Schlagwort-Archive: mity & legendy

Pierwszy dzień lata na Slieve Donard.

Slieve Donard … to oczywiście nie jest, ale gdzieś trzeba zacząć tę opowieść. W piątek wygramoliliśmy się z łóżek dość wcześnie, bo i plany były poważniejsze. Chcieliśmy wejść na najwyższą górę w paśmie Mourne i wiedzieliśmy, że na szlaku spędzimy kilka godzin, przynajmniej siedem. Oczywiście wspinaczka tyle nie trwa, po prostu, żeby zacząć wchodzić na górę, najpierw trzeba do niej dojść. Zaczęliśmy od miejsca, które nazywa się Bloody Bridge i z którego jest taki właśnie piękny widok na wybrzeże. Plan zakładał, że najpierw idziemy wzdłuż rzeki, która zaprowadzi nas do Muru Mourne. Gdy już znajdziemy mur, będziemy obok niego podchodzić pod górę, aż się na nią wskrobiemy.

Krem z filtrem na nosy i szło nam rewelacyjnie. Najpierw było całkiem miło, potem zaczęło się robić ciężej. Czyż nie powinno być w życiu ciężej, czyż „ciężej“ przypadkiem nie uszlachetnia? No nie powinno, jak się okazało. Zgubiliśmy się. Albo raczej … doskonale wiedzieliśmy gdzie jesteśmy i w którą stronę mamy iść. Chodzi o to, że przez jakiś czas nie umieliśmy tego robić łatwiej. Zamiast iść szlakiem, szliśmy konsekwentnie korytem rzeki … w drodze powrotnej miałam okazję ocenić jak długo. Dłuuugo. Mam zaburzenia równowagi, a Kraciasty zechciał, żebym trzy razy przeszła przez rzekę w tą i z powrotem. Czy muszę dodawać, że tam, gdzie nie było mostu? 😀 Znaleźliśmy w końcu strome podejście do szlaku i weszliśmy na niego śmiejac się z siebie, że teraz wszystko jasne. Szliśmy owcostradą. Szacun owiec ulicy. Niemalże słyszałam jak klaszczą nam racicami 😀

Mieliśmy jeszcze jedno małe zawahanie – z której strony obejść kamieniołom – i w końcu dotarliśmy do muru. Dalejże więc zaglądać na tę drugą stronę, a tam takie widoki: po lewo Cove Mountain, w tle z kogucim grzebieniem to Slieve Bearnagh, po prawej kawałek pękniętej góry Slieve Beg …

Tę ostatnią lepiej widać na zdjęciu poniżej. Pęknięcie jest nazywane Diabelską Drogą, Devil’s Coach Road i podobno da się tamtędy wspinać (oh, really?). Wracająć do muru … Balla an Mhúrn, mur budowany pomiędzy 1904 i 1922 rokiem jest wzniesiony techniką dry stone walling – kamienie nie są powiązane zaprawą. W zamierzeniu ma chronić zlewnię rezerwuaru wody pitnej dla Belfastu.

Po posiłku regeneracyjnym, zgodnie z planem, skręciliśmy na prawo i zaczęliśmy wspinać się pod górę obok muru …

W czasie wdrapywania się na szczyt przystawaliśmy dla odsapnięcia i patrzyliśmy na wszystko z góry. Więc jeszcze jedno zbliżenie zrobione przez Kraciastego – na horyzoncie Gullion, walcowata, niebieska foczka – góra, której dotyczył poprzedni post:

Donard jest o wiele wyższy od Gullionu – Sliabh Dónairt wg różnych szacunków ma 849-852 m, jest najwyższym szczytem Irlandii Północnej i siódmym na Irlandii-wyspie. Na szczycie jest kamienna wieżyczka z datą 1910 od której mur rozchodzi się w dwóch kierunkach, na zachód i południowy-zachód. Podobnie jak na Gullionie, na Donardzie są dwa kopce (w XIX wieku przysłużyły się one do pierwszych precyzyjnych pomiarów geodezyjnych Wysp Brytyjskich). I są kruki, które kilka razy pięknie pozowały nam do zdjęć 🙂

Czytałam, że najwyżej położony zachowany grobowiec korytarzowy to ten na Gullionie, bo można do niego wejść, zobaczyć komorę. Natomiast kopiec na Donardzie* jest zupełnie zdemolowany, zasadniczo to kupa kamieni o której można przypuszczać, że kiedyś był w niej korytarz, najprawdopodobniej zbudowany w neolicie. Gdyby te przypuszczenia okazały się prawdziwe, można byłoby twierdzić, że najwyżej położony grobowiec korytarzowy to właśnie ten na zdjęciu:

Góra miała w przeszłości także inne nazwy: Benn mBoirchi, góra Borche, pasterza bydła i króla, Sliabh Slángha, góra Slanghá, rzekomego pierwszego lekarza w Irlandii. Nazwa używana dzisiaj przywołuje równie mityczną postać misjonarza chrześcijańskiego, śwętego Donarda pustelnika, który wg legendy mieszkał sobie w jednym z kopców.

Drugi kopiec jest trochę niżej, znacznie „młodszy“ niż pierwszy (powstał w epoce brązu) i jeszcze bardziej „przytarty“. Gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że obok niego jest dużo rozsypanych kamieni z których ktoś utworzył mniejsze kopczyki.

Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku późnym latem odbywały się tutaj coroczne pielgrzymki – związane były prawdopodobnie z niewykorzenionym na wsiach Lughnasadh, świętem plonów poświęconym bogini Taltu. Domyślam się, że tradycje załamały się z powodu Wielkiego Głodu. Mimo to szczyt nawet dzisiaj ma dla Irlandczyków znaczenie kultowe, jest usiany kamieniami, które upamiętniają jakieś współczesne osoby. Wydaje mi się, że w zbiorowej wyobraźni Donard jest miejscem pochówku i wiele osób zanosi na niego wspomnienie o swoich bliskich zmarłych.

Na szczycie wypiliśmy herbatę, posililiśmy się, dokarmiłam sneakersem lokalną mysz, która schowana wśród kamieni głównego kopca opylała resztki ciasteczek z pozostawionych przez ludzi papierków. Gdzieś w połowie naszego pobytu temperatura nagle spadła i zaczął wiać dość uciążliwy wiatr. Bardzo mili turyści (dziadek z dwojgiem wnucząt) zrobili nam wspólne zdjęcie, popakowaliśmy swoje śmieci i raźno ruszyliśmy w dół. Nie dość raźno jednak, bo nagłym zakrętem zaskoczyło nas takie zjawisko:

Na naszą górę zaczęła się wdrapywać chmura. Kiedy do nas doszła dotarło do mnie, że chmura jest po pierwsze mokra, po drugie wieje w niej wiatr, na dodatek przeciwny do kierunku, który sobie obraliśmy.

To mówicie, że schodzicie?

Tak było. Owce podeszły bliżej muru, żeby schronić się przed wiatrem i przyglądały się uważnie naszym usiłowaniom. Zejście pod szczyt zabrało nam 40 minut, a na dole … świeciło słońce. Tym razem już byliśmy grzeczni i trzymaliśmy się szlaku. Dobre jest takie schodzenie, kiedy już wiesz, że się zrobiło, co mogło, żadnych więcej kontuzji, stawy biordowe wytrzymały, deszczowe chmury zostały za nami, a po ciele rozchodzi się przyjemne zmęczenie. Jeszcze ostatnie większe kamienie do pokonania, ze zmęczenia człowiek coraz bardziej się potyka, ale uśmiecha się do siebie, gdy idzie gęsiego …

– Jesteś tam kochana?
– Jestem, jestem.
– To dobrze, jakby cię nie było, to z kim ja bym się żenił?
– Pewnie z jakąś paskudną, obcą babą.

***

Nasz koci syn następnego dnia zarządał śniadania z trzykrotną dokładką. Chyba próbował się najeść na zapas, przekonany, że znowu nie zobaczy nas przez cały dzień. A w niedzielę po południu lało i gór z naszego wybrzeża nie było widać wcale. Wydawało się, że w ogóle ich tam nie ma i że nasza wycieczka była tylko snem.

PS. Uzmysłowiłam sobie, że nie pokazałam Ci nigdzie na zdjęciach sylwetki Donarda, ale jeśli tu bywasz częściej, już ją znasz. Przy dobrej pogodzie widać ją na horyzoncie z mojej wsi, fotografowałam ją w czasie innych podróży, np. tutaj i tutaj 🙂

________________________
* Więcej info o górze jest w tekście „The Archeology of Slieve Donard“

Werbeanzeigen

Rozgrzewka na Slieve Gullion.

Odpadają mi kończyny. Siedzę z nogami na krześle i boję się nimi ruszać, bo jakaś część może tam pozostać. Na szczęście palce u rąk jako tako funkcjonują, więc wklepię dla potomności jak zaczęliśmy długi weekend. Wczoraj po śniadaniu postanowiliśmy wybrać się w górki. Tzn. postanowiliśmy już wcześniej, rano postanowienie zostało przypieczętowane odpowiednimi czynnościami …

A piszę zdziecinniale „w górki“, ponieważ Slieve Gullion, Sliabh Cuilinn, najwyższy szczyt hrabstwa Armagh, wznosi się na 573 metry. Nasz plan na długi weekend był taki wymyślny, że w czwartek jedziemy przejść się po Gullion, żeby mieć zaprawę przed piątkiem. Bo w piątek w planie były góry Mourne, nie ma przebacz. Zaplanowane, więc wybryknęliśmy z domu naszą dzielnym samochodem, przejechaliśmy granicę z Irlandią Północną i słuchając głosu Krystyny (nasza nawigacja, która zawsze skręca lekko) dotarliśmy nie bez cofań i zakrętasów na parking. Miejsce parkingowe o które nam chodziło jest położone wysoko, więc wchodzenie nie było wielkim wyzwaniem, bardziej obawialiśmy się, że złapie nas deszcz – czekaliśmy nawet chwilę w samochodzie, aż minie szałerek.

Na Slieve Gullion są dwa kamienne grobowce i małe jezioro. Oczywiście, tak jak w wielu miejscach Irlandii, i tutaj są one związane z lokalnymi legendami. Jedna z nich mówi np. że u stóp góry bohater Cú Chulainn spędził swoje dzieciństwo i otrzymał nowe imię (wcześniej nazywano go Sétanta). W przejrzysty dzień można zobaczyć z góry wybrzeże przy którym leży nasza wioska. Kraciasty wypatrzył nawet półwysep Howth, a więc część Dublina …

Z rzeczy, których nie dało się nie zauważyć – zaskoczyły mnie trochę ogromne wory z materiałem budowlanym … to pewnie stąd ostrzeżenia każące nam uważać na latające wte i wewte helikoptery. Buduje się nowe podejście, szlak będzie utwardzany, może już w następnym sezonie będzie się szło wygodniej. Podejście nie było trudne, doszliśmy na czubek wzniesienia bacznie rozglądając się na wszystkie strony (tak mnie osobiście nastroiła informacja w miejscu, które wyglądało jak przystanek autobusowy, że zaraz oto za chwilę jest grobowiec). Gdzieś tutaj jest grób korytarzowy, gdzie on może być? Gdy dotarliśmy na szczyt byłam trochę rozczarowana, że pewnie go przegapiłam …

… i dopiero, gdy wróciliśmy do domu dotarło do mnie, że … staliśmy na nim. Podeszliśmy od innej strony, więc nie zauważyłam, że z drugiej jest niewielkie, kamienne wejście, które znam ze zdjęć w internecie. Yhhh … tłumaczy nas to, że zerkaliśmy też na deszczową chmurę, która przybliżała się do nas od południa.

Z daleka Gullion wygląda jak śpiąca foka i można po jego grzbiecie całkiem sporo pochodzić. Z jego najwyższej części wypatrzyliśmy więc jeziorko o złej sławie i ruszyliśmy w jego kierunku. Jest ono nazywane jeziorem Calliagh Birra, starożytnej bogini z którą jest związany epizod w życiorysie Fionna mac Cumhaila. Kto się w nim zanurzy, jak mityczny bohater, który zanurkował po pierścień marudzącej dziewoi, ten natychmiast się zestarzeje. Nie próbowaliśmy. Jeziorko osyczało nas demonicznie.

Po jego drugiej stronie jest kolejny grobowiec, ale nie poszliśmy w jego kierunku. Może zauważyłeś, że na filmiku widać w oddali ścianę deszczu. Pomimo tego, że szczyt jest dość płaski, poruszanie się w tym terenie wcale nie jest łatwe, bo góra gdzieniegdzie jest pokryta błotnistym torfowiskiem … chyżo ruszyliśmy po własnych śladach, obawiając się, że kolejna deszczowa chmura nie skręci gdzie indziej tak, jak poprzednia …

Na szlaku przy okazji drogi w dół niespodziewanie spotkaliśmy owce, mamusię z latoroślą … trochę je zatrwożyliśmy … przyglądały się nam chwilę, maleństwo mnie, mama Kraciastemu, potem zeszły z drogi i zajęły się spożywaniem … dlaczego te dwunożne istoty nas otaczają? pochyl głowę, jemy, jesteśmy owcami pokoju …

Ten moment z dwóch różnych perspektyw …

Gdy doszliśmy do parkingu okazało się, że chmurki nas olały, tzn. nie olały i poszły sobie gdzie indziej. Byliśmy za to zupełnie sami, spokój, cisza … wyciągnęłam wałówkę i mogłam trochę odsapnąć. Najszybciej wysiadają mi plecy, stopy o dziwo się trzymają, nawet haluks nie za bardzo narzeka w górskim bucie … już się zaprzyjaźnił, zrozumiał.

Po spożyciu i patrzeniu na zamglone widoki, spakowaliśmy swoje śmieci do samochodu i ruszyliśmy do domu. W drodze powrotnej (jechaliśmy przed siebie, bo droga prowadząca do parkingu jest jednokierunkowa) widzieliśmy kolejne czarnolice mieszkanki Ring of Gullion tak blisko drogi, że zatrzymaliśmy samochód, żeby zrobić sesję fotograficzną.

Tutaj często nie ma żadnego płotu pomiędzy drogą a pastwiskiem. Zwierzęta mogą sobie spacerować, gdzie im akurat przyjdzie ochota. Czasem wychodzą więc na ulicę 🙂

Jeszcze jeden widoczek z drogi powrotnej (przepraszam, ale mózg mam tak zlasowany, że nie pamiętam, co tutaj chciałam napisać):

I jeszcze drugi widoczek (edit dla pewnej Hanny). Zupełnie zapomniałam, że napotkaliśmy również gniazdo owiec mroku. Gniazdowniki patrzyły na nas wymownie. Spadajcie, albo zaraz tam do was zejdziemy.

Kraciasty robił też zdjęcia krowom i koniom. Co chwilę mieliśmy ochotę się zatrzymać i popatrzeć, więc nasz zjazd z gór był dość powolny. Nie wszystkie widoki były ładne. Napotkaliśmy np. martwy las … kto, co i dlaczego, tego nie wiemy …

Wróciliśmy do domu późnym popołudniem, wygłaskaliśmy po łebku ciepłego kota, pogadaliśmy z sąsiadkami o kwiatkach i że ładna pogoda i udaliśmy się na świąteczną wieczerzę. Makaron z sosem Kraciastego, nie mogło być inaczej. Na deser truskawki bez niczego (a skoro już o tym mowa, na śniadanie były smażone krewetki, frankfurterki z polskiego sklepu i surówka z tartej marchewki z cebulą). W Irlandii Boże Ciało przekłada się na niedzielę, więc będzie u nas jakaś procesja dopiero pojutrze. Na razie już drugi dzień pod oknem sterczą nam kikuty świeżo wkopanej kalii. Jak przywitaliśmy lato opowiem Ci następnym razem. Głowa mi leci, czy to dzisiaj jest najkrótsza noc w roku? Pięknej Kupalnocki dla Ciebie, a dla mnie spać, spać.

Wielkanocne spacery.

Nie ma świąt w te święta. Nawet nie to, że pracuję. Wypadłam ze zwyczajowego trybu, gdy cieszyła mnie wielkanoc, bo oznaczało to więcej wolnego od pracy. To nie znaczy, żem zła, że trzeba pracować – trzeba to trzeba, aktualnie tak wychodzi 🙂 Mieliśmy za to spacery świąteczne … bardzo fajna sprawa, szczególnie, że po nich nie zostaje sterta brudnych naczyń …

W piątek skończyłam dość wcześnie i po pracy miałam na tyle dużo energii, że poszliśmy z Kraciastym na spacer za miasto, nad Boyne:

Drogheda Greenway (1)

W tle widać most wiszący, który otwarto w 2003 roku. Siedem lat temu przemianowano go na most Mary McAleese (ex-prezydentka Irlandii). Nadrzeczna ścieżka wije się wzdłuż rzeki od miejskiego parku The Ramparts, gdzie zaparkowaliśmy nasz samochód, aż do pola bitwy nad Boyne. Tak daleko oczywiście nie doszliśmy, zresztą na jednej puszce pepsi, zawracając jakieś trzysta metrów przed mostem.

Widok na miasto z chaszczy:

Drogheda Greenway (2)

W czasie spaceru przypływ odpuścił i woda na rzece zaczęła opadać. To bardzo ładny kawałek szlaku do spacerowania – koło ratunkowe na dymiące czachy, gdy będziemy chcieli przewietrzyć neurony.

W sobotę miałam wolne. Kraciasty z dwie godziny (!) prasował swoje koszule i spodnie, a potem nareszcie (!) mogliśmy wyruszyć do sąsiedniego hrabstwa Meath, zagłębia różnych ciekawostek. Jakiś czas temu byliśmy na the Hill of Slane, i zapowiadałam wówczas, że z pewnością zobaczymy również the Hill of Tara. Oto ono, Teamhair na Rí:

the Hill of Tara (2)

(uroczy jest ten płotek z krzywych sztachet) … a w zasadzie wejście na wzgórze z XIX-wiecznym kościołem i cmentarzem na którym rządzi klan krukowatych:

Kościół stoi na miejscu poprzednich chrześcijańskich świątyń, z których pierwsza datuje się na XII-XIII wiek, zaś na cmentarzu najstarszy grób jest z XVII wieku. Według tradycji (czyt. legendy) wzgórze to było siedzibą Wielkiego Króla, the High King of Ireland, ośrodkiem politycznym i religijnym wyspy, miejscem z którego rządziło 142 prehistorycznych i historycznych władców (jedenastowieczna Księga Przejęcia Irlandii, Lebor Gabála Érenn, wspomina, że to miejsce władców od czasów legendarnych Fir Bolg). Czy tak właśnie było, trudno powiedzieć. Władcy Wzgórza mogli kontrolować całą Irlandię, lub też mogli być … cóż … władcami wzgórza.

the Hill of Tara (1)

Miejsce to było „żywe“ przez wiele setek lat, co oznacza, że kolejne pokolenia zacierały ślady swoich poprzedników. Czasami następowało to w sposób naturalny. I tak, budowa kościoła i cmentarza z pewnością naruszyła pewne historycznie interesujące części wzniesienia. Z drugiej strony zdarzali się też i kretyni, w rodzaju Brytyjskich Izraelitów, pseudoarcheologów, którzy rozkopali to miejsce w poszukiwaniu dowodów na płody swoich pobożnych życzeń.

Z całą pewnością jest tu jak najbardziej autentyczny grób korytarzowy, w rodzaju takiego jak w Newgrange. The Mound of Hostages, po irlandzku Dumha na nGiall, najstarszy widoczny monument na Tarze: 

The Hill of Tara (3)

Wybudowano go gdzieś pomiędzy 3350 i 2800 p.n.e. a służył jako miejsce pochówku przez wiele setek lat. W większości były to prochy po kremacji, ale znaleziono także szkielet człowieka pochowanego w epoce brązu. Wejście do grobowca jest oświetlane światłem poranka w święta Samhain (31 październka) i Imbolc (1 lutego)

the Hill of Tara (4)

Tak właśnie wyglądał wczorajszy dzień, mglisty i niezwykle ciepły. Bardzo dużo turystów, wielu, tak jak tutaj, siedziało na trawie i grzało się w słońcu. Na obydwu zdjęciach widzisz pagórek na którym stoi (podobno autentyczny) Kamień Przeznaczenia – Lia Fáil, jeden z dwóch kamieni koronacyjnych na Wyspach Brytyjskich (drugi, tzw. Kamień ze Scone, przez 700 lat leżał symbolicznie pod tronem królewskim w Westminsterze). Ten widoczny na zdjęciu stał oryginalnie przed grobem korytarzowym, przesunięto go na pagórek, żeby upamiętnić Bitwę o Tarę z 1798 roku.

the Hill of Tara (5)

Podobno aż do króla Muirchertach mac Ercae, czyli do VI wieku n.e., na kamieniu koronowano kolejnych władców Irlandii. Legendy mówią również o tym, że kamień znalazł się w Irlandii dzięki Tuatha Dé Dannan, piątej grupie ludności, która zamieszkała na wyspie. Mieli oni przybyć z czterech miast-wysp z północy, przywożąc z nich cztery skarby – jednym był właśnie Kamień Przeznaczenia. Tuatha Dé byli przedstawiani jako bogowie, a w innych miejscach jako królowie, którzy a to przybyli na czarnych chmurach, a to na statkach, które natychmiast rozkazali spalić … czy to ten ich kamień?  Są i głosy rozsądku, że kiedyś naokoło grobu korytarzowego takich kamieni było cztery w czterech stronach świata i że przynajmniej dwa można zauważyć nieco zapomniane na pobliskim cmentarzu … Wokół wzgórza jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Korzystając ze wzniesienia terenu oczywiście wypatrywaliśmy czegoś znajomego, w szczególności the Hill of Slane. Zamiast niego w skisłym powietrzu (mgła na horyzoncie utrzymuje się od wielu dni) wyłowiliśmy niedalekie the Hill of Skryne z XV-wieczną ruiną wieży kościelnej. Co mi przypomina, że ten rejon jest miejscem akcji niezliczonych podań, jak choćby tego o Bitwie o Gabhair, Cath Gabhra, z cyklu feniańskiego. Niektóre kroniki podają rok 284 i miejsce bitwy pomiędzy Tarą i Skryne, czyli tam, gdzie obecnie biegnie … autostrada M3 😉

Zmęczeni upałem zeszliśmy ze wzniesienia, żeby posilić się w Maguires Cafe i wzmocnieni wróciliśmy objąć wzrokiem wszystko jeszcze raz.

the Hill of Tara (6)

To co tutaj wygląda jak zaniedbane pole golfowe to pozostałość po tym jak Brytyjscy Izraelici szukali na przełomie XIX i XX wieku … arki przymierza. Badania i liczne protesty intelektualistów opisała w swojej książce Mairéad Carew – może kiedyś po nią sięgnę, zachęcona recenzją Eileen.

W drodze powrotnej zrobiłam jeszcze kilka zdjęć grobów z patyną porostów. Kraciasty ma do mnie zdrowie …

the Hill of Tara (9)

… a poranek był już podporządkowany myśli o tym, że trzeba na kilka godzin przemieścić się do miasta i swoje odpękać. Pogoda jeszcze lepsza niż wczoraj, ludzie radośni, z zakiszonej mgły po wielu dniach wyłoniły się góry, łatwo je jeszcze pomylić z chmurami, ale są, i ktoś już zrobił mi obiad, a moim jedynym zadaniem było go zjeść 😀

Taki mój weekend opowiedziany bardzo po łebkach. Chociaż nie było u nas obchodów i wysyłania życzeń, myślimy z Kraciastym o tych, których czytamy i którzy czytają nas. Szczególnie, że nie u każdego dobrze się dzieje, a to z powodu sytuacji obiektywnych, a to z powodu wyboru sposobu na życie. Czekam na Twoje dobre dni, zwycięstwa, radość …

the Hill of Tara (8)

Leszy. Zamek Trim.

Jestem w trakcie oglądania pierwszych czterech „Narodzin gwiazdy“ i lekko nie jest, bo ile można przetwarzać tę samą historię? O tym jeszcze napiszę, gdy dooglądam Barbrę, ale teraz chciałam Ci pokazać coś zupełnie innego.  Dzisiaj post dwa w jednym, z dwóch różnych stron Europy.

Rano obejrzałam krótkometrażowy film Pavla Soukupa, „Władca lasu“:

Uważam, że mitologia słowiańska jest spójniejsza i logiczniejsza od mitologii chrześcijańskiej, a już z pewnością od jej kościelnej wykładni. Film przypomina Leszego, mitycznego strażnika leśnego ładu. Miłego oglądania 😉

Pozostając na chwilę w temacie mitologii Słowian, Bosz jakiś czas temu wydało dwie książki „Bestiariusz słowiański. Rzecz o skrzatach, wodnikach i rusałkach“ oraz „Bestiariusz słowiański. Część druga. Rzecz o biziach, kadukach i samojadkach“. Obydwie polecam dla grafiki, tekst raczej prosty i nie zgłębia tematu. Są to rzeczy dla osób, które o rodzimej mitologii wiedzą niewiele i nie mają się kogo zapytać 🙂

***

A to już zamek Trim, Caisleán Bhaile Atha Troim:

Zamek Trim (4)

Największy zamek normandzki na terenie Irlandii znajduje się w sąsiadującym z nami hrabstwie Meath. Został zbudowany w XII wieku przez Hugh de Lacy i jego syna Waltera 

W tygodniu nie można zwiedzać wieży, więc wybraliśmy się na tour de castle. Poniżej Kraciasty wszedł do dziury i zrobił z niej interesujące ujęcie zamku. Jego dziewczyna w żółtej smerfetce (czyli moi) stoi w zadumie:

Zamek Trim (6)

W filmie „Braveheart – Waleczne serce“ Mela Gibsona zamek Trim zagrał ufortyfikowane, angielskie miasto York. Faktycznie York nic o tym nie wie, aby było zdobywane przez Wallace’a – bitwa została wymyślona na potrzeby filmu, bo główny bohater nigdy nie dotarł tak daleko na południe – ale Trim udawało York bardzo godnie.

Zamek Trim (5)

Zamek obeszliśmy naokoło obfocając go obficie z każdej strony, a to aparatem, a to telefonem. Imponująca ruina …

Zamek Trim (1)

Zamek Trim (2)

Ptaki bardzo doceniają takie podziurawione budowle – w przypadku zamku Trim są to wszechobecne tutaj kawki, które Kraciasty podglądał na zoomie:

Zamek Trim (7)

Po obejściu zamku przeszliśmy przez mostek na rzece Boyne, żeby spojrzeć na wszystko z innej perspektywy. Rzeka była dzisiaj wyjątkowo gniewna, zresztą w drodze powrotnej zauważyliśmy sporo podtopień.

zamek trim

Powyżej na filmiku widać najstarszy irlandzki most, który bez gruntownej przebudowy pełni do dzisiaj swoją funkcję. W XVIII i XIX wieku przeszedł wprawdzie kosmetyczne naprawy, ale jego niezmieniona konstrukcja pochodzi z lat 1330-50. Poniżej widok na Trim z poziomu rzeki:

Jak więc widać, po zejściu z pagórka, wybraliśmy spacer ścieżką tuż przy rzece, aż do mostu, którym biegnie droga 154. Zakręciliśmy, żeby dojść do zamku jeszcze raz od tej samej strony od której nadjechaliśmy samochodem. Zmieniła się pogoda, słońce oświetliło mury.

Zamek Trim (3)

Chętnie wrócę tutaj, gdy będziemy mogli spojrzeć na miasto z wieży. Chłód, który nadal trochę czuję, chociaż grzeję się pod kołdrą pisząc te słowa, leczyliśmy herbatką w lokalnym barze niejakiej Rachel. Gorąca herbata w chłodne dni jest jak ambrozja 🙂 A teraz ziewam, i Kraciasty ziewa, nosy mamy zimne, ale czekamy ze zgaszeniem światła na Ryszarda, który udał się w ciemność i do tej pory nie wrócił. Mam nadzieję, że podobał Ci się film o Leszym … o tekst nie pytam, pisałam go poziewując straszliwie, z umysłem zasnutym nadmorską mgłą i przerywając sobie dyskusją z Kraciastym o ludziach i stanach psychicznych. Dobranoc pchły na noc. Karaluchy pod poduchy, a szczypawki do zabawki. Nietoperze za kołnierze, a biedronki do skarbonki. Ślimaki w kozaki. Krety do skarpety. Mrówki do kryjówki. Szczury do rury. Dobranoc. Kolorowych snów. Rano zobaczymy się znów. Tak to właśnie szło …

Wtorek w hrabstwie Meath.

Nim się człowiek obejrzy 1/12 roku już za nim. Zaczęliśmy go pięknie, bo spacerem nad morzem, a potem kontynuowaliśmy mniej pięknie, oboje ciężko przeziębieni. Pozytywy był takie, że kurowaliśmy się w Polsce. W styczniu zapoznaliśmy dwa koty, z czego jeden codziennie ostatnio wpada do nas na śniadania i obiady. A skoro tak, dostał kocie imię – Rysiu. W środku miesiąca Kraciasty prawie codziennie pracował, dopiero pod koniec stycznia mieliśmy trochę czasu na bezcelowe łażenie tu i tam …

We wtorek wyskoczyliśmy do Meath – niedaleko, hrabstwo po sąsiedzku. Zobaczyliśmy z bliska Slane Castle, siedzibę Henry’ego Mountcharlesa, ósmego markiza Conyngham:

slane castle 1

Dom z końca XVIII wieku, zaprojetkowany przez Jamesa Wyatta, James Gandona i Francisa Johnsona, nadal jest w prywatnych rękach, co jest fajne i niefajne. Niefajne, bo nie można po nim bezkarnie łazić, fajne, bo muzea pachną inaczej niż budynki zamieszkałe przez domowników. Nie za bardzo lubię zapach domów-muzeów. W listopadzie 1991 roku Slane Castle został mocno uszkodzony przez pożar (część od strony rzeki Boyne, nad którą leży zamek, została zupełnie strawiona przez ogień). Doprowadzano go do porządku z dziesięć lat i, jeśli dobrze rozumiem, obecnie  mogą go zwiedzać zapowiedziane grupy. Od 1981 obok zamku wielu znanych muzyków grało koncerty, w zasadzie kto nie grał … może tylko wspomnę, że był tu z koncertem David Bowie, bo jego płyty akurat słuchaliśmy w samochodzie w czasie podróży. W budynku został nagrana czwarta studyjna płyta U2 … pod tytułem, nomen omen, „Unforgettable Fire“ (niezapomniany ogień). Jeden z klipów do piosenki „Pride (In the Name of Love)“ pokazuje zamek sprzed pożaru:

Obeszliśmy dom z jednej strony i daliśmy sobie spokój z zachodzeniem do baru, który jest otwarty pod zamkiem. Zrobiły na mnie wrażenie te nowe-stare drzwi, wejście do cudzego świata:

slane castle 2

Na terenie posiadłości jest też możliwe zwiedzanie lokalnej destylarnii. We passed on this, either.

Na północ od Slane znajduje się miejsce na które zajechaliśmy wracając z zamku – wzgórze Slane, the Hill of Slane. Wg legendy na tym pagórku w roku 433 św. Patryk rozpalił ogień, aby sprzeciwić się królowi Lóegaire, który zakazał palenia ogni, gdy święty ogień płonął na wzgórzu Tara, the Hill of Tara (również znajduje się w hrabstwie Meath i pewnie za jakiś czas tam trafimy). Rzekomo był to więc płomień od którego św. Patryk rozpoczął chrystianizację Irlandii.

the hill of slane

Na tym niewielkim wzgórzu (158 m) jest teraz XIX-wieczny cmentarz, ruiny XVI-wiecznego kościoła-zakonu, a na zewnątrz cmentarnego muru pozostałości po przyklasztornej szkole z której kawałek po kawałku odpadają kamienie. Budynki opuszczono w pierwszej połowie XVIII wieku.

Będąc na miejscu nawet nie zauważylismy, że po drugiej stronie jest zarośniety drzewami kopiec, pozostałości XII-wiecznego grodziska, które zbudowała rodzina le Flemingów. Anglo-saksończycy rządzili tymi ziemiami najpierw stąd, potem przenieśli się nad rzekę Boyne i zbudowali swoją siedzibę dokładnie w miejscu, gdzie obecnie jest Slane Castle. Dopiero po zwycięstwie Wilhelma Orańskiego, ziemie przeszły w ręce protestanckiego rodu Conynghamów.

Drzewa na wzgórzu mają skrywać też inną legendę – miejsce spoczynku Sláine’a mac Dela, pierwszego króla Fir Bolg (Fir Bolg to lud, który wg średniowiecznego zbioru poezji i prozy „Lebor Gabála Érenn“ był czwartą z sześciu grup osadników na wyspie). Wg legendy Sláine rządził tylko jeden rok, zmarł w Dind Ríg, w hrabstwie Carlow, a jego prochy spoczęły gdzieś tutaj, wiele lat przed tym, zanim św. Patryk bawił się zapałkami. Legendarny król jest pierwszy na liście High Kings of Ireland, wg datowania XVII-wiecznego historyka Geoffreya Keatinga, lata jego panowania to 1514-13 p.n.e.  – nic dziwnego, że kopiec mógł się trochę … przytrzeć.

Na koniec naszego wtorkowego włóczenia się po okolicy wróciliśmy do hrabstwa Louth … do rybnego sklepu w porcie, po dorsza i lokalny, domowy chowder, którym podzieliliśmy się z kotem. Sam sklep rybny nie jest może antyczny, ot zwyczajny, ze świeżym połowem i kociołkiem na zupę, którą pani rozlewa do piankowych kubków, dodając do każdego po kromce sodowego chleba. Ale miejsce, które wybrano na port również ma swoją piękną historię:

Seismic Collision The Birth of Ireland

Opływające go wody są zasilane przez lodowaty prąd z północnego Atlantyku, co czyni to miejsce krystalicznie czystym, idealnym do połowu skorupiaków. Pierwszy raz jadłam zupę rybną, jeśli nie liczyć wsiowej wody ze śledzia. Rysiu po dłuższym dmuchaniu i sprawdzaniu łapką temperatury, również pochwalił czałderek. Żeby zjeść, musieliśmy oczywiście dojechać do domu, najpierw żegnając się z widokiem ośnieżonych gór Mourne:

widok 29. stycznia 19

Zrobiliśmy to bardzo szybko, bo zimno było jak cholera. No ale sam powiedz … pięknie. Jeśli marzę o większym domu, to jeden niech będzie z takim widokiem z okna.

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.