Archiwa tagu: małżeństwo

Dolina w Górach Wicklow.

Trudno mi uwierzyć, że do tej pory nie rozpisałam się o Glendalough, choć byłam tam dwa razy, a za drugim razem ten blog już istniał 🙂 Kraciasty rano wyjechał z przyjacielem powspinać się w Górach Wicklow (jest optymalna pogoda, więc zamierzają wejść na Lungnaquillę), a ja po śniadaniowym makaronie z bazylią i truskawkową herbatą, we własnej kuchni wyruszam w trasę wspominkową.

Malownicza Gleann Dá Loch, polodowcowa dolina dwóch jezior, znajduje się w górach Wicklow, Sléibhte Chill Mhantáin, zbudowanych z granitu, łupku mikowego i kwarcytu. Miejsce jest przepiękne i posiada pewne elementa historyczne. Ludzie osiedlali się w tych górach od neolitu, a w dolinie są zachowane zabytki osadnictwa począwszy od VI wieku n.e. …

Dolina Dwóch Jezior … są i jeziora, Dolne i Górne, naokoło większego prowadzi dość łatwy szlak, który oferuje wspaniałą trasę widokową. Właśnie tym szlakiem przeszliśmy się z Kraciastym w sierpniu dwa lata temu, gdy po raz pierwszy moje stopy postanęły na Irlandii. Latem to miejsce tonie w zieleni paproci i zapachu kwitnących wrzosów …

Zakątek jest związany z osobą św. Kevina, który po wyświęceniu na księdza w VI wieku przeprowadził się do doliny i wiódł tu pustelnicze życie. Mieszkał tuż nad jeziorem, w jaskini-grobowcu z epoki brązu, który dziś jest nazywany Łóżem św. Kewina. Z tej strony go nie widać, za to na zdjęciu poniżej jest w oddali szpilka wieży na zabytkowym cmentarzu, który znajduje się za mniejszym z jezior – to z tamtej strony, z parkingu pomiędzy jeziorami, wyrusza się na szlak, widzisz więc, że w tym momencie marszu byliśmy już całkiem daleko o startu 🙂

Ponieważ gdzieniegdzie grunt zaczyna być grząski, część drogi jest utwardzona drewnianymi schodami pokrytymi siatką. To chroni ścieżki przed rozdeptywaniem przez turystów i ułatwia dalszy marsz.

Widoki są urozmaicone, szlak bywa zacieniony przez drzewa, ale jest również bardziej trawiasta część, gdzie można spotkać pasące się jelenie, owce i demoniczne kozy. Zwierzątka ładnie ignorują turystów i strzelające migawki aparatów …

Szlak schodzi ponownie w dół i zawraca po drugiej stronie jeziora, więc te same widoki można obejrzeć jeszcze raz z innej perspektywy. Za pierwszym razem, dwa lata temu, przeszliśmy całą tę drogę „naokoło” (czyli White Route*) i wróciliśmy do miejsca wyjścia, gdy ruch turystyczny przy parkingach zmalał, a budki z jedzeniem były zamykane. Mieliśmy siły i ochotę, żeby zobaczyć zabytkowy cmentarz, więc weszliśmy na Green Route, prosty, płaski szlak prowadzący przez dębowy, podmokły las do okrągłej wieży i innych zabytków na starym cmentarzu …

Spójrz powyżej na tę górkę z drzewami stojącymi jak wieczorne panny w blasku zachodzącego słońca. Jak one się tam uchowują, w tej płytkiej glebie, wystawione na wiatr i deszcz, nie mam pojęcia. Jest to najbardziej charakterystyczny widok, gdy wjeżdża się w dolinę …

Na niewielkiej przestrzeni jest tu ruin od groma w tym ten kościółek, jeden z młodszych, bo z XII wieku, kościół św. Zbawiciela:

Najstarsze zabytki sięgają wczesnego średniowiecza, a wielkością przywodzą na myśl domki dla hobbitów. Gdzieś w tych okolicach (prawdodpodobnie bliżej jeziora Górnego) św. Kevin utworzył pierwszy klasztor, dopiero później zasiedlono znacznie łatwiej dostępne okolice jeziora Dolnego. Podobno w VIII wieku mieszkało tu około tysiąc osób i był to ważny ośrodek religijny. Widoczne przy cmentarzu ruiny różnych zabudowań są właśnie z okresu największego rozkwitu, pomiędzy VIII i XII wiekiem. Ponieważ był to ważny ośrodek irlandzkiego chrześcijaństwa, wielokrotnie stawał się celem najazdów i podpaleń, i wielokrotnie go odbudowywano. Jego upadek nastąpił pod koniec XIV wieku wskutek angielskich grabieży, do dzisiaj jednak, szczególnie w okolicach 3 czerwca, gdy Kościól wspomina św. Kevina, Glendalough jest miejscem pielgrzymkowym.

Ja oczywiście skupiłam się na oglądaniu nagrobków, zresztą aura była bardzo sprzyjająca – zachodzące słońce pięknie „grało” na niedalekich wzgórzach, a celtyckie krzyże powoli zapadały się w mrok. Większość widocznych pochówków jest z wieku XIX, chociaż są oczywiście i starsze. Poza tym cmentarz nadal służy lokalnym rodzinom, więc wśród kamiennych zabytków można wypatrzeć groby z ostatnich lat …

Dwa ostatnie zdjęcia są z naszego spaceru po Glendalough w kwietniu zeszłego roku. Pokazywaliśmy wówczas to miejsce naszym polskim gościom i mieliśmy na szlaku wyjątkowego pecha – okazało się, że od stycznia leśna część szlaku jest zamknięta z powodu cięcia lasu, więc musieliśmy nadrobić spory kawałek, żeby wejść na jakiś znany nam punk widokowy. Gdy już na niego weszliśmy okazało się, że dosłownie kilka dni wcześniej zaczęto naprawiać drewnianą, najwyższą część ścieżki. Kombinowaliśmy jak obejść kolejny zamknięty fragment, nad głowami latał nam helikopter transportujący ciężkie dechy, w lesie słychać było piły, które robiły wiosenne porządki drzewostanu. To miejsce na zdjęciu to chyba moment, gdy zrozumieliśmy, że dalej nie nada

… i zostaliśmy zmuszeni do powrotu na dół po własnych śladach. Góry na zdjęciach mają niemrawą szatę, paprocie i wrzosy dopiero budziły się z ciężkiego snu po niespodziewanie srogiej zimie. Słońce było jeszcze wysoko, gdy zeszliśmy na stary cmentarz …

… a drzewa-panny nadal spacerowały po wzgórzu, gdy nikt nie patrzył. Zupa warzywna z chlebem sodowym smakuje po takim spacerze jak danie królewskie (można ten cymes spożyć przy jednej z przyparkingowych budek). Tamtego kwietnia jadłam, omomomom, aż mi się uszy trzęsły. Pogodowo mam szczęście do tego miejsca – byłam dwa razy i dwa razy poparzyłam sobie nos. Trzeciego razu nie będzie … w sensie nosowym, bo wiem, że wybierzemy się tam nie raz – góry Wicklow są jakąś godzinę jazdy od Dublina.

* * *

Obrączki kupiłam w sieci – zamówiłam złote krążki w niedzielę, rodzice odebrali je we wtorek – ekspres, bo najprostsze jakie się dało, takie uważam za najładniejsze. Czy będą pasowały, to się okaże na dwa dni przed ślubem, inaczej się nie da. Zostały nam chyba tylko sprawy kosmetyczne, kto co je, pojawić się, czymś owinąć, zakwaterować gości, narobić sobie zdjęć. Cieszę się, że nie ma mnie w Polsce teraz, że nie mamy polskiej tv … od ostatniego posta wydarzyło się, i nadal się wydarza, tyle rzeczy związanych z nienawiścią polsko-polską, a przede wszystkim z dogorywaniem zabobonu, że dobrze jest być Gdzie Indziej. Konwulsje przedśmiertne są silne, ale wierzę, że do zgonu dojdzie. Kraj rządzony przez katolickich talibów i ich kibolskie bojówki byłby miejscem nie do życia. A o Białymstoku mam nadzieję napisać w zupełnie innym klimacie za jakiś czas 🙂 Na razie przy komputerze zastaje mnie popołudnie i trzeba coś ogarnąć w kwestii singlowego obiadu. Ryszard w głębokim śnie na naszym łóżku, zadowolony, że matka w domu. Ojciec za to zdobywa szczyty i robi dla matki dokumentację fotograficzną …

Zieloności i kochajmy się. Chłopak z dziewczyną, albo jak Ci tam pasuje 😉

________________________ 
* Mapa ze szlakami w Glendalough jest na stronie Wicklow Mountains National Park.


Reklamy

Związki homoseksualne nikomu nie zagrażają!

Dwa dni nieróbstwa śmignęły jak z bicza. Dzisiaj podjechaliśmy z Kraciastym do Carlingford wziąć miarę na obrączki. Miara wzięta, obiad ze znajomą w pięknym mieście skonsumowany, spacer zaliczony, buty znalezione, po dniu jedzenia i napitków ostatnia herbata z widokiem takim właśnie:

Instagram: @świechna

Nic takiego nie zrobiliśmy, ale oboje czujemy, że to był pożytecznie spędzony dzień. A ponieważ spędziliśmy go także w drodze, rozpłaszczona na fotelu mieliłam w głowie sprawy różne, także te okołozwiązkowe. Powodów do przemyśleń życie i przestrzeń publiczna dostarcza mi aż nadto. Zastanawiałam się np. czy czujemy się zagrożeni przez mityczne homolobby. A Ty? Pytam się Kraciastego. Nie, ani hu hu. Coś ktoś? W ostatnią niedzielę uściskałam się pożegnalnie z kolegą z pracy. W ten jego ostatni dzień nasza wspólna koleżanka i moja rodaczka, odkryła nagle, że, sympatyczny skądinąd chłopak, jest gejem. Nigdy nie dociekałam, informacja wcale mnie jednak nie zdziwiła – tak mi się wydawało, w końcu obserwuję świat nie od dzisiaj. Koleżanka była tym mocno poruszona i kilkakrotnie wracała do tematu. Jak mi się zdaje, czy oni tacy się rodzą, czy to jest nauczone? Coś jest nie tak z jego krwią, bo leci mu z tego palca i leci, może się czymś zaraził? … Bardziej przeceniam niż nie doceniam ludzi. Zdaje mi się, że skoro ja czytałam o czymś, gdy miałam 15 lat i to wiem, wszyscy to wiedzą i nie ma sensu dyskutować na ten temat jeszcze raz. Tak, to błąd z mojej strony, ale co zrobić. Naiwnie wierzę w ludzkie możliwości intelektualne. Skąd mi się to wzięło? … może mama za wcześnie sprezentowała mi książkę o seksie, z rodzaju takiej, która wstrząsa stachowymi wyobrażeniami? W każdym razie nie obraziłam się na homoseksualne zaloty, których byłam obiektem wieki temu całe, w czasie pierwszych moich studiów. Nie bałam się nigdy moich uczniów, którzy zdradzali zainteresowanie własną płcią w klasach gimnazjum. Zauważam istnienie, ale no panic z mojej strony. Nie twierdzę jak statystyczna Krystyna, że giejów prawie nie ma, bo ona nie zna nikogo takiego, ale z drugiej strony jest ich całe mnóstwo i tylko czyhają na cnotę Krystyny i jej dzieci (o sprzecznościach w ideologiach faszyzujących napiszę Ci innym razem).

Choć w Polsce wakacje, konwencja Partii Rządzącej ruszyła pełną parą, a na nich prezes Kaczyński zarzeka się, że trzeba dać odpór ofensywie zła. I wskazuje zuo. Sekielski w ostatnim swoim Sunday Night Live słusznie zauważył, że islamskich terrorystów u nas tyle, co kot napłakał, uchodźcy też jakoś tłumnie nie zechcieli do naszej ojczyzny przyjechać, postawiono więc na gorączkowe poszukiwanie nowego wroga, który zewrze szyki i nawróci wątpiących. „Zostawcie nasze dzieci w spokoju”, hasło Putina z czasów Olimpiady w Soczi, wydaje się zakorzeniać w naszym kraju całkiem żwawo, choć z mojego doświadczenia nauczycielskiego wynika, że rodzice mają w d***e cudze dzieci. Są one dla rodziców negatywnym punktem odniesienia jako zazwyczaj głupie i złe, nie to co ich własne latorośle. Niemniej nadarza się kolejna okazja do deklaratywności. Ludzie uwielbiają deklarować. Np. że oddaliby życie za dzieci i rodzinę (ciekawe jak często w prawdziwym, niewirtualnym świecie zdarza się ta wspaniała okazja – z moich obserwacji wynika, że częściej nadaża się okazja, aby dla rodziny rzucić picie, i tu przysłowiowy Seba nie ma osiągów), że mają dobre serce (lepiej nie wdawać się w szczegóły, ale pompa chodzi jak ta lala), że są tolerancyjni (tylko nie pytaj, co to słowo znaczy, bo odpowie Ci z sensem jeden na dziesięciu). Miast deklarować, mogę stwierdzić na podstawie doświadczenia: Aindriú przez te kilka miesięcy pracy ze mną ani na chwilę nie zagroził mojemu związkowi z Kraciastym. Nie wydał mi się też złym materiałem na przyjaciela, brata, syna czy ojca. Zwykły chłopak. Jestem przekonana, że znasz takich. Zwykłe dziewczyny też znasz. Czy da(je)sz radę żyć bez wrogów?

Cuilcagh i inne przyjemności.

Cuilcagh. Nie wiem jak to wymówić. Binn Chuilceach. Nadal nie wiem 🙂 Góra Kredowa, 665 m, najwyższy szczyt Gór Breifne, Sléibhte Breifne, jest na granicy pomiędzy Irlandią i Irlandią Północną i wcale nie jest kredowa. To głównie piaskowiec i łupek pokryty bagnem na którym kwitną wrzosy i osty. Wybraliśmy się tam wczoraj w sześć par nóg, cztery pary dorosłe i dwie pary młodocianych osobników 😀 Ze zdjęć, które widzisz, tylko dwa są zrobione przeze mnie, reszta to robota Kraciastego. Podobnie jak pojęcie „tereny łowieckie”. Łowiecek było oczywiście całe mnóstwo, w różnych odcieniach i były to, jak zazwyczaj, łowce pokoju.

Szlak nazywa się Cuilcagh Legnabrocky Trail*, chociaż pierwsza nazwa jaką usłyszałam to Schody Do Nieba. Jest to niezbyt trudny szlak, najpierw około 4 km utwardzonej drogi, potem mniej niż dwa kilometry drogi drewnianej z coraz gęstszymi schodami prowadzącymi na platformę na górze Cuilcagh. W międzyczasie teren zamienia się w podmokłe torfowiska wierzchowinowe (blanket bogs). Góra znajduje się na terenie geoparku (jednego z trzech na Irlandii), a platforma widokowa do której zmierzaliśmy nie jest duża i podejrzewam, że czasami panuje na niej ścisk jak w windzie. Wiem, że na szczycie góry jest kurhan z epoki brązu, ale na razie szlak do niego jest zamknięty, żeby przyroda mogła odpocząć od zadeptujących ją stóp.

Trafiliśmy na odpowiedni dzień, niezbyt słoneczny i o idealnej temperaturze, więc także małe nogi dały radę wejść i zejść. Choć może nie do końca samodzielnie, bo latorośle były czasami niesione na barana przez tatę 😀 Po zejściu ze szlaku, tuż przy parkingu zatrzymaliśmy się na mały piknik, potem zjechaliśmy do Dundalk na pourodzinową kawę. Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, przyjemnie zmęczeni.

Instagram: @świechna

* * *

Tymczasem kolejna sprawa przedmałżeńska została odhaczona, tym razem papierologia. We wtorek ponownie byliśmy w Dublinie, żeby w obecności konsula na Eden Quay podpisać zapewnienie o braku okoliczności wyłączających zawarcie małżeństwa. Zapewnienie jest ważne przez sześć miesięcy, więc tak czy inaczej musimy się zmieścić z imprezą w terminie 🙂 Mamy też fotografa i cieszy mnie, że jest to znajoma osoba. Nie kupiliśmy jeszcze obrączek, ale wiemy, że chcemy mieć najprostsze z możliwych. Poza tym szukamy cat sittera dla Ryszarda na te kilkanaście wrześniowych dni, gdy nie będzie nas w domu … sytuacja wydaje się owocnie zawiązywać 🙂 a krewni-i-znajomi Królików są pod wrażeniem.

________________________ 
* Więcej info o parku i mapki szlaków na stronie Cuilcagh Boardwalk Trail.

Małżeństwo – po co to komu?

Zastanawiałeś się kiedyś? Żeby było lepiej, czy żeby było gorzej?

W życiu czasami pada deszcz i lepiej jest wtedy iść z kimś za rękę. Ale wlec go, poganiać, biec za nim – to nie jest dobra sytuacja w której sam się ustawiasz.

Instagram: @świechna

Myślę sobie, że związek dwojga ludzi jest dla radości, dlatego, że dobrze mi z tą osobą i czuję, że do siebie pasujemy. Ktoś jest zawsze po mojej stronie, ktoś mnie inspiruje do stawania się lepszym, ciekawszym człowiekiem. Nie wyobrażam sobie, że jest z definicji pracą domową, którą sama sobie zadaję, znojem i trudem, zmianą do której zakasuję rękawy i zaciskam zęby z myślą, że jak sobie wypracuję, to kiedyś będę miała miód i orzeszki.

No dobrze, powiesz – mieszasz trochę, związek to jeszcze nie małżeństwo. Dlaczego małżeństwo? Ma status prawny, który ułatwia kontakt ze światem biurokracji. Niesie ze sobą udogodnienia związane z podatkami, kwestią dziedziczenia i prawem własności, podejmowaniem decyzji w zastępstwie i przywilejami w sądzie. Przez małżeństwo nabywamy nowych uprawnień i choć faktycznie niektóre przywileje z niego wynikające możemy załatwić sobie w inny sposób, tak jest prościej. Znam osoby, które mówią, że ich związkowi nie jest potrzebny papierek. Znam też osoby, które tak mówiły w starym związku, dopóki nie stworzyły nowego, który natychmiast chciały przypieczętować małżeństwem 🙂 Każdy może poczuć niespodzianie taką potrzebę 😀 I dlatego zawsze będę wspierała ideę małżeństw jednopłciowych – nie widzę najmniejszego powodu, aby ktoś był pozbawiony możliwości zalegalizowania związku tylko i wyłącznie ze względu na swoje preferencje seksualne.

Czytam też, że gdy małżeństwo przetrwało 40-50 lat, to jest to wartość sama w sobie. Sądzę tymczasem, że jeśli przez te lata bilans dobrych chwil jest na oczywisty minus, to nie było warto. Jeśli ktoś w tej parze musiał porzucić swoje marzenia, miłości, rozwój, jeśli czasem myśli teraz o tym z rezygnacją, bo powiedzieć nie ma komu – nie było warto. Niektórzy patrzą na rozwód jak na porażkę. Umęczeni czują się moralnie lepsi od wolnych. Niesłusznie. Liczy się tylko ilość życia w naszym życiu. W końcu, pobieramy się, aby było nam lepiej.

Takie moje szkolne wypracowanie przedmałżeńskie, zachęcam Cię do napisania w którym punkcie się mylę, do dodania własnego spojrzenia na sprawę. A tymczasem u nas …

wymachując miotłą odegnaliśmy siły, które nęcąc nas orzeszkami próbowały przejąć nasz własny ślub. Chcemy zapłacić za obiad, rozważcie zaproszenie również X i Y. Przepraszamy, ale decyzje zostały podjęte i jesteśmy z nich oboje zadowoleni, podanie zostaje odrzucone. Przyjeżdżajcie, czekamy …

Sukienka się mi odnalazła.

W poniedziałek był bank holiday. Mieliśmy wybór, jechać do ogrodniczego po lawendę i półki do łazienki lub wyruszyć na poszukiwania do mitycznego Kildare Village. Dałam się Kraciastemu namówić na to drugie i prawdą jest, że nie zajęło mu to dłużej jak minutę.

Zaglądaliśmy w różne m i e j s c a i widzieliśmy wspaniałe rzeczy, np. tweedy bardzo cudne i straszniedrogiejakzawsze. Albo konia Republiki:

koń Republiki Kildare

Zanim weszliśmy do sklepu Diane von Fürstenberg przypuszczałam, że jedynym sensownym zakupem tego dnia będzie koszula w gałązki kaliny z Musto. A jednak, gdy w przymierzalni DVF wrzuciłam na siebie zieloną sukienkę w białe ciapki i wychynęłam zza kotary jak zdezorientowana rusałka, wiedziałam, że to ta:

Instagram: @świechna

W odcieniu irlandzkiej zieleni, jedwabna fru fru, porządna, żydowska suknia na ślub. Cudnie! Taki jeden to się nawet wzruszył 😀 Jeszcze w przymierzalni ogłosiłam to mamie, która stwierdziła, że ładna, ale przecież do ślubu idzie się w białej, w takiej co to używa się ją raz, a nie żeby potem recykling robić na innych imprezach. Tylko czy ja kiedykolwiek robię jak należy? Zastanówmy się, gdyż jest to pytanie zasadnicze … 😀

Rozpromienieni sukienką, a nawet trochę przez nią głodni, podjechaliśmy do miasteczka, zjeść coś w dobrym miejscu. Po drodze minęliśmy kota o dwóch ogonach przyglądającego się przechodniom ze ściany kultowego pubu, który zamknięto kilka lat temu:

KIldare

Oj, było miło w Hartes of Kildare, coś mrzyliśmy sobie, że napełnieni dobrocią pójdziemy jeszcze do japońskiego ogrodu. A za oknem tak:

Jakby nas ta kawa z deserem ostrzegła, że nie warto wychodzić wcześniej. Czy po 40-ce przeskakiwałeś w deszczu nad kałużami? Spróbuj, nadal warto!

Po drodze do domu wstąpiliśmy do Blanchardstown, a tam się wydało, że oprócz wełnianej spódnicy Dagny London w stylu lat 30-tych z pionową falbanką czekającej właśnie na mnie, odnalazła się tweedowa kamizelka Barbour. Kraciasty przyszedł do mnie rozpromieniony z tymi zdobyczami i wymachując kamizelką zakomunikował: Popatrz, Warionucha oddał! Mój kochany podejrzewa, że Warionucha lub ta okropna baba, Annuszka, w innym sklepie oddali również pewne turkusowe trzewiczki, które teraz pasowałyby do sukienki jak ulał. Rozmawialiśmy o tym jeszcze chwilę, zanim wróciliśmy do kota. Poniedziałek skończyliśmy z Zembatym.

Od tego czasu pada deszcz. Z przerwami, bo czasem nie pada tylko leje. W tym deszczu pojechałam do pracy, żeby dowiedzieć się, że nie powinno się brać ślubu w miesiącu bez litery „r” w nazwie. Od słowa do słowa okazało się, że ludzie naprawdę rzucają na innych uroki i wtedy wypada nosić czerwoną wstążkę. Przypomniało mi się, że faktycznie nade mną odczyniała uroki ciocia Stacha, nie podzieliłam się jednak tą informacją z moją rozmówczynią, żeby jej nie czynić w głowie jeszcze większego chaosu. A że wszechświat się bez przerwy rozszerza – tego to już z całą pewnością nigdy jej nie powiem. Teraz mam inny zgryz – kapelutek czy fascynator?

Opowiedz mi o przesądach ślubnych z którymi sam musiałeś/chciałeś się zmierzyć.

Taki dzień.

Carlingford pier (1)
Carlingford pier (2)
Carlingford pier (3)

Na powyższych zdjęciach jest sobota. W porcie przycupnęła Wings of the Morning, brytyjski statek rybacki z Newry. Jest też łódka nabierająca wody oraz swojsko wyglądający, zdemolowany kuter rybacki, obok kręci się kilkunastu kajakarzy, którzy później znikają jak kamfora. Stoimy przy ławce na północnym  molu w Carlingford, niedaleko zamku króla Jana, który Hugh de Lacy zbudował kilka lat po normańskiej inwazji na Irlandię. Bardzo lubię ten zakątek i gdy jesteśmy z Kraciastym w mieście, zawsze tu przychodzimy. Molo wrosło w krajobraz miasta, jest tutaj od 170 lat. Po drugiej stronie zatoki widać już Irlandię Północną, jest to chyba widok na malutkie Killowen, Cill Eoghain, w którym mieszka jakieś 150 osób, a za nim na wzniesienia Slieveban i Slievemeen. Dlaczego akurat tam? Jakoś tak wyszło … pierścionek jest od lokalnego złotnika, którego dłonie przy polerowaniu przypominają czarne dłonie górnika. Garrett ma swój zakład na szagę 200 metrów od mola. W pierścionku żaden dyjament, tylko szarawy akwamaryn o którym starożytni mówili, że chroni w czasie morskich podróży.

Na wieczornym instagramie sprzed roku ten sam port pływowy, na lewo ruiny zamku, północne molo, pagórki, nowsze molo południowe, mewa w tle:

View this post on Instagram

#krajobrazpopołudniowy

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Potem poszliśmy na kawę do jednej z tutejszych kawiarń, a po łazikowaniu miastowym wjechaliśmy na punkt widokowy pod Slieve Foy … uwielbiam takie srogie, szeleszczące wiatrem widoki:

Wieczorem w drodze powrotnej do domu wpadliśmy do przyjaciół na herbatkę z pokrzywy i seans filmowy. Taki to był w skrócie dzień o którym nie umiem się inaczej porozwodzić 🙂 Z kolei dzisiaj, 12 marca, mija 30 lat od śmierci Michała Fludra. Odsyłam Cię więc do wleinfo, do tekstu Czesława Mirosława Szczepaniaka, który pisząc z Ursynowa pamięta małe miasta i wielkich w nich ludzi.

Ballada o Michale z Kasztelanii Wleńskiej

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Michał Fluder gruntował płótna
Robił swoje Ostro pracował
Pisał mi że się cieszy
Bo ma dobre stare buty
Nie za ciasne O numer za duże
Dobre na zimę i chlapy
Lubił iść ulicą przez Rynek
I oglądać miasteczko w kałużach

Po ponowie brodził z Leśnym Bractwem
(dla tych co nie wiedzą – przypomnę –
Leśny Dwór to nazwa sanatorium)
Wchodził w ciszę starych drzew błogosławionych
Sczezłych sadów ścieżek zdrowia zacisznych alej
Czyli: w zimy drzeworyt
Na paluszkach podchodził Górę Zamkową gdzie
baszta tulipanowiec aleje grabowe srebrny las bukowy
Kościółek pod wezwaniem świętej Jadwigi
Modlił się jak przyjaciel Pana Boga
Za tych co ostatni i nadliczbowi
Uczył dzieci oddzielać zło od dobra
Z baszty obserwował głęboki talerz kotliny
Cynobrowe dachy w łatach śniegu i lodu
Karkonosze przepasane wstążeczką Bobru
Stąd widać ludzi niczym ziarenka maku
Jak okruszek chleba w bruździe ręki
Uśmiechał się do pary czarnych dzięciołów
Zerkał na warkocz dymu z domu Matki
Był to znak że Matka grzeje piec kaflowy
chodzi k/domu a koty za nią z domu i do domu

Sadzi drzewa krzewy ozdobne i kwiaty
Ciężkie dłonie ma od roboty
Za kilka lat nasze miasteczko będzie
zakwitać i wiosną, i latem, i jesienią
Oddaje bliźnim co ma w sobie najlepsze
Swoje sprawy odkłada na później

Widzę Go jak stoi na czatach
Ze szkicownikiem i paletą jak łopian
Obserwuje przemianę barw z chłodnych na ciepłe
Jego ścieżki do pachwin kotlin prowadzą
Przepyszna jesień podchodzi Mu do oczu
W pejzażu czuje się wolny i bezpieczny

Latem kosi łąkę z Matką
Kozły trawiaste wystawia do wiatru
Bukieciki polnych kwiatów zanosi umarłym
Na zimowe kąpiele zbiera macierzankę

W kapliczce cmentarnej na stoku
Maluje fresk Zmartwychwstanie
Chrystusa co zszedł z Krzyża
Za Nim poszły owocowe drzewa
Chrystus ma pestki łez po ranach
Jest zwornikiem dla tych co wierzą i wątpią
Był to ostatni obraz Michała

W marcu zzuwały się śniegi
Na stokach śpiewały roztopy
Bóbr ostro spływał do morza
Rzeki wychodziły z brzegów
Słońce kąpało się w kałużach
Na mieście mówili że Michał
W butach do raju poszedł

* * *

Z ogłoszeń zwykłych zaś … leczę gardło, kupuję bilety samolotowe, chodzę do pracy i nad morze. Jak ma się Twój marzec?