Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy“ Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina“ Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej“ Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku“ Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami“ Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia“ von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum“ Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum“ pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność“ (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry“ Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce“ zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie“ wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz“ Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej“ wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie“ (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy“ bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa“. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz“, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …“ lub powtarzać „nie pij, nie pij“ nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle“), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?

i ostatnie pytanie z innego gatunku:
Uważasz, że uzależnienie od alkoholu jest w Polsce problemem społecznym, czy raczej media przesadzają?

Advertisements

Eileen.

– Is there a place like … Pomerania?
– Yes, it’s called Pomorze.
– Poomoosze … whoa … fantastic!

Ostatnio znowu sporo o niej myślałam. Zdarza się czasami, że spotyka się takie osoby jak Eileen, zupełnie nietuzinkowe, inspirujące, zapadające w pamięć wizualnie i w ogóle. Nie zdarza się to często, ale jeśli już, osoba taka przemyka w głowie przy okazji różnych czynności domowych. Tak było jeszcze w ten weekend. Eileen z sianem we włosach (nie mam na myśli przysłowiowego siana, mam na myśli s i a n o, takie, które jedzą konie).  Eileen w gumiakach, przelotem przez nas widziana, jak na stacji benzynowej pakuje się do swojej półciężarówki z kubkiem kawy na wynos. Eileen w kolejce w hipermarkecie, łapiąca na mnie ostrość z pytaniem „skąd ja znam tę twarz“, oderwana tym może od jakiejś innej, zapewne bardziej interesującej myśli. Eileen intensywnie wpatrzona w ekran komputera, zagubiona w czasie, nigdy nie wiedząca, kiedy zamykamy. Ale cicho się zrobiło, cudnie. Ludzie produkują tyle niepotrzebnych dźwięków. To już? Wyszukałam jej the besty na rok 2015na rok 2016,  Zastanawiałam się czy już obejrzała „Pokot“ Agnieszki Holland. Wiem, że czekała na tłumaczenie „Ksiąg Jakubowych“ Tokarczuk, które ma się objawić po angielsku za chwilę. Kilka dni temu mówiłam Kraciastemu, jak świat angielskojęzyczny jest zapóźniony w swoich reakcjach na zjawiska literackie z różnych stron świata, jak jest uzależniony od tłumaczy języków, których tutaj nikomu nie chce się uczyć. Eileen uświadomiła mi to dobitnie. Spotkała Tokarczuk – zaskoczyło ją, że jest taka drobna. Jej nazwisko powtórzyła za mną jakieś cztery, pięć razy, z coraz szerszym uśmiechem.

When her daughter, Nadia, was a child, the unmarried mother, Eileen Battersby, had no family in Ireland and she dragged the little child along. The management of the hotel had us sit in the stairwell of the Shelbourne. Battersby seemed wonderfully intense, extremely affectionate and intelligent, slightly mad.

– pisze Edmund White o Eileen w zeszłorocznej recenzji jej własnej książki. Cudownie intensywna, niezwykle uczuciowa i lekko stuknięta? Wszystko to prawda. Uścisnęłyśmy się na piętrze kawiarni po pierwszej, dłuższej rozmowie, w ramach paktu o wzajemnej wspaniałości. Lubiłam jej chaotyczne wizyty, których kawa była równie dobrym powodem jak głód ciągłej wymiany informacji. Krytyczka, pasjonatka szeroko pojętej kultury, kobieta z sianem na głowie. Ostatnio wypytywała mnie o możliwość lotu do Polski, z Dublina do Szczecina. Podobno pisała coś o podróżach … głodna nowości, głodna literatury, która chowa się przed nią za zasłoną obcych języków (współczesna literatura angielskojęzyczna wydawała jej się coraz bardziej powierzchowna i mierna). Miała cudowny uśmiech, w głowie tysiąc nazwisk dostępnych od zaraz, wszystko jej się z czymś kojarzyło …

Sztetin …
– Szczecin.
– once again?
– Szczecin …
– Szczetcin …

eileen battersby
to w zasadzie nie jest autograf – chciałam wiedzieć jak brzmi jej nazwisko …

Crazy horsewoman … that crazy horsewoman is dead … w poniedziałek rano dopiero po kilku minutach załapałam sens wypowiedzi moich kolegów. Szczęka mi opadła, co za absurd! Żeby się zabijać samochodem w przedświąteczny weekend. Na drodze pomiędzy Oldbridge a Donore, przecież tam nic nie ma! Sobota, ok. godziny drugiej po południu – to był lajtowy dzień, byłam akurat w środku czterogodzinnej szychty, nudy na pudy … w niedzielę, gdy czekałam na Kraciastego na basenie (w korytarzu zimno, czytałam książkę w rekawiczkach, opatulona szalem) ona walczyła o życie w szpitalu jakieś 5 minut jazdy samochodem na północ, po drugiej stronie rzeki Boyne.  Nazwa szpitala „Matki Bożej z Lourdes“ pomaga tak samo jak torba na głowie. Od czasu do czasu są śmierci obcych ludzi, które wyprowadzają z równowagi. Doprawdy, nic mnie tak ostatnio nie zdenerwowało, nie poruszyło jak ta wiadomość w poniedziałek rano. Nadal jestem w fazie bieganiny myśli i szukania informacji. Przecież ona była moją inspiracją, przelotnym, ale istotnym spotkaniem po pracy, rozmową na innym poziomie intelektualnym. A konie, co teraz będzie z końmi?

* * *

Eileen wspominana w artykule Marie O’Halloran w Irish Times TUTAJ.
Hashtag #eileenbattersby na twiterze TUTAJ.

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, lot, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii“ Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię“ Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę“. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią“.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem“, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Memoriał po raz XXVII.

michał

Żałuję, że nie mogłam tam być w ten weekend. To lokalny bieg upamiętniający osobę bardzo z osobistych powodów dla mnie ważną. Impreza robi wiele dobrego dla miasteczka, niewielkiej miejscowości z ludnością nie przekraczającą dwóch tysięcy – łatwo zapaść w marazm spędzania czasu przed gadającym pudłem, a we Wleniu biegających na co dzień naprawdę widać.

… sztuka życia z ludźmi jest to wielce pożyteczna umiejętność. Podobnie jak wdzięk i piękność, ułatwia nam ona pierwsze zbliżenie i zażyłość; a tym samym otwiera bramę ku uczeniu się z przykładu drugich i spożytkowaniu, i objawieniu przykładu własnego żywota, jeśli jest w nim coś pouczającego i godnego udzielenia.

Taki cytat z Prób Montaigne’a. Wszystko ucieka z głowy, przecież to była moja pierwsza magisterka, a patrzę na te słowa, jakbym pierwszy raz je czytała. Obrazy, dźwięki, miłości, twarze też uciekają. Podobno z zapachami jest trochę lepiej, zapachy uderzając przywołują emocje gwałtownie i żywo.

W memoriale wzięły udział także dzieci. Widziałam na zdjęciach ich zacięte buźki – dzieci walczą inaczej niż dorośli, nie udają jeszcze, że im nie zależy – gdy przebierają nóżkami, robią to jak pieski: z prawdziwym zaangażowaniem, z radością zwycięzcy i smutkiem przegranego. Zapachy może przypomną im jakieś radości tego dnia, ale nie przypomną osoby pana Michała, bo znać go przecież nie mogły. Minęło całe pokolenie, jego twarz umyka pewnie i tym, którzy dobrze go znali.

Wróciłam dzisiaj do kilkustronicowej książeczki i do tego zdjęcia:

Michał Fluder

I już sobie przecież obiecałam „nie pisać żadnych kolejnych słabych tekstów w tym miesiącu“, z drugiej strony jak się bardzo chce … to można. A bardzo chcę, chociaż najmądrzejsze to mam w głowie cytaty. Są w tej książeczce kawałki listów pana Michała, wychowawcy sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór“. Znam parę jego obrazów, parę rzeźb, widziałam też opasłe albumy ze sztuką, które kupował w czasach PRL-u. Wiem, że za własne pieniądze sadził drzewa i krzewy wokół Wlenia. I na chmury patrzył.

Straciłem jedną brzózkę – ktoś ściął ostrym narzędziem oraz jeden klon złamany, no i jeszcze na samym początku jakiś gościu przejechał Fiatem przez sosnę ozdobną.*

Pamiętał o swoich drzewach, które syzyfowo sadził dla wszystkich. Chodził wokół nich, obserwował jak rosną. Myślę, że są tam nadal we Wleniu, te jego drzewa, zupełnie już dorosłe i samodzielne. Teraz przyszło mi do głowy, że przypomina mi mojego tatę, który pamięta pogodę podczas sadzenia każdego ze swoich drzew.

Z mojego kuchennego okna widok na Góry Kaczawskie osłonięty chmurami prawie ołowianymi, bo altostratus opacus i stratus fractus całkowicie pokrywa nasze podsudeckie pejzaże.

No więc sprawdzam te chmury, akurat wyskakuje jakaś niemiecka strona. Ale opacus istnieje („Diese Altostratus-Unterart beschreibt den dicken As. Sonne und Mond sind durch diese Wolke hindurch nicht mehr zu sehen“ – tak piszą). A, to już wiem jakie to są chmury, piękne, ale głupie, gdy chce się coś zobaczyć. Zalesione pagórki bawią się w chowanego i guzik widać, albo nawet nie. A tak w ogóle, ciekawe czy wiedział, że jego nazwisko to też lokalna nazwa die Kriechen-Pflaume, śliwki domowej, damaszki. Albo że brzmi dokładnie jak toponimiczne przezwisko nadawane w anglo-saksońskich czasach osobie, które mieszkała nad okresowym potokiem w południowych hrabstwach.

Chodzę po starych ruinach, cmentarzach i staram się coś odnaleźć – atmosferę czegoś utraconego, co bezpowrotnie od nas odeszło i pozostał nastrój taki sudecki-dolnośląski z pagórkami i górami.

Strata jest na Dolnym Śląsku namacalna, na cmentarzach właśnie, w domach remontowanych bez wyobraźni i miłości, w książkach z których wypadają kartki. Tak mówi człowiek uważny, refleksyjny, przyjaciel, którego stracić żal. Ciekawe czy wiedział czyj jest grobowiec, obok którego teraz jest jego grób. Dawny cmentarz ewangelicki przy ulicy Górskiej – dwie z czterech kaplic grobowych są mocno już uszkodzone. W sieci znalazłam tylko opis grobowca rodziny Ander, ale to nie o ten mi chodzi. Chodzi mi o kaplicę przywołującą na myśli zamek Kórnik. Może by wiedział, znał w końcu dziwne nazwy chmur. Może też po wyjściu z cmentarza patrzył na miasto przez ten szczerbaty płot, tak jak my to robiliśmy na początku kwietnia.

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Wleński memoriał uliczny jest właśnie o tej osobie. Wiem o nim tyle akurat, ile można wiedzieć o kimś, kogo się nigdy nie spotkało. Wyobrażam sobie, że ze zdjęcia patrzy na mnie ktoś zupełnie wyjątkowy, dobry, wrażliwy człowiek, który liczył się dla wielu osób, wielu drzew. Ludzie w weekend pobiegli bez względu na to czy pamiętali, czy nie. Jeśli dobrze się przy tym bawili jest nadzieja, że dzięki temu bieg będzie organizowany przez wiele następnych lat. Lubię w sobie pielęgnować myśl, że nic tak do końca nie znika.

______________________________
* ten i kolejne cytaty z książki-wspomnienia Czesława M. Szczepaniaka.

Poczytaj coś o cipce.

Wylała się miłość. Wysokie Obcasy, które wspierają dobre feministyczne pomysły (np. filmiki #sexedpl), opublikowały ostatnio okładkę z hasłem „aborcja jest ok“. Skrzywiłam się. Ja, która uważa, że każdy sam powinien decydować o swoim ciele. Bo co chcesz mi powiedzieć WO? „Usunięcie wyrostka jest ok“? Po co w ogóle o tym mówić w ten sposób?

Jest dla mnie jasne, że każdy człowiek ma prawo do swojego ciała, do tego stopnia, że nikt nas nie zmusza do oddawania krwi czy nerki innemu człowiekowi, tylko dlatego, że tamten drugi umiera. Możemy to zrobić, ale nikomu nigdy nie przyszło do głowy wyprodukowanie paragrafu na ten temat, bo byśmy go zjedli bez pieprzenia. I tym kończę watek, którego inspiracją był post Saguli. Może jeszcze warto poczytać wywiad o wrażliwości polskiej* z dr Rudzińskim i jeszcze bardziej przygnębiający z dr Dębskim, o obłudzie prolajferów, którzy z aborcji i in vitro korzystają chętnie, gdy sprawa ich dotyczy. Ale chciałam o czymś innym.

Sagula napisała, że edukacja seksualna u nas leży. Zgadzam się, leży i cicho sobie pokwikuje. Na wdż uczniowie chodzą, gdy rodzic się uprze. W ostatniej klasie likwidowanych gimnazjów to jest już odwrót walny – gdy rozdaje się karteczki ze zgodą dla rodzica, dzieciaki spuszczają głowy, upychają karteluchy gdzieś w geografii, żeby spoczęły na dnie Atlantyku, albo memlą je w dłoniach tak długo, aż zostaje z nich pokarm dla rybek. Gdy do kin wchodzi „Sztuka kochania“, biografia pani Wisłockiej (film polecam, Boczarska i Lubos epiccy) i na półki trafia kolejne wydanie jej antycznego manualu, dziewczęta po wdż w gimnazjum wstawiają na instagramie okładkę tejże książki nie jako tekst źródłowy z zamierzchłych czasów. O nie. Dla nich to jest jak najbardziej aktualny podręcznik z którego można się czegoś d o w i e d z i e ć. Naprawdę. Bo one tyle wiedzą o  t y c h sprawach. Jakby nie minęło 40 lat, a z nimi pruderyjni, ale jurni towarzysze, którzy przetrzymywali dzieło 10 lat na półkach. Dziewczyny 16-letnie same u ginekologa? A po co? Seks niepełnosprawnych ruchowo?  Że żyją i ich czasem tolerujemy, albo nawet wystawimy na wózku pod dom, to im już nie wystarcza?

Nie znęcam się dalej, bo najprostszy sposób, żeby się pozbyć bunny dust z mózgu to czytać, czytać. Polecam książkę, którą dostałam w listopadzie. Chociaż cipka na okładce mówi, że dla dziewcząt i kobiet, książka ta jest w zasadzie dla wszystkich. „Radości z kobiecości“ wydane przez Wydawnictwo Sonia Draga:

radości z kobiecości

Jest o nieśmiałych początkach, o fizjologii, o niby-tabu, dużo miejsca autorki poświeciły na obgadanie kwestii antykoncepcji i przegląd różnych okołocipkowych dolegliwości. Panowie heteroseksualni, czyli potencjalnie zainteresowani tematem, odnajdą tutaj odpowiedzi na wiele wątpliwości, co ich kobietom może aktualnie dolegać. Ta książka to w zasadzie bejzik. Naprawdę spokojnie można dać ją nastolatce, żeby sobie zdezynfekowała mózg po dawce wdż prowadzonego choćby w oparciu o podręczniki jednej Teresy. Nie jest to zaawansowany almanach figur seksualnych czy też rozterek genderowych, zapewne takie pozycje istnieją i zapewne odnajdę je. O je.

Książka norweskich autorek Brochmann i Støkken Dahl koi prostotą podejścia. Nie ma w niej o panach, przepraszam, może coś interesującego znajdę, wtedy polecę. Zdecydowanie gdzie indziej należy też szukać info o seksie homoseksualnym, albo życiu seksualnym z niepełnosprawnością. Jeśli masz takie źródła, przede wszystkim traktujące wszystkich ludzi jako równych, bez względu na praktyki na tej płaszczyźnie, podrzuć tytuły.

Dobrego tygodnia 🙂

__________________________________________
* pokochałam ten zwrot odkąd słyszę kolejne beknięcia polityki historycznej. jest on dla mnie synonimem buraczanej januszowatości.

Bukartyk.

To było południe. Poniedziałek. Pan Bukartyk napisał do mnie „pani Cecylio, książka wraz z autografem została właśnie przy mnie zapakowana i zaadresowana do Cz“. Bardzo się ucieszyłam, bo w cholerę trochę to trwało, aż do mnie doszła biografia, którą wygrałam, bodajże*, w październiku.

Na zdjęciu rzeczona książka, po lewej debiutancki tomik wierszy wspomnianego Bukartyka, po prawej kawa:

DSC01844

Kim jest pan Bukartyk? To zaraz Ci opowiem, i nie myśl sobie, że jestem taka mądra od zawsze, bo rok temu o tej porze też trochę słabo kojarzyłam.

Pan Bukartyk jest autorem bardzo super płyt „Kup sobie psa“ i „O zgubnym wpływie wyższych uczuć“. Na koncercie promującej tę ostatnią byłam osobą mą własną we wrześniu – koncert odbył się w Sali Gotyckiej Starego Klasztoru we Wrocławiu. Byłam tam zupełnie samodzielnie, i po tym, jak ogłuszyły mnie z przodu sceny maniacko ustawione głośniki, z niemałym wzruszeniem wysłuchałam koncertu siedząc na schodach do antresoli (na schodach do antresoli siedzą osoby, które naprawdę chcą tam być). Pan Piotr od kilku płyt występuje z takim panem Krzysztofem, któremu włosy wchodzą do oczu; fenomenalna gitara. Pan Piotr pisze piosenki. I to jak pisze! Nie tylko dla siebie, ale inni też chcą to śpiewać. Gdy słuchamy Dyjaka (moje słuchanie Bukartyka zaczęło się właśnie od pana Marka, „Nie wszystko jest na sprzedaż“ „U fryzjera“ „Durna miłość“ „Śniadanie na tapczanie“ … podrzucam Ci tytuły, w końcu wujek YT za rogiem), Łobaszewską, Zamachowskiego w kabarecie, możliwe, że słuchamy Bukartyka**. Pan Piotr bywa na Woodstocku, żeby jeszcze bardziej zdeprawować młodzież. W piątek rano przechodzi też obok Radiowej Trójki, zupełnie przypadkowo z gitarą i jako gość budzi ze snu stolycę w programie Wojciecha Manna. Tzn. nie wiem czy dalej budzi, bo Trójki nie słucham. Podobno władze radia czekają, aż przestanie przechodzić. To ten szczegół powoduje, że mogłabym do tego tekstu dopisać tag #polityka.

Debiut poetycki pana Bukartyka zatytułowany „Gwoździe“ kupiłam na allegro zupełnie nie szukając. Jest rok 1985. Pan Piotr ma jeszcze włosy.  Wydaje mu to Gorzowskie Towarzystwo Kultury. Jest to osiem kartek kredowego papieru, za czterdzieści zł, wydanych w ośmiuset egzemplarzach. Pan Piotr jeszcze z włosami zaczął od razu od erotyku. Natomiast wydanego niedawno „Fatalnego przykładu dla młodzieży“ wydawnictwa Bukowy Las (wydawnictwa mają teraz mocne nazwy) jeszcze nie przeczytałam. Dopiero dzisiaj książka wpadła mi do skrzynki. Wącham i po zajrzeniu widzę, że opisał trochę Wojtka Bellona. Pięknie. Na razie dzielę się z Tobą moim zadowoleniem i zapachem kawy. Jeśli coś jest bukartykowe, albo natrafisz na koncert tego pana w swoim mieście, z nieczystym mym sercem, polecam, bo warto.

___________________________________
* etymologia: Bog daj (= daj boże)
** jeśli słuchasz raczej Ich Troje, ostatnia piosenka na najnowszej płycie. Poważnie ^,^

Książki dla dzieci?

Uwielbiam … niekoniecznie dlatego, że przywołują czas dzieciństwa. Te, które pokażę Ci dzisiaj, znam od miesięcy/paru dni.

Pierwsza książka dość nietypowa. „Jak zostałam wiedźmą. Opowieść autobiograficzna dla dorosłych i dzieci“ Masłowskiej z ilustracjami Marianny Sztymy wydana przez Wydawnictwo Literackie – dostałam ją jakiś czas temu w prezencie, bo jak łatwo się domyślić, tytuł pasuje do mnie jak ulał. Masłowskiej oczywiście straszliwie zazdroszczę, jest młodsza ode mnie, a robi coś artystycznego za każdym razem, gdy nadepnę na spoinę między płytami chodnikowymi.

DSC01839

Książka opowiada o tym jak głodna wiedźma szuka niegrzecznych dzieci na zupę. Ponieważ napotkana dziewczynka za bardzo niegrzeczna nie jest, co grozi kulinarną katastrofą, zła wiedźma spryskuje dziewczynkę Podmianą Myśli i popycha ją do wędrówki w poszukiwaniu nadającego się do konsumpcji Bogusia, który żywi się czipsami. Dziewczynce w podróży towarzyszy tymczasowo-niedrewniany konik o imieniu Korneliusz. Postacie poboczne są rewelacyjne, np. mama głównej bohaterki trenowała teakwondo i potrafi strzelić z półobrotu we właściwym momencie. Takie coś. Zilustrowane z przepięknym polotem, przeczytane w jedno popołudnie.

Druga rzecz to w zasadzie seria książek. Otóż kilka dni temu wynalazłam na FB zaproszenie do nauki jidysz w systemie on-line. Zafascynowana możliwością jeszcze jednej godziny przy komputerze tygodniowo, od kliknięcia do kliknięcia, taka cuda się mi napatoczyła:

Bez tytułu
Majzele-Majzl, Mysia Mysz / zobaczyła domek dziś /  wejść do środka miała chrapkę / no i wpadła w myszołapkę. 

Projekt Majse Stowarzyszenia Czulent to seria wydawnicza dwujęzycznych książek dla dzieci, które umożliwiają zapoznanie się z żydowską kultura i językiem. Jidysz nie znam, ale podoba mi się bardzo melodia tego języka, sami posłuchajcie:

Za mało czasu mam w nocach i dniach, ale obiecuję sobie, że kiedyś trochę się pouczę. Książka z tej serii, „Majn Alef Bejs“ (o żydowskim alfabecie) Jehoszuy Kaminskiego z ilustracjami Urszuli Palusińskiej, otrzymała 4 lata temu Bologna Ragazzi Award. Wywiad z tą ostatnią panią tutaj podlinkuję.

Najsuperowsze w tym wszystkim jest to, że książki można za darmo ściągnąć z sieci w wersji elektrofonicznej (oprócz pierwszej, ja pod linkiem jej nie widzę). Kolejne z serii to „Jontew lider“ o świętach żydowskich i „Jidiszer zoo“, już wyraźnie z inną ilustratorką, Ewą Gordon, i tekstem w trzech językach. Nie wiem jak wygląda w środku pierwsza, „A majse“. Może ją jeszcze znajdę. W każdym razie ładna seria dla zaciekawionych kulturą żydowską.

jontew lider
„Jontew lider“

Trzecia książka jest znana, tłumaczona na kilka języków i nawet przerobiona na kreskówkę. „Room on the Broom“– w zasadzie taki dłuższy wierszyk Julii Donaldson z ilustracjami Alexa Schafflera. Wypatrzył ją dla mnie Kraciasty w irlandzkim tesco, wiedząc, że jej szukam. Piękny świat w którym czarownica nie ma problemu ze swoją twarzą, kot, pies, ptaszek i żaba nie mają problemu rasowego, a napęd miotlany jest w puencie przystosowany, aby każdemu podróż miłą była. Dla mnie przede wszystkim świetny wiersz do ćwiczenia języka angielskiego, bonusowo z mądrym przekazem i nieksiężniczkową kreską.

DSC01840

Biorąc pod uwagę, że ostatnio z lutego próbuje się nam zrobić marzec, mądry przekaz zawsze w cenie. Książki dla dzieci nie tylko dla dzieci – dla każdego z nas jest jeszcze nadzieja. Życzę sobie i Tobie na ten tydzień, żeby miło i mądrze.

Ty, który wiesz, że do Ciebie mówię, kocham Cię 🙂

Wspomnienie o Shoah.

27 stycznia –  Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holocaustu – ustanowiony w rocznicę wyzwolenia Auschwitz-Birkenau przez Armię Czerwoną. Dla mnie osobiście przypomnienie, że do 1945 roku Polska była krajem multikulti, z wieloma religiami i wieloma językami zupełnie naturalnie obecnymi w przestrzeni publicznej.

Od jakiegoś czasu jestem zainteresowana historią i kulturą polskich Żydów i pewnie znajdzie to odzwierciedlenie na tym blogu. A dzisiaj chciałam Ci polecić książkę Jerzego Majewskiego stworzoną z prasowego cyklu „Warszawa nieodbudowana“ i wydaną przez Agorę:

DSC01834

DSC01835

Dwa lata temu wybrałam się z nią do stolicy, gdzie zwiedziłyśmy z przyjaciółkami m.in. muzeum Polin„Żydowski Muranów i okolice“ – tak już będzie, że podlinkuję Ci zawsze  miejsce, gdzie można książki kupić, bo przecież one nie spadają z nieba – to dość nietypowy przewodnik po mieście, pozycja dwujęzyczna, więc może zainteresuje osoby uczące się języków. A samo muzeum niezwykłe, wymaga dłuższego czasu, namysłu, zdecydowanie nie jest na dzień, w którym zaplanowaliśmy oblecieć jeszcze pół miasta.

DSC01387

Krótki  film zrobiony przez dr Benjamina Gasula pokazuje okolicę Nalewki, głównej handlowej ulicy żydowskiej Warszawy, tuż przed wojną, latem 1939:

Tak było. Tego świata już nie ma. Zgadzam się z tym, że życie jest ciągłą zmianą oraz wiem, że świat mojej zgody do tego nie potrzebuje, ale przeraża i smuci mnie myśl, że nie mamy tej historii w naszej zbiorowej pamięci. Jest za to watolinowy, jednorodny, zafałszowany obraz wynoszony ze szkoły. Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili przed wojną ok. 10% naszego społeczeństwa, w tym w Warszawie licząc ostrożnie ponad 1/4 mieszkańców. Nie jest niczym nadzwyczajnym, że jesteśmy wymieszani i część z nas, jak bohater „Cudu purymowego“ Cywińskiej, ma bezpośrednio żydowskich przodków nawet o tym nie wiedząc. Tymczasem rośnie nam pod bokiem wyjęta z dupy (bo powiedzieć wyssana z palca byłoby zbytnią uprzejmością) wizja Polski jednorodnej narodowo i religijnie jako rzekomej wielowiekowej tradycji. Brzmi to niemiło? No cóż mogę poradzić. Educate yourself and embrace the reality 🙂