Archiwa tagu: krowy

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejsc, dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę i człowiek, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog jeszcze bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar), po prostu wypas. Prawdziwe zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Reklamy

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.

Poniedziałek w hrabstwie Wicklow.

Ale nie ten wczorajszy poniedziałek, tylko poprzedni, gdy nie było jeszcze tak dyniowo. Dzień wcześniej byliśmy na północy, tym razem pojechaliśmy bliżej, na południową stronę Dublina, skąd już tylko rzut beretem do gór Wicklow. Opowiem Ci o tym najszybciej jak się da 🙂 …

… tak więc, w dolinie pomiędzy górą Djouce i Górą Cukru, Great Sugar Loaf,  znajduje się najwyższy całoroczny wodospad Irlandii, Eas Chonaill, wodospad na rzece Dargle, An Deargail. Prosz bardzo:

Powerscourt Waterfall collage

Zdjęcia z rąk Kraciastego. Historia mówi, że w sierpniu 1821 roku właściciel Powerscourt, którego wodospad był częścią, postanowił podczas wizyty króla Jerzego IV w Irlandii zrobić małe przedstawienie przyrodnicze. Zatamował wody wodospadu, aby móc je spektakularnie zwolnić, gdy król będzie razem z nim podziwiał ogromny potok stojąc na moście zbudowanym na dole. Piąty wicehrabia pomysł miał mocarny, na szczęście król z jakichś powodód nie opuścił bankietu w posiadłości. Gdy wody rzeki Dargle uwolniono spiętrzona fala zmyła most w kilka sekund. Szansa zmiany historii, jak widać, nadarza się każdego dnia 🙂

A tak w ogóle nazwa rzeki Dargle oznacza małą, czerwoną plamę – nawiązanie do koloru, którym upstrzone są znajdujące się w niej kamienie.

Wspomniałam o właścicielu posiadłości, jest i posiadłość. Oto ona:

Powerscourt Estate (6)

Uważam, że wielkością trudno ją porównać z Castle Ward. W moim odczuciu to gigant. Powerscourt ma długą historię, już w XII wieku stał tu zamek, który został zupełnie przebudowano w XVIII wieku. Wtedy też pojawiły się przeróżne odniesienia architektoniczne, między innymi do stylu włoskiego, a przez XIX wiek przebudowywano ogrody wg wówczas panującej mody. Oczywiście są więc różne mitologiczne golasy:

powerscourt estate collage

Tarasy wychodzą na staw z fontanną i wspaniały widok na kwarcytową Górę Cukru, która na tym wieczornym ujęciu chowa się za drzewem po prawej stronie:

Powerscourt (3)

Jest ogród „za murem”, jak to zwykle bywa w takich posiadłościach. I są w nim róże:

Powerscourt Estate (2)

Jest część angielska, z  pięknym starodrzewem.

Powerscourt Estate (3)

W 1908 roku na miejscu podsuszonych topielisk stworzono w obniżonej niecce ogród japoński. O tej porze roku mieni się kolorami. Podobno było to ulubione miejsce do robienia niewielkich, rodzinnych imprez:

Powerscourt (2)

Zaskoczyła mnie wiadomość wyczytana w sieci, że w XX wieku Powerscourt Estate spłonął – została z niego właściwe skorupa murów bez dachu, która straszyła przez następne 20 lat. Jakoś nie wyłapałam tego słuchając audioprzewodnika. Pożar zaczął się na poddaszu i służąca wspominała, że udało się jej wynieść całą porcelaną miśnieńską, którą zawsze planowała obejrzeć, ale gdy była w pracy nigdy nie miała na to czasu. 🙂

Jedno miejsce w parku wydało mi się szczególnie urokliwe. Pomiędzy kwitnącymi wiosną azaliami i rododendronami, na tyłach ogrodu za stawem założono cmentarz dla zwierząt. Psy, konie, ale również ten grób:

Powerscourt Estate (4)

To miejsce spoczynku dwóch krów, Eugienii i Księżniczki. Pierwsza była rudawą krową z Jersey, druga długowłosą panienką szkockiej rasy Angus. Co o tym myślisz? Wiem, że na terenie parku nadal można zobaczyć wolno pasące się zwierzęta, chociaż my nie mieliśmy szczęścia, żeby przywitać się z końmi. Boncho, Giddy i Glencree czasami skubią trawę niedaleko parkowego stawu.

Zmarzłam tego dnia. Zmarzłam, ale jeszcze w drodze powrotnej uśmiechałam się na myśl o krowach, które zostały zapamiętane. Ludzie sortują w swojej głowie świat w różnych szufladkach i bywają zaskoczeni, gdy coś się nie mieści w żadnej. Od czasu do czasu ktoś zwraca mi uwagę, że nie powinnam mówić, że zwierzę umiera, ponieważ umiera człowiek, a zwierzę zdycha. Czyż kultura nie jest zmyśleniem? 🙂

Powerscourt (4)

PS. Kraciasty, śliczny ten rudzik filujący na Ciebie czujnie jednym okiem 😀 , więc go pożyczam i teraz będzie patrzył na wszystkich Czytelników.

Niedziela w hrabstwie Down.

Niedziela Dundrum Castle

Przyszedł czas, żeby opowiedzieć Ci bardzo rozwlekle o jednodniowej podróży. Na górze masz kawałek panoramy widocznej z ruin Dundrum Castle. Pojechaliśmy tam w zeszłą niedzielę.

Plan był inny. Poinformowani przez internet o dobrej pogodzie chcieliśmy się wybrać znacznie dalej na północ, aż za przeprawę promową do Portaferry. Po drodze słońce było takie piękne, że zdecydowaliśmy o zajechaniu do zamku w Dundrum, żeby stamtąd popatrzeć na góry Mourne. Na co dzień obserwujemy je od południa, tym razem zaszliśmy je od tyłu:

Niedziela góry Mourne widziane z Dundrum Castle

Ten Dundrum Castle (bo jest jeszcze drugi, w republice) w hrabstwie Down w Irlandii Północnej został zbudowany na przełomie XII/XIII wieku przez anglo-nomańskiego rycerza, Johna de Courcy.  To co z zabytku pozostało jest obecnie pod opieką National Trust, organizacji użyteczności publicznej, która zajmuje się ochroną dziedzictwa narodowego Zjednoczonego Królestwa.

W ruinach zamku schody na główną wieżę były niestety zamknięte, ale i z resztek murów obronnych widok na okolicę rozpościerał się wspaniały. Mieliśmy zresztą tego dnia wyjątkowe szczęście do przejrzystości powietrza, Kraciasty wypatrzył na horyzoncie wyspę Man zanim jeszcze zdołaliśmy wdrapać się na ruiny.

Następny przystanek był jakieś 16 mil na północny-wschód  – posiadłość o nazwie Castle Ward. Miejsce pewnie jest znane miłośnikom „Gry o tron”. Oboje nie oglądaliśmy serialu i nie mamy o niczym pojęcia, na wstępie więc poszliśmy spokojnie na kawę, potem obejrzeliśmy dom trochę z wierzchu, trochę od środka.

Niedziela Castle Ward 1

Gdy patrzę na to zdjęcie uświadamiam sobie jak jest jesiennie. Lato było suche i Irlandia szybko wyblakła, a teraz, zanim ponownie wszystko zdążyło się zazielenić, znowu trzeba zrzucać liście 😦

Zabytkowy dom pod Strangford jest otoczony zielonymi polami starannie przystrzyżonymi przez grazing animals – konsumpcja trawy przez krówki odbywa się cały czas. Podoba mi się ten zwrot, powtarzałam go sobie w głowie przez dalszą część podróży wiele razy, grazing animals, grazing animals.

Castle ward grazing animals

Bardzo dziwny to dom, XVIII-wieczny, z jednej strony klasycystyczny (z tej która wita turystów zajeżdżających na parking), od tyłu z gotycką ścianą.

Niedziela Castle Ward 2

Za to wnętrza są raczej wiktoriańskie, z ogromną liczbą bibelotów. I element, który kocham do szaleństwa w wielkich domach: nie po raz pierwszy okna chujowej pani domu:

Niedziela Castle Ward wnętrza (1)

Meble w pociemniałym drewnie, na nich mnówstwo przedmiotów z różnorodnego materiału: szkła, skóry, marmuru, istna rupieciarnia XIX-wiecznego zbieractwa. W jednym pokoju martwe owady przyszpilone w tych ramkach od ponad stu lat  …

Niedziela Castle Ward wnętrza (2)

… w jadalni porcelana jakby zastawiona przed chwilą przez służbę, która z niewiadomego powodu zniknęła. Naokoło białe golasy, ukryte drzwi, tykający zegar …

Niedziela Castle Ward wnętrza (3)

… a pomiędzy tym w różnych miejscach domu wypchane zwierzęta. Mnie zachwyciła sowa z białą szlarą w kształcie serca, która spod klosza przygląda się światu swoimi szklanymi oczami. Nie zapamiętałam twarzy ludzi z portretów, za to zastanawiam się czyje było to kopytko u stóp płomykówki:

Niedziela Castle Ward wnętrza (4)

Trafiliśmy akurat na darmowe zwiedzanie (zupełnie niechcący), dostępny był jednak tylko parter budynku na którym przywitał nas i pożegnał wypchany niedźwiedź. W prawie każdym pomieszczeniu stały panie, które chętnie opowiadały co widać tu i tam. Pewnie gdy do nich dotarliśmy mówiły to już dwadzieścia razy, pomimo tego były miłe i zaangażowane. Ostatnim prywatnym właścicielem tego miejsca był Maxwell Ward, szósty hrabia Bangor – zapach jego fajki można nadal poczuć w pokoju umiejscowionym w gotyckiej, tylnej części domu.

Poniżej dom od gotyckiej strony:

Niedziela Castle Ward naokoło (1)

… i sielankowa cisza. W tych warunkach wydaje się aż nierzeczywiste, że w przeszłości tą wyspą szarpało tyle sąsiedzkich konflików. Jeszcze w  latach 70-tych na terenie parku z powodu przedwczesnej eksplozji ładunków wybuchowych zginęło dwoje młodych radykałów z Prowizorycznej IRA.

Sam spacer po parku również był niezwykle przyjemny – sporo w nim zwierząt, dużych i drobnicy, przede wszystkim nie do przeoczenia jest krowie pastwisko, ale w małej zagrodzie znaleźliśmy też inne stworzenia, takie jak te trzy kózki, które akurat stanowczym meczeniem wyprosiły podwieczorek i nie miały ochoty na pozowanie do pamiątkowych zdjęć. Kim, Missy i Marley:

Niedziela Castle Ward naokoło (2)

A skoro już zdanie o „Grze o tron” się rzekło, zaszliśmy także do wieży, która zagrała coś tam w którymś tam odcinku. Ponieważ nie wiem jak i co, weszłam na górę i skupiłam się na okienku:

Niedziela Castle Ward naokoło (3)

W przechadzce cały czas towarzyszył nam taki jesienny krajobraz jak poniżej. Jeszcze ciepło, jeszcze tli się w drzewach nadzieja, że to chwilowy kryzys:

Niedziela Castle Ward naokoło (4)

Po wizycie w Castle Ward było już dość późno. W drodze powrotnej do republiki zajrzeliśmy do miejsca, gdzie wg legendy pochowano patrona Irlandii, św. Patryka. Downpatrick jest stolicą hrabstwa. Centrum św. Patryka było już o tej porze zamknięte, ale my byliśmy zainteresowani dotarciem do katedry i cmentarza. Urzekła mnie ta scena w zachodzącym słońcu – dwóch mężczyzn, jeden dużo starszy i o lasce, stojących nad czyimś grobem:

Downpatrick 1

Jak widać, w Downpatrick już ścigaliśmy się ze zmierzchem. Dopiero później okazało się, że sfotografowani panowie stali nad kamieniem Patryka. Zanim tam zaszliśmy, po raz kolejny rzuciliśmy okiem na wspaniały widok na góry Mourne:

Downpatrick (1)

Vis-a-vis tego widoku w ostatnich promieniach jesiennego słońca katedra św. Trójcy …

Downpatrick (4)

… miejsce o długiej historii, choć nie tak znowu antycznym kamieniu – np. jej neogotycka wieża jest z początku XIX wieku. W XIII wieku kościół został zniszczony przez trzęsienie ziemi, w XIV spalony przez Edwarda de Bruce’a, a w XVI pełnił funkcje stajni. W czasie skomplikowanej historii swoich renowacji wchłonął w siebie część innego kościoła, opactwa benedyktynów, czarnych mnichów z Down.

Zawsze warto spróbować otworzyć drzwi, ale tego dnia były dla nas zamknięte. Innym razem 🙂

Poniżej natomiast wspólny grób św. Patryka, oraz czerwone spodnie Kraciastego. Robiłam te zdjęcia  myślą o pewnym blogerze, który kocha Irlandię. Celcie, mam nadzieję, że dorzucisz tu jakiś link z legendami o św. Patryku jako dopełnienie naszej podróży:

downpatrick collage

Wspomniałam już wcześniej o Johnie de Courcy. To on jest odpowiedzialny za to, że pod jednym kamieniem wg  tradycji spoczywać mają św. Patryk, św. Brygida z Kildare i św. Kolumba, opat z Hy, czyli irlandzka trójca cudotwórców. Oczywiście trzy te postacie są obrosłe legendami i dzieli je od naszych czasów 1500 lat historii, trudno jest więc z pewnością dziś powiedzieć, kto i dlaczego leży tu gdzie leży. Jest to jednak znamienny grób, irlandzki w swojej zwykłości duży kamień, bez żadnych kolorowych szkiełek i innych pierdolników.

Pomimo galopującego zachodu, pod Newcastle zaliczyliśmy (przed)ostatni zjazd z trasy do domu. Skusił nas Murlough National Nature Reserve, pierwszy rezerwat przyrody na terenie Irlandii. Od 6 tys. lat znajdują się tutaj wydmy piaskowe. Nie zagłębiliśmy się w nie wystarczająco, chociaż wiem, że można tu długo spacerować podpatrując lokalne uskrzydlone i futrzaste stworzenia. Wieczór był coraz chłodniejszy, a my grzecznie, pomiędzy wydmami podskakiwaliśmy drewnianym szlakiem …

Murlough (2)

… rozglądając się naokoło i wypatrując grazing animals, które, a jakże, pojawiły się na horyzoncie w postaci wszędobylskich krówek. Czytałam gdzieś również, że w charakterze kosiarek są używane kuce z Exmoor …

Murlough (3)

… przede wszystkim jednak naszym celem było morze. Teraz, gdy to piszę, przypomniało mi się, że w lewej kieszeni granatowego  płaszcza nadal śpią zapakowane w chusteczkę dwie karbowane, białe muszle małży znalezione tego wieczora.

A szliśmy po ten widok – Slieve Donard przyglądający się sam sobie w lusterku na plaży:

Murlough (1)

Ogryzek Księżyca patrzył na nas już od jakiegoś czasu, a Słońce zachodziło, gdy zmierzaliśmy w kierunku Dundalk, tego miejsca, gdzie zginął Edward de Bruce w bitwie z Birminghamem. Czekała tam na nas herbata z miodem i odgrzany, sobotni obiad. Bardzo to było miłe. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy o filmie widzianym poprzedniego wieczora i off we went, kontynuacja podróży do domu. O rany, to już powiedziałam Ci prawie wszystko, co chciałam. Pisałam to z doskoku, bo jestem ostatnio w jakimś mentalnym niedoczasie. Dzisiaj jest piątek, ale coś tak czuję, że następny post będzie o poniedziałku.

A Ty, jak zwiedzasz?
Wyjazdy zorganizowane przez biuro czy raczej na własną rękę?
Daleko czy blisko?
Co w zasadzie wtedy robisz? Też się szwendasz tak jak my?

Trzynastego, kierunek Kerry.

– Lovely weather, isn’t it?
chlas chlas chlas
– Very nice, not to warm …
chlas chlas chlas
– It takes only couple of minutes, you know …
chlas chlas chlas
– … and a nice, hot pan.

W piątek trzynastego byliśmy już w Irlandii. Rzeźnik rodzinny (family butcher, leję z tego każdorazowo) ze Scarlet St. odkroił nam dwa kawałki steka, rozkwasił je trochę tłuczkiem i podał nam nie używając rękawiczek. Rozmawiamy z ludźmi o pogodzie, wcześniej sąsiadka krzyknęła nam z samochodu „it’s good to see light in the house”, więc jesteśmy w domu. Zaledwie kilka godzin po przylocie i zjedzonym obiedzie zapakowaliśmy się do naszej toyoty i wywędrowaliśmy na południowy-zachód. Miło było obudzić się następnego poranka pod takim widokiem:

Instagram: @świechna

Mieliśmy też plany. Była w nich góra Brandona, Cnoc Bréanainn, ze swoim pielgrzymkowym, pobożnym anturażem. W Irlandii trwa susza, nie wolno używać wody do podlewania ogródków, trawa płowieje, byłam  przekonana, że pogoda będzie świetna, moja zasapana krwawica zostanie nagrodzona widokami i posnuję Ci jakiś wątek na temat irlandzkich legend. Niestety, czubki siedziały w chmurach. Czubki siedziały w chmurach. Ładne zdanie. Tu widzisz nasz zjazd z punktu widokowego na którym nie było widoków:

czubki siedza w chmurach

Chodzenie w chmurze może być swego rodzaju atrakcją, ale już wchodzenie w chmurze na górę nieszczególnie, jest niebezpieczne i pozbawione walorów widowiskowych – nawet gdy spadniesz, nikt nie będzie miał okazji tego podziwiać.

Zamiast góry był obiad i spacer po Dingle, An Daingean. Dopiero po wyjeździe z miasta dowiedziałam się, że w zatoce często pływa delfin o imieniu Fungie, który chętnie zaczepia ludzi. Może jeszcze kiedyś go zobaczymy. Ciekawska chmura zeszła za nami do Dingle i kiedy wyszliśmy po obiadzie w The Boat Yard Restaurant mżawka pochłonęła już port.

Dingle i niskie chmury

W niedzielę z kolei poszliśmy na spacer wzdłuż klifów Ballybunion, Baile an Bhuinneánaigh. Miasteczko ma podobno pierwszy na świecie pomnik Billa Clintona, ale dla nas bardziej interesujące były widoki takie jak ten:

Ballybunnion the virgin rock

Skała z dziurką … nazywa się The Virgin Rock. Pierwszy raz byliśmy tutaj z Kraciastym na Sylwestra. Wymyśliliśmy sobie nawet, że o północy na ten nowy rok 2018 stukniemy się przy klifach ciepłym płynem z termosu. Rzecz dość wykonalna, pół godziny przed dwunastą ruszyliśmy z Listowel w kierunku wybrzeża, początkowo niezrażeni, że wiatr przybierał na sile z każdym kilometrem. Gdy wysiedliśmy z samochodu, podmuch zatykał buzie i zrywał kurtki, pod nami w ciemności ryczał niewidzialny Atlantyk. Kontemplacja oceanu zabrała nam chyba mniej niż trzydzieści sekund, wpakowaliśmy się szybciutko do autka, postawiliśmy je w bezpieczniejszym miejscu i w środku samochodu lekko poszturchiwanego przez oddech oceanu życzyliśmy sobie dobre rzeczy w świetle lampki:

Instagram: @świechna

Tak było.
Ta przestrzeń już zawsze będzie mi się kojarzyła z Tobą.

Wzdłuż klifów fruwają mewy wykorzystujące prądy powietrzne, śmigają nie poruszając skrzydłami jakby chciała któraś krzyknąć whoosh whoosh, a druga jej odpowiedzieć nnneeaoowww nnneeaoowww

Ballybunnion cliff walk (2)

A poza tym są krowy, ponieważ tam, gdzie ładne widoki, są również krowy – taka jest kolej rzeczy. Nie sądziłam, że krowy właśnie tak śpią:

Ballybunnion cliff walk (1)

Po spacerze wybrzeżem w Ballybunnion pojechaliśmy wyżej zachęceni przez mapę obietnicami zamku i opactwa. Zamek Carrigafoyle jak najbardziej się odnalazł. Jedna z najznamienitszych fortec swoich czasów, Carraig an Phoill, zdobyta przez wojska Elżbiety I Tudor w Wielkanoc 1580 roku … przepiękna ruina … skolonizowana przez jaskółki, otoczona płyciznami rzeki Shannon i mgłą.

Carrigafoyle Castle

Weszliśmy po schodach na górne, pozbawione dachu piętro, żeby podziwiać okolicę. Z widokiem i dźwiękami wydawanymi przez jaskółki współgrał deszcz, który nasilił się, gdy tylko wyszliśmy ze schronienia. Zawsze zastanawiałam się, czy taka aura w zestawieniu z surowym kamieniem nie nastrajała ówczesnych mieszkańców do stanu melancholii. Takie budynki kojarzą mi się z ekranizacją „Imienia róży” Umberto Eco i poczuciem, że gdzieś w tych korytarzach czai się człowiecza karłowatość, małoduszność, pospolita głupota ubrana w świętojebliwość. O ile, moim zdaniem, jest lepiej teraz – w czasach światła, kawy, internetu i bezbożnej miłości 🙂

Historię dzieli z zamkiem franciszkańskie XV-wieczne opactwo Lislaughtin, odległe o kilka km na wschód. Ono też zostało napadnięte i zburzone w tym samym czasie co Strażnik rzeki Shannon, jak nazywano zamek Carrigafoyle. Widzieliśmy już bardziej monumentalne ruiny i te były trochę zawodem, a kontener na odpadki przy wejściu na cmentarz nie polepszał widoków. Wydał mi się interesujący fakt, że spoczywa tu jeden z Czarnych Rycerzy … bo tak brzmiał dziedziczny tytuł noszony przez członków normańskiej rodziny FitzGeraldów, z których ostatni zmarł w 2011 roku.

Lislaughtin Abbey

Jak widzisz, niedziela była całkiem niezłym dniem – zakończyliśmy naszą samochodową wędrówkę w miłej jadłodajni w Listowel, Gapo’s Restaurant. Niewielkie miejsce, które chcę zapamiętać ze względu na krótkie i smaczne menu.

Wracając w poniedziałek na wschód zatrzymaliśmy się w Mallow w hrabstwie Cork. Ścieżka spacerowa nad rzeką Munster Blackwater, An Abha Mhór, była bardzo malownicza, sama rzeka skojarzyła mi się z dolnośląskim Bobrem:

Blackwater River

Ciemna, szumiąca woda i dziki krajobraz kilka metrów od ludzkich siedzib … bardzo zaskakujący spacer, tym razem już nie z Kraciastym, ale z moją gospodynią i małym pieskiem z wyłupiastymi oczami. Przypuszczam, że tereny zalewowe trzymają deweloperów z dala od wody, która corocznie podgryza strome skarpy i podtapia ścieżki. 1% obywateli miasta stanowią an lucht siúil, irlandzcy trawelersi, i to prawdopodobnie ich konie mogliśmy dostrzec z daleka na obrzeżach miasta. Zaciekawili mnie ci ludzie. Nie umiem ich rozpoznać tak po prostu, wiem tylko, że hodują konie, nie są spokrewnieni z Romami (chociaż takie porównanie może się samo narzucać) i niektórzy mówią własnym językiem shelta (lub the cant) – językiem mieszanym irlandzkiego z angielskim. Kilkakrotnie już słyszałam kiepskie opinie na temat trawelersów (lub inaczej knackersów – częściej używana nazwa, ale mająca negatywne konotacje) z ust Polaków. Mentalne podróże w poszukiwaniu Tego Gorszego są niestety nadal pospolitsze w narodzie niż umiłowanie filozofii renesansowej.

Powróciliśmy o piątej rano i oto jesteśmy. Odkryłam, że sąsiadka podczas naszej nieobecności skosiła nam trawnik, przed domem i za domem. Jeśli uważasz, że jest mi za dobrze, powiem Ci, że stresuję się szukaniem pracy. Jest to bardzo niemiłe uczucie bycia nie do końca niezbędnym. Wiem, że minie, ale teraz tak jest. W każdym razie wieczne wakacje zostają na chwilę zastopowane, a w ramach relaksu będę grzebała w książkach.

Jesteś przesądny?
Zamek z wychodkiem czy mieszkanie z prysznicem i dostępem do sieci?
A może masz swojego rodzinnego rzeźnika?

Connn-e-mar-aaaaa …

Jeden z sześciu parków w Irlandii i trzeci, który odwiedziłam. Pisałam Ci już o Killarney, do parku w Górach Wicklow blogowo wrócę pewnie, gdy wybiorę się tam kolejny raz. A dzisiaj świeżynka z tego tygodnia …

Przejazd z Galway do domu przez Connemarę jest po drodze tylko nam. W Galway spędziłam jedno popołudnie i mogę powiedzieć tyle, że znajomy, który wyjątkowo sarkał na to miejsce, ma nie po kolei w głowie. Pogoda była epicka, więc chcieliśmy na coś wejść … Connemara leży w zasięgu ręki, pojechaliśmy bardziej na północ słuchając płyty Big Cyca. Jedziemy, a tu zupełnie spokojnie na (prawie) prostej drodze otwierają się górki. I mamy takie powitanie:

View this post on Instagram

Cześć, witamy w Connemarze…

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Connemara
Conn-e-mar-a..
Connn-e-mar-aaaaa …

Nasz pierwszy owczy znajomy  lokales szedł sobie tak właśnie pobekując, a my usłyszeliśmy „witamy w Connemarze”, po czym wyminął nas i dalej to swoje „Krystyna, Krystynaaaa, gdzie jesteś?”. Minęliśmy Stefana potem po lewej stronie drogi, gdy już znalazł Krystynę. Owce są tutaj naprawdę mądre, nie tylko znają się na zasadach ruchu drogowego, ale też wybierają asfalt kiedy trzeba. Kiedy trzeba, o tym jeszcze będzie …

Conamara nie jest hrabstwem ani prowincją, lecz regionem w dwóch hrabstwach, Galway i Mayo; jest gaeltacht – bardzo mocno związana z irlandzką kulturą i językiem, bo sporo ludzi mówi tu odłamem irlandzkiego (connacht irish) jako językiem pierwszym. Podobno Oliver Cromwell wysyłał ludzi „do diabła lub do Connemary”. Piękne miejsce w ładny dzień:

Connemara 1

A potem próbowaliśmy przejść do upatrzonego z góry szlaku na przełaj taką niby łączką. I szybciutko wróciliśmy. Buty mam nieprzemakalne, trochę zapadł mi się nosek, ale stąpanie po dziwnym podłożu i zastanawianie się, kiedy zacznie się takie trochę bardziej bagno i będziemy mieli okazję stać się jednym z bog bodiesnah, to nie dla mnie. Mówiąc krótko, pod wpływem delikatnej perswazji natury spuściliśmy z tonu i zamiast przecierać szlaki, na których i tak już owce z pewnością nas wyprzedziły, wycofaliśmy się na z góry upatrzone pozycje i podjechaliśmy pod park narodowy przy Letterfrack, Leitir Fraic. Po drodze zrobiłam zdjęcie orzechowego sadu z którego próbowaliśmy wystartować na przełaj:

Connemara 2

Tak, myślę, że sąsiednie wzniesienia patrzą na nas z lekkim politowaniem.

Na terenie parku są trzy ładne szlaki różniące się stopniem trudności. Są też zwierzęta, w tym owce, osiołki, pasikoniki i krówki. Pasikoniki są z rodzaju Connemary pony, Capaillín Chonamara, jedynych autochtonów rodzaju końskiego na wyspie. Jedni mówią, że konie te sprowadzili Wikingowie, inni, że to bezpośredni spadkobiercy nieistniejącej już rasy Irish hobby wyhodowanej w XIII wieku. Krówki jakie tu można zobaczyć to irish moiled, rzadko spotykane czerwone krowy z białym pasem na plecach, ich hodowla rozpoczęła się na wyspie w IV wieku a pod koniec lat 70-tych było ich zaledwie około 30 sztuk; black galloway, zadziorne, czarne krowy, które przyjechały na te tereny w XIX wieku ze Szkocji i czarne krowy z Kerry, podobno jedna ze starszych ras europejskich.

Byliśmy i my, na samym szczycie górki o nazwie Diamond Hill, po irlandzku Binn Ghuaire, lub w zanglicyzowanej wersji Bengooria. Raptem 442 m n.p.m., więc znów  niby tak śmiesznie, bo na co tu wchodzić? Zawsze jest na co, taki to kraj. Dwa razy nie wiedziałam, którą nóżką dać do przodu, bo zrobiło się stromo, nawet trochę bardzo. Wspaniałe w tej górze były widoki na wyższe siostry Twelve Bens, Na Beanna Beola, piękne szczyty o wysokości pomiędzy 526 m do 729 m, z których jeden śmieje się z nas, że chcieliśmy go podejść od strony torfowisk. A to już widok z Diamond Hill na koronkowe wybrzeże zachodniej Irlandii:

Diamond Hill 1

I koleżanki po drugiej stronie, trochę zadzierające nosa, otoczone torfowiskami, wymuskane przez wiatr:

Instagram: @świechna

Torfowiska … pierwszy raz w życiu widziałam ich tyle na raz, także pierwszy raz widziałam tak dużo miejsc, gdzie wydobywa się torf i go suszy. Nawet na terenie parku przechodziliśmy obok zagłębień po odkrywkach. Czytałam, że w regionach, gdzie mało jest drzew torfu używano nawet do budowania domów, ale nie wiem, czy tak było w Connemarze. Dzikość Connemary jest inną dzikością niż ta pomiędzy górami Kerry. Kerry mówi od razu: jestem strome i nieprzyjazne, uważaj, bo coś Ci może spaść na głowę. Connemara jest miła. Dopóki trzymasz się szlaku. Bagna nie od razu wyglądają na bagna, siedliska ludzkie są jednak mocno rozproszone, co jest pierwszą wskazówką, że nie wszędzie gdzie chce się pójść na skróty, faktycznie pójść warto. I tu powracam do mądrości Stefana i jego kolegów, którzy lubią asfalt. Po pierwsze, po co się męczyć, po drugie, po co się topić, życie jest piękne. Z całą pewnością nie byliśmy w regionie najbardziej zabagnionym, bo te są w Irlandii bardziej na północ, ale Alcock i Brown, autorzy pierwszego nieprzerwanego przelotu nad Atlantykiem, skaptowali niedaleko Clifden, An Clochán, właśnie w trzęsawisku.

Schodziliśmy z Diamond Hill około siódmej wieczorem, niewiele było już ludzi, chociaż na płaskiej części szlaku minęło nas parę osób idących w przeciwnym kierunku. Nasza opieszałość została nagrodzona bliskim spotkaniem z kozami mroku. Były trochę zaskoczone nasza obecnością, ale nie odeszły daleko, jadły spokojnie kolację z małymi, widząc, że najwyraźniej też jesteśmy kozami mroku, tylko z innego regionu:

Diuamond Hill 2

Owieczki także towarzyszyły nam w tej wędrówce, mądre, ostrożne, nie łase na bliskie spotkania z turystami. Zeszliśmy ze szlaku przez bog trail i mogliśmy zobaczyć naszą górkę złocącą się w promieniach zachodzącego słońca:

Instagram: @świechna

Po powrocie na parking w Letterfrack (ciągle śmieję się z nazwy wsi. Let her fuck, o jak ładnie, dziękuję! … Leitir Fraic naprawdę znaczy po irlandzku Nakrapiany Pagórek, ale wymowa rozśmiesza mnie) obraliśmy jeszcze jeden kierunek … miejsce, gdzie wylądowali w 1919 roku Alcock i Brown. To poniżej Clifden, jeszcze bliżej Atlantyku. W pobliżu był taki oto pasikonik:

somewhere near Clifden

Widoki na plażę i migocącą wodę wspaniałe … i meszki, które chciały nas zeżreć bez znieczulenia. Są na pięknych zdjęciach po prostu rzeczy, których nie widać. Mieliśmy świetny timing, byliśmy w okolicy dokładnie o tyle wcześnie, żeby złapać pomnik upamiętniający pierwszy przelot w promieniach znikającego słońca. Ale piękniejszy od pomnika, który przedstawia fragment ogona samolotu, są góry widziane z tego miejsca. Taka ta Irlandia:

Alcock and Brown place

Cieszę się, że dopisała nam pogoda i mogliśmy się tego dnia wybrać na naprawdę dłuuugi spacer. Przygotowuję się do bitew sesyjnych i w przerwach ciepło mi na sercu, że takie mam życie. Przerwy na kawę, muzyka w samochodzie, tak zawsze chciałam i samo się zrobiło. W drodze powrotnej grała nam płyta Janis Joplin … to już lato, tutaj w Irlandii …

Janis Joplin – Summertime 1969