tatę ze złamania kości udowej wytrwale polegując mu na nodze. Latem spędza czas siedząc na fotelu pod wiśnią – lubi śpiew ptaków, czasem wchodzi na oparcie fotela, wyciąga łepek do góry i mówi „chodź tu ptaszku bliżej, chodź”. Nie lubi za to kolędy, ucieka wtedy na strych i chowa się w pudełkach po butach.

Zastanawiam się czy ona wie, że jest kotem. Może nie, a może wie i to jest jej dom, a my jesteśmy trochę rozbrykaną służbą, która czasem kłóci się ze swoją panią.

Jeżeli drzwi są zamknięte drapcie wycieraczkę aż wióra z niej lecą. Drzwi muszą być zawsze na pół otwarte, zwłaszcza te prowadzące na ogród w czasie zamieci śnieżnej. Ludzie muszą nam służyć, jako przyciski do otwierania drzwi.
– Celia Haddon

Siostrzyczką Niuni została w roku jej przybycia do domu pod lasem jedna z Dziewczynek. Albowiem, powiadam Ci, najfajniejsza jest rodzina, którą sobie wybierasz, w każdym razie uważam, że tak właśnie powinno być. Ludzie z jakichś powodów pielęgnują traumatyczne związki z rodziną zastaną, a gdy mają szansę wybrać, wybierają takich samych idiotów i postanawiają się z nimi męczyć. Koty mają inaczej. Rodziną jest ten kogo się lubi, jest to jedyny zasada przy interview na kandydata do rodziny. Oprócz tego podejrzewam, że Niunia najbardziej kocha moją mamę.

Niunia 2016 wrzesień 1

Słabe jest to zdjęcie zrobione telefonem, ale to cała Niunia, z noskiem wyciągniętym w kierunku zachodzącego słońca i pięknych zapachów tego świata, w centrum którego jest nasz ogród, najbezpieczniejsze miejsce do życia.

Po tym jak kota numer dwa nam nie umarła myśleliśmy sobie „Ok, jesteśmy zupełnie gotowi do mieszkania kolejne 20 lat z dwoma kotami”. Jak się domyślasz była to prawda, przynajmniej przez czas jakiś.

»»»»»»»»»»»»»»»»

Nie lubię, kiedy jesteś gdzieś indziej, mój przyjacielu. Piszę wtedy teksty o kotach i jem za dużo czekoladek. Przylatuj szybko.

 

Tutaj dodaje się koci włos do kawy. Maciej.

Oraz do śniadania, obiadu i kolacji, o podwieczorku nie wspominając. Z takiego właśnie domu jestem, małego, pod lasem, z którego wychodząc trzeba rozejrzeć się za szczotką do ubrań. Współwinowajcami bałaganu są również Dziewczynki, ale serię biograficzną postanowiłam zacząć od kotów.

Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty.
– Albert Schweitzer

W czwartek wróciliśmy z domu pod lasem do domu nad morzem. W domu nad morzem nie mamy jeszcze kota, taka zupełna pomyłka, którą na razie naprawiam w taki oto sposób – napiszę Ci o kotach z którymi czasem mieszkam.

Maciej lato 2015

Maciej. Najstarszy z obecnych kociomieszkańców domu pod lasem. Dojrzały, stabilny emocjonalnie, Bonifacy idealnie wykonujący pracę wylegiwania się i wprowadzania atmosfery spokoju i wyciszenia.  Nawet jako młodzian niczego nie tłukł, jakby chciał powiedzieć kubkom „Poczekajcie na Wojtusia”. Swoją przygodę w forever home rozpoczął od spaceru na cmentarz w pewien mroźny poranek.

Maciej 2013 wrzesień

Był chłodny pierwszy listopada 2009 w miejscowości, która do 1945 nosiła nazwę Zirkwitz. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej musiał urodzić się tego właśnie roku, być może późną wiosną. Nie znamy dokładnie daty, Maciej więc, kocim obyczajem, zwykł obchodzić urodziny kiedy bądź. Wówczas jeszcze bezimienny, szukając szczęścia i stabilizacji życiowej potykał się o kępki zeschłej trawy. Dobrzy ludzie tak byli zajęci sprawami uduchowionymi (jak pewnie wiesz z internetu, jest to dzień zadumy, dla wielu najwyraźniej jedyny w roku), że nikt nie zauważył małego, pręgowanego zucha. Oprócz mojego taty, który przyjechał obejrzeć grób swojego dziadka. Wtedy-jeszcze-nie-Maciej skończyłby może w jakimś ładniejszym mieszkaniu z bajeranckimi kafelkami w kuchni, bo tata zachęcał przechodzące dziewczynki, żeby zmarzniętego kotka wzięły ze sobą. I owszem, udało się na chwilę. Mama dziewczynek wystawiła jednak kotka za samochód.

Skrzywdzić kota jest bardzo łatwo, ale wierzcie mi, żaden to honor, żaden!
– Michaił Bułchakow

Byliśmy wówczas domem psim – kilkanaście lat wcześniej po serii znikających szybko naszych małych przyjaciół, a to za sprawą sąsiadów, a to za sprawą ich psów, niewypowiedziana myśl „nigdy więcej kotów” odkociła nam obejście i kuchnia była w roku 2009 domem Trzech Koszykarek (Dziewczynki pojawiły się rok później, mniej więcej w tym samym czasie, co Niunia, kot o którym napiszę w kolejnym odcinku).

Maciej 2015 maj (1)

Maciej domagał się jednak domu, został więc zapakowany do samochodu i natychmiast uciął sobie drzemkę na tylnym siedzeniu. Przez pierwszy rok był kotem niewychodzącym, uważam, że to nasz wyraz traumy jakiej doznaliśmy po kilku wcześniejszych stratach (gdy teraz o tych stratach myślę, widzę, że nawet wyparłam imiona. Pamiętam Cię biało-czarny kocie, któremu mama usuwała ogromne wrzody po pogryzieniu, chorujący w czasach, gdy wiezienie kota do weterynarza było ekstrawagancją. Pamiętam Cię i wiem, że byłeś wspaniały). Maciej nie pchał się na stół, wolał kolana, to mu zresztą zostało do dzisiaj, czasami wręcz, gdy obserwuje pozostały koci dobytek robiący inspekcję garów, rzuca domownikom spojrzenie, jakby chciał powiedzieć „Widzicie to? Dzisiejsza młodzież …”. Z ciężkim sercem po pierwszej zimie w końcu go wypuściliśmy. Nie wierzyliśmy w tego kota. Przez kilka godzin lamentowaliśmy, że nie wróci. Od tej pory zawsze wraca.

Kot jest domowy na tyle, na ile mu to odpowiada.
– Saki

Przez następne lata kociej młodości przynosił nam za to na wycieraczkę przy wejściu po kilka ukatrupionych myszy. Machniom machniom, jest mleczko od krowy?

Maciej 2011 maj (2)

Pija tylko mleko 3,2% i umie wszystko powiedzieć. Mówi jednak niewiele, ponieważ doskonale nas sobie przez te lata ułożył.

Najpierw nocki wybierał domowe, potem na lato przeniósł się do garażu. Interesuje się motoryzacją, w szczególności lubi wylegiwać się na tylnym siedzeniu, gdy tata dłubie coś przy samochodzie i zostawia mu uchylone okno. Zresztą najbardziej ze wszystkich domowników jest skumplowany z moim tatą. Tylko jego głaskanie wytrzymuje bez protestów. Maciej jest też świetnym meteorologiem. Bardzo adekwatnie przewiduje rychłe nadejście zimy, pcha się wtedy wieczorem na nocki domowe. Zimą poleguje w domu przez większość doby.

Maciej 2011 maj (3)

Kiedy był jeszcze bardzo młody i w swojej naiwności robił baranki z wszystkimi, a Dziewczynki było puszczone luzem całą watahą, któraś z nich próbowała się z nim przywitać. Od tego czasu Maciuś ma lekko nadgryzione lewe uszko, to jego znak rozpoznawczy.

Bardzo przypomina mi Pana Kota, który przewija się na zdjęciach mojego dzieciństwa. Możliwe, że z tego powodu mam wrażenie jakby był tutaj od zawsze. Jego ulubionym zajęciem jest obserwowanie spod wpółprzymkniętych powiek czy wszystko jest na miejscu. I dzięki temu rzeczywiście wszystko jest na miejscu. Miał być kotem ostatnim, ale …

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego.
– Ernest Hemingway

To prawda najprawdziwsza. W następnym odcinku będzie więc o kocie nr dwa.

_______________________________________________

Aniu, dziękuję Ci za inspirację, życie ze zwierzakami jest takie jak opisałaś, dodatkowo pełno dust bunnies, tych małych kulek pierza wędrujących po domu i chowających się pod meblami.

Dwa opactwa i góra, plus kapelusz i kotek.

Ostatni weekend był dość intensywny pod względem przemieszczania się, chociaż cały czas były to wycieczki w obrębie hrabstwa Louth. W piątek pojechaliśmy zobaczyć pozostałości klasztorów w Mellifont i Monasterboice, w sobotę weszliśmy na najwyższą górę w naszej okolicy, Slieve Foy.

Mellifont Abbey, An Mhainistir Mhór, to dzisiaj ruiny kilka kilometrów na północny-zachód od Droghedy. Pierwsze opactwo Cystersów na terenie Irlandii zostało założone w 1142 i służyło pierwotnym celom aż do I połowy XVI wieku, następnie przekształcono je w prywatną posiadłość. Podczas Bitwy nad Boyne ogromny budynek był sztabem dla wojsk Wilhelma Orańskiego, które walczył z Jakubem II, ostatnim katolickim królem Anglii i Irlandii.

mellifont abbey

Obecny stan tego miejsca nie wydaje się być efektem zaplanowanego działania, podpalenia czy innych dramatycznych zwrotów akcji. Dom został opuszczony przez właścicieli, potem okoliczni mieszkańcy wykorzystywali kamienie z budynku do wzniesienia młyna wodnego po którym nie ma już śladu. Rzeczka nadal płynie obok, ptaszki śpiewają, miejsce ma regularną opiekę, jak to w Irlandii jakaś niewidzialna ręka kosi irlandzką trawkę, żeby szpaki miały ją do kolanek, a po sąsiedzku bez ceregieli pasą się krowy. Jest nawet centrum turystyczne, które pobiera opłaty za zwiedzanie, ale dopiero gdy zaczyna się sezon, więc spacerowaliśmy za free.

Niesamowite, że z tak wielkich zabudowań zachował się głównie widoczny na zdjęciu lawaterz.

mellifont abbey 2

Drugie miejsce, Mainistir Bhuithe, jest starsze i zostało z niego jeszcze mniej. W zasadzie dzisiaj jest to mały, urokliwy cmentarz przy sennej dróżce otoczonej o tej porze roku kwitnącym rzepakiem. Pierwsze opactwo powstało tutaj na przełomie V – VI wieku. Obecnie możemy zobaczyć pozostałości dwóch kościółków późnośredniowiecznych, natomiast najcenniejsze zabytki to 28-metrowa, kamienna wieża i trzy ogromne, rzeźbione krzyże – wszystko to przenosi nas w X wiek. Na ironię zakrawa, że do upadku tego miejsca przyczyniło się prawdopodobnie powstanie w bliskim sąsiedztwie wspomnianego już Mellifont Abbey, a dziś w obydwu miejscach królują zwierzątka. Poza listą opatów z VIII-XII wieku niewiele pozostało pamięci o Monasterboice.

monastyeboice 1

monasterboice

Najbardziej spodobał mi się krzyż Muirdecha – płaskorzeźby na wszystkich trzech krzyżach przedstawiają historie biblijne, ale mnie rozbroiły dwa kotki u stóp Muiredach’s High Cross wraz z prośbą o modlitwę za autora dzieła. Gdzieś tam piszą, że to może lwy, ja tam widzę kotki i i już. Niestety piaskowiec dość szybko ulega degradacji i rzeźbione postaci są coraz mniej widoczne, podobno trwają dyskusje, czy nie warto schować owe krzyże do muzeum, żeby je lepiej zakonserwować i zatrzymać erozję. Na razie stoją tam gdzie stoją, dopóki tak jest warto tam pojechać. Miejsce tchnie czarującą, irlandzką prowincją – bezpośrednio z cmentarzem sąsiaduje mały dom w którym mieszka kotek i piesek 🙂

Tego samego dnia byliśmy w Droghedzie, w zasadzie bez planu, chociaż w efekcie kupiłam mój pierwszy, prawdziwy kapelusz (o czym już wspomniałam)

View this post on Instagram

#porkpie #mojeclogherhead

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

i jestem z tego bardzo zadowolona: wełniany pork pie, jego nazwa wzięła się od kształtu – z góry wyglądem przypomina angielskie mięsne ciastko z zawiniętym brzegiem.

A w drodze po kapelusz, gdy jeszcze nie wiedziałam, że to droga po kapelusz … jest w Droghedzie takie wąskie przejście, którym od parkingu często schodzimy do głównej ulicy (podoba mi się logiczne dość zjawisko, że im bliżej rzeki, tym bardziej schodzi się w dół, w ten sposób na moim pierwszym, samotnym spacerze po mieście nie dało się zgubić) – i właśnie tam pewien pan kotek pozwolił się nam sfotografować:

drogheda cat

Dziękujemy bardzo. Kraciasty rozumie, że czasem trzeba zatrzymać się na sfotografowanie kotka, albo pochylić się, żeby przeprowadzić przez ścieżkę dżdżownicę. To elementarne sprawy i jest super, że nie trzeba tego tłumaczyć. Ludzie się dzielą na tych, którym trzeba tłumaczyć i takich, którym nie trzeba. Zasadniczo to jak wygranie losu na loterii, ciągniesz i potem masz.

Cirrusy na niebie dnia następnego zwiastowały, że trzeba się pospieszyć z wycieczkami … co mówi się o cirrusach już wiesz, nic miłego, a one takie piękne. Więc nam wisiały te cirrusy i nawet góra przystroiła się w piórka:

Slieve Foy (1)

Weszliśmy na górę Carlingford, nazywaną tak, bo góruje nad małym, portowym miastem, które jest warte samodzielnego posta. Dokładniej doszliśmy do najwyższej części tej góry o nazwie Slieve Foy, Sliabh Feá. Okolica jest związana z legendą o Cú Chulainnie i uprowadzeniu byków z Cooley, Táin Bó Cúailnge. Wydarzenia te są opisane w tzw. cyklu ulsterskim, historie niezwykle stare, sięgające czasów przedchrześcijańskich. Nastoletni Cú Chulainn stoczył walkę o wspaniałego byka z legendarną królową Medb, której zanglicyzowane imię brzmi Meave (wymawia się je mejw, piękne). Dzisiaj to miejsce nazywa się Barnavave, Bearna Mhéabha czyli Medb’s Gap.

Zupełnie nie mam kondycji, więc wlokłam się jak nieszczęście, ale odwracanie się co dziesięć metrów i widoki wynagradzały wszystko:

Slieve Foy (1)

Trudno było odróżnić gdzie kończy się morze, a zaczyna niebo – na przykład to, co początkowo na dole brałam za niesforną chmurkę stojącą uparcie na horyzoncie w jednym miejscu, po wejściu wyżej okazało się statkiem. Krajobraz był schowany za niewidoczną z bliska, delikatną mgiełką, która nadawała widokom nierealny wygląd:

Slieve Foy (2)

Wiem już, że kijki i ochraniacze na buty przydadzą się podobnie jak czapka w nawet najpiękniejszy dzień. Po pierwsze, strome schodzenie bez kijków nie dla mnie, po drugie, im wyżej, tym więcej zastygniętych kałuż i błota. Mieliśmy wyjątkowe szczęście, że większość wody wcześniej się ulotniła, ale ogólnie irlandzkie góry są mokre i często grząskie, porośnięte kępkami uczynnej trawy po której można stapać. Po trzecie, zawsze znajdzie się miejsce, gdzie wieje jak diabli. Na przykład, gdy wejdzie się w końcu na Slieve Foy a pięć metrów wcześniej nie wiało:

Slieve Foy (2)

Slieve Foy ma 589 metrów. Zapewne dla fasiągowych zdobywców Morskiego Oka to nie góra a pagórek.

Ze szczytu widać granitowe góry Mourne, na Beanna Boirche, w północnoirlandzkim hrabstwie Down. Od lewej najwyższe wziesienia to Slieve Bearnagh, Sliabh Bearna (727 m), Slieve Donard, Sliabh Dónairt (850 m) i Slieve Binnian, Sliabh Binneáin (747 m).

Slieve Foy (3)

Zeszliśmy do Carlingford późnym popołudniem. W jednym miłym miejscu, tylko dlatego, że zachciało mi się kawy, zostawiłam telefon i męczyło mnie to aż do niedzielnego poranka. Rozleniwione mięśnie bolą mnie od wchodzenia na ten „pagórek” jeszcze dzisiaj. Możliwe, że następnym naszym celem będzie któraś z gór Mourne. Oglądałam wczoraj zdjęcia ze szlaku na Carrauntoohil i na razie nie wyobrażam sobie wchodzenia tam. Najwyższa góra Irlandii jest pół kilometra niższa od Śnieżki, ale wejście na Śnieżkę wydaje mi się przy tym miłym spacerkiem w cywilizowanym otoczeniu koszy na śmieci i utwardzonych szlaków. Jakieś łańcuchy, na wypadek gdyby się nóżka poślizgnęła, jakieś gofry na szczycie? Chyba żartujesz! Carrauntoohil. Nawet nazwa brzmi groźnie. Oj, jeszcze będziesz musiała poczekać, kochana.

***

Opowiedz mi o ostatniej ruinie, którą widziałeś, o kapeluszu, o górze.
I przede wszystkim, jak ma na imię Twój kot? 🙂

Nie-święta i kotko-baranek.

Chciałam przedświąteczne niemycie okien zakończyć ciężkim tematem aborcji, ale uzmysłowiłam sobie, że to pierwszy raz, gdy spędzę wielkanocne śniadanie inaczej i uznałam to za warte odnotowania.

Dzisiaj idziemy na późny obiad do znajomych, potem pakujemy się i jutro wieczorem lecimy w dół i na prawo. Z powodu braku śniadania z jajkiem na twardo nie odczuwam smutku. Moi rodzice spędzają niedzielne przedpołudnie tak, jak chcą, my również tak, jak chcemy. Potem przylatujemy i będziemy coś robić wspólnie. Zamiast świątecznego baranka mam zdjęcie czarno-białego kotka:

kotek clogherhead

Spotykamy go prawie za każdym razem, gdy idziemy na wiejską plażę. Raz siedzi schowany za doniczkę, innym razem w pełnym słońcu, zawsze blisko jednego z rzędu domków przy ulicy słusznie nazwanej Nadbrzeżną. Jego miejsce sąsiaduje z zapuszczonym pustostanem, więc czasami, tak jak tutaj widać, przechodzi przez murek i chowa się w niekoszonej trawie. Taki mój wielkanocny kotko-baranek, stały element wypatrywania podczas spaceru.

Gdy byłam dzieckiem, drapałam kraszanki wyjęte z wywaru cebulowych łupinek. Drapałam żyletką, pomagał mi w tym dziadek Bronek. Robiłam to całkiem udanie i jeszcze niedawno gdzieś w domu widziałam taką wydrapaną przeze mnie kraszankę, którą rodzicom żal było roztłuc. Zbuk mógł mieć z trzydzieści lat, strach upuścić, H2S to nie przelewki. W piątek mama telefonicznie obwieściła mi triumfalnie, że ma świetny obiad, bo właśnie woda ze śledzia się robi. O wodzie już pisałam.  Dzisiaj dzwoni tata Kraciastego, pyta skąd jestem. Jak to skąd, z domu. Dla mnie Wielkanoc to kraszanki i woda. A bardziej jeszcze ludzie i święty spokój; cieszę się, że nie kojarzę świąt jakichkolwiek ze stękaniem urobionych kobiet i nieproszonymi gośćmi. Teraz widzę, że ludzie oraz święty spokój pozostali stałym elementem moich nie-świąt.
Jest mi z tym tak dobrze, wiesz?

Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂