Archiwa tagu: ludzie

Jedno zdjęcie. Twarz.

Elounda, Kreta, 10 sierpnia 2014.

Napisałam wówczas:

po tej stronie wyspy jest sporo Rosjan, gdy tymczasem Sougia przeżywa najazd Francuzów, a okolice Chanii Skandynawów i Holendrów. jemy w tawernie na wodzie, Olondi. przyglądam się parze, starszy mężczyzna bawi się kombolói, kobieta ze srebrną biżuterią patrzy na wodę, potem łowi ryby wędką na bułeczki podawane przez kelnera.

Jakże mnie nie obchodzi to czy ktoś na Wimbledonie miał dżinsy czy nie miał, albo czy pięciolatka porwano czy nie porwano. Życie jest o wiele bardziej intrygujące od faktów medialnych.

Same Suki i inni.

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Dublina, żeby poszukać butów do zielonej sukienki. Coś tam znaleźliśmy, coś tam kupiliśmy (Kraciasty ma nowe czarne glany z nosami w celtyckie maziaje), pochodziliśmy po mieście pod wielkiem parasolem i przy okazji dokonaliśmy zaskakującego odkrycia. Jeszcze w zeszłym roku dziwiłam się, że w stolicy nie ma żadnego pomnika Luke’a Kelly, choć urodził się i wychował w tym mieście … a tu proszę bardzo, takie spotkanie:

Weszliśmy na niego na South King St. Pomnik autorstwa Johna Colla odsłonięto pod koniec stycznia, w 35 rocznicę śmierci Luke’a. Jeśli nie wiesz kim on był – to legendarny lider kultowego zespołu folkowego The Dubliners. Zespół zakończył karierę w 2012 roku (nie żyje już nikt z założycieli) i nie od rzeczy będzie napisać, że w czasie 50 lat swojego istnienia rozpropagował irlandzki folk na świecie. Jeśli znasz jakieś pubowe piosenki, z całkiem sporym prawdopodobieństwem pochodzą one z repertuaru Dublinersów. Luke był frontmanem przez pierwsze dwadzieścia lat istnienia zespołu … minął już kawał czasu, ludzie wraz z nim, jeszcze kilka lat temu można było w Howth spotkać Barneya McKennę, który grał u nich na banjo, ale już nie dziś, bo on właśnie w tym Howth przewrócił się w swojej własnej kuchni … w każdym razie chcę powiedzieć, że do tej nuty nóżka mi tupie i ucieszyłam się z pomnika, jakby to mnie go wystawili.

Ciągnąc temat muzyki folkowej … lubię i to przede wszystkim polską. Podoba mi się także inne niż Dublinersów, nowatorskie podejście do tematu i pokażę Ci parę muzyk, które mnie zachwycają, bawią, inspirują, żebyś sobie nie pomyślał, że mi o nieszczęsną Tulię, co to Eurowizji nie wygrała, chodzi …

Same Suki, zespół kobiecy gra od 7 lat, a poniżej masz najlepszy klip folkowy roku 2014. Półtora punkta się należy za samą nazwę, jako ciekawostkę dodam, że konkretnie chodzi o suki biłgorajskie 😉

Żywiołak śpiewa w kupie od 14 lat, a to jest piosenka na tematy aktualne … kilka dni temu była przecież Kupała. Klip „narysował” im Łukasz Rusinek, który mieszka w lesie pod Opolem 😀

Kapela Ze Wsi Warszawa, istnieje ponad 20 lat. Oni też lubią suki 😀 Zaśpiewali ze wspaniałą Mercedes Peón, która zajmuje się gromadzeniem pieśni i opowieści galicyjskiej prowincji. Wariaci się przyciągają i razem robią coś pięknego:

Sam widzisz – nie wystarczy zawodzić, żeby się ogłaszać wykonawcą folku. Skoro od pomnika Luke’a zaczęłam, niech i on TUTAJ zaśpiewa. Klip jest usuwany z YT z powodu praw autorskich, więc kieruję Cię bezpośrednio na legalną wersję na stronie irlandzkiej tv 🙂 Mam oczywiście jego płytę, ale lubię też oglądać obrazki i patrzeć mu na usta 🙂 Baardzo dobra dykcja. Piszę to absolutnie poważnie. Gdy ktoś inny śpiewa utwór, który znam z jego wykonania, nie zawsze rozumiem tekst.

Luke zaśpiewał, więc może jeszcze do obejrzenia nowe glany Kraciastego, który w tej chwili jest pod Belfastem:

Cuda, powiadam, cuda, nazywają się … święty Patryk 😀 Dzisiaj są w szafie, ale przyjdzie na nie czas. Dobroci, niech Ci się w letnie noce przyśnią piękne instrumenta 🙂

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?

Eileen.

– Is there a place like … Pomerania?
– Yes, it’s called Pomorze.
– Poomoosze … whoa … fantastic!

Ostatnio znowu sporo o niej myślałam. Zdarza się czasami, że spotyka się takie osoby jak Eileen, zupełnie nietuzinkowe, inspirujące, zapadające w pamięć wizualnie i w ogóle. Nie zdarza się to często, ale jeśli już, osoba taka przemyka w głowie przy okazji różnych czynności domowych. Tak było jeszcze w ten weekend. Eileen z sianem we włosach (nie mam na myśli przysłowiowego siana, mam na myśli s i a n o, takie, które jedzą konie).  Eileen w gumiakach, przelotem przez nas widziana, jak na stacji benzynowej pakuje się do swojej półciężarówki z kubkiem kawy na wynos. Eileen w kolejce w hipermarkecie, łapiąca na mnie ostrość z pytaniem „skąd ja znam tę twarz”, oderwana tym może od jakiejś innej, zapewne bardziej interesującej myśli. Eileen intensywnie wpatrzona w ekran komputera, zagubiona w czasie, nigdy nie wiedząca, kiedy zamykamy. Ale cicho się zrobiło, cudnie. Ludzie produkują tyle niepotrzebnych dźwięków. To już? Wyszukałam jej the besty na rok 2015na rok 2016,  Zastanawiałam się czy już obejrzała „Pokot” Agnieszki Holland. Wiem, że czekała na tłumaczenie „Ksiąg Jakubowych” Tokarczuk, które ma się objawić po angielsku za chwilę. Kilka dni temu mówiłam Kraciastemu, jak świat angielskojęzyczny jest zapóźniony w swoich reakcjach na zjawiska literackie z różnych stron świata, jak jest uzależniony od tłumaczy języków, których tutaj nikomu nie chce się uczyć. Eileen uświadomiła mi to dobitnie. Spotkała Tokarczuk – zaskoczyło ją, że jest taka drobna. Jej nazwisko powtórzyła za mną jakieś cztery, pięć razy, z coraz szerszym uśmiechem.

When her daughter, Nadia, was a child, the unmarried mother, Eileen Battersby, had no family in Ireland and she dragged the little child along. The management of the hotel had us sit in the stairwell of the Shelbourne. Battersby seemed wonderfully intense, extremely affectionate and intelligent, slightly mad.

– pisze Edmund White o Eileen w zeszłorocznej recenzji jej własnej książki. Cudownie intensywna, niezwykle uczuciowa i lekko stuknięta? Wszystko to prawda. Uścisnęłyśmy się na piętrze kawiarni po pierwszej, dłuższej rozmowie, w ramach paktu o wzajemnej wspaniałości. Lubiłam jej chaotyczne wizyty, których kawa była równie dobrym powodem jak głód ciągłej wymiany informacji. Krytyczka, pasjonatka szeroko pojętej kultury, kobieta z sianem na głowie. Ostatnio wypytywała mnie o możliwość lotu do Polski, z Dublina do Szczecina. Podobno pisała coś o podróżach … głodna nowości, głodna literatury, która chowa się przed nią za zasłoną obcych języków (współczesna literatura angielskojęzyczna wydawała jej się coraz bardziej powierzchowna i mierna). Miała cudowny uśmiech, w głowie tysiąc nazwisk dostępnych od zaraz, wszystko jej się z czymś kojarzyło …

Sztetin …
– Szczecin.
– once again?
– Szczecin …
– Szczetcin …

eileen battersby
to w zasadzie nie jest autograf – chciałam wiedzieć jak brzmi jej nazwisko …

Crazy horsewoman … that crazy horsewoman is dead … w poniedziałek rano dopiero po kilku minutach załapałam sens wypowiedzi moich kolegów. Szczęka mi opadła, co za absurd! Żeby się zabijać samochodem w przedświąteczny weekend. Na drodze pomiędzy Oldbridge a Donore, przecież tam nic nie ma! Sobota, ok. godziny drugiej po południu – to był lajtowy dzień, byłam akurat w środku czterogodzinnej szychty, nudy na pudy … w niedzielę, gdy czekałam na Kraciastego na basenie (w korytarzu zimno, czytałam książkę w rekawiczkach, opatulona szalem) ona walczyła o życie w szpitalu jakieś 5 minut jazdy samochodem na północ, po drugiej stronie rzeki Boyne.  Nazwa szpitala „Matki Bożej z Lourdes” pomaga tak samo jak torba na głowie. Od czasu do czasu są śmierci obcych ludzi, które wyprowadzają z równowagi. Doprawdy, nic mnie tak ostatnio nie zdenerwowało, nie poruszyło jak ta wiadomość w poniedziałek rano. Nadal jestem w fazie bieganiny myśli i szukania informacji. Przecież ona była moją inspiracją, przelotnym, ale istotnym spotkaniem po pracy, rozmową na innym poziomie intelektualnym. A konie, co teraz będzie z końmi?

* * *

Eileen wspominana w artykule Marie O’Halloran w Irish Times TUTAJ.
Hashtag #eileenbattersby na twiterze TUTAJ.

Irlandzka starość jest jakaś inna.

młodość starość

Pamiętam starszą panią z naszej letniej wycieczki na klify przy Grobli Olbrzyma. Nie strwożyła ją para obściskujących się nienastolatków na wąskiej drodze. „Lovely rest”, uśmiecha się do nas (Kraciasty mówi, że to nie mogło być na Grobli, ale starszą panią pamiętamy oboje, czyli to wydarzyło się naprawdę. Gdzieś).

Sierpień, impreza u Eugene’a i jego partnera w ich stodole. Właśnie tak. Partnera. W stodole. Opera i przeboje musicalowe na żywo. Jesteśmy tu chyba jedynymi Polakami i dość zaniżamy średnią wieku. Sądziłam, że przyszliśmy na godzinkę w porywach. Pod koniec starsze panie żwawo machają chusteczkami, nie wiem skąd je wzięły, widać tu taki zwyczaj, że nosi się nie tylko papierowe. Organizatorzy są otwartymi gejami na irlandzkiej, katolickiej prowincji. NOBODY GIVES A SHIT. Wychodzimy około północy.

Miesiąc temu, wtorek. Spędziliśmy go w naszej Irlandii bardzo pogodnie, głównie w drodze do/w/z Carlingford. Kiedy wychodziłam rano z domu nad morzem, akurat naszła nas sąsiadka. Uścisnęła mnie, powiedziała „You are welcome” i dodała trochę wiadomości na temat stanu innej starszej osoby, która mieszka w naszym zaułku małych domków. Zakończyła sprawozdanie na temat jej zdrowia słowami „She’s a fighter, like we all”.

Tamten wtorek to był w ogóle bardzo udany dzień. Byliśmy na kawie w kawiarnianej dziupelce o nazwie Liberty Cafe. Obok nas siedziała starsza para, on zupełnie już siwy, ona w wielkim kapeluszu. Delektowali się zupą pomidorową, chwilami łapałam uchem strzępki rozmów … mieli swoją zupę, swoje sprawy.

Irlandzka starość jest jakaś inna? Z pewnością upraszczam. Czy Irlandczycy nie mają problemów? Ależ mają, mam na myśli problemy społeczne, alkoholizm i jego skutki, spory odsetek zaburzeń psychicznych, widoczni na ulicy niepełnosprawni umysłowo. Dużo ich tutaj, część jest zupełnie normalnie aktywna zawodowo.

Wiesz, w zasadzie wróciłam do tego tematu w swojej głowie w trakcie wczorajszej podróży do Ennis. Gdy wyjeżdżaliśmy nasza starsza sąsiadka z naprzeciwka właśnie pakowała się do swojego czerwonego tygryska. Kobieta jest cały czas na chodzie, dba o to, żeby czuć się potrzebną. I za każdym razem, gdy nas widzi, ma dobre słowo na powitanie, a jej tygrysek jest nienagannie czysty. Zresztą sąsiadka z boku też ma samochód i sąsiad po drugiej stronie, antyk, który regularnie dba o dostawę drewna do kominka. Czuję się przy nich jak niepełnosprawna.

Wracając do podróży do Ennis. Pierwszym przystankiem był szpital Beaumont. Ogromny, mnóstwo ludzi i, jak to w szpitalu, raczej niewielu zdrowych. Obok mnie w poczekalni trzy panie, każda na oko starsza od mojej mamy. Jedna czytała porady jak zostać skowronkiem, potem wszystkie trzy zaczęły między sobą rozmawiać o rodzinie i o tym jak rozmawiać z młodszymi o seksie. Uśmiech w zasadzie nie schodził im z twarzy. Od żadnej, podsłuchując bezczelnie, nie dowiedziałam się, co jej dolega i jak bardzo cierpi. Aha, i jedna narzekała na młodzież – że teraz nie wystarczająco dużo udzielają się charytatywnie. Czwartą panią, dużo od nich starszą albo dużo bardziej zniedołężniałą zauważyłam dopiero, gdy wywołano jej nazwisko i pani doktor podeszła z troską widząc, że starsza osoba, do tej pory milcząco wpatrzona w swoje buty, bardzo wolno zaczyna rozruch ku gabinetowi. Drobna, zgarbiona kobieta odmówiła pomocy, albo raczej stanowczo choć spokojnie poradziła sobie z uchwyceniem torby, zabraniem spod pupy poduszki, skoordynowaniem tego z trzymaniem w drugiej ręce laski i we własnym tempie zaczęła sunąć w obranym kierunku. „Take your time”, mówią.

Więc widzisz, może i upraszczam. Z pewnością wspaniałe rozmowy można prowadzić ze starszymi ludźmi w Polsce. Ale nie mamy jednak takiego zestawu wspierających dobry nastrój wstępów i zakończeń konwersacji. „Are you good” „Are you ok?” „That’s lovely” „Lovely, isn’t it?” „Yeah” „Are you enjoing it?” „How are ya?” „Enjoy!” „Cheers” „Thanks a milion”. Nasz język zdecydowanie nie pomaga osobom przesączonym naturalnym optymizmem, który pobrzmiewa naiwnie i niepoważnie. Zanim dojechaliśmy do Ennis zatrzymaliśmy się na pizzę w Barack Obama Plaza (Naprawdę jest coś takiego – w połowie XIX wieku syn lokalnego szewca, Falmouth Kearney, wyruszył stąd do Stanów Zjednoczonych rozpocząć nowe życie. Był to praprapradziadek byłego prezydenta USA). Akurat siedliśmy obok starszej pani w różowym sweterku i jasnych spodniach – mam nadzieję, że to mi się nie wydaje, bo chcę zapamiętać jej obraz. Prawdę mówiąc od razu zauważyłam, że zaczyna jeść ciasto marchewkowe i zastanawiałam się skąd je wzięła i czy jest dobre. Pani siedziała zupełnie sama i kiedy Kraciasty oddalił się w zacnym kierunku żeby zdążyć przed pizzą, dwa razy odwróciłam się zachęcająco z pytaniem w oczach „opowiedz jak tam ciastko?”. W odpowiedzi usłyszałam zwokalizowane „How are ya?” i po wstępach dowiedziałam się, że pani właśnie wróciła do Irlandii i mieszka w Dublinie. Wróciła po 36 latach – mieszkała w Nowej Zelandii i uczyła tam dzieci. Była też w Polsce, ale tylko tydzień, w Warszawie, Krakowie, Auschwitz; wspomina o siostrach miłosierdzia. Podzieliłam się po równo moim i Kraciastego życiem, na tyle na ile pozwoliło to pięć minut. I dowiedziałam się, jak tam ciastko. Od tego tak się zagadałam, że pizzę i kawę przyniosła mi pani, która wcale nie musiała tego robić. „Thanks a milion”. Kraciasty mówi, że cały czas byłam uśmiechnięta. Jak można nie być, skoro rozmowa zaczyna się od myśli w głowie „opowiedz jak tam ciastko?”. Zanim wyszła, jeszcze raz machnęłyśmy do siebie ręką przez szybę.

Pod Penisem (dobra, Penneysem) w Ennis zamówiłam herbatę i ciastko (bo wcześniej ciastko po pizzy nie chciało się zmieścić). Marchewkowe, optymalne, wilgotne w środku. Niedaleko przysiadła pani z wdowim garbem i gośćcem w dłoniach. Spokojnie zajmowała się swoim ciastkiem i swoją kawą. W Polsce tak … nie wiem jak to napisać … tak stare osoby? … wróć, w Polsce osoby w tym stanie rzadko można obserwować samodzielne, cieszące się swoim napojem w miejscu publicznym. „W tym stanie”… to też brzmi jakoś słabo. Stan starości i zniedołężnienia … kobiety, obserwowałam wczoraj kobiety. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Może i to „w Polsce” to moje „na polskiej prowincji”, w końcu jestem ze wsi i mam takie obserwacje a nie inne. Obserwując w Irlandii osoby dużo starsze ode mnie metryką i teraz próbując to opisać czuję niewłaściwość słownictwa. Starsze osoby – ile można to powtarzać, pacjenci, staruszki … język dzieli to, co niepodzielne. Ludzie karwa, tylko trochę starsi. Nie wydają się różni, nie marudzą, dążą do samodzielności, mają swoje herbaty. Otóż to, MAJĄ SWOJE HERBATY, są uczestnikami, walczą, są jak Clint Eastwood, albo jak Bette Davis, albo jak pani Szaflarska. Jednak inna jest ta irlandzka starość, bo zauważam deficyt słów, a nie miałam tego uczucia w Polsce. Tam starsi ludzie nie są mną, tutaj jak najbardziej. I to że tak czuję leży po ich stronie, to oni to robią.

A żeby nie było, że tylko panie obserwowałam, zapisuję obraz pana z einsteinowską fryzurą na głowie i dresowymi spodniami na które pan naciągnął skarpety. Pumphose w natarciu przy kasie w Tesco.

* * *

W Beaumont pan z mocną nadwagą i parkinsonowym krokiem po wyjściu z gabinetu majestatycznie sunie do rejestracji i podaje coś chłopakowi, który mógłby być jego wnukiem. „Are you ok?”. Pan nie odpowiada, tylko podaje papierek, uśmiecha się i obiera azymut na wyjście … „Cheers”, zagaduje jeszcze raz młody na odchodnym, starszy człowiek nawet się nie odwraca, ale widać, że jest uśmiechnięty i odpowiada „Be good”.

Memoriał po raz XXVII.

Żałuję, że nie mogłam tam być w ten weekend. To lokalny bieg upamiętniający osobę bardzo z osobistych powodów dla mnie ważną. Impreza robi wiele dobrego dla miasteczka, niewielkiej miejscowości z ludnością nie przekraczającą dwóch tysięcy – łatwo zapaść w marazm spędzania czasu przed gadającym pudłem, a pomimo we tego Wleniu biegających naprawdę widać, prawie jak w Irlandii.

… sztuka życia z ludźmi jest to wielce pożyteczna umiejętność. Podobnie jak wdzięk i piękność, ułatwia nam ona pierwsze zbliżenie i zażyłość; a tym samym otwiera bramę ku uczeniu się z przykładu drugich i spożytkowaniu, i objawieniu przykładu własnego żywota, jeśli jest w nim coś pouczającego i godnego udzielenia.

Taki cytat z Prób Montaigne’a. Wszystko ucieka z głowy, przecież to była moja pierwsza magisterka, a patrzę na te słowa, jakbym pierwszy raz je czytała. Obrazy, dźwięki, miłości, twarze też uciekają. Podobno z zapachami jest trochę lepiej, zapachy uderzając przywołują emocje gwałtownie i żywo.

W memoriale wzięły udział także dzieci. Widziałam na zdjęciach ich zacięte buźki – dzieci walczą inaczej niż dorośli, nie udają jeszcze, że im nie zależy – gdy przebierają nóżkami, robią to jak pieski: z prawdziwym zaangażowaniem, z radością zwycięzcy i smutkiem przegranego. Zapachy może przypomną im jakieś radości tego dnia, ale nie przypomną osoby pana Michała, bo znać go przecież nie mogły. Minęło całe pokolenie, jego twarz umyka pewnie i tym, którzy dobrze go znali.

Wróciłam dzisiaj do kilkustronicowej książeczki i do tego zdjęcia:

Michał Fluder

I już sobie przecież obiecałam „nie pisać żadnych kolejnych słabych tekstów w tym miesiącu”, z drugiej strony jak się bardzo chce … to można. A bardzo chcę, chociaż najmądrzejsze to mam w głowie cytaty. Są w tej książeczce kawałki listów pana Michała, wychowawcy sanatorium dziecięcego PKP „Leśny Dwór”. Znam parę jego obrazów, parę rzeźb, widziałam też opasłe albumy ze sztuką, które kupował w czasach PRL-u. Wiem, że za własne pieniądze sadził drzewa i krzewy wokół Wlenia. I na chmury patrzył.

Straciłem jedną brzózkę – ktoś ściął ostrym narzędziem oraz jeden klon złamany, no i jeszcze na samym początku jakiś gościu przejechał Fiatem przez sosnę ozdobną.*

Pamiętał o swoich drzewach, które syzyfowo sadził dla wszystkich. Chodził wokół nich, obserwował jak rosną. Myślę, że są tam nadal we Wleniu, te jego drzewa, zupełnie już dorosłe i samodzielne. Teraz przyszło mi do głowy, że przypomina mi mojego tatę, który pamięta pogodę podczas sadzenia każdego ze swoich drzew.

Z mojego kuchennego okna widok na Góry Kaczawskie osłonięty chmurami prawie ołowianymi, bo altostratus opacus i stratus fractus całkowicie pokrywa nasze podsudeckie pejzaże.

No więc sprawdzam te chmury, akurat wyskakuje jakaś niemiecka strona. Ale opacus istnieje („Diese Altostratus-Unterart beschreibt den dicken As. Sonne und Mond sind durch diese Wolke hindurch nicht mehr zu sehen” – tak piszą). A, to już wiem jakie to są chmury, piękne, ale głupie, gdy chce się coś zobaczyć. Zalesione pagórki bawią się w chowanego i guzik widać, albo nawet nie. A tak w ogóle, ciekawe czy wiedział, że jego nazwisko to też lokalna nazwa die Kriechen-Pflaume, śliwki domowej, damaszki. Albo że brzmi dokładnie jak toponimiczne przezwisko nadawane w anglo-saksońskich czasach osobie, które mieszkała nad okresowym potokiem w południowych hrabstwach.

Chodzę po starych ruinach, cmentarzach i staram się coś odnaleźć – atmosferę czegoś utraconego, co bezpowrotnie od nas odeszło i pozostał nastrój taki sudecki-dolnośląski z pagórkami i górami.

Strata jest na Dolnym Śląsku namacalna, na cmentarzach właśnie, w domach remontowanych bez wyobraźni i miłości, w książkach z których wypadają kartki. Tak mówi człowiek uważny, refleksyjny, przyjaciel, którego stracić żal. Ciekawe czy wiedział czyj jest grobowiec, obok którego teraz jest jego grób. Dawny cmentarz ewangelicki przy ulicy Górskiej – dwie z czterech kaplic grobowych są mocno już uszkodzone. W sieci znalazłam tylko opis grobowca rodziny Ander, ale to nie o ten mi chodzi. Chodzi mi o kaplicę przywołującą na myśli zamek Kórnik. Może by wiedział, znał w końcu dziwne nazwy chmur. Może też po wyjściu z cmentarza patrzył na miasto przez ten szczerbaty płot, tak jak my to robiliśmy na początku kwietnia.

View this post on Instagram

#krajobrazwieczorny

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Wleński memoriał uliczny jest właśnie o tej osobie. Wiem o nim tyle akurat, ile można wiedzieć o kimś, kogo się nigdy nie spotkało. Wyobrażam sobie, że ze zdjęcia patrzy na mnie ktoś zupełnie wyjątkowy, dobry, wrażliwy człowiek, który liczył się dla wielu osób, wielu drzew. Ludzie w weekend pobiegli bez względu na to czy pamiętali, czy nie. Jeśli dobrze się przy tym bawili jest nadzieja, że dzięki temu bieg będzie organizowany przez wiele następnych lat. Lubię w sobie pielęgnować myśl, że nic tak do końca nie znika.

________________________
* ten i kolejne cytaty z książki-wspomnienia Czesława M. Szczepaniaka.

Coś dobrego. Wleń.

Trudno jest ogarnąć pęd życia. Różnych miejsc nie znamy, potem stają się one nagle częścią naszej własnej legendy.

We Wleniu, Lähn, są ludzie, którzy tworzą wiele dobrego, motywowani okolicznościami otaczającej go przyrody, wzruszeniem, wspomnieniami. Kręcą się tutaj filmy amatorskie, piszą się wiersze, powstają książki. Jeśli w nim mieszkasz i to o czym mówię jest dla Ciebie nowością, powiadam Ci, zmień ścieżki, którymi chodzisz.

miasteczko Wleń

Miasteczko jest malowniczo położone w zakolu rzeki Bóbr, która w tym miejscu idealnie nadaje się do spływów kajakowych. Jego panoramę można dojrzeć z górującej na wygasłym wulkanie baszty zamku Wleński Gródek, Hedwigsburg, jednego z najstarszych zamków murowanych w Polsce, o którym więcej poczytać można na stronie wlen.org. Basztę widać z miasta doskonale, gdy sezon jesienny na dobre zdejmuje liście z drzew na wleńskich pagórkach. Być może tak samo widoczne były kiedyś wleńskie szubienice.

Jak jasno wynika z pierwszego zdjęcia, punk we Wleniu nie umarł, a w miasteczku można przy odrobinie szczęścia napotkać czterdziestokilkuletnie relikty tej subkultury noszące szelki wyłącznie dla stylu.  Bywa, że uliczki zapadają się wieczorem w smogu, który niszczy cerę kamiennej Gołębiarki o wielkiej stopie. W centrum jest Cafe Bar Magnolia – miejsce gdzie można smacznie i tanio zjeść, patrząc przy tym przez okno na sennie poruszających się użytkowników miejskiego ryneczku i klientów sklepu, którzy vis-a-vis kupują chleb od Płońskiego. Po drugiej stronie rynku, na przedłużeniu tej samej ulicy, tym razem pod nazwą Chopina, jest Kino za Rogiem mieszczące się na piętrze wleńskiego domu kultury. Gdy spojrzy się z niego przez okno, wyraźnie widać, że ulica Chopina jest ulicą Politajewa. Zmiana nazwy nie jest efektem jędrnej działalności ostatniej miotły, o nie. Politajew miał być rzekomo ofiarą bohaterskiego wyzwalania miasta w 1945, pamięć ludowa umieszcza go a to na furmance, a to na rowerze. Całkiem możliwe też, że nie istniał, ale choć w ten sposób bogu ducha winny, nazwisko miał nadal zbyt wschodnie, co jest interesujące, biorąc pod uwagę, że powojenni osadnicy Wlenia też z daleka. Zachowała się jeszcze poprzednia nazwa ulicy na urokliwym choć mocno zmęczonym domu pod numerem 9, widocznym właśnie z okien domu kultury. Dom stoi pusty i zawsze zastanawiam się, czy w swoim środku nie kryje zielonego drzewa, które bawi się kafelkami w przedpokoju, a w słoneczne dni wygląda przez kuchenne okno.

Pisanie o mieście zaczynam od pięknej sprawy książkowej i od tego, że komuś coś chce się robić. Obydwu książek nie przeczytałam, więc chcę się na ich temat wypowiedzieć ^^. Pierwsza jest taka:

Instagram: @świechna

Ma 18 stron, zawiera w sobie tekst i wiersze Czesława Mirosława Szczepaniaka. Książeczka jest wspomnieniem o Michale Fludrze, miejscowym pedagogu, malarzu i społeczniku. Wydano ją w 1991 roku, bogowie wiedzą w jak małym nakładzie. Na okładce już widać żółtawe plamki, być może jakieś wesołe pleśnie. Wesołym pleśniom na razie nie smakuje zawartość – bardzo mnie to cieszy, bo zamierzam zdążyć przed nimi i przeczytać o panu Fludrze, tak bardzo związanym z wleńską okolicą. W miasteczku organizowane są biegi uliczne jego imienia, w tym roku po raz XXVII; wrócę jeszcze do tego tematu.

Druga książka pisana jest ręką Ani Komsty. To książka kucharska „Kulinarne opowieści. Wleń. Ze Wschodu na Zachód” wzbogacona o wspomnienia i anegdoty ostatnich żyjących dolnośląskich Kresowiaków. Ania zbiera w tej chwili fundusze na jej wydanie. Tutaj można zobaczyć jak autorka opowiada o swoim projekcie. Sama niewiele mam wspólnego z kresową kulturą, porusza mnie natomiast pasja pozytywnego utrwalania pamięci o czasach minionych. Kultura jedzenia zamknięta w ładnej szacie graficznej – na taki efekt końcowy tego projektu liczę i trzymam za to kciuki*.

___________________________________
* nie jest to artykuł sponsorowany, na tym blogu w ogóle takowych nie ma. nie jestem też Anią. podziwiam jej zapał oraz talenta kucharskie, i chciałabym, aby ta książka powstała. tekst z korektą Kraciastego – jedynej osoby, którą pytam o zdanie na temat tego, co piszę.