Archiwa tagu: muzyka

Jak żyć? Trójkąt dramatyczny i inne przypadki.

Jeszcze kilka dni temu napisałabym, że lekko, bo byłam w trakcie intensywnego ciągu pracowniczego. Jako że jednak w piątek wręczyłam mojej menadżerce wymówienie z pracy, trzeba się wziąć za siebie i przestać się obijać 😉. Nie ma już telefonów w dzień wolny z zapytaniem, czy nie wpadłabym na zastępstwo, nie ma już wymówek, że nie mam czasu szukać czegoś lepszego, bo zarobiona jestem. Wprawdzie pracuję do czwartku, ale kobieta puściła takiego focha, że nie ma bata, aby zechciała ze mną choć jedno słówko sensownie zamienić. Bogowie, jaki będzie spokój! Przy okazji tej sprawy przypomniał mi się Trójkąt Karpmana, nazywany też Trójkątem Dramatycznym – model teoretyczny pokazujący jak wchodząc w relacje (w rodzinie, szkole, pracy) podświadomie wpadamy w trzy role typowe dla klasycznego teatru: wybawiciela, prześladowcy i ofiary. Od czasu do czasu oglądam sobie Magdę z Selfmastery i chociaż nie jestem wielką fanką coachingu udzielającego łatwych odpowiedzi na każde pytanie, odeślę Cię tutaj, do jej ujęcia kwestii trójkąta dramatycznego:

I co myślisz? 😊 Mnie osobiście zaskakuje gdy osoba w czasie krótkiej rozmowy płynnie przechodzi od prześladowcy do odgrywania ofiary. Zaskakuje, ale jest to także cholernie interesujące. Człowiek ma głowę wypchaną różnymi modelami teoretycznymi, rozmawia sobie (przynajmniej próbuje, choć moim zdaniem w przypadku natłoku dramatu trudno mówić o racjonalnym dialogu) i nagle łups, taka myśl mi błyska: trójkąt dramatyczny! Czy ona to zrobiła? Czy ja to właśnie powiedziałam? Inną sprawą, która mnie ciekawi jest to, że można u niektórych osób zauważyć jak gra psychologiczna staje się całym życiem. Na przykład z łatwością powtarzalnie wchodzą w rolę wybawiciela, aby realizować w ten sposób własne potrzeby, np. wybierając sobie zawód pomocowy. Hm?

Magda wspomniała o innym swoim nagraniu rozwijającym temat odgrywania roli ofiary. Również je załączam. Bardzo ważne dla zrozumienia tego zjawiska jest uświadomienie sobie, że i bycie ofiarą ma swoje plusy – gdyby było inaczej, każdy z nas natychmiast dążyłby do tego, aby szybko z takiego statusu wyjść. A chyba dobrze wiesz, że nie jest to takie oczywiste 🤨.

Warto, moim zdaniem, zauważyć klimat naokoło ofiary, często szczelnie wypełniony pomagaczami z misją i potakiwaczami – dwie grupy, które przy okazji załatwiają własne potrzeby duchowe (pierwsza grupa pomagając nie zajmuje się własnymi problemami, druga ma tendencję do pocieszania się, że ktoś ma gorzej od nich). A klimat może być taki, że gdy ktoś komunikuje problemy to oznacza, że jest szczery, autentyczny. To zjawisko widać również w blogosferze – tysiąc pięćset razy powtórzysz, że jest Ci źle i masz status osoby autentycznej (przy czym odgrywanie ofiary odróżniam od bycia w depresji – depresja to choroba, odgrywanie ofiary to, często nawykowa, postawa jaką w danym momencie przyjmujemy). Ofiara zanurzona w swoim własnym sosie uważa, że nie ponosi odpowiedzialności … to nie ona jest winna, to świat dzieli się na fajnych (słuchających jej skarg, wyręczających) i niefajnych (całą resztę, bo nawet, gdy po prostu próbujesz zająć się swoim życiem, to już może być powód Twojej niefajności). Zresztą łączy się z tym również temat „dlaczego pomagam?”. Czy po to, aby ktoś mógł się wydostać z gówna, czy po to, abym to ja mogła wejść z buciorami w czyjeś życie. Trudna jest nauka dystansowania się w sytuacji udzielania pomocy 😊.

Rzuciłam pracę, żeby nie stać się etatowo ofiarą, bo już mi zaczęły uszczelki mojej duszy przepuszczać. I cóż, kolejnej nocy, pomimo niepewnej przyszłości gapiącej się na mnie zza roga, spałam snem królewskim, z kotem przy boku 😊. Jeszcze pokażę Ci taką scenkę: wsiadam wczoraj do autobusu na przystanku w mojej wsi, zajmuję miejsce w drugim rzędzie za jakąś starszą, zniszczoną osobą, która gada czasem do innych, a czasem do siebie. Na którymś z kolejnych przystanków wsiada następna pokręcona postać, przygnieciona plecakiem, z odrętwiałymi rękami, i zajmuje pierwszy rząd po drugiej stronie przejścia. Jedziemy. Nagle słyszę w radiu piosenkę, początkowo myślę, że country, ale oni nie śpiewaliby o „shore” 😁. Chyba Dublinersi, coś mniej mi znanego, głos jakby Luka Kelly. I ktoś się dołącza, najpierw jeden, potem drugi, nastawiam uszu, bo te dwa źródła dźwięku są bliżej mnie. To zlasowane panie śpiewają, a głos tej przede mną jest nawet melodyjny i czysty. Patrzą na siebie, pokręcona zerka na mnie … „Kiedyś to były piosenki”. Takie wzruszenie poranne 😊 Nie traktuj tego jako odpowiedzi na pytanie „jak żyć”, bo, ludzie! nie pijcie alkoholu, szkoda się marnować! Ale piękne było chwilowe połączenie dusz, którego byłam świadkiem w autobusie podmiejskim. Piosenki nie znam, mam ochotę o poranku na irlandzki folk, który w prosty ale nie prostacki sposób opowiada o ludzkim losie, więc oto Luke zaśpiewa Ci o podążaniu za ławicami śledzia:

* * *

I jeszcze – moja mama … kilka lat temu, latem, wygląda z okna hotelu „Lviv” na Viacheslava Chornovola 7, wysoko, pokój bez klimatyzacji. Patrzę na zdjęcie i myślę jak bliska jest mi ta kobieta, dla mnie nadal młoda, z głową małej dziewczynki, zawsze trochę w chmurach. Jesteśmy podobne, i wcale niepodobne, a choć w przeszłości bywało różnie, porobiło się nam na starość, że ani trójkątów dramatycznych, ani żadnych innych triangulacji …

Instagram: @świechna

… w związku zaś z tym, że nagle mogę robić ze swoim czasem co chcę, zabukowałam kilka dni w grudniu na wizytę w domu rodzinnym. Z tatą lubię chodzić po lesie, z mamą po mieście, mam więc bardzo poważne plany. Kraciasty mówi mi, że tęsknią za mną. Jeszcze dziś i jutro go napasą, potem wypuszczą do mnie machając z wrocławskiego tarasu widokowego. Potem siądą w domu, w rozświetlonej kuchni, i wszystko omówią podrzucając smakołyki swoim rozpuszczonym, zaspanym futrzakom.

* * *

Mam ochotę pogadać dzisiaj o wchodzeniu w role i jeśli masz jakieś ilustracje trójkąta dramatycznego z własnego życia, zapraszam Cię do wymiany myśli. Miłej niedzieli, dbaj o swój dobrostan.

Odkąd jesteś.

Taką muzykę puścił mi mój mąż, gdy wróciłam z pracy zapłakana ze złości.
Jest mi z nim bardzo dobrze, nikt tak nie trzyma za kolano jak on, gdy jedziemy nocą do domu, a ja w myślach morduję człowieka 🪒
Aniele nieboży, stróżu mój, Ty zawsze przy mnie stój.

Halloween’s coming.

Cudownie jest po pracy nie musieć iść do pracy 😉 W związku z tym wstąpiliśmy po południu do kawiarni, rozsiedliśmy się nad kofeiną i miałam chwilę przyjemnego klapnięcia po kilku godzinach przebywania z ośmiolatkami. Byliśmy tutaj pierwszy raz, ale dopiero po jakimś czasie zaczęłam się rozglądać, żeby w połowie kawy zauważyć, że nad głową Kraciastego wisi urwana, ludzka kończyna …

Oczywistość 🙂 Już wczoraj wieczorem po supermarkecie hasały wróżki, zombi i jednorożce, sama zresztą weszłam tam, żeby kupić diabelskie różki do mojej dzisiejszej, wieczornej pracy, do której w końcu nie doszłam. Trudno, poczekaj, niech no sobie je założę …

… już. W irlandii widać jak to święto wzięły w posiadanie dzieci i jak bardzo odcisnęła się na nim kultura popularna JuEsEj. Rodowód zabawy jest niezbyt jasny dla badaczy – niektórzy twierdzą, że jest to kolejna odsłona Samhain, celtyckiego święta zbiorów, w czasie którego przepowiadano sobie przyszłość za pomocą jabłek i orzechów oraz palono wielkie ognie mające moc oczyszczenia …

… a przez otwarte drzwi z Innego Świata sprowadzały się rzekomo na ziemię ponadnaturalne siły i mroczne dusze. Każdego roku w Samhain grający na harfie goblin Áillen miał usypiać władców Tary i swoim płomiennym oddechem wypalać im pałac królewski do fundamentów, gdy tymczasem obywatele tego świata trochę dla jaj, a trochę z innych, równie ważnych powodów, robili latarnie z rzepy lub buraka pastewnego. Niektórzy więc twierdzą, że Halloween to Samhain, inni, że może raczej ludowa wersja chrześcijańskich obchodów Wszystkich Świętych, bezustannie aktualizującą się baśń w której rzepa zamienia się w amerykańską dynię, a goblin w straszydło z horroru.

Czymkolwiek Halloween by nie było, właśnie nadchodzi. Świętują dzieci, neopoganie, a rodzice i panie na kasie w supermarketach mają urwanie głowy. Dokształcam się u Kraciastego, co będą rozpalali Irlandczycy 31 października – z braku puszczy na drewno zapłoną palety. Mnie też się udziela, bo choć nie mam w planach okadzania się nad paletami, to gdy wracając z pracy patrzyłam na migające za oknem góry Irlandii Północnej, marzył mi się spacer po cmentarzu. A jeśli przychodzisz i mi mówisz, że my Słowianie mamy własną, równie dobrą tradycję, to ja Ci mówię „i tu się nie mylisz”:

Merfolk – Dziady

Koncert Dezertera i nasze wybory.

Kilka dni temu, w trakcie rozglądania się za jakimś polonijnym wyjściem „na miasto” (liczyliśmy na polski film w kinach) Kraciasty przypomniał sobie, że w sobotę gra Dezerter. Ostatnio był na jego koncercie jeszcze na starym Jarocinie, w towarzystwie nieżyjącego już kuzyna. Dezerter jest raz, kino poczeka – sobota została zaplanowana co do godziny. Pobudka, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Północnej na kurs od dziewiątej do czwartej, powrót do domu, karmienie kota, karmienie nas, wyjazd do Dublina. Ponieważ od kilku dni nie dosypiam, w drodze do stolicy padałam z nóg. A mimo wszystko to był dobry wyjazd. Czarowne chmury nad nami i zmienna aura w trakcie podróży, miasto nocą, takie inne, pijane, chwiejne, przetkane ludzką biedą. Lubię spacery w nocy, oglądanie sufitów w cudzych mieszkaniach.

Koncert odbył się w kultowym the Grand Social (to czerwone na prawo). Support grający na początku nazywał się the Blow Ins, polski punk na uchodźctwie. Punkt mają za brodę perkusisty, ale gdy na scenę wszedł Dezerter widać było różnicę poziomów. Co ciekawe, w koncertowej atmosferze o wiele łatwiej docierały do mnie teksty …

Przyszłość rodacy …
Zbudujemy nowy świat.
Zdechniemy przy pracy,
jeszcze tylko parę lat.

Wielki problem małych ludzi –
Zdobyć dobre stanowisko,
Zdobyć spokój, zdobyć krzesło,
Stracić nic – to znaczy wszystko.

I bezczelnie łypią okiem w moją stronę.
Szczerzą wściekle swoje ostre zęby,
Nie wiem tylko czy chcą ugryźć,
Czy to naturalny grymas durnej gęby.
Krzyż kurczowo ściskają jedną ręką,
Drugą zaciśniętą wygrażają światu.
Plują, wrzeszczą, wszystkich straszą
Polską tylko dla Polaków.

Budujesz faszyzm przez nietolerancję.
Budujesz system przez ignorancję.

Teraz udają, że są przygnębieni,
Gdy patrzą na groby poległych.
Udają, że czują zagrożenie i że są przejęci losami świata,
Udają, że walczą o pokój i wolność.
(…)
Ja urodziłem się 20 lat po wojnie,
Nie zastałem tu pokoju.

Jest w tym jakiś ponury symbol, że człowiek rozumny
Właśnie z drewna, a nie z plastiku, produkuje trumny.

Jutro wcześnie rano drzwi zatrzasnę mocno
Tuż przed nosem pańskich ludzi.
Pójdę żebrać o życie na gościńcach świata.
I rozkażę ludziom: „nie idźcie na wojnę!”
A jeśli trzeba krwi, niech pan odda własną
Panie Prezydencie …

Świat potrzebuje punka. I aby punk doroślał i zmieniał świat, miast zapijać się na śmierć.

* * *

Niedziela wyborcza dała nam obojgu poczucie mocy, takie miłe smyranie. Raz, że musiałam się przeczołgać przez pracę, dwa, wieczorem zrobiliśmy ze swoimi głosami to, co mogliśmy zrobić. Nie jestem wyborcą podobnym fanom klubu piłkarskiego, wynik poniżej oczekiwań nie jest dla mnie powodem do osobistych dramatów, nie mam też jednej partii za którą dałabym sobie głowę obciąć … moją głowę bardzo lubię. Co mi się nie podoba? To, że wygrało PiS, bo to partia podpierająca się populistycznym bełkotem, i nadal uważam, że wstyd na nią głosować, wstyd, że tylu ludzi popiera skubanie z cudzego, którego głównym celem są wyborcze profity. Konfederacja w Sejmie się mi nie podoba, bo faszystów nie lubię. Plusy? Reprezentacja nowej lewicy, chociaż na nich nie głosowałam. Głosy będą spływały, sytuacje się wyklarują, a w międzyczasie rano wstał nowy dzień. I wbrew sieciowym hasłom, nie budzimy się w innym świecie. To był dobry tydzień, dużo pracy, więc trochę pieniędzy, które rozpieprzę na głupoty 😀 , czytanie „Sodomy”, Nobel dla Tokarczuk, kurs w Północnej, koncert Dezertera, wybory. Zmiany i tak nadejdą.

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Faszyzm nasz powszedni.

Obserwuję gotowanie się do jesiennych wyborów i wyglądają te przedbiegi jak wyglądają. Kilka dni temu ponownie zobaczyłam artykuł w internecie, który nawiązywał do faszyzacji życia w Polsce, tym razem był to list otwarty Stanisława Brejdyganta do którego tutaj odsyłam. Słowo mocne, więc aż kusi uznać, że nieeee, tak źle to z nami jeszcze nie jest. Czym jest faszyzm? Umberto Eco w swoim eseju z 1995 roku zatytułowanym Ur-fascism zaproponował kilkanaście cech typowych dla ideologii faszyzujących. Są to proste hasłami z których można korzystać naprzemiennie nie martwiąc się o ich logiczną spójność. Haseł, twierdzi Eco, nie da się w związku z tym zorganizować w system. Autor rozwinął każdy punkt, ja opatrzyłam je uwagami osobistymi, impresjonistycznymi i stylistycznie niespójnymi. Nie ukrywam, że inspirowały mnie komentarze blogerów 🙂

1. Kult tradycji. W przeszłości było wiele ważnych i istotnych wydarzeń, które natychmiastowo były ważne i istotne. Chrzest Polski, Bitwa pod Grunwaldem, Cud nad Wisłą. Nie ważne, że naukowcy nie znają nie tylko dokładnej daty, ale i roku chrztu, a w XIX wieku Polacy nie wiedzieli nic o Grunwaldzie. Jeśli ktoś nie widział Matki Boskiej nad placem boju, kłamie, że uczestniczył w Bitwie Warszawskiej. Tradycja określa ramy tego, co jest wartościowe, poza nią nie ma nic wartościowego.

2. Odrzucenie modernizmu. Serce ważniejsze od szkiełka i oka. Wprawdzie „dawniej było lepiej, ale …” Oświecenie początkiem upadku i wszelkiego zła. Romantyzm, przede wszystkim Romantyzm jest fajny. Racjonalizm prowadzi do ateizmu, a jak wiadomo każdy ateista przed śmiercią i tak się nawraca.

3. Działanie dla działania. Motyw wiąże się z uwzniośleniem antyintelektualizmu i irracjonalizmu. Działanie jest męskie. Nadmierne zastanawianie się to objaw słabości, typowe zachowanie kobiece. Wiadomo, że kobiety mają problem z decyzjami. Nie bądźmy kobietami. Zresztą pkt. 12 jasno podkreśla, że nie warto.

4. Niezgoda jest zdradą. Umysł krytyczny jest umysłem podejrzanym, w szczególności, gdy werbalizując swoją krytykę używa zbyt wielu słów. Umysł krytyczny psuje efekt pkt. 3, wskazuje sprzeczności w pkt. 4. Kto krytykuje misternie (bo wg prawideł pkt. 14) wydziergany bluzg, mądrzy się i wiadomo, że robi to po coś. A przede wszystkim własne gniazdo kala.

5. Inność to zło. Nie ma faszyzmu bez rasizmu. Nie jestem rasistką, ale … Obrywa się też wszystkim innym. Nie chcemy pamiętać, że w Auschwitz homoseksualiści mieli własne oznaczenie – różowy trójkąt. Chciałbyś mieć trójkąt w innym kolorze w Auschwitz? Każdy kto się wyróżnia jest podejrzany. Oryginalność musi być pozorna, aby była zaakceptowana. Nawet szafiarki i motywatorki kręcą się wokół tego, co oczekiwane.

6. Działanie jest skierowane na sfrustrowaną i niedocenioną klasę średnią. Trzecia Rzesza nie została wprowadzona przez elity, ten system wybrała większość, czyli średniacy. W taki też sposób należy konstruować przekaz medialny, aby mogli go odebrać średniacy. Teksty niezbyt skomplikowane, muzyka „prosta, ale szlachetna”, obrazy łatwe do zinterpretowania, wiersze z rymami, łatwe do zapamiętania, nadające się do deklamacji na akademiach. Ileż to już razy słyszałam od pobożnych kobiet, że one nie wiedzą o co chodzi w tym obrazie czy wierszu, wypowiedziane w takim sensie, że skoro one nie rozumieją to obraz lub wiersz jest zły.

* * *

William Scott. Frying Pan, Eggs and Napkin (1950)
National Gallery of Ireland, Dublin.

* * *

7. Wiara w spisek. Naród jest scalony przez wrogów, także wrogów wewnętrznych, którzy nie należą do narodu, tylko udają. Żydzi knują, myślą cały czas o nas. Podobnie jest z Niemcami, wszystko co robią służy temu, aby nas, moralnie wyższych, pognębić. Jeśli będziemy rozmawiać o Rosji, należy wykazać, że Rosjanie mają to samo. Wywyższenie ksenofobii do rangi zalety. W wersji przeintelektualizowanej możesz zamartwiać się NWO, za to są dodatkowe punkty. Poza tym nie zapominajmy o sortach.

8. Wróg jest silny i słaby jednocześnie. Innym się powodzi. Inny ma więcej pieniędzy. Ale piniądze szczęścia nie dają, czyli Ty masz jednak lepiej 🙂 Można to przenieść na inną skalę – jako naród mamy g***o, ale nasz naród i tak góruje. Jak nie ma czym to moralnie. Moralne górowanie jest najlepsze, bo nie do odparcia. W tym klimacie słowo szacunek załatwia wszystko. Gdy ktoś się nie szanuje, to wiadomo o co chodzi.

9. Życie to walka, więc pacyfizm jest podejrzany, jest niezgodny z duchem wielkiego narodu. Każdy powinien umieć się bronić, poglądy pacyfistyczne to w najlżejszym ujęciu gejowatość, w najcięższym największa zbrodnia przeciwko narodowi. Nie walczy się po to, aby żyć, raczej żyje się po to, aby walczyć. Krew, cierpienie, o popatrz, tu mam bliznę! Członek narodu nie może mieć żadnych wątpliwości, że działania armii są słuszne. Kolejna sprzeczność w ideologii faszystowskiej: nieuchronne zwycięstwo moralnie wyższych, a wojna jako stan. How come?

10. Pogarda dla słabszych i elitarność mas (sic!). Społeczeństwo jest zhierarchizowane, należy pogardzać tymi, którymi zarządzamy i bać się tych, którzy nad nami. Ten, kto stoi najwyżej pogardza wszystkimi, w końcu wszyscy pozwolili mu sobą zarządzać. Jednocześnie każdy członek grupy wybranych (najlepszego narodu, czyli naszego) jest lepszy od Innego spoza grupy.

11. Każdy przedstawiciel narodu jest bohaterem. Jeśli nie jest bohaterem w wątpliwość można poddać jego przynależność do narodu. Być może jest tylko dobrze kamuflującym się Innym. Bohaterstwo oznacza poświęcanie własnego życia, nawet, gdy nie ma to najmniejszego sensu. Bohaterowie „Kamieni na szaniec” nie mieliby żadnego znaczenia pozostając przy życiu. Bielecki budzi wściekłość schodząc z góry tak po prostu zamiast ryzykując życie dla Mackiewicza. Baczyński nie byłby taki fajny, gdyby nie zginął.

12. Kult machismo. O kobietach decydują mężczyźni. Bo kobietom, jako jednostkom pod każdym względem słabszym, należy pomagać. Życie seksualne kobiety stanowi o jej wartości, a przyjemność seksualna jest podejrzana. Ideałem jest Matka Boska Ale Wieloródka. Poseł wita premierkę po misji w PE bukietem kwiatów. Najlepszym sposobem na pokonanie w dyskusji feministki jest oświadczenie, że jest brzydka. Mężczyzna, który jak Grodzka, zmienia płeć, jest na tym tle człowiekiem niezrównoważonym psychicznie. Kto przy zdrowych zmysłach sam pozbawia się przywileju bycia Panem, żeby stać się Nikim? Poza tym, heloł, Grodzka jest brzydka.

13. Populizm wybiórczy. Rządzący działa z polecenia suwerena. Jeśli jednak tłum wyjdzie protestować, a jego hasła nie zgadzają się z pomysłem władzy, tłum zostaje spacyfikowany jako fałszywy suweren. Suweren jest tworem mitycznym, przywoływanym dokładnie w tym miejscu, gdzie dawniej przywoływano Boga. Rządzący wymyśla hasła za suwerena, tak jak Kościół przypisuje Bogu i głosi w jego imieniu kolejne opinie na tematy aktualne.

14. Nowomowa. Język wypacza rzeczywistość … Uczestnicy wypadku komunikacyjnego polegli. Gimnazja są wygaszane. Protestujący to dzieci ubeków. Marginalizacja to ulepszanie lub tolerancja. Wycinka lasów to działania proekologiczne. Media kontrolowane przez władze to media niezależne

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że oskarżenie o faszyzm jest używane w debatach dość powszechnie, przez co samo słowo stało się niejasne i trudne do obrony. Powyższe punkty można potraktować jako przeintelektualizowane gadanie krytyka literackiego, wolna wola. Pozostawiam je u siebie, bo mogą się komuś przydać … czy ja wiem do czego … do pomyślenia o tym … albo coś 🙂 A skoro zaczęłam notatkę od Brejdyganta, po rodzinnemu zakończę Brejdygantem 🙂 Pan, Krzysztof, syn Stanisława, „Polsko”:

A u nas na wsi …

– Ale to chyba taka większa miejscowość jest …
– Nie no, na wsi mieszkam.

Jaki masz nastrój u progu nowego tygodnia? U nas trochę wolnego i trochę pracy (dzisiaj). Wczoraj pomiędzy kawą i obiadem nabrałam ochoty na spacer, bo bez pracy mam ciśnienie trupa. Zostawiliśmy Rysia słodko drzemiącego na naszym łóżku i zabraliśmy się z Kraciastym na (planowanie) krótką przechadzkę do plaży i z powrotem … na plaży akurat zaczął się odpływ a z wody wyciągano Michaela, łódź ratunkową klasy Shannon, która pierwszy raz przybyła do naszej wsi ponad miesiąc temu* …

Przy odpływie, idąc dalej na południe, można dojść plażą aż do ujścia rzeki Boyne, ale Kraciasty zaproponował, żebyśmy, zamiast przecinać Michaelowi drogę, poszli w drugą stronę i zrobili rundkę wokół półwyspu. Akurat zaczęło być ślicznie, więc w palącym słońcu ruszyliśmy wzdłuż klifów na dłuższą, niespodziewaną włóczęgę …

Zapachy morza i kwitnących łąk wykańczały swoją intensywnością i sprawę ledwo ratowała rześka bryza od morza. Za każdym razem, gdy tędy idziemy (a nie pierwszy raz podążasz za mną tą drogą), zachwycają mnie te popękane skały, które wyglądają jak pozostałości po kamieniołomie …

Tym razem nie wypatrzyliśmy na klifach kormoranów … gdzieś tam były dwa jachty płynące na północ, kajakarze, jakiś pan z dwoma biszkoptowymi psami, z których jeden chciał nam towarzyszyć w wycieczce …

Poza przepięknymi skałami, niesamowicie dużo zieleni, z jednej strony powszechnie tu występujący kolcolist, goarse, na bardziej zacienionej stronie półwyspu rozkrzaczające się dopiero paprocie. Horyzont zaniesiony morską mgłą. I takie pułapki na otyłych, które zapobiegają niekontrolowanemu przemieszczaniu się rogacizny :

Mieliśmy zrobić obiad po powrocie do domu, ale gdy zeszliśmy z krowiego szlaku do portu i okazało się, że w rybnej budce możemy płacić kartą, plany uległy zmianie. „Na wsi” zjedliśmy rybę z frytkami i popiliśmy ją colą. Obiad na świeżym powietrzu, z widokiem na morze, w otoczeniu całkiem dużej grupy ludzi, którzy mieli tego dnia ten sam pomysł:

I jeszcze rzut oka na port w drodze powrotnej. W ścianach muru portowego gniazduje nurnik zwyczajny, cepphus grylle, black guillemot, którego odgłosy towarzyszyły nam w czasie obiadu.

Najedzeni, trzymając się za rączki krętą drogą wróciliśmy do domu, do Rysia, który obudził się na nasze przywitanie. Weszliśmy do środka tylko na chwilę, żebym mogła sobie obciąć zadzierający się paznokieć i podeszliśmy kilka kroków do nasłonecznionej ławki na trawniku, gdzie ostatnio stał ołtarz na boże ciało. A Rysiu, kot wolny, z nami tup tup tup. W związku z tym mogłam zrobić zdjęcia faz zagnieżdżającego się kota:

Dzisiaj kolejny dzień irlandzkich upałów … nie było już tak cudnie, bo musiałam spędzić ponad siedem godzin w pracy, ale skończyłam akurat na tyle wcześnie, aby chwycić jeszcze przez okno kilka promieni. W piekarniku dochodzi mi lidlowska lazania, w pralce pierze się mundurek (dwa dni wolnego hip hip hurra, czyli nastrój wcale nie „ble-bo-poniedziałek”), Kraciasty szaleje z łopatą przed domem, bo kupił chabazie (konkretnie astilbe) i chce je zasadzić, żeby było ładnie. Wyszłam zapytać, czy z jego głową jest wszystko w porządku. No co, niedługo się żenię. 😀

A mnie gra od dwóch dni piosenka mojego ulubionego Billy’ego, więc i dla Ciebie:

Billy Joel – The Longest Time

Opowiedz mi o swoim weekendzie 🙂

________________________ 
* Możesz to przybycie obejrzeć na YT, my z jakichś powodów nie byliśmy wówczas na imprezie.

Same Suki i inni.

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się do Dublina, żeby poszukać butów do zielonej sukienki. Coś tam znaleźliśmy, coś tam kupiliśmy (Kraciasty ma nowe czarne glany z nosami w celtyckie maziaje), pochodziliśmy po mieście pod wielkiem parasolem i przy okazji dokonaliśmy zaskakującego odkrycia. Jeszcze w zeszłym roku dziwiłam się, że w stolicy nie ma żadnego pomnika Luke’a Kelly, choć urodził się i wychował w tym mieście … a tu proszę bardzo, takie spotkanie:

Weszliśmy na niego na South King St. Pomnik autorstwa Johna Colla odsłonięto pod koniec stycznia, w 35 rocznicę śmierci Luke’a. Jeśli nie wiesz kim on był – to legendarny lider kultowego zespołu folkowego The Dubliners. Zespół zakończył karierę w 2012 roku (nie żyje już nikt z założycieli) i nie od rzeczy będzie napisać, że w czasie 50 lat swojego istnienia rozpropagował irlandzki folk na świecie. Jeśli znasz jakieś pubowe piosenki, z całkiem sporym prawdopodobieństwem pochodzą one z repertuaru Dublinersów. Luke był frontmanem przez pierwsze dwadzieścia lat istnienia zespołu … minął już kawał czasu, ludzie wraz z nim, jeszcze kilka lat temu można było w Howth spotkać Barneya McKennę, który grał u nich na banjo, ale już nie dziś, bo on właśnie w tym Howth przewrócił się w swojej własnej kuchni … w każdym razie chcę powiedzieć, że do tej nuty nóżka mi tupie i ucieszyłam się z pomnika, jakby to mnie go wystawili.

Ciągnąc temat muzyki folkowej … lubię i to przede wszystkim polską. Podoba mi się także inne niż Dublinersów, nowatorskie podejście do tematu i pokażę Ci parę muzyk, które mnie zachwycają, bawią, inspirują, żebyś sobie nie pomyślał, że mi o nieszczęsną Tulię, co to Eurowizji nie wygrała, chodzi …

Same Suki, zespół kobiecy gra od 7 lat, a poniżej masz najlepszy klip folkowy roku 2014. Półtora punkta się należy za samą nazwę, jako ciekawostkę dodam, że konkretnie chodzi o suki biłgorajskie 😉

Żywiołak śpiewa w kupie od 14 lat, a to jest piosenka na tematy aktualne … kilka dni temu była przecież Kupała. Klip „narysował” im Łukasz Rusinek, który mieszka w lesie pod Opolem 😀

Kapela Ze Wsi Warszawa, istnieje ponad 20 lat. Oni też lubią suki 😀 Zaśpiewali ze wspaniałą Mercedes Peón, która zajmuje się gromadzeniem pieśni i opowieści galicyjskiej prowincji. Wariaci się przyciągają i razem robią coś pięknego:

Sam widzisz – nie wystarczy zawodzić, żeby się ogłaszać wykonawcą folku. Skoro od pomnika Luke’a zaczęłam, niech i on TUTAJ zaśpiewa. Klip jest usuwany z YT z powodu praw autorskich, więc kieruję Cię bezpośrednio na legalną wersję na stronie irlandzkiej tv 🙂 Mam oczywiście jego płytę, ale lubię też oglądać obrazki i patrzeć mu na usta 🙂 Baardzo dobra dykcja. Piszę to absolutnie poważnie. Gdy ktoś inny śpiewa utwór, który znam z jego wykonania, nie zawsze rozumiem tekst.

Luke zaśpiewał, więc może jeszcze do obejrzenia nowe glany Kraciastego, który w tej chwili jest pod Belfastem:

Cuda, powiadam, cuda, nazywają się … święty Patryk 😀 Dzisiaj są w szafie, ale przyjdzie na nie czas. Dobroci, niech Ci się w letnie noce przyśnią piękne instrumenta 🙂

Co myślę. Co myślisz? Wyniki wyborów.

Byliśmy, zagłosowaliśmy. Dublińska urna okręgu 63 wyglądała w niedzielę przed południem tak:

Dublin wybory

Nie rozwodziłam się w poprzednim wpisie, bo chciałam uwiecznić statystykę, a na tę trzeba było cierpliwie poczekać.

Dobrze sobie żyjemy. Jeden bloger zapytał mnie dlaczego znalazłam się w Irlandii. Tu mieszka moja miłość. Nie doczekałam się informacji zwrotnej „i co z tego wynika” 🙂 Ale wracając do statystyki, Ipsos poinformował, że PiS otrzymał najwięcej głosów wśród osób w przedziale wiekowym 60+*, w przedziale wyborców z wykształceniem podstawowym i zawodowym. Na tę partię głosowało też ponad 72% rolników. W Warszawie, inaczej niż statystycznie w całej Polsce, wygrała KE uzyskując ponad 50% poparcia, PiS wyszło na 28%, a Wiosna przekroczyła w stolicy 10%. Na Koalicję najwięcej osób zagłosowało w Wilanowie, na PiS Praga-Północ i Targówek. Polska od lat w czasie wyborczym pęka na pół wg szwów, które na co dzień tuszuje się bajeczkami o homogenicznym narodzie (homogeniczny to nie jest to zue słowo). Dla zabawy połącz kropki.

Największą żenuą tych wyborów jest dla mnie radość z frekwencji – 45,68%. Oczywiście znam frekwencję w takiej np. Wielkiej Brytanii, ale jechałam tamtejszą komunikacją miejską, więc niczemu się nie dziwię. Światełkiem nadziei jest dla mnie brak w polskich wynikach faszystów spod znaku Konfederacji, chociaż i tak dostali za dużo głosów, często od ludzi młodych, co diagnozuje polską oświatę w ostatnich latach. Wygrana PiS, 45% z ogonkiem, to odzwierciedlenie stanu ducha naszego społeczeństwa. Nie głosowałam na nią, bo są rzeczy, których Partii Obecnie Rządzącej nie wybaczę. Lista zażaleń zależy od człowieka, ja nie wybaczę puszczy, Janowa, polskiego teatru i innych ośrodków kultury – tego, że gównozarządzający wytypowani z partyjnego klucza wykańczają te marki. Do tego pogłębianie chaosu w szkolnictwie … temat rzeka. Władza Ludowa układająca się z Kościołem, chołubiąca robotnika i chłopa, stojąca na straży moralności nie jest moją władzą. Jestem wykształciuchem ze wsi, a więc z definicji podejrzanym i prowadzącym się niemoralnie indywiduum.

Obłudne podejście Parti Obecnie Rządzącej do kwestii rodziny to osobna, ale ważna dla mnie kwestia, bo leży u podstaw wielu problemów społecznych. Wg PiS winnymi przemocy rodzinnej są źli nauczyciele i źli sędziowie, czasami pojawiają się też w mediach bardzo złe-i-niedobre rodziny zastępcze, które się dorabiają kosztem wiadomo kogo. Zakopane to jedyna gmina, która nie przyjęła ustawy o zwalczaniu przemocy. W Zakopanem Sławomir ku uciesze gawiedzi tańczy w srebrnej marynarce. Głosy na Partię Obecnie Rządzącą: prawie 62%.

Diagnoza społeczeństwa jest porażająca, ale nie odbieraj tego mojego postu jako jęczenia lewactwa (nie wiem czy dobrze zacytowałam, ale taki tytuł m przemknął gdzieś podczas przeglądania sieci). Kwestia jest taka, że ja i mi podobni sobie poradzimy, niekoniecznie zaraz wybierając się na wewnętrzną emigrację. Partia Obecnie Rządząca zapewne musi więcej obiecać przed wyborami jesiennymi. Kto będzie za te obietnice płacił? Osobiście postaram się najmniej jak to możliwe 🙂 Rano  Krystyna Janda opublikowała rysunek Tomasza Wiatera. Pojawiło się pod nim wiele krytycznych komentarzy, bo rysunek ten rzekomo upokarzał ludzi biednych. Komentujący rozpoznali w nim rząd i ludzi, którym ów rząd oferuje przedwyborcze przekupstwo, pomimo tego, że rysunek niczym na to nie naprowadzał. Żaden komentator nie zasugerował się, że to kpina z obietnic przedwyborczych takiego powiedzmy … Biedronia.

Jestem ciekawa jak sprawy rozwiną się do jesiennych wyborów. Zandberg wydaje się dla wyborców za inteligentny, za to przeciętny Polak powoli przyzwyczaja się, że na świecie istnieją homoseksualiści. Coraz więcej osób przestaje nerwowo łączyć ich istnienie z brakiem własnych sukcesów erotycznych i po prostu daje tym ludziom żyć. Faszyzujące fascynacje buzują w głowach niedouczonej historycznie, dobrze odżywionej młodzieży, nawet jeśli chwilowo polaryzacja zwolenników KE i PiS zepchnęła ich poniżej patyczka. A blondwłose dziewczyny marzą o powstaniu i żeby być sanitariuszkami. To mi przypomina piosenkę, którą słyszeliśmy dzisiaj kilka razy, gdy jechaliśmy z południa na północ i z powrotem:

Fanatycy ognia

Republika rules!

W najnowszym wywiadzie dla onetu pani Szydło … coś do zarzucenia (sobie) w sprawie pedofilii? wprowadzać takie prawo … my to od wielu miesięcy robimy … a co z premierem, który był częścią układu władzy? premier zaangażowaniem i pracą … czy konieczne było, by wasi partyjni sztabowcy poszli na układ z jednym z tabloidów i doradzili premierowi Morawieckiemu promowanie się na jego łamach adopcją swoich dzieci? Nie znam kulisów tej publikacji … Przyłębska z premierem pod pachą i dokumentami? To niegrzeczne określenie … Macie kolejne programy socjalne z plusem w nazwie? dotrzymujemy … Polacy nam ufają.

________________________
* Przy tej okazji cudny link znalazłam z tytułem „Głosowanie wg wieku: najmłodsi za PiS”. Nieznana z nazwiska osoba, która zinterpretowała wyniki statystyczne, nie była w stanie dostrzec i wyartykułować faktu 60+ o którym wspomniałam.

Ninateka.

ninateka

O istnieniu platformy internetowej Narodowego Instytutu Audiowizualnego wiedziałam od dawna, ale zaczęliśmy korzystać z jej zasobów dopiero w marcu, gdy w pewien poniedziałkowy wieczór zachciało się nam obojgu z Kraciastym obejrzeć COŚ, a nie wiedzieliśmy CO. Padło na „Saksofon” w reżyserii Izabeli Cywińskiej. Spektakl z 2013 z udziałem Gajosa i Radziwiłłowicza, tekst Myśliwskiego „Traktat o łuskaniu fasoli” (nie wiedziałam, że potrzebuję tę książkę przeczytać, teraz już wiem z całą pewnością 🙂 ). „Saksofon” wzmocnił moje subiektywne przekonanie, że Gajos jest najwybitniejszym żyjącym polskim aktorem, i nielekko ma ten, który musi naprzeciwko niego grać. Przytłoczona Gajosem przez czas jakiś nawet nie rozpoznałam pana w kapeluszu. Pozbawiony nazwisk, nazw miejscowości i dat, niejednoznaczny zapis dialogu. Człowieka, który przeżył masakrę z człowiekiem, który jest synem oprawcy. Znajdą się tacy, którzy podstawią nazwy i daty „właściwe”, chociaż osobiście uważam, że wszystko dopiero m o ż e się wydarzyć, i to czyni ów dialog bardziej przejmującym. Dodam jeszcze, że świnia o imieniu Zuzia jest ważna.

A żeby utworzyć coś na kształ świeckiej tradycji, w kolejny marcowy poniedziałek obejrzeliśmy na Ninatece „Udrękę życia” w reż. Jana Englerta. Ponownie Gajos, tym razem w towarzystwie Seniuk i Pressa. Tekst Hanocha Levina i kolejna historia uniwersalna, o Jonie Popochu, który pewnej długiej nocy budzi się z bólem serca u boku swojej żony Lewiwy i postanawia od niej uciec, teraz i natychmiast. Przykry dialog małżonków na tle świateł miasta, które stają się światłem Galaktyki. Tłem może być Tel Awiw, może być Warszawa -„nasze życie to będzie ich życie”, tak mówią. Otrząsam się z tej myśli.

Na Ninatece są polskie bajki dla dzieci i dokumenty, starsze i nowe przedstawienia teatralne, audycje radiowe, fragmenty programów informacyjnych, muzyka wspólczesnych polskich kompozytorów (Lutosławski, Penderecki, Kilar) … wypas, zagłębie intelektualnych przyjemności i sentymentów, więc z przykrością zauważyłam, że nie wszystko mogę odtwarzać  w Irlandii. Ale otworzył się nam dokument „Moi Rolling Stonesi” Jana Sosińskiego, opowieść o zmitologizowanym koncercie Stonesów w Sali Kongresowej’67. Niezwykle spodobała mi się główna bohaterka dokumentu, starsza pani, która nigdy nie będzie emerytką ani seniorką i która w domu nie ma teraz glanów tylko dlatego, bo są u szewca. Rewelacyjna kobieta!

20190429_162441

Podaję to na tacy akurat teraz, bo poniedziałek, bo okna zasmarkane zimnym deszczem, męża w domu brak, odpaliłam kawę z dripu w mojej krówce z utrąconym uchem i potrzebny mi dobry seans. Może dzisiaj „nie” dla Szekspira (gdybyś Ty miał ochotę na klasykę, to na pewno warto obejrzeć „Makbeta” Wajdy z Globiszem … na Ninatece nadal nie ma „Hamleta” Barczyka, zrobionego w kopalni soli w Wieliczce, z Gajosem oczywiście 😀 , ale myślę, że kiedyś się tu znajdzie), ale z kubkiem w dłoni i myszką w drugiej wyruszam na poszukiwania kulturalne i może mję powstrzymać jedynie zawiecha internetu.

A tak poza tym, Ninateka z pewnością ma oferty płatne, to jakieś 2% jej zawartości (tak twierdzą na stronie) i wtedy trzeba się na platformie zalogować. Chcę jedynie rozwiać Twoje wątpliwości, że czytasz dziadowski tekst sponsorowany. 98% jest bezpłatna, ogólnodostępna, żeby się ludzie cieszyć mogli legalną kulturą. Po tym jak wczoraj wiele osób uprawiało konsumpcję w ramach narodowego jedzenia bananów, ufam, że ludzi głodnych kultury jest więcej albo przynajmniej tyle samo, co akuratnych produktów systemów 🙂 . O!

Spacer po Trzebnicy.

W czasie, gdy byliśmy w Polsce nie było tych spacerów tyle, ile bym sobie życzyła. Pisałam już o tym, że pogoda nas zaskoczyła, nie była zła, raczej niemile nieznośna, nie zachęcała do dalszych wędrówek. Ale pochodziliśmy trochę po Trzebnicy, mieście, które kojarzy mi się z kwitnącymi jabłoniami, ciężką, gliniastą ziemią, patisonami (dlaczego, to nie jest tak łatwo wytłumaczyć), kotami, obciętymi kończynami i z barokiem. To ostatnie w zwiazku z bazyliką, gdzie przynajmniej w części leży Hedwig von Andechs, znana bardziej jako św. Jadwiga Śląska. W części, bo takie już życie świętych, że rozkładają ich na puzzle. A skoro już o niej mowa, to zupełnie bez porządku jej sarkofag:

Trzebnica 1

Sarkofag z czarnego i różowego marmuru jest z końca XVII wieku. Zawsze, gdy go widzę, wydaje mi się, że „Jadzisia” ma za pulchne dłonie jak na kogoś kto był być może dotknięty anorexia mirabilis. Barok w architekturze, bleeee! To miejsce – kaplica św. Jadwigi – jest moją ulubioną częścią bazyliki. Pierwszy w Polsce budynek w całości zbudowany w czystym gotyku (tak głoszą różne źródła, chociaż wątpię, by współcześni kombinowali w ten sposób) również nie uszedł barokizacji. Zawsze, gdy tam wpadam, pozdrawiam bezgłowe anioły z portalu odkrytego w 38 roku:

Trzebnica 2

Wyczerpujący opis obiektu zamieścił na swoim blogu Jeż, odsyłam Cię tam po wiedzę i więcej zdjęć.

W Trzebnicy jest jeszcze druga parafia, zgromadzona wokół innego obiektu sakralnego, Piotra i Pawła. Obecny budynek w stylu neogotyku zbudowano w połowie XIX wieku, kościół ma jednak XV-wieczną wieżę, a prace badawcze potwierdziły obecność XIII-wiecznych fundamentów. Czy to tutaj był pierwszy w Trzebnicy, XII-wieczny kościół parafialny wybudowany przez Piotra Włosta, tego nie wiem. Faktem jest, że budynek w swojej historii kilkakrotnie zmieniał przynależność wyznaniową oraz przeznaczenie. W 1987 roku ze składnicy części zamiennych i ogumienia ponownie stał się kościołem katolickim i w zasadzie w ostatniej chwili (dach już się zapadał) przystąpiono do jego remontu.

Trzebnica 3

Wewnątrz prostota architektoniczna została oczywiście popsuta różnymi chwościkami, ale bardzo mi ten budynek przypomina neogotycki kościółek parafialny z mojej rodzinnej miejscowości. Kościoły z czerwonej cegły rządzą! Niestety nie mogliśmy wejść do środka, wystawiłam tylko nos aparatu za kraty, które o tej porze były zamknięte.

A to już inne miejsce, które spodobało się Kraciastemu:

Park zdrojowy przy Leśnej. Kurpark. Tutaj można zobaczyć jak wyglądał sto lat temu. Albowiem istniało kiedyś Bad Trebnitz z leczniczymi wodami mineralnymi i borowinami. Dzisiaj pozostało po kurorcie kilka budynków o zmienionym przeznaczeniu (ówczesny hotel Hedwigsbad to aktualnie Starostwo Powiatowe) …

Trzebnica 5
na pocztówce z 1909 roku, oprócz Hedwigsbad, w głębi widać także przepiękny Etablissement Waldhaus, dzisiaj opisywany jako budynek na Leśnej 3. Unikam fotografowania go, bo mi serce krwawi.

… i (chyba) mrzonki na temat przywrócenia Trzebnicy statusu uzdrowiska. W międzyczasie część dawnego uzdrowiska zabudowano osiedlem (na filmiku po lewej), szlaki w Lesie Bukowym odnowiono kilka lat temu, ale nie chcieliśmy sprawdzać jak teraz wyglądają … po co psuć sobie humor. Ta okolica jeszcze tchnie spokojem, innym miastem, do którego pasują kapelusze i spodnie w kratę lub prążki, choć może to kwestia tego, że oboje patrzymy na wszystko oczami turystów. Wiem przecież, że zimowymi wieczorami zasnuwa się Trzebnica cichym, złowieszczym smogiem, a w letnie popołudnia zapach z kanalizacji w środku miasta fiołków nie przypomina.

Tymczasem my jako dusze wolne szukamy miejsc ładnych, gdzie można się czegoś napić (brzmi dwuznacznie, jak na to inaczej spojrzeć … uściślam: kawa, herbata, soki). Jest więc, zazwyczaj gwarna w środku dnia, Markiza przy Bochenka 49 w której podają dobrą zimową herbatę. Przed wojną ulica nazywała się Breslauerstrasse, a kawiarnia znajduje się w nowym budynku, który ma lokalizację podobną do dawnej Paul Schuster Conditorei Cafe.

Trzebnica 6

Jest też spokojna, schowana w bocznej ulicy, więc bardziej dla lokalesów niż pielgrzymów, Beza na Jadwigi 29c, cukiernia Kosowskich. Można również pójść na pizzę i włoską kawę do Damiano’s Ristorante Pizzeria na Roosevelta 6, miejsca otworzonego przez Damiano Serrę, lub na obiad z widokiem na bazylikę do umieszczonej na piętrze przy JPII 1 restauracji nie wiadomo czemu nazwanej Palermo (wiele lat temu kiedy naprawdę byłam przed maturą, na dole, w sławetnej Kasztelańskiej, wypiłam mój pierwszy trunek w restauracji – herbatę z cytryną, podaną w szklance). Takich miejsc jest pewnie więcej, wspominam wszystkie w których można było nas spotkać tydzień temu, trochę dlatego, że chowaliśmy się przed chłodnym wiatrem, a trochę dlatego, że tak lubimy …

Trzebnica 4

… co jeszcze mogę napisać? Region jest piękny, jak cały mój ukochany Dolny Śląsk. Myślę o winnicach, które były tutaj przed wojną i czytam, że ktoś też o nich myśli. O kotach z których widzieliśmy tym razem tylko Stawcia i o cmentarzu żydowskim, którego nikt nie odwiedza, bo oficjalnie go nie ma. Zagłębiwszy się w stare pocztówki zdałam sobie sprawę, że coraz bardziej odbiegam od miasta takiego, jakim widzą je ludzie codziennie czekający na nie-dworcu przy zbiegu dawnych ulic Braslauerstrasse z Langestrasse. Pewnie popukaliby się w głowę, może zresztą się i pukali widząc mój różowy kapelutek w kratkę 🙂 Jeśli będziesz miał/a okazję spacerować po tym mieście w pojedynkę, warto zaopatrzyć się w „Muzykę na wodzie” G.F. Händela w słuchawkach:

Powrót myślami do minionego tygodnia sprawił mi dzisiaj wiele frajdy. Tymczasem Kraciasty właśnie zadzwonił, że niepostrzeżenie przeleciał nad morzem i siedzi na przystanku autobusowym na dublińskim lotnisku. Będzie tu za raz, dwa, trzy, z chlebem z Lidla i książką Ani. Zjemy ruskie pierogi ze śmietaną, napijemy się herbaty i opowiemy sobie, co tam było jak nas nie było, czego nie opowiedzieliśmy sobie przez telefon. Albo może opowiemy sobie to, co przez telefon, tylko inaczej. Idę się poradować zmywając gary. Dobrego weekendu, Czytelniku 🙂