Archiwa tagu: morze

Late bloomer.

Zabrałam dzisiaj mamę na spacer po mojej wsi – gadałam do telefonu machając nim na lewo i prawo i pokazując jej to i owo. Tak wymyśliłam, bo ostatnio spacerować sama nie lubię, a mąż-mój-i-chłopak godzinę wcześniej pojechał był do pracy. Przed wyjazdem powiedział mi, żebym coś napisała, żeby go rozweselić. I szkopuł jest w tym, że pomimo dobrej pogody mam jakiś zamuł, a kawę powinni mi podawać przez port dożylny. Czym mogę Cię rozweselić, mój Kochany? Może Morze przed pełnym przypływem wyglądało tak:

A bardziej w ruchu tak:

Chciałam mamie pokazać jakąć meduzę lwią grzywę, ale akuratnie w meduzy nie obrodziło, za to w chusteczce do nosa przytargałam do domu jedną skorupkę. Trzymam je w słoiku, bo to typowe dla ludzi takich jak ja (w Polsce na parapecie kładłam kamienie):

I jeszcze zauważyłam, że ustawiono rusztowanie pod tym uroczym domem, którego strzecha zarosła już mchem:

Morze Może znów napełni się życiem. 65 lat temu kręcił się w jego pobliżu Rock Hudson:

W zasadzie miałam nie o tym, ale o czymś zupełnie innym. To jest tort, którym poczęstowali nas wczoraj nasi przyjaciele:

Zdmuchnęłam świeczkę, bo to ja byłam solenizantką. Dzień wcześniej pracowałam, ale też było bardzo miło – koledzy wręczyli mi róże w doniczce i voucher tk-maxxa, który natychmiast spożytkowałam na różowaty berecik Diefenthala i koszulę Hilfigera. Kraciasty sprezentował mi bukiecik podobny trochę do ślubnego. Nie piszę tego, aby ktoś składał mi życzenia, bo facebookowa aplikacja pokazująca nam kto ze znajomych i co dzisiaj obchodzi bardzo mi procedurę życzeniową obrzydziła – więcej z tym kłopotu, niż przyjemności 🙂

Mam 44 lata i 2 dni. Nigdy nie robiłam hucznych urodzin i nie chciałam takich mieć, nie dlatego, że przygnębiał mnie upływający czas, po prostu … nie uważałam tego za ważne. Zawsze było miło, gdy ktoś pamiętał, ale liczba osób, które chciałabym, żeby pamiętały, jest niewielka. Bieg czasu jest oczywisty, ostatnio bolą mnie części, które nie powinny, choć z drugiej strony nie bolą te, które powinny. Czym innym jest jednak starzenie się ciała, a czym innym poczucie tego kim się jest. W psychologii obowiązują podziały na etapy w życiu – widziałam te tabelki i pamiętam jakie uczucie towarzyszyło mi przy ich oglądaniu: niedopasowania, ale też buntu. Nie mieściłam się nigdy jak należy, wszystko zaczynałam za późno i ogólnie rzecz biorąc fatalnie pominęłam jazdę obowiązkową od razu przechodząc do miłości 😀 . Pamiętasz tę scenę z „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”:

Przepraszam, że taka smutna, ale ona zawsze mi się przypominała, gdy ktoś, zanim jak Pambu przykazał wybrałam zamęście, wygłaszał mi moralizatorskim tonem, że wymiguję się od pełnienia jasnych ról społecznych, gdy tymczasem „on/a w moim wieku …” (inna sprawa, że pouczenia tego typu dostawałam głównie w internecie). Nigdy nie chciałam być trybikiem, Adasiem Miauczyńskim, który wprawdzie robi, co ma do zrobienia, ale poza tym ma pseudorelacje z ludźmi. Myślę zresztą, że nikt, zapytany, tego nie chce. Ludziom pseudorelacje zdarzają się po drodze, zazwyczaj gdy zawzięcie realizują cudzy plan na własne życie.

Kilka lat temu nie robiłam podsumowań i nadal nie widzę puenty na swoje eciepecie-lecie. Jestem late bloomer i bardzo mi z tym dobrze, komfortowo, bezpiecznie. Piszę to wszystko dla tych osób, które czują niepokój, bo im się zdaje, że coś już powinno się wydarzyć, a się nie wydarza. W życiu nie ma „powinno”. Jest to, co jest. Pomyśl sobie czego naprawdę pragniesz. Albo pomyśl sobie „ale ona to jest naprawdę stara”. Zawsze można wybrać 🙂

Reklamy

Jesień w Carlingford.

Wczoraj była niedziela we wtorek. W zasadzie miał być wtorek, ale zrobiliśmy niedzielę. Pojechaliśmy na północ, bo była piękna pogoda, odwiedziliśmy znajomą, żeby błysnąć jej obrączkami, zjedliśmy obiad w ulubionym miejscu, potem wygrzewaliśmy się na słońcu siedząc na ławeczce w porcie. Mój ciemnozielony płaszcz zapobiegliwie zabrany z domu przeleżał całą wyprawę na tylnym siedzeniu samochodu. Zmitrężyliśmy tak sporo czasu, zrobiliśmy też wypad do Północnej na ubraniowe zakupy, mam więc nowy, wełniany kaszkiet i podkasaną spódniczkę na zimę. „Za krótkie dni dla nas robią”, powiedział Kraciasty, gdy nam słońce przestało działać …

… i tak sobie myślę … przecież mogłam już zwolnić się z życia. Mogłam nie chodzić na manowce do „miejsc żywieniowych” jak to określiła jedna pani, tylko praca-dom-praca-dom. Przecież jak się zagaduje ludzi to można jeszcze kogoś fajnego poznać! I co wtedy? Pomyśl o tym 🙂

Jedno zdjęcie. Parhelion.

Długa plaża w Clogher, wczoraj po godzinie 20-tej.

Słońca poboczne powstają na przecięciu kręgu parhelicznego i łuków Lowitza, gdy promienie światła załamują się na kryształkach lodu w wyższych, chłodnych częściach atmosfery. Te, które sfotografowałam wczoraj, przypominały na żywo małe fragmenty tęczy. Ciekawa jest nazwa tego zjawiska w języku angielskim – sun dog. Słoneczny pies. Jego etymologia (pochodzenie) jest niezbyt jasna. Dog jako czasownik może oznaczać podążanie za czymś. Ale jest również hipoteza łącząca to słowo ze skandynawską mitologią z którą świat wyspiarzy stykał się wielokrotnie (inwazje Wikingów na wyspy Brytyjskie powtarzały się od VIII wieku aż do roku 1066 i podboju w wykonaniu Wilhelma, francuskojęzycznego potomka wielkiego Rollo, najeźcy z północy). Podobne zjawisko w językach skandynawskich to: solhunde (duński), solhund (norweski), solvarg (szwedzki) … wilk, który goni za słońcem, aby je zjeść?

Wilkowi i tym razem się nie udało, bo wstał kolejny, letni dzień. Próbujemy sprzątać … próbujemy, jest po czwartej, a ja nie czuję, żebym zrobiła coś pożytecznego, poza obiadem, a w tym przypadku kaczka upiekła się prawie sama. Myśl o odkurzaczu nie nastraja mnie romantycznie. Za oknem absolutny spokój, czas przetacza się leniwie, tak sierpniowo jak to tylko możliwe. Kraciasty ma na sobie flanelową koszulę, bardzo podobną do tej Michała.

Newcastle i rezerwat Murlough.

Wtorek. 12:45 siedzimy przed laptokami, ja przed swoim, Kraciasty przed swoim. Włos półmokry jeszcze, lakier na paznokciach u stóp nie położony. Może byśmy jutro pojechali do Mount Stewart? Super, ale … jutro zapowiadają brzydką pogodę. Dzisiaj jest ładnie … to może dzisiaj? Będziemy tam o 14:30. 12:50 zakładam gatki, myję zęby, szkła kontaktowe w oko, włos podsuszony … Wsiadając do samochodu przypominam sobie, że mamy okropnie obsrane przez mewy tylne drzwi po lewej stronie. Trudno, się kiedyś umyje, może kupy same znikną 13:03 lecim. Przejeżdżamy jakiś kilometr. Nie, zaraz czekaj, nie mam okularów przeciwsłonecznych. Zawracamy? Zawracamy. Przy okazji wystawiam Ryszardowi przed drzwi miseczkę z wodą. Ryszard macha na pożegnanie. 13.08 lecim trasą widokową.

Tak mniej więcej wyglądały nasze przygotowania do wyprawy do Irlandii Północnej. Postanowione i zrobione w π razy drzwi piętnaście minut. Jechaliśmy trasą przez Warrenpoint i urokliwe Killkeel, które mruga do mnie zazwyczaj po drugiej stronie morza, gdy wracam z pracy. Około 14:50 trzeba było przyjąć do wiadomości, że nie znajdziemy się w Mount Stewart na 14:30 😉 Drugi raz próbujemy dotrzeć za Portaferry i znowu udało się nam utknąć, tym razem nawet bliżej, bo w Newcastle. Wyskoczyliśmy z domu w zasadzie po śniadaniu, więc zaczęliśmy szukać miejsca do spożycia. Newcastle w hrabstwie Down jest przytulone do wybrzeża i zastawione górami, podobnie jak Carlingford, nie ma jednak uroku tego drugiego, „naszego” miasta.

Newcastle co. Down

Dość długo szliśmy wzdłuż głównej ulicy szukając miejsca w którym świeżo umyte włosy nie przeszłyby mi zapachem tłuszczu ze smażonej ryby. Villa Vinci – wszystko pięknie podane, crème brûlée doskonały, do tego bardzo miły, kontaktowy Słowak kelnerem. Nie odmówię sobie fotki z jedzenia, bo po odnalezieniu tego miejsca poczuliśmy się jak zwycięzcy:

Newcastle co. Down a

Po obiedzie pojechaliśmy na parking przed rezerwatem Murlough i tam spotkała nas niemiła niespodzianka. Parking był płatny, a parkomaty głupie jak kilo gwoździ, brały tylko funty i nie obsługiwały kart. Trochę podminowana rzuciłam okiem tęsknie przez płot na Slieve Donard:

Murlough b

Wyjechaliśmy z parkingu źli, na szczęście okazało się, że 400 metrów dalej jest bezpłatne miejsce z którego prowadziła inna, równie dobra ścieżka do tej samej plaży … et voilà

   oto Murlough Reserve w odsłonie późnowiosennej:

Murlough a (1)
Murlough a (2)

Słońce pojawiało się i znikało, a Kraciasty pomagał mi jak mógł w nagrywaniu filmików:

Murlough a (3)
Murlough a (4)
Murlough a (5)
Murlough a (6)
Murlough a (7)
Murlough a (8)
Murlough a (9)

Plaża jest inna niż w naszej wsi, jest na niej więcej płaskich, obtoczonych przez pływy kamieni, a góry są tuż tuż. Za nami wydmy porosłe rozczochraną trawą …

Murlough a (10)

Na wydmach mieszkają nie tylko motylki i inne robaczki. Kraciasty zauważył, że gdy staliśmy na plaży z wydmy przyglądała się nam z zainteresowaniem Ruda Istota. Zdążyła prawie zupełnie zniknąć podczas gdy Kraciasty namierzał ją aparatem:

Murlough

Chciałam ją jeszcze podejrzeć za pomocą zoomu, ale najwyraźniej przegapiłam norkę w której chowają się Rude Istoty. Zresztą to byłaby nieuprzejmość z naszej strony narzucać się komuś, kto chce sobie spokojnie pomieszkać. Chwilę później wraz z przypływem pogoda zaczęła się zmieniać i silniejszy wiatr zachęcił nas do zejścia z plaży …

Murlough a (11)

Gdy wracaliśmy do samochodu nad wydmami machała do nas sylwetka zamku Dundrum, który odwiedziliśmy w październiku:

Murlough d

Powrotna droga wiodła nas trasą widokową po zachodniej stronie gór Mourne:

góry mourne (1)

Owce, owce, człowiek wszędzie widzi owce. Ta brązowa tylko na chwilę przestała zgryzać trawę, żeby sprawdzić dlaczego stoję tak blisko … po chwili wróciła do swojego zajęcia. Chrup chrup chrup. Owce naprawdę głośno jedzą.

góry mourne (2)

I tyle relacji z wyprawy, która utknęła. Wróciliśmy do domu po dziewiątej, następnego dnia prognozy się ziściły i cały dzień padało. Maj przeleciał nam błyskawicznie, smuci to i raduje, bo każdy tydzień zbliża nas przecież do kolejnej, jeszcze niezaplanowanej i enigmatycznej, wizyty w Polsce. Nie wiemy co, nie wiemy gdzie, na razie wiem, że zaraz idę do pracy, a Kraciasty jest już w drodze do swojego zajęcia. Wrócę późnym wieczorem i czekając na powrót Prawie Męża postaram się dokończyć książkę Abramowicz o której wkrótce będzie tu coś więcej. Dobrego dnia, napisz mi jak Ci mija ten powyborczy tydzień.

Foki w porcie.

Foki w porcie (1)

W poniedziałek byliśmy w mieście Sligo. Zajrzałam tam do ruin Sligo Abbey (5 ewrów), widziałam monument upamiętniający Czasy Wielkiego Głodu (z portu w Sligo w latach 1847-51 wyruszyło w świat 30 tys. ludzi) i czaplę polującą w rzece Garavogue, a z daleka wapienny nos góry Ben Bulben. Może jeszcze o tym Sligo napiszę, albo może o Yatesie, bo widziałam też metalowe ptaki 😉 Na chwilę niech będzie jednak zmiana klimatu. Wszędzie gdzie nie spojrzeć drama i echa odszczekiwania po dokumencie Sekielskich. Odszczekał Głódź, odszczekał Knabit, rwetes, bo dogorywa duży zwierz. I w związku z tym wiesz co … ta ja pokażę Ci foki.

Wczoraj po mojej pracy zajechaliśmy do portu, tym razem nie po zupę, tylko w nadziei, że foki cały czas tam są, pomimo tego, że morze było o wiele bardziej niespokojne niż ostatnio.

Foki w porcie (2)

Kutry już rozładowane, kołysały się w zacisznym miejscu, ale molo opływał całkiem żwawy, chłodny prąd z głębi morza. Oprócz kutrów zuważyłam też łódź ratowniczą, klasy Shannon (nówka nie śmigana, ta na dole zdjęcia):

Foki w porcie (2a)

Kraciasty stał i fotografował …

… takie różne zwierzątka:

Foki w porcie (6)

Foki w porcie (5)

Foki w porcie (4)

Foki w porcie (3)

Dzień dobry, mam na imię Irenka 😀

Na tym filmie widać, jak mglisty było to dzień. Nie ma śladu po górach, które przy przejrzystym powietrzu widać było ostatnio na horyzoncie:

Zresztą dzisiaj już niebo na nas trochę spadło i przez to musieliśmy chodzić pod wielkim parasolem. Na szczęście mam chłopaka-narzeczonego-prawie męża, takiego wymarzonego, który potrafi mi wypatrzyć w sklepie sweterek firmy Missoni i mogę do niego powiedzieć „zawiąż sobie glana”, więc on mi ten parasol potem nosił. A wracając do wczoraj, gdy patrzyłam jak światło wędruje po tafli morza dotarło do mnie, że za miesiąc będzie najdłuższy dzień w roku, a wg celtyckiej tradycji lato zaczęło się ponad dwa tygodnie temu, wraz ze świętem Beltane.

Foki w porcie (7).jpg

U mnie tradycyjnie wszystko do tyłu, sukienki ślubnej szukam i szukam, a znaleźć nie mogę. Niby mam takie założenie, że będzie do kolan, ale akurat jedyna, która trochę mi się podoba jest do kostek … więc … nie wiem. Babcia mi dzisiaj powiedziała przez telefon, żebym się tym nie zamartwiała. Ona miała pożyczoną, po koleżance, która hajtnęła się miesiąc wcześniej. Muszę się zapytać jak ta koleżanka miała na imię – lubię wiedzieć rzeczy o które nikt inny nie pyta. Szkoda, że zdjęcia z tamtego ślubu nie wyszły…
Dobrej nocy.

Życie jest piękne.

Port Oriel (1)

Sądziłam, że dni będą na tyle intensywne, że się raczej nie odezwę, ale … różne są niespodzianki, na przykład sobota taka jak dzisiaj, którą chcę zapisać. Słońce dodało mi energii, do tego zmiana w pracy przyzwoicie krótka. Wypiliśmy z Kraciastym popołudniową kawę w znajomej Coście i po zakupach pojechaliśmy do „naszego” portu „zorganizować” obiad. W porcie zaś tak:

Na miejscu mijaliśmy dużo spacerowiczów, ale to przede wszystkim miejsce pracy lokalnych rybaków i krajobraz pachnący rybką 😉 Betonowy mur chroni zacumowane kutry przed wysokimi falami, które zdarzają się na tych wodach dość często:

Port Oriel (2)

Wiedziałam, że w porcie są foki, nie sądziłam tylko, że zobaczymy je tak od razu. Początkowo podekscytowałam się, że widzę w wodzie focze łebki, ale po chwili odrzuciłam tę myśl, biorąc je za pływające boje. Kiedy doszliśmy do końca mola, po prostu się nam ukazały, żeby rozwiać nasze wątpliwości. Wielkie nosy szarych fok, Halichoerus grypus, przepiękne, duże zwierzęta, spokojnie unoszące się na wodzie.

Byliśmy na to zupełnie nieprzygotowani i lepiej wychodziło mi fotografowanie tafli wody niż samych fok. Prosz badzo,  krajobraz jaki już znasz z tego bloga, widok na piękny świat na północy, gdzie dostałam od Kraciastego pierścionek:

Port Oriel (3)

Gdyby nam pomysł na chowdera nie kręcił dziury w brzuchu pewnie zostalibyśmy tutaj dłużej. A tak z zupą zapakowaną do kubków zjechaliśmy do domu i mogłam zadzwonić do mamy, gdy Kraciasty ściągał mi spodnie.

Wiatr jest ledwie odczuwalny, widoczność wspaniała po wielu dniach zasnutych mgłą, niedziela będzie nie dla rodziny, bo jutro oboje wybywamy, żeby popracować. Mam taki plan, że w poniedziałek zabiorę się z Kraciastym do Sligo na zachodnim wybrzeżu, ale to się jeszcze okaże. A z rzeczy bliższych, na drugie będzie kalafior w sosie beszamelowym. I film Sekielskiego – pod warunkiem, że nie siądą łącza. Jeśli okaże się ciekawy, jeszcze tu o nim wspomnę.
Dobrego wieczoru 🙂

Port Oriel (4)

Titanic Belfast i SS Nomadic.

Titanic Belfast (1)

W niedzielę pojechaliśmy do Belfastu i odwiedziliśmy tytułowy obiekt, który powstał na Queen’s Island w 2012 roku. Właśnie tutaj od roku 1909, w stoczni Harlanda & Wolffa, budowano RMS Titanica. Zresztą było to także miejsce budowy jego sióstr, RMS Olimpica i HMHS Britannica. Budynek główny naprawdę robi wrażenie, został zaprojektowany przez Erica Kuhne & co. i w zamyśle ma przypominać wspomniane statki, chociaż podobno mieszkańcom kojarzy się z górą lodową i tak mówią o tym budynku – The Iceberg.

Rzeczywiście lśni w słońcu jak gigantyczna góra, a w środku, wg obecnej mody, dużo jest multipedialnych blink blink, filmów, które cały czas idą, czy kto słucha czy nie słucha, ekranów po których można przewijać palcami w górę, w dół i na boki. Są też oczywiście audioprzewodniki w kilkunastu językach, w tym po polsku.

Titanic Belfast (2)

Moje wrażenie z tego obiektu są mocno mieszane. Oczywiście jestem zadowolona, że pojechaliśmy. Bo zawsze lepiej zobaczyć wszystko na własne oczy, niż polegać na opinii innych. Moja przyjaciółka zachwalała mi kiedyś Muzeum Powstania Warszawskiego i też cieszę się, że tam poszłam, żeby wiedzieć, że nie muszę tego robić po raz drugi.

Zaczęło się od tego, że przy wejściu natrafiliśmy na wycieczkę francuskich nastolatków, którzy zdecydowanie podnieśli poziom decybeli. Nie wiem czy to sprawiło, że czuliśmy się w tym wielkim budynku nieco zagubieni, ale w każdym razie zwiedzaniu towarzyszyło poczucie chaosu, a główna atrakcja (jeżdżenie samochodzikami po replice miejsca budowy Titanica) nie była aż tak atrakcyjna, chociaż sam pomysł na coś takiego był ciekawy.

Titanic Belfast (3)

W muzeum można dowiedzieć się więcej o projektowania statku i procesie jego budowy, zobaczyć repliki kajut dla trzech klas pasażerów, poznać losy niektórych znanych podróżnych i członków załogi, przeczytać wiadomości wysyłane ze statku w czasie jego tonięcia. Gdzieś pod koniec zwiedzania dogonił nas głos Celine Dion śpiewającej wiadomą piosenkę i to był dla mnie dość cheesy moment, gdyż motyw mnie zupełnie nie wzrusza. Tajemnica albo nie tajemnica – nigdy nie obejrzałam całego „Titanica”, widziałam kiedyś początek, kiedyś koniec, i totalnie nie czuję bluesa. Oczywiście to nie jest powód, żeby kogokolwiek zniechęcać do zwiedzania.

Powyżej, pani z gołym biustem to Titanica – rzeźba z brązu Rowana Gillespie, która pewnie ma nawiązywać do galionów, figur jakie umieszczano na dziobie statku. Chociaż jest też możliwość, że to Rose trzymana przez Jacka 😉

Nasze bilety (horrendalnie drogie) pozwalały również na zwiedzenie od środka pewnego statku i tam też się udaliśmy po wyjściu z głównego budynku. Akurat w drodze złapał nas szałerek. Oto więc w irlandzkim deszczu SS Nomadic:

Titanic Belfast (4)

I to jest zwiedzanie jakie lubię 🙂

White Star Line, linia żeglugowa w której pływał Titanic i wiele innych gigantycznych statków już nie istnieje – w latach trzydziestych ubiegłego wieku firma została wchłonięta przez konkurencję. Podobnie nie istnieją wybudowane dla niej we współpracy z H&W statki, niektóre zatonęły, większość zezłomowano. Nie istnieją, poza tym jednym, którego główny pokład widzisz:

Titanic Belfast (5)

SS Nomadic wybudowano jako tender, statek pomocniczy, który miał przewozić pasażerów i bagaże na Titanica i Olimpica, ponieważ statki te były za duże, aby wpływać do portu w Cherbourgu. Zabytkowa kruszyna, która przetransportowała 274 pasażerów na Titanica wyruszającego w swoją dziewiczą podróż, pierwszy tender na świecie z elektrycznym oświetleniem. Pod pokładem jest multimedialny bajer w którym marynarz obsługujący kotły mówi „widzieliśmy wczoraj Titanica”. Oj, myślę, że w 15 kwietnia 1912 roku palacze byli szczęśliwi, że obsługiwali takie maleństwo zamiast maszynowni wielkiego transatlantyku.

Statek przetrwał upadek rodzinnej linii żeglugowej, dwie wojny światowe oraz czasy powojenne, gdzie wszystko, co stare wysyłano na śmietnik. Na jego pokładzie nadal wszędzie są gadżety nieistniejącej White Star, tak jak tutaj na pokrywie sztormowej bulaju. Może to jest ta jedyna oryginalna pokrywa sztormowa, której nie ukradziono, gdy statek bezpańsko cumował na Sekwanie. Repliki wszystkich innych pokryw zrekonstruowała ta sama firma, która wyprodukowała oryginały w 1911 roku:

Titanic Belfast (6)

Po wojnie Nomadic służyła większym od siebie jako tender aż do roku 1968, potem zakupiona przez prywatnego właściciela była w Paryżu pływającą restauracją na Sekwanie. Przez wszystkie te lata na jej pokładzie można było spotkać prawdziwe sławy, bo przecież poza pasażerami pierwszej klasy dla Titanica, płynął nią Charlie Chaplin, Maria Curie czy aktorska para Taylor-Burton. Po śmierci właściciela po raz ostatni groziło jej złomowisko. Uratowali ją miłośnicy historii i morza, których kampania zdołała zaangażować północnoirlandzki rząd do pomocy finansowej. I tak w 2006 roku z portu w Hawrze wyruszyła SS Nomadic na barce transportu morskiego do miejsca gdzie powstała. Nadgryziona zębem czasu, częściowo rozebrana, ale  z 25 nadal działającymi, zabytkowymi gniazdkami na żarówki i nigdy nie wymienionymi, przed(I)wojennymi silnikami parowymi. Po odrestaurowaniu (H&W odbudowali jej górny pokłady zgodnie z własną specyfikacją z epoki – wcześniej przebudowano tę część, ponieważ Nomadic z kominami nie mieściła się pod paryskimi mostami) i przemalowaniu na klasyczne kolory linii White Star, z godnością prezentuje się w suchym doku tuż pod muzeum Titanica. Popatrz na tę ścianę, mówi informacja, te drewniane panele są oryginalne, takie były od samego początku, w roku 1911. Więc Kraciasty w swoim kapeluszu i jedwabnej marynarce patrzy:

Instagram: @świechna

A stara ściana patrzy na niego.
Piękne są takie spotkania.

Poniedziałkowe Annagassan i Blackrock.

Chwilę mnie tu nie było, w międzyczasie Kraciasty poleciał na wschód, a ja przeszłam na obiady indywidualne i pasienie kota w pojedynkę. Bardzo dobre rzeczy się ostatnio powydarzały, wszystkiego w posta nie upchnę. O poranku porozdawano Oscary i pamiętam lata, gdy naprawdę interesowałam się tą nagrodą i rano nasłuchiwałam wiadomości. Przychodzi w życiu jednak taki czas, gdy ważniejsze jest nakarmienie kota 😀

drogheda walentynki

Powyżej rzeka Boyne i widok od strony miasta na XIX-wieczny most kolejowy Tarbhealach na Bóinne – w czasie budowy był siódmym tego typu na świecie, jeden z ówczesnych cudów techniki. Zdjęcie zrobiłam z mostu (po prawdzie to kładki dla pieszych) Hugh DeLacy. Ale fotka jest z walentynkowego czwartku i umieszczam ją tylko dlatego, że widok mi się bardzo podoba, a chcę Cię zabrać na spacer z  zeszłego poniedziałku …

… kiedy się człowiek włóczy w Walentynki to jeszcze jest jakiś przebrzydły argument, że lans na mieście, bo wszyscy się lansują 😀 Ale dlaczego wyleźliśmy z domu w poniedziałek, zamiast jak pambu przykazał siedzieć i się w tv gapić, tego, dajcież mi o bogowie, nie pomnę. W każdym razie wyjechaliśmy z domu na północ i minęliśmy domek o którym pisałam, że zrobił mi ciepło na sercu, bo jest w nim miejsce dla pieska:

domek po drodze

Kraciasty specjalnie zatrzymał w tym miejscu samochód, żeby zrobić parę ujęć – zobacz, jak dom jest wetknięty pomiędzy wąską drogą i skalistym brzegiem. Co kilka godzin podchodzą do niego wody Morza Irlandzkiego.

Droga prowadziła nas wybrzeżem przez Annagassan, Áth na gCasán, i nie chcieliśmy sobie odmówić przejścia się tamtejszą plażą. Na zdjęciu widać ją w pełnym odpływie, a „kijki”, które wystają z gruntu, wytyczają główny nurt rzeki, żeby się nie pochachmęciło kutrom rybackim wpływającym do małego portu po połowie sercówek czy innego tam skorupiaka:

Annagassan (2)

Nad morzem świat wydaje się większy, klarowniejszy, chmury bliższe, głowa lżejsza.

Wieś Annagassan, dawna twierdza Wikingów (tzw. longphort), jest malowniczo położona przy ujściu rzeki Glyde. Pierwsze wzmianki na jej temat są z poł. IX wieku – była tu wówczas forteca o nazwie Linn Duachaill. W tamtych czasach dwa longphorty zostały założone przez rudych wojowników z północy – drugim był … Dubh Linn. Splot okoliczności, być może też wyjątkowo spektakularne odpływy sprawiły, że to Dublin jest Dublinem, a pamięć o Linn Duachaill przywrócono dopiero kilka lat temu, gdy archeologowie dokopali się pod Annagassan do artefaktów, które potwierdziły, że stare księgi nie bujały wspominając o dwóch pierwszych longphortach

Każda z plaż ma swój własny charakter, każda jest trochę inna. W Clogher podczas odpływu podchodzimy nieraz pod same fale, tutaj, chociaż lubię spacerować w tym miejscu, nie czuję się na tyle bezpiecznie, żeby wędrować dalej po odkrytym piasku. Wyjątkowo rozległe odpływy odsłaniają grząskie dno pełne mokrych sadzawek i małży mroku, a przypływ przychodzi szybko.

Kolejny raz minęliśmy to coś, czemu tym razem dokładniej się przyjrzałam:

Annagassan (1)

Multimedialnie wygląda to tak (zwróć uwagę na górzyste, bajkowe tło):

Wytrwale szukałam wiadomości o wraku pozostawionym w tej okolicy, ale jedyna ciekawa wzmianka dotyczyła statku, który jest zatopiony głębiej w morzu. Intryguje mnie czy jest to pozostałość jednostki pływającej, resztki umocnienia wybrzeża czy atrapa dla turystów. Cokolwiek by to nie było, nikomu nie chce się o tym napisać w sieci. Takie to nawet trochę irlandzkie, leży sobie, po co drążyć …

W czasie spaceru trochę-padało-a-trochę-nie, i gdy schodziliśmy z plaży, ukazała się nad nią tęcza. Usiłowałam jej zrobić telefonem zdjęcie – w ten sposób na jedną z fotek załapał się anonimowy piesek, który niesamowicie uszczęśliwiony mknął we wszystkich kierunkach:

Annagassan (3)

Chwilę później Kraciasty zaparkował samochód pod krzaczkiem na wapiennym moście z przełomu XVII i XIX wieku i wleźliśmy na stromy pagórek, ja popiskując od czasu do czasu ojej, ojej, jak stromo, jak wejdę, jak zejdę, bo miałam na sobie nie za często noszone glanki i nie wiedziałam, czy one chcą ze mną wejść na górę, czy tak trochę nie bardzo.

Port i plaża w Annagassan jest za domami, pod mostem płynie Glyde, a my stoimy na wzniesieniu, które jest pozostałością osady Wikingów. Myślę, że wiem, co ich w tym miejscu urzekło. Widok na zatokę, kontrola nad rzeką:

Annagassan (4)

Niewielki port w Annagassan szczególnie pięknie wygląda przykryty  śniegiem lub szronem, co zdarza się niezbyt często.

Kiedy sturlałam się z pagórka, droga zaprowadziła nas wybrzeżem do Blackrock, o którym trochę już pisałam w innym poście. Byliśmy po raz drugi w Belle’s Tea Room i, jak widać na zdjęciu, przy kawie dobrze nam się wiodło, jak zawsze zresztą:

Blackrock 3

W Blackrock zazwyczaj spacerujemy po nadmorskiej promenadzie, i tym razem zauważyliśmy coś, czego wcześniej tutaj nie było – rzeźbę lokalnego artysty, Micheála McKeowna, odsłoniętą pod koniec zeszłego roku:

Blackrock

Dwie postacie błyszczące w słońcu jak roboty upamiętniają zbieraczy małży z początków XX wieku. Cockle pickers. Ludzie zbierający sercówki – nie tak dawno temu widok zupełnie zwykły, związany z wielopokoleniową tradycją. Zajęcie wydające się tak błahym, które uratowało życie wielu lokalnym rodzinom w czasach Wielkiego Głodu.

Blackrock 2

Wystarczy inna pora roku, dzień, godzina, układ chmur. Codziennie można byłoby robić zdjęcie choćby tego jednego miejsca. Promenadę w Blackrock zbudowano w latach 50-tych XIX wieku, w wieku XX zrobiono na niej miejsce na ruchliwą trasę R172. Natężenie ruchu jest więc spore, widoków to nie onieśmiela. Jakże inaczej to samo miejsce wygląda podczas przypływu:

View this post on Instagram

🌊☔

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Po przyjemnie spędzonym popołudniu był powrót w kierunku domu, księżyc, plaża we wsi i uświadomienie sobie, że to nie Doris nocuje obecnie w hangarze. Taki był zeszły poniedziałek. Teraz jestem tylko z kotem i robię obiad na śniadanie. W międzyczasie dowiem się, co tam na świecie. Będzie to więc spokojny dzień spędzony tak bardziej w środku. Rysiu właśnie odkrył, że kiedy siedzi w oknie wewnątrz domu widzi te same ptaszki i pieski, co wtedy, gdy siedzi na oknie na zewnątrz, tylko, że w środku nie wieje mu wiatr. Sądzę, że to będzie jedno z jego ulubionych miejsc. A jakie są Twoje poniedziałkowe odkrycia?
Dobrego tygodnia 🙂

Doris.

Tego wieczoru wyoglądaliśmy ostatnie trzy odcinki rosyjskiego „Mistrza i Małgorzaty”. Wcześniej kupiliśmy w sklepie takie niezbędniki jak pizza z krewetkami, kocie chrupki walczące z kamieniem nazębnym i bazyliowe pesto pierwszej świeżości tylko do osiemnastego. W drodze do sklepu na chwilę skręciliśmy na plażę, akurat żeby zdążyć przed zachodem:

collage 12.02

Dwa powyższe zdjęcia dzieli kilka minut. Na naszych oczach zapadł zmrok, morze w odpływie zaczęło się zlewać z niebiem, a na horyzoncie coraz lepiej widać było światła sąsiednich miasteczek. Zanim zupełnie się ściemniło, zdążyłam zrobić dość wyraźne zdjęcie Doris, królowej naszego wybrzeża:

collage 12.02 2

Doris Bleasdale 12-31 jest łodzią klasy Mersey. Być może na pierwszym zdjęciu nie jest jakoś szczególnie imponująca (na drugim jest obok swojego hangaru w którym odpoczywa), ale rozwija prędkość 16-17 węzłów, a jeśli ktoś widział tutejsze sztormy, od razu nabiera szacunku dla każdej rzeczy, która w taką pogodę pruje fale. Może raz czy dwa obserwowałam ją w oddali na spokojnym morzu (w czasie sztormów to ja śpię z kordłą naciągniętą na głowę), raz jak wyciągano ją na brzeg i transportowano plażą do hangaru, gdzie po umyciu brzuszka zasypiała do następnej przygody. Czytam, że już w czasie pierwszego półrocza służby pięć razy wypływała, żeby ratować marynarzy w potrzebie, oraz że ten rok będzie dla niej ostatnim u nas. Po 26 latach Doris ma odejść na emeryturę 2 czerwca. Jeszcze chwilę zostanie jako wsparcie dla młodszej koleżanki, po czym powędruje do Poole w hrabstwie Dorset, gdzie będzie częścią floty rezerwowej. Zastąpi ją nowa, szybsza łódź klasy Shannon. Trudno w to uwierzyć widząc jaka Doris jest gładziutka i zadbana, bez ani jednej plamki rdzy na kadłubie … no cóż … siedzę po północy (za dużo kawy) i piszę o łodzi ratowniczej. Nawet jest mi trochę smutno, że już niedługo będziemy ją żegnać. Wieczór był łagodny, teraz słyszę, że wzmaga się wiatr. Wyobrażam sobie, że łodzie, jak marynarze, wolą walczyć z falą niż rdzewieć w spokojnym porcie, więc może właśnie Doris zwodowano i kręci się przy wybrzeżu oświetlona różnymi błyskotkami. Ktoś tam nie śpi i być może nawet jest z tego powodu bardzo zadowolony, jak nasz sąsiad, który w czasie sztormowej pogody zamiata przed wejściem do domu. Kraciasty mówi, że robi „klar na pokładzie”. Klar na pokładzie. No dobrze. Ja, pomimo wypitej kawy, zamierzam teraz wskoczyć do wyrka bez zrobienia uprzednio klaru i bez wyrzutów sumienia z tego powodu. Dobrej nocy. Tobie również, mała łódko.

Jedno zdjęcie. Krowy.

– Dobrze, że już jesteś. Śniły mi się bizony.

* * *

Bos taurus taurus, 28 września 2018 roku, po godzinie czwartej po południu.

Tego dnia akurat przyjechaliśmy do rybnego w porcie, żeby kupić na obiad flądry – szare, płaskie rybki w pomarańczowe cętki. Po lewej stronie jest Oriel, port rybacki pełen kutrów, ten sam co zawsze. Jakaś wysłużona łupinka cumowała po krewetkowym połowie (każdego prawie dnia od rana widać wiele takich łodzi na łowach w zatoce).

Jedno zdjęcie. Krowa

W tle morze irlandzkie i dalej widok, który wielokrotnie gościł na tym blogu: na lewo pasmo gór Cooley, na prawo góry Mourne. Za mną ludzie siedzący na ławkach, wpatrzeni w tę scenerię, temperatura spodniowa, ale bardzo przyjemna, wiatr od morza niemrawy. Jest na tym zdjęciu dużo elementów, które cenię sobie w życiu: wolniejsze tempo, przyziemność podszyta pięknem, realizm zdeczka magiczny, zwierzęta, morze i góry. Gdy przyglądam się krowom, wcale mnie nie dziwi, że w wielu kulturach były i są święte (egipska i grecka mitologia, hinduizm, sikhizm). Z drugiej strony pomysł, aby cielność krowy zapewnić w taki sposób, że człowiek, najlepiej pierworodny, gryzie ją trzy razy w krzyż (polska kultura ludowa), już nawet ja ze swoją otwartością uważam za wielce … oryginalny.

* * * 

Śniły mi się bizony. Tym zdaniem trochę po pierwszej nad ranem zaczęłam dzień. Wiem, że w Polsce weekend będzie dla wielu niełatwy. Patrzę na rzecz z oddali, a i tak mnie to dotyka. Nie śmiem jednak rzucać wielkich, pustych słów. Tym łatwiej mi to przychodzi, że całe mnóstwo osób mnie w tym wyręcza.  Krowi widoczek niech przyniesie Tobie, Czytelniku, i mnie spokój.