Archiwa tagu: książki

Trzy grube książki.

– Lubię grube książki, można się zanużyć – oświadczyła mi kiedyś G. wskakując na golasa do łóżka z opasłym tomiszczem Kinga. Tak było 🙂 G. przyjeżdża do naszego domu we wrześniu w charakterze cat sitterki – nie spotkamy się, Rysiu zda nam relację.

Moje aktualne „grube książki” są takie oto:

Z długimi lekturami u mnie marniutko, bo cierpię na czytelnicze adhd. „Puszczę” zaczęłam podczytywać w zeszłym roku i obiecuję sobie, że wracam, że dokończę przez wrześniem, co byłoby nie lada wyczynem, bo jestem na jej początku (osiemdziesiąta szósta strona). Czyta mi się ją bardzo ciężko – zbyt się ze wszystkim utożsamiam, z całym tym wytraconym bogactwem.

Rosomak boi się człowieka, a więc unika go jak może. Jest mistrzem ucieczki – nie doścignie go nawet najsprawniejszy narciarz. Zdybany w norze, otoczony przez najbardziej cięte lapońskie psy pasterskie broni się bohatersko, długo i często skutecznie. I to jest jego największa zbrodnia.

Tak, utożsamiam się z rosomakami. Takie fragmenty zostawiają we mnie wyrwy, przestaję wtedy czytać i krążę po kuchni zaparzając sobie bezmyślnie kolejną herbatę. Mija trochę czasu, zanim zacznę ponownie … to może być nawet cała wiosna 🙂 . Mówię sobie zmuś się, bo to jest ważne. I postanawiam się zmusić. Biere, czytam, krążę, i herbata z Tesco.

Gdzieś „pomiędzy” zapuszczam żurawia do wspominek zebranych przez Stelmacha o Ciechowskim. Od wiosny Republika leciała w naszym samochodzie przy okazji każdej podróży, więc czytaniu pierwszych stron towarzyszył spory entuzjazm. Ale … recenzja na teraz: spodziewałam się czegoś lepszego. Wypowiedzi córki Ciechowskiego brzmią jak szkolne wypracowania. Cholernie mnie to odrzuca. Nie wiem, czy to nie będzie książka odłożona na o-wiele-dłużej, cicho i bez ostrzeżenia. Na razie jest lekturą informacyją, nie-dla-przyjemności, więc nie wyznaczam sobie deadline’u.

„Księgi” Tokarczuk obwąchuję zaś nabożnie, czuję, że to może być samo dobro, ale jeszcze na nie nie czas. Wyobrażam sobie, że jest książką jesienno-zimową, która smakuje jak herbata z miodem, gdy za oknem deszcz zacina poziomo. Już trochę znam Tokarczuk – drąży szczegóły, chce się ją czytać z mapą pod ręką, z podręcznikiem do historii, ze słownikiem dziwnych słów. Plan: zakończyć w tym roku.

Gdzie mi tam więc do G., która książki po osiemset stron przegryza w dwie-trzy gołe noce. Z drugiej strony jesteśmy podobne w innych, znacznie ważniejszych sprawach 🙂 Tymczasem Kraciasty ma ambitny plan przeczytania Biblii. Dodam, że Biblii jeszcze nie mamy, ale planujemy mieć za sprawą dogodnego przypadku 😀 Biblia jest w moim rodzinnym domu, nadryziona przez któregoś ząbkującego kota (choćby po to warto mieć zwierzaki). Osobiście chcę przeczytać tłumaczenie ekumeniczne, ale kiedy to nastąpi, skoro ponaczynałam te spaślaki, tego nie umiem określić. Wspomniałam, że zaczęłam w tym samym czasie trzy kursy językowe i mam je wykupione do stycznia, a same się nie robią? Tak to ze mną jest. A jak tam u Ciebie z czytaniem opasłych tomów? 😉 I … czyżby jutro poniedziałek?

Reklamy

Dwie książki Abramowicz.

Gdy w odległej przeszłości mijałam zakon boromeuszek, szczególnie gdy był akurat cichy wieczór nad małym miastem, zastanawiałam się jak siostry sobie tam radzą … bez telewizji. Takie dziecięce myśli, wcale nie antyklerykalne, ot ciekawiło mnie życie za grubymi murami, zastanawiałam się, czy te panie tęsknią do mamy, i czy można tam mieć kotka. Książka Marty Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu” wydawnictwa Krytyka Polityczna trochę zaspokaja moją dzięcięcą ciekawość, choć od razu Ci mówię, że opisane są w niej problemy, które pojawiają się w zakonach na gruncie polskim i nie stanowi to diagnozy życia zakonnego na świecie. 

Abramowicz napisała o grupie kobiet, które z przekonania weszły za kraty i z takiego samego przekonania zdecydowały się habit zrzucić. Pierwsze przekonanie jest uważane za wystarczające, drugie się podważa i traktuje jako przejaw niedojrzałości, mówią tak o tym same zakonnice, oczywiście te, które zostały. Zakonnice, które odeszły, były niedojrzałe. Tyle, że zgoła co innego wynika z lektury reportażu. Atutem postulantki jest jej młody wiek, im bardziej niedojrzała, tym lepiej. Kobiet starszych już się do (niektórych) zakonów nie przyjmuje, nie nadają się do odpowiedniej obróbki. Jedna z byłych, Agnieszka:

skończyła 23 lata, ale czuje się, jakby miała 18. Jakby czas stanął w momencie przekroczenia klasztornej bramy. Tak samo było z innymi siostrami. Przychodziły jako szesnastolatki i już nie dojrzewały. Trudno dojrzeć w izolacji.

Patrzę teraz na książkę, którą przeczytałam i widzę w niej mnóstwo podkreśleń, prawie na każdej stronie. O obłudzie, pieniądzach, przekrętach, niezrozumiałych decyzjach przełożonych, kumoterstwie, rozgoryczeniu, podsłuchach (!), wydarzeniach, które krótko można zdefiniować jako mobbing. Takie rzeczy dzieją się w wielu grupach społecznych, naiwnością byłoby sądzić, że tę akurat omijają. Pewnie niejeden skomentuje to: widziały gały co brały, ale sprawa wcale nie jest taka prosta. Wiele z przyszłych sióstr to osoby nie tylko pragnące do czegoś należeć, oczekujące prowadzenia, ale także osoby ideowe, wierzące w dobroć, uczciwość, sprawiedliwość. Gdy kobiety już są w środku, widzą rzeczy takimi jakimi one są: nie ma łaski boskiej, szerokiego uśmiechu sióstr z gitarami, które wcześniej naganiały do zgromadzenia, nie ma telewizji, jest cisza, a w tej ciszy należy prosić o pozwolenie na wszystko. Nie każda awansuje, któraś skończy swoją karierę na kurniku i bez znaczenia jest, jakie miała wcześniej predyspozycje. Nie każdy poddaje się obróbce, a tylko mając odpowiednio urobioną konsystencję można piąć się w górę. Wszystko zależy od przełożonej, ta zaś zazwyczaj utożsamia swoje przekonania z wolą boską … mechanizm prymitywny, ale przebrany w świętość okazuje się być prawie idealnym uzasadnieniem, przynajmniej dla tych, które wygodnie się umościły.

Dlaczego odchodzą? Z pewnością po lekturze nie da się tego łatwo sprowadzić do „chłopa sobie znalazła”. Abramowicz i o takim przypadku pisze, ale są inne … Dorota i Justyna, których zakon sam się pozbywa, gdy zaczynają mieć kłopoty psychiczne i nie mogą już ciężko pracować. Iwona, niezwykle zaangażowana, która nie wytrzymuje złego traktowania. Agnieszka, która idealistycznie chciała pomagać ludziom, ale choć zakon prowadzi kuchnie dla ubogich, posiłki są odpłatne, a jej to nie mieściło się w głowie. Zostały te, którym się mieściło … Wyjście wcale nie oznacza utraty wiary, niektóre nadal praktykują, choć jest i przypadek Joanny & Magdaleny, mieszkających razem anarcho-ateo-wege-feministek 🙂 Wyjść nie jest lekko, przecież przy wejściu towarzyszyło im mocne przekonanie, że czynią właściwie. Czasami wychodzenie jest procesem wieloletnim, czasami poprzedza go długotrwały ostracyzm, który w zamkniętej, homogenicznej społeczności jest zabójczy dla psychiki. A po wyjściu jest nic, żadnego cv, biała plama. Bo choć zakonnice pracują ciężko w roli służących, oficjalnie nie nabywają żadnych umiejętności.

Dlaczego więc odchodzą? U źródła może leżeć ważny aspekt funkcjonowania zakonów żeńskich w Polsce, jasno sformułowany w książce. Reformy Soboru Watykańskiego II w praktyce niczego w nich nie zmieniły. Zreformowały się zakony męskie, zreformowały się zakony żeńskie na świecie, w Polsce zgromadzenia żeńskie nadal, niejako z własnego pomysłu, funkcjonują w świecie św. Faustyny, faworyzowanego przez Karola Wojtyłę ideału posłuszeństwa, który ukończył trzy klasy i tyle mu wystarczyło … kojarzy mi się to z sytuacją, gdy matka lub babka  z afrykańskiej wioski prowadzi do obrzezania małą dziewczynkę. Tak musi być, kolejnemu pokoleniu nie może być lżej, bo to stawia pod znakiem zapytania ich własne cierpienie, które miało mieć głębszy sens … członkowie zakonów męskich patrzą na to i kręcą głowami. Mówią o tych kobietach nawet i dobre słowo, ale podejrzewam, że gdzieś tam wewnątrz mają wątpliwości. Przeczuwają, że one muszą być jakoś intelektualnie uwstecznione, aby chcieć tak żyć, bo jak inaczej to zjawisko wyjaśnić?

… wątpię czy warto poświęcać czas na przeczytanie dzienniczka Faustyny, ale z pewnością warto uważnie przeczytać książkę Abramowicz, ona otwiera oczy, mówi „postępujecie podle, ale widzimy was”, a to ma ogromne znaczenie dla tych, których spotkała niesprawiedliwość, bo milczenie w takiej sytuacji jest złem. Wydanie specjalne „Zakonnic” opowiada, co się wydarzyło od czasu pierwszej publikacji w 2016 … warto je u siebie mieć. A działo się. Byłe zakonnice założyły stowarzyszenie, które  pomaga kobietom po wyjściu z zakonu. Na podstawie książki powstał spektakl teatralny. Ruszyły głową i niektóre przełożone, może będą z tego jakieś dalekosiężne skutki i powolutku coś zmieni się na lepsze dla osób, które w przyszłości wybiorą drogę zakonną. Jest to jeden z możliwych wyborów życiowych i ani mi w głowie do niego zniechęcać, choć mnie jest do tego najdalej jak można. Chodzi raczej o to, żebyśmy cokolwiek postanowimy, były z tym szczęśliwe. 

abramowicz

Po skończeniu „Zakonnic” miałam ambitne plany na coś grubszego (biografia Ciechowskiego się kłania, pewnie będę ją razem z „Księgami Jakubowymi” czytała rok cały), ale nie chciałam sobie odmówić rozpoczęcia innego tomu Abramowicz  „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica”  (Kraciasty przytachał go z Polski w tym samym czasie). Książka jest z 2018 roku,  jak poprzednią wydała ją Krytyka Polityczna, formuła również jest podobna, od szczegółów do ogólności, świadectwa konkretnych osób i próba zdefiniowania pfe ukrytego w grupie. Jestem w trakcie czytania, po przejrzeniu rozdziałów wydaje mi się, że tym razem będzie więcej wycieczek w stronę historii powszechnej Kościoła 🙂 Polecam reportaże, poszerzają horyzonty, a autorka dwóch wspomnianych przeze mnie książek, dziennikarka i psycholożka, pisze przystępnym językiem o społecznie istotnych sprawach i wyręcza nas w poszukiwaniach historycznych i obyczajowych ciekawostek w niszowej tematyce. Oto słowo na poniedziałek.

Tylko nie mów nikomu Sekielskiego.

Ledwo wczoraj coś wpisałam, a już znowu przyłażę z czymś do Ciebie … a niby taka zajęta 😉 No cóż, siedzę tu z umytymi włosami, po dziewięciu godzinach pracy, i czuję, że chcę to napisać jeszcze dzisiaj … nie będę się powstrzymywała, zagryzam to śledziem w occie i lecim z tematem.

Wczoraj miał swoją premierę film Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu”. Można obejrzeć go legalnie na YT, więc nie będę referowała od ofiary do ofiary o czym to idzie. Film trwa dwie godziny, obejrzyj, a ja napiszę moje przemyślenia pod spodem, tak, żebyś mógł sobie je pominąć, jeśli taka wola:

Film nie stawia więcej tez niż te, które poruszono w „Klerze”. Można nawet odnieść wrażenie, że obaj reżyserzy byli na gorącej linii. Niektóre wydarzenia przedstawione w dokumencie zostały zarejestrowane po premierze filmu Smarzowskiego. Czy więc ten film zmienił coś w postępowaniu hierarchów polskiego Kościoła? Raczej nic. Czy ten dokument coś zmieni? Raczej nie sądzę. Ta gleba jest mocno nasiąknięta dulszczyzną i choć dziś wielu głosi, że los ofiar ich obchodzi, jutro ręka biskupia będzie całowana.

Reakcje księży na dochodzenie reżysera są ilustracją mechanizmów jakimi rządzą się sekty – uwodzenie, wymaganie podporządkowania się, dezinformacja. Osoba skarżąca na przesłuchanie kościelne musi pójść sama, bez wsparcia bliskich, bez wsparcia psychologa, musi przysięgać, że nic z tego o czym rozmawia (w swojej własnej sprawie!) nie wyjdzie za zamknięte drzwi … Księża złapani w drodze może i chcą rozmawiać, ale za chwilę grupka rozbiega się jak stado kuropatw (metoda: trzeba iść szybko i wyglądać na zajętego) … Nikt nie może prowadzić rekolekcji bez listu biskupiego. Ksiądz pedofil nie został skierowany na rekolekcje przez biskupa, ale czy ksiądz może prowadzić rekolekcje bez wiedzy biskupa? No nie może. Kto więc wydał pozwolenie? … ? … Czy pan Dziwisz jest teraz wolny? Nie ma go. Jest msza. Jest obiad. Ktoś wyjechał na rehabilitację. Będzie później. Teraz i tu go nie ma. Ale on jest w środku. Nie ma go tam. Ale on jest w środku. To jest miejsce prywatne i on ma prawo tam być. Zakonnice i klerycy kłamią tak łatwo jakby łykali cukierki, i … wierzę im. Oni naprawdę zapominają swoje kłamstwo po minucie. Zagadnęły ich przecież jakieś namolne wszy, wrogowie Kościoła. Kogokolwiek szukasz, tutaj go nie ma.

Jak wygląda reakcja hardkorowych wiernych … „Kler” był zły, nie oglądali, bo jest to atak na Kościół. Teraz pojawił się jednak dysonans poznawczy: na temat dokumentu wypowiedział się prymas, na dodatek z troską. Może trzeba zareagować, udać, że to ich cokolwiek obchodzi, więc … po krótkim odnotowaniu faktu, strony, profile, blogi wyznawców zamilkły … nie mów nikomu. Najczęściej stało się to po zacytowaniu w całości „zatroskanego” oświadczenie prymasa, zresztą po to ono zostało opublikowane – żeby np. onet wkleił je na pierwszą stronę. Jeśli obejrzysz film do końca, wiesz, że nic z tego nie wynika. Dlaczego tak późno sprawy są zgłaszane? To częste pytanie, szczególnie wśród grupy „zatroskanych”, ale nikt nie umie powiedzieć, kiedy byłby ten dobry moment … wyobraź sobie, że przychodzisz do takiego hardkorowego rodzica, który stręczy księdzu swoje dziecko, bo jest okazja kilkudniowego wyjazdu za granicę, i opowiadasz mu o sytuacji intymnej dziecko-ksiądz. Sądzisz, że to byłby ten dobry moment?

tylko nie mów nikomu sekielski

kadr z filmu

Kwestia świadków i dobrego momentu … ofiary wybierają ten jeden, gdy są już na tyle silne, żeby udźwignąć świadomość tego, że nikt się za nimi nie ujmie. Wielu nigdy tego stanu nie osiąga. Gdy bohaterka wraca na miejsce swoich tortur uświadamiam sobie, że w tej miejscowości mieszka kilka innych kobiet, jej koleżanek, które były gwałcone przez tego samego księdza. Zapewne żadna z nich swojej historii nie opowie. Zastanawiam się czy one chodzą na msze i biorą Eucharystię do ust prosto z rąk księdza, jak nakazuje Tradycja … Moją ogromną sympatię wzbudziła inna postać – prawnik, który pomaga ofiarom molestowań, ale jednocześnie sam jest jedną z nich. Widzę, że uczynił ze swojej misji rodzaj sportu, straszenie rozbiegających się kuropatw sprawia mu chyba przyjemność, choć wydaje się to być akt pozbawiony złudzeń … każdy nie daje sobie rady na własny sposób … dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na półce leży i czeka na przeczytanie jego mocna książka, którą Kraciasty przywiózł za którymś razem z dolnośląskich wojaży – „Kroniki opętanej” wydana  przez Krytykę Polityczną.

Sprawa mediów … chwilowo media są dokumentem zachwycone – ktoś (Sekielski) z grupką znajomych zajął się śliskim tematem za pieniądze, które sam zebrał, i wystawił się osobiście na ewentualne strzały. Dlaczego żadne z opiniotwórczych mediów nie podjęło dochodzenia lata temu? Gdzie są wywiady w których zostałyby postawione jasno sformułowane pytania a rozmówca nie mógłby skręcić w stronę wyuczonej formułki o miłosierdziu oraz tym, że z grubsza zawdzięczamy mu w s z y s t k o? Media chętnie tropią i dręczą pytaniami ofiary, choć z kolei adres kurii można znaleźć za pomocą kilku klików. Polskie dziennikarstwo jest jak nasza moda uliczna w małych miasteczkach – bez jaj.

I ostatnie: oświadczenie prymasa. Metoda zdartej płyty. Poruszony, dziękuję, zrobię wszystko, dokument papieża, trzeba wyjaśnić, musimy chronić. Z dokumentu, który zawiera świeże wydarzenia, mające miejsce już po premierze „Kleru”, jasno wynika, że nic takiego jak naprawa tej sytuacji nie ma w Episkopacie miejsca. Schemat jest prosty: przeciągać sprawę tak długo, aż kat będzie za stary, by domagać się zadośćuczynienia. Można dojść do przekonania, że biskupi w Boga czy boską sprawiedliwość nie wierzą. W końcu tu na ziemi blokują działanie sprawiedliwości najwyraźniej w przekonaniu, że po śmierci nie zostaną za to pociągnięci do żadnej odpowiedzialności. Ma to mocne ugruntowanie w pontyfikacie Wojtyły: dopiero w 2001 roku przestało obowiązywać „Crimen sollicitationis”, wcześniej, czyli przez ponad 20 lat pontyfikatu JPII, sprawy pedofilii zgodnie z tym dokumentem były zamiatane pod dywan. Hierarchów polskiego kościoła oglądamy w filmie dzięki wstawkom z różnych programów – odmówili Sekielskiemu komentarza lub nie chciało im się nawet odmówiać. Odmówił także prymas Polak (bo mu się dokument nie podobał), ale za to wiesz, że udzielił komentarza poza dokumentem (gdyż obejrzał go z troską i już mu się podoba), aby sprzedać swoją narrację. Udzielni książęta, mówiąc swoim poddanym cokolwiek, nadal mają się dobrze w swoich pałacach.

W onetowskiej recenzji Węglarczyk dopatrzył się światełka nadziei. Nie powstrzymam się przed spoilerem: autorem listu czytanym pod koniec filmu przez Sekielskiego jest ksiądz, który jako dziecko sam był molestowany przez księdza. Że niby jest to zaskakujący i jakże fortunny zwrot akcji … a pamiętasz ten wątek w „Klerze”? Pamiętasz jakie to miało następstwa w fabule i jak ten wątek u Smarzowskiego się zakończył?  „Z pewnością także ten film przyczyni się do jeszcze surowszego potępienia przestępstwa pedofilii, na które nie może być miejsca w Kościele”, oświadczył Gądecki, który wcześniej odmówił udziału w filmie. I nie wiem zupełnie dlaczego, gdy przeczytałam to jego zdanie, pomyślałam sobie „chrum chrum?”.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe” przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Książka Tuska, książka Ani.

dwie książki (2)

Ewidentnie można nazwać to zdjęcie: Rysiu przedstawia …

A sytuacja jest taka, że za każdym razem, gdy latamy, w walizkach przewozimy różne rzeczy. Nigdy nie są to butelki wódki. Tak mi się teraz przypomniało, że gdy siedziałam na lotnisku we Wro, nieznana kobieta uraczyła mnie półgodzinnym rozważaniem na temat tego jak to nie wiedziała, że w podręcznym nie można przewozić flaszek, więc musiała dokupić dodatkowy bagaż, gdyż się jej irlandzcy znajomi nie mogli wprost doczekać smaku polskiej wódki (wiadomo, że ta w polskich sklepach jest nieprawdziwa … może wiadomo, może nie, ja tam nie wiedziałam) … anyway … nigdy nie są to butelki wódki, książki natomiast i owszem. Pokażę Ci dwie spore książki z kilku, które Kraciasty przytaszczył w zeszły piątek. Coś starego i coś nowego. Jedną, którą kupiłam przez allegro, napisał … Tusk Donald.

dwie książki (3)

Album „Pojezierze Kaszubskie” zilustrował Jerzy Baranowski, tekstem opatrzył Doland Tusk, były premier RP i obecny przewodniczący Rady Europejskiej. Książkę opublikowało wydawnictwo „Sport i Turystyka” w roku … 1985. Wydawnictwo to istniało od 1953 roku, po ogłoszeniu upadłości w latach 90-tych jego majątek przejęło wydawnictwo „Muza”.

dwie książki (4)

Nigdy świadomie nie byłam na Pojezierzu Kaszubskim, tzn. nigdy nie pojechałam nad polskie morze, żeby akurat kaszubskiej kultury tam poszukiwać. Album w jakiś sposób rekompensuje mi moje niedouczenie w temacie. Jest to rekompensata nieco spóźniona, bo zdjęcia przedstawiają stan pojezierza sprzed ponad trzydziestu lat. Gdzieś w tamtych latach miała miejsce moja pierwsza wyprawa z rodzicami nad morze. Przypominam sobie, że mam z niej czarno-białe zdjęcia, ze mną w sztruksowych spodniach, z krótkimi włosami, stojącą na falochronie.

Jestem zaskoczona stanem albumu – prawdopodobnie brakuje mu obwoluty, natomiast sama książka jest niemalże nietknięta zębem czasu, zażółcenia są minimalne, w zasadzie niewidoczne na pierwszy rzut oka.

dwie książki (5)

Ponieważ to głos z przeszłości, zapewne będę sprawdzała wiele informacji z drżącym sercem … czy te miejsca jeszcze trwają, czy nie zostały zaorane, nie rozsypały się w pył …

dwie książki (6)

Rysiu przedstawia:
książka Ani Komsty „Opowieści Stołu. Ze Wschodu na Zachód” wydana przez jeleniogórskie AD REM.

A to już inny kraniec Polski, na dodatek historia „rozjechana” od Wschodu na Zachód. Rok temu pisałam na blogu, że Ania zbiera fundusze na wydanie książki kucharskiej. Zostało zebrane i jest. W takich sprawach kompletnie nie mam wyobraźni i nie wiedziałam czego oczekiwać, uważałam po prostu, że będzie to coś ładnego …

dwie książki (7)

„Opowieści stołu” nie są zwykłą książką kucharską. Pisana w okolicach wleńskich (Pilchowice), opowiada o smakach przywiezionych z Kresów, ale jest także spisem wspomnień kilkunastu kresowych rodzin, albumem rodzinnych zdjęć … książka kilka dni temu wyszła z drukarni, dziko i ostro pachnie nowością … Kraciasty dostał ją wczesnym porankiem, dzień przed oficjalną premierą, która miała miejsce w tę sobotę.

dwie książki (1)

Płynie z niej nauka za którą autorce dziękuję. Nauka ta brzmi: jeśli masz coś do opowiedzenia, pisz; jeśli chcesz, żeby przeczytali to ludzie, wydawaj. Ania Komsta zebrała wokół siebie osoby, które potrafią pięknie opowiadać słowem i obrazem, zebrała również fundusze i pokazała światu historie, które leżały jej na sercu. Nie jest to świat przedrukowany (zjawisko tak powszechne wśród albumów kulinarnych), który w kawałkach możesz znaleźć gdzie indziej. Ja z kolei nie mając wiele wspólnego z terenami kresowymi, lub też nic o tym nie wiedząc, a umiejscawiając swoje geny z dziada pradziada gdzieś pomiędzy Kaliszem, Sieradzem i Wieluniem, ciekawa jestem świata i ludzi, ich historii i smaków. Cieszę się więc na tę podróż jak dziecko 🙂

Takie moje dwie książki na wiosnę. Jest jeszcze opasła biografia Ciechowskiego i zaczęte tomiszcze Simony o puszczy, nietknięte Księgi Jakubowe, a przedwielkanocnie zostały mi dwa rozdziały z rozważań Eilstein o micie ukrzyżowania. Fju, fju, powiedziałby Ćwirek.

Leszy. Zamek Trim.

Jestem w trakcie oglądania pierwszych czterech „Narodzin gwiazdy” i lekko nie jest, bo ile można przetwarzać tę samą historię? O tym jeszcze napiszę, gdy dooglądam Barbrę, ale teraz chciałam Ci pokazać coś zupełnie innego.  Dzisiaj post dwa w jednym, z dwóch różnych stron Europy.

Rano obejrzałam krótkometrażowy film Pavla Soukupa, „Władca lasu”:

Uważam, że mitologia słowiańska jest spójniejsza i logiczniejsza od mitologii chrześcijańskiej, a już z pewnością od jej kościelnej wykładni. Film przypomina Leszego, mitycznego strażnika leśnego ładu. Miłego oglądania 😉

Pozostając na chwilę w temacie mitologii Słowian, Bosz jakiś czas temu wydało dwie książki „Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach” oraz „Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach”. Obydwie polecam dla grafiki, tekst raczej prosty i nie zgłębia tematu. Są to rzeczy dla osób, które o rodzimej mitologii wiedzą niewiele i nie mają się kogo zapytać 🙂

* * *

A to już zamek Trim, Caisleán Bhaile Atha Troim:

Zamek Trim (4)

Największy zamek normandzki na terenie Irlandii znajduje się w sąsiadującym z nami hrabstwie Meath. Został zbudowany w XII wieku przez Hugh de Lacy i jego syna Waltera 

W tygodniu nie można zwiedzać wieży, więc wybraliśmy się na tour de castle. Poniżej Kraciasty wszedł do dziury i zrobił z niej interesujące ujęcie zamku. Jego dziewczyna w żółtej smerfetce (czyli moi) stoi w zadumie:

Zamek Trim (6)

W filmie „Braveheart – Waleczne serce” Mela Gibsona zamek Trim zagrał ufortyfikowane, angielskie miasto York. Faktycznie York nic o tym nie wie, aby było zdobywane przez Wallace’a – bitwa została wymyślona na potrzeby filmu, bo główny bohater nigdy nie dotarł tak daleko na południe – ale Trim udawało York bardzo godnie.

Zamek Trim (5)

Zamek obeszliśmy naokoło obfocając go obficie z każdej strony, a to aparatem, a to telefonem. Imponująca ruina …

Zamek Trim (1)
Zamek Trim (2)

Ptaki bardzo doceniają takie podziurawione budowle – w przypadku zamku Trim są to wszechobecne tutaj kawki, które Kraciasty podglądał na zoomie:

Zamek Trim (7)

Po obejściu zamku przeszliśmy przez mostek na rzece Boyne, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Rzeka była dzisiaj wyjątkowo gniewna, zresztą w drodze powrotnej zauważyliśmy sporo podtopień.

zamek trim

Powyżej na filmiku widać najstarszy irlandzki most, który bez gruntownej przebudowy pełni do dzisiaj swoją funkcję. W XVIII i XIX wieku przeszedł wprawdzie kosmetyczne naprawy, ale jego niezmieniona konstrukcja pochodzi z lat 1330-50. Poniżej widok na Trim z poziomu rzeki:

Jak więc widać, po zejściu z pagórka, wybraliśmy spacer ścieżką tuż przy rzece, aż do mostu, którym biegnie droga 154. Zakręciliśmy, żeby dojść do zamku jeszcze raz od tej samej strony od której nadjechaliśmy samochodem. Zmieniła się pogoda, słońce oświetliło mury.

Zamek Trim (3)

Chętnie wrócę tutaj, gdy będziemy mogli spojrzeć na miasto z wieży. Chłód, który nadal trochę czuję, chociaż grzeję się pod kołdrą pisząc te słowa, leczyliśmy herbatką w lokalnym barze niejakiej Rachel. Gorąca herbata w chłodne dni jest jak ambrozja 🙂 A teraz ziewam, i Kraciasty ziewa, nosy mamy zimne, ale czekamy ze zgaszeniem światła na Ryszarda, który udał się w ciemność i do tej pory nie wrócił. Mam nadzieję, że podobał Ci się film o Leszym … o tekst nie pytam, pisałam go poziewując straszliwie, z umysłem zasnutym nadmorską mgłą i przerywając sobie dyskusją z Kraciastym o ludziach i stanach psychicznych. Dobranoc pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki. Nietoperze za kołnierze, a biedronki do skarbonki. Ślimaki w kozaki. Krety do skarpety. Mrówki do kryjówki. Szczury do rury. Dobranoc. Kolorowych snów. Rano zobaczymy się znów. Tak to właśnie szło …