Archiwa tagu: książki

Za oknem wiatr, w środku ciepło.

Przed południem wpadła nam do domu przez otwór w drzwiach przesyłka z Polski. Teściowie dbają o analogową tradycję, nadal wysyłają myśli na papierze. Dostaliśmy pocztówkę przedstawiającą piekarnię Sarzyńskiego w Kazimierzu i starannie zapakowany, nowy tomik Cz.M. Szczepaniaka. Na pierwszej stronie precyzyjnie doklejono wiersz o Michale, który już tutaj publikowałam.

Rysiu przedstawia więc tomik wierszy, który dzisiaj wieczorem przeczytam, „Zabrałem milczenie, słowo daję”, niszowy nakład mamiko.pl:

Oprócz wklejki, na pierwszej stronie jeszcze kilka słów skreślonych ręką teścia. Ładny prezent na taki dzień jak dzisiaj. Wieje straszliwie, krzew po drugiej stronie drogi gnie się do ziemi i walczy. Gniewa mnie bardzo, że w taką pogodę Kraciasty musiał jechać na zachodnie wybrzeże. Jest już w drodze, zabrał ze soba ciepłą kurtkę i śpiwór, tak na wszelki wypadek. Może go jeszcze zawrócą.

Przyglądam się ostrzeżeniom pogodowym. Hrabstwo Sligo ma do godziny szóstej ogłoszony alarm żółty (podobnie jest u nas), ale już w sąsiadującym z nim Mayo jest alarm pomarańczowy ogłoszony na całą najbliższą noc. Prognozy dla wybrzeża przestrzegają przed dziesiątką. Rysio wcale nie śpi, zakopał się w kołdrę, tylko czasami podnosi głowę i łypie na mnie okiem. Dobrze, że mam dom mamo, bez domu co by ze mną było? Wiatr bawi się jakimiś metalowymi wihajstrami, czasami z całą siłą próbuje staranować drzwi wejściowe. Znajduję na półce jeszcze jeden tomik Szczepaniaka, „Zapisz jako Wleń”, przysłany nam przez teściów w grudniu zeszłego roku, wydany w nakładzie 30 (!) egzemplarzy. W środku jest kilka rodzinnych zdjęć i nadryziony opłatek. Kawa, poczytam, poczekam.

Reklamy

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Honeymoon (1). Podróż na wschód.

To pierwsze zdjęcie jest tak piękne, że zastanawiałam się czy nie zostawić wszystkiego bez komentarza 🙂 Pójdę na łatwiznę, myślę sobie, bo tyle słów trzeba napisać na klawiaturze bez liter „e” i „w”. Zbiorę się w sobie …

W zeszłą niedzielę rozpoczęliśmy naszą podróż na wschód z niemałym poślizgiem. Poślizg był związany z problemami dnia poprzedniego, musieliśmy zrobić co musieliśmy zrobić i dopiero późnym popołudniem zjechaliśmy z Dolnego Śląska na obiad kilka km od Praszki. Praschkau, prawie na granicy opolskiego i łódzkiego, miasteczko leży nad Prosną płynącą w kierunku Kalisza i ziem z których pochodzi rodzina mojej mamy. U cioci zastaliśmy teściów, którzy towarzyszyli nam chwilę przed własną podróżą. Posiłek i zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia … nigdy do tej pory nie widziałam Kraciastego w wydaniu małoletnim … nie wierzę w parapsychologiczne pierdy i wiem, że to tylko wzruszenie, ale czułam, że znałam tego chłopaka od dawna, że był moim niewidzialnym przyjacielem, gdy miałam 5 lat 😉 Chłopak z moich snów. Dzisiaj nad ranem nasza wieś jak w bajce, cała w morskiej mgle, a mój chłopak ze snów zakłada coś na siebie i idzie szukać kota, który nie wrócił do domu na noc. Nie wybrałabym nikogo innego …

Wracając do podróży … następnego dnia było śniadanie, rozmawialiśmy o ateizmie i dziadku – francuskim komuniście, po czym pora nam było jechać. Poniedziałek. Za oknem deszcz aż do Krakowa. Przejeżdżamy przez Konopiska, gdzie mieszka Kamila, S1 na Myslovitz, potem A4 do Jarosławia. Tam się zatrzymaliśmy, żeby zregenerować siły i obejść Rynek …

Jesteśmy już na tym naszym wschodzie, pogoda bardziej niż piękna, a ja nie mam ani jednej sukienki. Rynek po południu wymarły, a my kręcimy się w kółko i zachwycamy się … ja robię zdjęcia telefonem, Kraciasty robi swoje aparatem, czasem wchodzę mu w kadr:

Widoki psują zaparkowane w Rynku samochody. Prawie nikt tu nie spaceruje o tej porze (przechodzenie to jeszcze nie spacer), za to samochodów zaparkowanych jest mnóstwo, jakby miasto było pełne ludzi z obłożnie chorymi nogami.

Zupełnie nie szukając znaleźliśmy dawną Dużą Synagogę. Przed wojną Żydzi stanowili tutaj ok. 20% ludności. Jarosław to pierwsze miejsce, gdzie wyraźnie widzę, że po ludziach zostały głównie domy i jakby mniej pamięci … ten wybudowano w 1811 roku.

Pijemy kawę we Fragoli na Rynku i jedziemy dalej (przed tą kawiarnią siedzi siwowłosa pani i delektuje się jakimś napojem, patrzy przed siebie w zadumie – zgaduję w głowie, że nie jest stąd. Nie mylę się, słyszę potem, że mówi po niemiecku). W drodze do pierwszego noclegu minęliśmy Wiązownicę i Majdan Sieniawski. Drewniane domy, trochę ich jest, ale znikają. W którymś mieszkała moja prababcia, w innym może babcia Kraciastego. Gdy robię zdjęcia jednego, zgłasza do mnie pretensje starsza pani. Przepraszam, powinnam była zapytać. Ale w głowie myśli mi się: pewnie ukradłaś. Mówię jedno nazwisko. Niby miejscowa, a nie zna. Inni świadkowie tamtych czasów już nie za bardzo wiedzą kto gdzie mieszkał, tam albo tam. Zapominamy, że zmrok zapada szybko, inaczej niż w Irlandii.

Ostatnie kilometry w kierunku Guciowa pokonujemy w zupełnej ciemności … gdy dojeżdżamy dezorientacja. Są jakieś domy, jest pies, ale jest i latarka taty, więc Kraciasty znajduje po 15 minutach pana, który to ogarnia. Mroczny dom z podwórka wygląda tak:

W przedsionku czai się wielki boiler. Mamy pokój na poddaszu, z ciepłym prysznicem, ręcznikami, czajnikiem … jest wspaniale. Na dobranoc Kochany opowiada mi o liczbach zespolonych i osi liczb urojonych 😀 O tylu rzeczach nie mam bladego pojęcia.

Sypialnia jest adekwatnie nazwana pokojem wschodnim (jak widzisz, wszystko się nam układa w całość 😉 ). I o poranku mamy z okna taki widok:

Wtorek. Kraciasty wypatruje przez obiektyw aparatu miejscowych, zajętych swoimi sprawami:

Zagroda Guciów prowadzona przez Jachymków to agroturystyka i prywatny skansen, znajduje się na Roztoczu Środkowym, w drodze pomiędzy Zwierzyńcem i Kransobrodem. Na wzgórzu przy wiosce wg badań archeologicznych znajdował się jeden z wielu grodów czerwieńskich z X-XI wieku. Gdy rano wychodzimy przed dom w którym wykupiliśmy dwa noclegi jest pięknie, zielono, cicho.

W zasadzie mieliśmy, przynajmniej ja miałam, plany pomknięcia od razu do jakiegoś większego miejsca, ale po śniadaniu okazało się, że w cenie noclegu mamy też zwiedzanie skansenu i była to bardzo dobra decyzja. Zobaczyłam trochę rzeczy, które są mi znane z życia mojej prababci, usłyszałam ciekawe historie, inne spojrzenie na świat, od tej wschodniej strony.

W skansenie zobaczyć można również kolekcję meteorytów, tropy dinozaurów, które żyły na terenie Roztocza czy największy amonit w Polsce. Oprowadzał nas lokalny patriota, który może trochę koloryzował, było to jednak oprowadzanie z miłością do zamojszczyzny.

Dopiero po godzinnym spacerze w obrębie skansenu udaliśmy się w kierunku Zamościa. To fragment starej Bramy Lwowskiej (bo jest i nowa) z przedstawieniem Jezusa i niewiernego Tomasza, z których nic sobie nie robią zamojskie gołębie. W kazamacie tej bramy był więziony jakiś czas Walerian Łukasiński:

Stare miasto trochę rozprute, bo od strony z której nadeszliśmy akurat odbudowuje się Kościół Zwiastowania, który przez większość XX wieku pełnił inne funkcje (magazyn, kino, szkoła plastyczna). Coś tam grzebią, jest przy tym dużo hałasu, więc doceniliśmy też inne, spokojniejsze spotkania:

Zamość jest oczywiście piękny, choć w Rynku parasole z nazwami piw zasłaniają nazwy restauracji, co jest dość irytujące. Nazwy piw mnie nie interesują 🙂 Zajrzeliśmy do Padwy na Staszica, żeby się posilić i stamtąd zagadałam do Stacha, czy ma ochotę spotkać się wieczorem gdzieś w drodze. Obok kupujemy dla jednej z naszych cat sitterek małego, czerwonego kota, wiemy, że zbiera.

Miasto zachwyciło mnie wieloma miejscami, jak te ormiańskie kamienice z XVII wieku (od lewej Bartoszewiczów, Pod Małżeństwem i Sołtanowska):

Jaskrawe, każda z własną historią, jeszcze w latach 70-tych wyglądały zwyczajniej, wyraźnie widać było ich dachy i dopiero projekt konserwacyjny przywrócił im attyki (te postrzępione fryzurki na górze), choć nie są one odbudowane na podstawie archiwaliów, a stanowią raczej wariację „na temat”. Pamiętasz pana Wiktora Zina i jego „Piórkiem i węglem”? On ci to był autorem projektu.

Przez Rynek Solny doszliśmy też do najlepiej zachowanej późnorenesansowej synagogi w Polsce. Zbudowali ją w początkach XVII wieku Żydzi sefardyjscy (wypędzeni z Hiszpanii – Polskę zamieszkiwali głównie Żydzi aszkenazyjscy, posługujący się jidysz). Byliśmy tylko na zewnątrz, przyjrzałam się temu drzewu … rajska jabłoń, najprawdopodobniej.

Pod synagogą była też instalacja dotycząca urodzonej w Zamościu Róży Luksemburg, przypominająca tę postać i fakt świadomego zacierania pamięci i niej.

Krążąc po mieście dotarliśmy do Rynku Wodnego przy którym mieści się trzypiętrowa kamienica nazywana Centralką. Przed II wojną mieszkał w niej i tworzył Bolesław Leśmian. W wybudowanym w 1911 gmachu mieścił się także hotel, który był pierwszym budynkiem w Zamościu oświetlanym żarówkami elektrycznymi 🙂 Współczesnemu rynkowi pan Leśmian przygląda się z drzewa w parku:

Na rogu Centralki jest teraz księgarnia „Dom książki”, kupiliśmy w niej spore tomisko „Sodomy. Hipokryzja i władza w Watykanie” F. Martela wydane przez Agorę. Może uzbiera się kilka książek na post antyklerykalny, kto wie 😉

Tak jak przewidywaliśmy, Stachu nie miał czasu, pomimo to chcieliśmy wieczorem napić się gdzieś kawy „na mieście” i zamiast wracać na nocleg, pojechaliśmy na spacer do Krasnobrodu. Okazało się, że jesteśmy trochę późno jak na standardy miasteczka, zamiast na kawę poszliśmy więc na spacer nad pustoszejący zalew. Kafejki i fastfoodownie były już zamykane … na molu towarzyszyły nam osy na które tym razem reagowałam dość nerwowo. Zmęczenie podróżnicze dawało o sobie znać, widoki wynagradzały jednak wiele …

Przed zmierzchem zajrzeliśmy na chwilę do barokowego kościoła Nawiedzenia, msza chyba się kończyła, ale prowadzący ciągnął temat i nie chcieliśmy mu przeszkadzać. Budowlę ufundowała Marysieńska, znajduje się w niej podobizna Matki Boskiej Krasnobrodzkiej, malutki metaloryt, który wygląda jak kartka wyrwana z książki. Jego historia sięga powstania Chmielnickiego.

W podróży będzie nam towarzyszył pełniejący księżyc, na tym zdjęciu powyżej też się wepchnął. Tak minął nam wtorek. Jeszcze tylko wizyta w Biedronce, żeby kupić chipsy i możemy wracać pod gont. Rano ponownie budzi nas światło ze wschodu … wstaje dobry dzień. Dobra środa, śniadanie jemy powoli …

Zapachniało jesienią.

Ryszard coraz częściej po porannym posiłku nurkuje w rozkopanych pieleszach naszego łóżka, w tk-maxxie, w którym zazwyczaj robimy zakupy ubraniowe, pojawiły się już czarne koty, trumienki i płyty nagrobne, na filmiku Stacey są pierwsze dynie. Lubię jesień. Kiedy mieszkałam w Polsce, po pracy wychodziłam z herbatą na ławeczkę, żeby wygrzać się w zachodzącym słońcu, a o tej porze roku nabierało to wyjątkowego znaczenia. Tutaj jest trochę inaczej – deszcz zachęca do siedzenia przy kawie i wyglądania przez okno z jakiegoś ciepłego pomieszczenia. Dostosowujemy się. Niedługo mój ciemnozielony płaszcz wróci do łask 🙂

Co jeszcze się robi? Rozwiązujemy drobne problemy związane z naszym wyjazdem. Kraciasty uśmiechał się do siebie siedząc przed komputerem, bo dostał zaproszenie na wernisaż i chce napisać, że nie może, bo tego dnia ma ślub, swój własny. Czytam recenzję przekładu książki Olgi Tokarczuk – „Prowadź swój pług przez kości umarłych” po raz kolejny wydano po angielsku. Przy okazji myślę o Eileen, pobieżnie przeglądam jej artykuły w The Irish Times. Wieczorem zacznę pakować walizki … buty, prezenty, trochę tego jest do upchania. Jestem po dwóch długich dniach w pracy, a słońce schowane za chmurami nie zachęca do szalonej aktywności (warto spojrzeć na kota). Więc na tę chwilę zalegam na krześle, nadrabiam oglądanie filmików na youtubie i obserwuję jak Kraciasty robi kotlety mielone i gulasz. Odkładam na później pisanie o opętaniu i egorcystach. Sądzę też z falowania mojej energii, że nie będzie mnie tu jakieś dwa tygodnie. Mam nadzieję na powrót z ciekawymi zdjęciami z Polski. Zostawiam Tobie, Czytelniku, fotografię z Politajewa, przy okazji uświadamiając sobie, że nie byłam tam przez cały 2019 rok. Zrobiłam ją 11 listopada 2 lata temu. Dbaj o siebie i pamiętaj, aby dzień święty święcić. Do poczytania 😉

Instagram: @świechna

Trzy grube książki.

– Lubię grube książki, można się zanużyć – oświadczyła mi kiedyś G. wskakując na golasa do łóżka z opasłym tomiszczem Kinga. Tak było 🙂 G. przyjeżdża do naszego domu we wrześniu w charakterze cat sitterki – nie spotkamy się, Rysiu zda nam relację.

Moje aktualne „grube książki” są takie oto:

Z długimi lekturami u mnie marniutko, bo cierpię na czytelnicze adhd. „Puszczę” zaczęłam podczytywać w zeszłym roku i obiecuję sobie, że wracam, że dokończę przez wrześniem, co byłoby nie lada wyczynem, bo jestem na jej początku (osiemdziesiąta szósta strona). Czyta mi się ją bardzo ciężko – zbyt się ze wszystkim utożsamiam, z całym tym wytraconym bogactwem.

Rosomak boi się człowieka, a więc unika go jak może. Jest mistrzem ucieczki – nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.

Tak, utożsamiam się z rosomakami. Takie fragmenty zostawiają we mnie wyrwy, przestaję wtedy czytać i krążę po kuchni zaparzając sobie bezmyślnie kolejną herbatę. Mija trochę czasu, zanim zacznę ponownie … to może być nawet cała wiosna 🙂 . Mówię sobie zmuś się, bo to jest ważne. I postanawiam się zmusić. Biere, czytam, krążę, i herbata z Tesco.

Gdzieś „pomiędzy” zapuszczam żurawia do wspominek zebranych przez Stelmacha o Ciechowskim. Od wiosny Republika leciała w naszym samochodzie przy okazji każdej podróży, więc czytaniu pierwszych stron towarzyszył spory entuzjazm. Ale … recenzja na teraz: spodziewałam się czegoś lepszego. Wypowiedzi córki Ciechowskiego brzmią jak szkolne wypracowania. Cholernie mnie to odrzuca. Nie wiem, czy to nie będzie książka odłożona na o-wiele-dłużej, cicho i bez ostrzeżenia. Na razie jest lekturą informacyją, nie-dla-przyjemności, więc nie wyznaczam sobie deadline’u.

„Księgi” Tokarczuk obwąchuję zaś nabożnie, czuję, że to może być samo dobro, ale jeszcze na nie nie czas. Wyobrażam sobie, że jest książką jesienno-zimową, która smakuje jak herbata z miodem, gdy za oknem deszcz zacina poziomo. Już trochę znam Tokarczuk – drąży szczegóły, chce się ją czytać z mapą pod ręką, z podręcznikiem do historii, ze słownikiem dziwnych słów. Plan: zakończyć w tym roku.

Gdzie mi tam więc do G., która książki po osiemset stron przegryza w dwie-trzy gołe noce. Z drugiej strony jesteśmy podobne w innych, znacznie ważniejszych sprawach 🙂 Tymczasem Kraciasty ma ambitny plan przeczytania Biblii. Dodam, że Biblii jeszcze nie mamy, ale planujemy mieć za sprawą dogodnego przypadku 😀 Biblia jest w moim rodzinnym domu, nadryziona przez któregoś ząbkującego kota (choćby po to warto mieć zwierzaki). Osobiście chcę przeczytać tłumaczenie ekumeniczne, ale kiedy to nastąpi, skoro ponaczynałam te spaślaki, tego nie umiem określić. Wspomniałam, że zaczęłam w tym samym czasie trzy kursy językowe i mam je wykupione do stycznia, a same się nie robią? Tak to ze mną jest. A jak tam u Ciebie z czytaniem opasłych tomów? 😉 I … czyżby jutro poniedziałek?

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła”. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was”, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic” opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic” miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi” czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Tylko nie mów nikomu Sekielskiego.

Ledwo wczoraj coś wpisałam, a już znowu przyłażę z czymś do Ciebie … a niby taka zajęta 😉 No cóż, siedzę tu z umytymi włosami, po dziewięciu godzinach pracy, i czuję, że chcę to napisać jeszcze dzisiaj … nie będę się powstrzymywała, zagryzam to śledziem w occie i lecim z tematem.

Wczoraj miał swoją premierę film Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu”. Można obejrzeć go legalnie na YT, więc nie będę referowała od ofiary do ofiary o czym to idzie. Film trwa dwie godziny, obejrzyj, a ja napiszę moje przemyślenia pod spodem, tak, żebyś mógł sobie je pominąć, jeśli taka wola:

Film nie stawia więcej tez niż te, które poruszono w „Klerze”. Można nawet odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy byli na gorącej linii. Niektóre wydarzenia przedstawione w dokumencie zostały zarejestrowane po premierze filmu Smarzowskiego. Czy więc ten film zmienił coś w postępowaniu hierarchów polskiego Kościoła? Raczej nic. Czy ten dokument coś zmieni? Raczej nie sądzę. Ta gleba jest mocno nasiąknięta dulszczyzną i choć dziś wielu głosi, że los ofiar ich obchodzi, jutro ręka biskupia będzie całowana.

Reakcje księży na dochodzenie reżysera są ilustracją mechanizmów jakimi rządzą się sekty – uwodzenie, wymaganie podporządkowania się, dezinformacja. Osoba skarżąca na przesłuchanie kościelne musi pójść sama, bez wsparcia bliskich, bez wsparcia psychologa, musi przysięgać, że nic z tego o czym rozmawia (w swojej własnej sprawie!) nie wyjdzie za zamknięte drzwi … Księża złapani w drodze może i chcą rozmawiać, ale za chwilę grupka rozbiega się jak stado kuropatw (metoda: trzeba iść szybko i wyglądać na zajętego) … Nikt nie może prowadzić rekolekcji bez listu biskupiego. Ksiądz pedofil nie został skierowany na rekolekcje przez biskupa, ale czy ksiądz może prowadzić rekolekcje bez wiedzy biskupa? No nie może. Kto więc wydał pozwolenie? … ? … Czy pan Dziwisz jest teraz wolny? Nie ma go. Jest msza. Jest obiad. Ktoś wyjechał na rehabilitację. Będzie później. Teraz i tu go nie ma. Ale on jest w środku. Nie ma go tam. Ale on jest w środku. To jest miejsce prywatne i on ma prawo tam być. Zakonnice i klerycy kłamią tak łatwo jakby łykali cukierki, i … wierzę im. Oni naprawdę zapominają swoje kłamstwo po minucie. Zagadnęły ich przecież jakieś namolne wszy, wrogowie Kościoła. Kogokolwiek szukasz, tutaj go nie ma.

Jak wygląda reakcja hardkorowych wiernych … „Kler” był zły, nie oglądali, bo jest to atak na Kościół. Teraz pojawił się jednak dysonans poznawczy: na temat dokumentu wypowiedział się prymas, na dodatek z troską. Może trzeba zareagować, udać, że to ich cokolwiek obchodzi, więc … po krótkim odnotowaniu faktu, strony, profile, blogi wyznawców zamilkły … nie mów nikomu. Najczęściej stało się to po zacytowaniu w całości „zatroskanego” oświadczenie prymasa, zresztą po to ono zostało opublikowane – żeby np. onet wkleił je na pierwszą stronę. Jeśli obejrzysz film do końca, wiesz, że nic z tego nie wynika. Dlaczego tak późno sprawy są zgłaszane? To częste pytanie, szczególnie wśród grupy „zatroskanych”, ale nikt nie umie powiedzieć, kiedy byłby ten dobry moment … wyobraź sobie, że przychodzisz do takiego hardkorowego rodzica, który stręczy księdzu swoje dziecko, bo jest okazja kilkudniowego wyjazdu za granicę, i opowiadasz mu o sytuacji intymnej dziecko-ksiądz. Sądzisz, że to byłby ten dobry moment?

tylko nie mów nikomu sekielski
kadr z filmu

Kwestia świadków i dobrego momentu … ofiary wybierają ten jeden, gdy są już na tyle silne, żeby udźwignąć świadomość tego, że nikt się za nimi nie ujmie. Wielu nigdy tego stanu nie osiąga. Gdy bohaterka wraca na miejsce swoich tortur uświadamiam sobie, że w tej miejscowości mieszka kilka innych kobiet, jej koleżanek, które były gwałcone przez tego samego księdza. Zapewne żadna z nich swojej historii nie opowie. Zastanawiam się czy one chodzą na msze i biorą Eucharystię do ust prosto z rąk księdza, jak nakazuje Tradycja …

Moją ogromną sympatię wzbudziła jedna z postaci – prawnik, który pomaga ofiarom molestowań, ale jednocześnie sam jest jedną z ofiar. Widzę, że opakował swoje doświadczenie w humor i chłód. Uczynił ze swojej misji rodzaj sportu – straszenie rozbiegających się kuropatw sprawia mu chyba przyjemność, choć wydaje się to być akt pozbawiony złudzeń … każdy nie daje sobie rady na własny sposób … dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na półce leży i czeka na przeczytanie jego mocna książka, którą Kraciasty przywiózł za którymś razem z dolnośląskich wojaży – „Kroniki opętanej” wydana  przez Krytykę Polityczną.

Sprawa mediów … chwilowo media są dokumentem zachwycone – ktoś (Sekielski) z grupką znajomych zajął się śliskim tematem za pieniądze, które sam zebrał, i wystawił się osobiście na ewentualne strzały. Dlaczego żadne z opiniotwórczych mediów nie podjęło dochodzenia lata temu? Gdzie są wywiady w których zostałyby postawione jasno sformułowane pytania a rozmówca nie mógłby skręcić w stronę wyuczonej formułki o miłosierdziu oraz tym, że z grubsza zawdzięczamy mu w s z y s t k o? Media chętnie tropią i dręczą pytaniami ofiary, choć z kolei adres kurii można znaleźć za pomocą kilku klików. Polskie dziennikarstwo jest jak nasza moda uliczna w małych miasteczkach – bez jaj.

I ostatnie: oświadczenie prymasa. Metoda zdartej płyty. Poruszony, dziękuję, zrobię wszystko, dokument papieża, trzeba wyjaśnić, musimy chronić. Z dokumentu, który zawiera świeże wydarzenia, mające miejsce już po premierze „Kleru”, jasno wynika, że nic takiego jak naprawa tej sytuacji nie ma w Episkopacie miejsca. Schemat jest prosty: przeciągać sprawę tak długo, aż kat będzie za stary, by domagać się zadośćuczynienia. Można dojść do przekonania, że biskupi w Boga czy boską sprawiedliwość nie wierzą. W końcu tu na ziemi blokują działanie sprawiedliwości najwyraźniej w przekonaniu, że po śmierci nie zostaną za to pociągnięci do żadnej odpowiedzialności. Ma to mocne ugruntowanie w pontyfikacie Wojtyły: dopiero w 2001 roku przestało obowiązywać „Crimen sollicitationis”, wcześniej, czyli przez ponad 20 lat pontyfikatu JPII, sprawy pedofilii zgodnie z tym dokumentem były zamiatane pod dywan. Hierarchów polskiego kościoła oglądamy w filmie dzięki wstawkom z różnych programów – odmówili Sekielskiemu komentarza lub nie chciało im się nawet odmówiać. Odmówił także prymas Polak (bo mu się dokument nie podobał), ale za to wiesz, że udzielił komentarza poza dokumentem (gdyż obejrzał go z troską i już mu się podoba), aby sprzedać swoją narrację. Udzielni książęta, mówiąc swoim poddanym cokolwiek, nadal mają się dobrze w swoich pałacach.

W onetowskiej recenzji Węglarczyk dopatrzył się światełka nadziei. Nie powstrzymam się przed spoilerem: autorem listu czytanym pod koniec filmu przez Sekielskiego jest ksiądz, który jako dziecko sam był molestowany przez księdza. Że niby jest to zaskakujący i jakże fortunny zwrot akcji … a pamiętasz ten wątek w „Klerze”? Pamiętasz jakie to miało następstwa w fabule i jak ten wątek u Smarzowskiego się zakończył?  „Z pewnością także ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele”, oświadczył Gądecki, który wcześniej odmówił udziału w filmie. I nie wiem zupełnie dlaczego, gdy przeczytałam to jego zdanie, pomyślałam sobie „chrum chrum?”.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe” przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Książka Tuska, książka Ani.

dwie książki (2)

Ewidentnie można nazwać to zdjęcie: Rysiu przedstawia …

A sytuacja jest taka, że za każdym razem, gdy latamy, w walizkach przewozimy różne rzeczy. Nigdy nie są to butelki wódki. Tak mi się teraz przypomniało, że gdy siedziałam na lotnisku we Wro, nieznana kobieta uraczyła mnie półgodzinnym rozważaniem na temat tego jak to nie wiedziała, że w podręcznym nie można przewozić flaszek, więc musiała dokupić dodatkowy bagaż, gdyż się jej irlandzcy znajomi nie mogli wprost doczekać smaku polskiej wódki (wiadomo, że ta w polskich sklepach jest nieprawdziwa … może wiadomo, może nie, ja tam nie wiedziałam) … anyway … nigdy nie są to butelki wódki, książki natomiast i owszem. Pokażę Ci dwie spore książki z kilku, które Kraciasty przytaszczył w zeszły piątek. Coś starego i coś nowego. Jedną, którą kupiłam przez allegro, napisał … Tusk Donald.

dwie książki (3)

Album „Pojezierze Kaszubskie” zilustrował Jerzy Baranowski, tekstem opatrzył Doland Tusk, były premier RP i obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Książkę opublikowało wydawnictwo „Sport i Turystyka” w roku … 1985. Wydawnictwo to istniało od 1953 roku, po ogłoszeniu upadłości w latach 90-tych jego majątek przejęło wydawnictwo „Muza”.

dwie książki (4)

Nigdy świadomie nie byłam na Pojezierzu Kaszubskim, tzn. nigdy nie pojechałam nad polskie morze, żeby akurat kaszubskiej kultury tam poszukiwać. Album w jakiś sposób rekompensuje mi moje niedouczenie w temacie. Jest to rekompensata nieco spóźniona, bo zdjęcia przedstawiają stan pojezierza sprzed ponad trzydziestu lat. Gdzieś w tamtych latach miała miejsce moja pierwsza wyprawa z rodzicami nad morze. Przypominam sobie, że mam z niej czarno-białe zdjęcia, ze mną w sztruksowych spodniach, z krótkimi włosami, stojącą na falochronie.

Jestem zaskoczona stanem albumu – prawdopodobnie brakuje mu obwoluty, natomiast sama książka jest niemalże nietknięta zębem czasu, zażółcenia są minimalne, w zasadzie niewidoczne na pierwszy rzut oka.

dwie książki (5)

Ponieważ to głos z przeszłości, zapewne będę sprawdzała wiele informacji z drżącym sercem … czy te miejsca jeszcze trwają, czy nie zostały zaorane, nie rozsypały się w pył …

dwie książki (6)

Rysiu przedstawia:
książka Ani Komsty „Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód” wydana przez jeleniogórskie AD REM.

A to już inny kraniec Polski, na dodatek historia „rozjechana” od Wschodu na Zachód. Rok temu pisałam na blogu, że Ania zbiera fundusze na wydanie książki kucharskiej. Zostało zebrane i jest. W takich sprawach kompletnie nie mam wyobraźni i nie wiedziałam czego oczekiwać, uważałam po prostu, że będzie to coś ładnego …

dwie książki (7)

„Opowieści stołu” nie są zwykłą książką kucharską. Pisana w okolicach wleńskich (Pilchowice), opowiada o smakach przywiezionych z Kresów, ale jest także spisem wspomnień kilkunastu kresowych rodzin, albumem rodzinnych zdjęć … książka kilka dni temu wyszła z drukarni, dziko i ostro pachnie nowością … Kraciasty dostał ją wczesnym porankiem, dzień przed oficjalną premierą, która miała miejsce w tę sobotę.

dwie książki (1)

Płynie z niej nauka za którą autorce dziękuję. Nauka ta brzmi: jeśli masz coś do opowiedzenia, pisz; jeśli chcesz, żeby przeczytali to ludzie, wydawaj. Ania Komsta zebrała wokół siebie osoby, które potrafią pięknie opowiadać słowem i obrazem, zebrała również fundusze i pokazała światu historie, które leżały jej na sercu. Nie jest to świat przedrukowany (zjawisko tak powszechne wśród albumów kulinarnych), który w kawałkach możesz znaleźć gdzie indziej. Ja z kolei nie mając wiele wspólnego z terenami kresowymi, lub też nic o tym nie wiedząc, a umiejscawiając swoje geny z dziada pradziada gdzieś pomiędzy Kaliszem, Sieradzem i Wieluniem, ciekawa jestem świata i ludzi, ich historii i smaków. Cieszę się więc na tę podróż jak dziecko 🙂

Takie moje dwie książki na wiosnę. Jest jeszcze opasła biografia Ciechowskiego i zaczęte tomiszcze Simony o puszczy, nietknięte Księgi Jakubowe, a przedwielkanocnie zostały mi dwa rozdziały z rozważań Eilstein o micie ukrzyżowania. Fju, fju, powiedziałby Ćwirek.

Leszy. Zamek Trim.

Jestem w trakcie oglądania pierwszych czterech „Narodzin gwiazdy” i lekko nie jest, bo ile można przetwarzać tę samą historię? O tym jeszcze napiszę, gdy dooglądam Barbrę, ale teraz chciałam Ci pokazać coś zupełnie innego.  Dzisiaj post dwa w jednym, z dwóch różnych stron Europy.

Rano obejrzałam krótkometrażowy film Pavla Soukupa, „Władca lasu”:

Uważam, że mitologia słowiańska jest spójniejsza i logiczniejsza od mitologii chrześcijańskiej, a już z pewnością od jej kościelnej wykładni. Film przypomina Leszego, mitycznego strażnika leśnego ładu. Miłego oglądania 😉

Pozostając na chwilę w temacie mitologii Słowian, Bosz jakiś czas temu wydało dwie książki „Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach” oraz „Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach”. Obydwie polecam dla grafiki, tekst raczej prosty i nie zgłębia tematu. Są to rzeczy dla osób, które o rodzimej mitologii wiedzą niewiele i nie mają się kogo zapytać 🙂

* * *

A to już zamek Trim, Caisleán Bhaile Atha Troim:

Zamek Trim (4)

Największy zamek normandzki na terenie Irlandii znajduje się w sąsiadującym z nami hrabstwie Meath. Został zbudowany w XII wieku przez Hugh de Lacy i jego syna Waltera 

W tygodniu nie można zwiedzać wieży, więc wybraliśmy się na tour de castle. Poniżej Kraciasty wszedł do dziury i zrobił z niej interesujące ujęcie zamku. Jego dziewczyna w żółtej smerfetce (czyli moi) stoi w zadumie:

Zamek Trim (6)

W filmie „Braveheart – Waleczne serce” Mela Gibsona zamek Trim zagrał ufortyfikowane, angielskie miasto York. Faktycznie York nic o tym nie wie, aby było zdobywane przez Wallace’a – bitwa została wymyślona na potrzeby filmu, bo główny bohater nigdy nie dotarł tak daleko na południe – ale Trim udawało York bardzo godnie.

Zamek Trim (5)

Zamek obeszliśmy naokoło obfocając go obficie z każdej strony, a to aparatem, a to telefonem. Imponująca ruina …

Zamek Trim (1)
Zamek Trim (2)

Ptaki bardzo doceniają takie podziurawione budowle – w przypadku zamku Trim są to wszechobecne tutaj kawki, które Kraciasty podglądał na zoomie:

Zamek Trim (7)

Po obejściu zamku przeszliśmy przez mostek na rzece Boyne, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Rzeka była dzisiaj wyjątkowo gniewna, zresztą w drodze powrotnej zauważyliśmy sporo podtopień.

zamek trim

Powyżej na filmiku widać najstarszy irlandzki most, który bez gruntownej przebudowy pełni do dzisiaj swoją funkcję. W XVIII i XIX wieku przeszedł wprawdzie kosmetyczne naprawy, ale jego niezmieniona konstrukcja pochodzi z lat 1330-50. Poniżej widok na Trim z poziomu rzeki:

Jak więc widać, po zejściu z pagórka, wybraliśmy spacer ścieżką tuż przy rzece, aż do mostu, którym biegnie droga 154. Zakręciliśmy, żeby dojść do zamku jeszcze raz od tej samej strony od której nadjechaliśmy samochodem. Zmieniła się pogoda, słońce oświetliło mury.

Zamek Trim (3)

Chętnie wrócę tutaj, gdy będziemy mogli spojrzeć na miasto z wieży. Chłód, który nadal trochę czuję, chociaż grzeję się pod kołdrą pisząc te słowa, leczyliśmy herbatką w lokalnym barze niejakiej Rachel. Gorąca herbata w chłodne dni jest jak ambrozja 🙂 A teraz ziewam, i Kraciasty ziewa, nosy mamy zimne, ale czekamy ze zgaszeniem światła na Ryszarda, który udał się w ciemność i do tej pory nie wrócił. Mam nadzieję, że podobał Ci się film o Leszym … o tekst nie pytam, pisałam go poziewując straszliwie, z umysłem zasnutym nadmorską mgłą i przerywając sobie dyskusją z Kraciastym o ludziach i stanach psychicznych. Dobranoc pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki. Nietoperze za kołnierze, a biedronki do skarbonki. Ślimaki w kozaki. Krety do skarpety. Mrówki do kryjówki. Szczury do rury. Dobranoc. Kolorowych snów. Rano zobaczymy się znów. Tak to właśnie szło …