Jedno zdjęcie. Doświadczenie.

Żadna szczególna myśl nie naprowadziła mnie na to niepozorne zdjęcie, chociaż teraz widzę, że łączy się z nim wiele wątków. Na przykład to, że ekspresowo rozstaję się z  miejscem na którym czytam „muzułmanie nas, białych, nienawidzą i nami gardzą, to jest fakt niepodważalny”. Albo to, że jestem tu gdzie teraz jestem, chociaż jeszcze jakiś czas temu wydawało mi się, że trwanie tam, gdzie byłam poprzednio, będzie dobrym komentarzem do pewnej sytuacji.

Deutsch Hammer, 4 maja 2015.

Deutsch Hammer

Wieczorem siedzimy na wycieraczce w wejściu do młyna-hotelu w którym mieszka tylko nasza grupa, tutaj dwóch Polaków i dwóch Austriaków. Nie pamiętam co robiliśmy wcześniej, ale z pewnością było to świętowanie codzienności po kolejnym udanym dniu. Wolfie (z prawej) opowiadał o Brechcie, Stanisławskim i Grotowskim, tłumaczył ideę pure theatre. W ciągu dnia pił dużo mocnej kawy i zajadał się czekoladą, wieczorami, tak jak tutaj, snuł swoje historie o życiu wartym przeżycia lub z nogami na stole słuchał piosenek w językach, których nie znał. Przez te kilka dni w zasadzie nie plotkowaliśmy o ludziach, zajęci sprawami wyższego rzędu. Pamiętam szczególnie jedno posiedzenie przy herbacie, gdy Młoda tłumaczyła mi po angielsku, który znała w stopniu niżej średnim, fabułę Harry’ego Pottera. Znajome, zwyczajne miejsce stało się polem dla duchowego odrodzenia. W tym wszystkim bawiło mnie, że mieszkam i jem za darmo, a w pracy odnotowywali moją obecność, chociaż wcale mnie tam nie było. Gdy już do tej pracy dotarłam (dotarliśmy) pomarańczowym autobusem, czułam się jak Kosmitka pozdrawiająca wolkańskim salutem zapóźnioną kulturowo społeczność. Dif-tor heh smusma! Żyjcie długo i w dostatku! Społeczność nie odpowiedziała, przestraszona, że mówię w obcych językach. I tego właśnie dnia zrozumiałam, że do nich nie należę. Nie poczułam też z tego powodu ani odrobinu smutku.

Smutek przyszedł później, gdy rozjechaliśmy się do swoich spraw. Minie w tym roku pięć lata, a ja dbam, aby nie odejść od tego dnia zbyt daleko, cały czas mam go na uwadze, kątem oka sprawdzając czy nadal tam we mnie jest, chociaż  może się wydawać, że był to tylko sen.

Jedno zdjęcie nie byłoby pełne bez piosenki, której tekstu nie rozumiem. Nigdy nie chciało mi się jej przetłumaczyć, bo to akurat nie jest ważne.

Bardzo dziwny święty Patryk.

Dzisiaj obchodzimy jedno z najbardziej irlandzkich świąt – dzień upamiętniający śmierć świętego Patryka, patrona Irlandii. Lá Fhéile Pádraig dawno wyszło poza kościelne mury i religijne przechadzki z krzyżem – na całym świecie jest to okazja do cieszenia się ze swojej irlandzkości, takie unikatowe święto narodowe ponad narodami.

Współcześnie na obchody świętopatrykowe największy wpływ miała irlandzka mniejszość narodowa zamieszkała od XIX wieku w Stanach Zjednoczonych – myślę, że przeciętny Polak kojarzy ten dzień dzięki telewizyjnym zajawkom z obchodów w Nowym Jorku, lub powtórkom „Ściganego” z Harrisonem Fordem. W Irlandii parady maszerują przez miasta tego dnia od ponad stu lat – pierwsza miała miejsce w 1903 roku w Waterford, w prowincji Munster. Republika pojawiła się na mapie Europy w 1922, przed tym rokiem parady odgrywały rolę polityczną, demonstrowały przecież gotowość społeczeństwa do stworzenia osobnego państwa, niezależnego od Korony. Już w czasach Republiki pierwsza parada finansowana z państwowych pieniędzy odbyła się w Dublinie w 1931 roku. Sekularyzacja wydarzeń okołoświętopatrykowych postępowała od lat 90-tych, gdy irlandzcy obywatele zaczęli się bogacić, a Kościół rzymskokatolicki tracić wpływy w następstwie odkrywania kolejnych skandali z przeszłości. Od kilkunastu lat obchody Saint Patrick’s Day to najczęściej kilkudniowy ciąg wydarzeń kulturalnych połączony z promowaniem irlandzkich produktów i języka iryjskiego. Zazwyczaj w tym czasie przez miasta pachnące piwem przetaczają się setki tysięcy turystów dumnych ze swoich prawdziwych lub urojonych, wyspiarskich korzeni. Wielka, dublińska parada jest dochodowym interesem, pinty piwa leją się strumieniami, trudno się więc dziwić, że do tej pory tylko dwa razy ją odwołano – pierwszy raz w 2001 roku, żeby zablokować wysyp pryszczycy, nazywanej tutaj foot-and-mouth disease (w tym przypadku wcale nie chodziło o ochronę ludzi, bo zarażamy się FMD opornie i przechodzimy ją dość łagodnie). Drugi przypadek jest właśnie dzisiaj.

Bardzo dziwny to dzień. Że pochmurny – to się zdarza. Do tej pory jednak 17 marca nasi sąsiedzi przed południem szusowali swoim zabytkowym samochodem do miasta, żeby zapisać się na listę i wziąć udział w uroczystym przejeździe. Tymczasem dzisiaj samochód stoi na trawniku, świątecznego nastroju nie czuję, a myśl o (być może późnowiosennym) wejściu na Croagh Patrick nie cieszy mnie tak, jak jeszcze kilka tygodni temu. Z powodu koronawirusa w czwartek ogłoszono zamknięcie szkół i instytucji kulturalnych do końca marca, myślę jednak, że nikt w tej chwili nie liczy na wygaśnięcie epidemii przed Wielkanocą. Z miejsca, gdzie się znajdujemy, naszej małej nadmorskiej wioseczki, paniki nie widać, wśród tubylców jest na pewno poważne zaniepokojenie i wysyp płynów dezynfekcyjnych pozostawianych do użytku w miejscach publicznych. Z rzeczy małych, odwołano nam teatr na który Kraciasty już wydrukował bilety, z rzeczy dużych nasz lot do Polski poszedł się bujać i nie spędzimy urodzin babci w jej towarzystwie. Jak będzie, tego nie wie nikt. Jesteśmy obdarzeni północnym sąsiadem, z którym trudno się zgrać, bo ich władze w Londynie przyjęły trochę inną strategię radzenia sobie z rzeczywistością pandemiczną – teraz naprawdę trudno ocenić, która metoda lepsza, a media nauczone rozdmuchiwania wszystkiego do imentu, nie pomagają osiągnąć spokoju ducha i dać działać profesjonalistom. I może dlatego, zamiast się ekscytować fake newsami, chcę ten dzień jakoś na blogu zaznaczyć … a najlepiej to zrobić obrazem i przyśpiewką. Poniżej zdjęcia pożyczone od Kraciastego, z kwietnia 2011 roku, gdy chodził mój chłopak po świecie i mnie szukał. Chciałabym tam wejść w tym roku, bo uważam, że to górka akurat na moje możliwości:

Croagh Patrick, 764 m n.p.m., góra w hrabstwie Mayo, częsty cel pielgrzymów, szczególnie latem w okolicy dawnego święta Lughnasadh. Pielgrzymki odgrywają znaczącą rolę w erozji wzniesienia – to nie jest czysty, karkonoski szlak, nogę można sobie z łatwością wykręcić, ale dla widoków w przejrzysty dzień wejść warto i jeśli mi się to uda, z pewnością napiszę o tym miejscu więcej.

Przechodząc do przyśpiewki: sama się sobie dziwię, że odkryłam The Pogues tak późno, choć oczywiście przelotnie, w latach ich świetności, nie dało się o nich nie usłyszeć. Generalnie media więcej miejsca poświęcały zębom Shane’a niż temu, co śpiewa. To teraz nadrabiam, i The Pogues in my heart. Poniższa piosenka jest zagrana i zaśpiewana przez dwa różne pokolenia wykonawców, snuje opowieść o gigantycznym statku z dwudziestoma-siedmioma masztami z którego zatonięcia uratował się tylko jeden człowiek, nasz narrator. Nikt nie może mu zaprzeczyć, gdy, zapewne przy pincie za pintą, opowiada o milionach rzeczy, które wielka Irish Rover transportowała do Ameryki i o chłopakach, którzy z nią płynęli i poszli na dno.

Dublinersi z The Pogues – Irish Rover.

Dbaj o siebie i Lá Fhéile Pádraig sona duit!

Ardgillan i Skerries.

Widok na Skerries z parkingu w posiadłości Ardgillan.

Od jakiegoś czasu dokuczały mi problemy zdrowotne, niewielkie, ale irytujące. Jeszcze w Polsce ćmiło zapalenie korzonków, potem ból gardła, zapalenie zatok, nawet jakaś ebola próbowała mnie obezwładnić pod koniec zeszłego tygodnia. Nagle zaczęły mi smakować mandarynki na kilogramy i w ogóle organizm mówi mi, że jestem osłabiona i że fajnie gdyby zaczęła się już wiosna. Wiosna czy nie, wyjść z domu kiedyś trzeba. We wtorek Kraciasty zaplanował mały rekonesans, taki w sam raz, żeby żadne z nas zdrowia sobie nie wywichnęło, bo bardzo oboje zrobiliśmy się wrażliwi na chłodne powiewy. Gdzieś niedaleko, by w razie czego szybciutko zbiec do samochodu, odpalić ogrzewanie oraz skoczną melodyjkę i pognać do domu na herbatę z miodem zanim chwycą nas spazmy. Ucieszyłam się więc, że pojedziemy do Ardgillan, choćby tylko na kawę, bo sporo czasu minęło od ostatniej wizyty.

W XVIII-wiecznej posiadłości Taylorów byliśmy w sierpniu 2 lata temu, napisałam wówczas nieco więcej o historii majątku. Dom z zewnątrz surowy, w środku jest całkiem przytulny. Chociaż podejście od parkingu trochę trwa i owiewał nas chłodny wiatr od lądu, daliśmy sobie szansę zajrzeć chociaż na chwilę do ogrodów. Oczywiste było, że w ogrodzie różanym nie mamy czego szukać, ale widać, że posiadłość przygotowuje się do sezonu. Grządka przed murem jest już uprzątnięta i ma nowe, ładnie opisane nasadzenia, w wielu miejscach kwitną żonkile, przebiśniegi, krokusy, a zahibernowana reszta z pomocą ogrodników przygotowuje się do zmartwychwstania lada moment.

Dom od strony morza widoki ma spektakularne – we wtorek najwyraźniej było widać górę Carlingford, ale w pogodny dzień widoczne są także Góry Mourne. Drobny deszczyk, który spadł na nas pod koniec spaceru wyprodukował nawet kawałek tęczy, nie udało mi się jednak uwiecznić jej na zdjęciu.

Po obejściu domu zaszliśmy jeszcze do małej herbaciarni, zasiedliśmy w tym samym miejscu, co ostatnio, racząc się kawą, ciastem czekoladowym i malinową muffinką. Jeszcze będąc na parkingu widzieliśmy drugie miejsce do którego chcieliśmy dojechać – rozciąga się stamtąd panorama na zachód i leżące poniżej Skerries, stare miasteczko portowe i jego dwa wiatraki. Po kawie wyruszyliśmy więc trochę na czuja, bo Kraciasty już tam był, ale nie pamiętał dokładnie, gdzie jest główny wjazd do centrum turystycznego. Sądziłam, że zwiedzimy wiatraki od środka, gdy przybyliśmy okazało się jednak, że wejście przed godziną czwartą nie jest już możliwe. O tej porze roku przybytek zamykany jest o 16.30, rozminęliśmy się kilkadziesiąt minut z ostatnią grupą. Centrum było jeszcze pełne ludzi, my też zostaliśmy chwilę, żeby obejrzeć pamiątki, które nadawałyby się na prezenty dla naszych znajomych. Wiatraki niestety mogłam obfotografować tylko z daleka …

Skerries jest naprawdę pięknym, malowniczo położonym miasteczkiem. Tuż za wiatrakowym parkiem, na pasie zieleni dzieciaki mają tor do ćwiczenia jazdy na deskorolce, a za nim są widoczne dwie kościelne wieże. Ta poniżej to pozostałości starego protestanckiego kościoła na cmentarzu Holmpatrick:

Zrobiłam kilka zdjęć okolicy i z parkingu zawróciliśmy do domu. Jadąc nadmorskimi drogami delektowaliśmy się widokiem na morze w takt muzyki The Pogues 😀

The Pogues – Dirty Old Town

Pomimo niemożności obejrzenia wiatraków z bliska, wyjazd był udany i dostosowany do naszych możliwości zdrowotnych. Było naprawdę chłodno, w drodze powrotnej złapał nas deszcz ze śniegiem, ale obyło się bez kichań, prychań czy narzekań. Przewietrzyłam głowę, weszliśmy i zeszliśmy z trasy w odpowiednim momencie, miło spędziliśmy czas gadając o wszystkim i nucąc melodyjki w rodzaju „lend me ten pounds, I’ll buy you a drink”. Żadnych uszczerbków na zdrowiu i to chyba z tej radości Kraciasty właśnie mi oświadczył, że idzie sprawdzić czy działa kosiarka. Działa. Sezon kosiarkowy’20 na naszym trawniku uważam za otwarty.

Judy.

kadr z filmu

W poprzednim poście wspomniałam, że byliśmy z Kraciastym w kinie. W czwartek w zeszłym tygodniu, po seansie wybiegliśmy pod deszcz ze śniegiem na skwer JPII. Kilka dni po naszym wieczorze filmowym Renée Zellweger, którą wówczas oglądaliśmy, dostała Oscara za sportretowanie Judy Garland. Nie przywiązuję się do tej ostatniej myśli, nie ceniąc zbytnio hollywoodzkich laurów, raczej opiszę Ci wrażenie z jakimi film mnie pozostawił.

Judy Garland była gigantem amerykańskiej sceny – kino ją jedynie wypożyczyło, przemieliło i wypluło, gdy z początkiem lat 60-tych przemijała moda na filmowe musicale. Frances Gumm (to było jej prawdziwe nazwisko) już jako piętnastolatka śpiewała jak „stara”. Jej dojrzewanie i wstęp do Hollywoodu przypadły na złote czasy kina i królowanie takich piękności jak Hedy Lamarr, Greta Garbo czy Vivien Leigh. To z nimi musiała konkurować niska (1,52 m), pulchna dziewczynka urodzona w Minnesocie, której głównym atutem był głos. Judy nie trzeba było dubbingować w piosenkach, ale w związku z tym trzeba było ją głodzić, oraz poprawiać jej nos i zęby za pomocą dziwacznych nakładek.

W filmie jest rok 1968, jest impreza u córki (Lizy Minnelli), która właśnie staje się gwiazdą, jest wątek miłości do dzieci (a jakże!), są mężowie, jest w końcu sama gwiazda, będąca głównie „pod wpływem”, którą co rusz trzeba odnajdywać, dowozić i wypychać na scenę. Z fabuły filmu nie za bardzo natomiast wynika dlaczego tak trudno ją zwolnić – są flashbacki z czasu jej pracy nad „Czarnoksiężnika z Oz” w 1939 roku, więc dowiadujemy się, że jej młodość była produktem Hollywoodu, w kuluarach którego orano nią jak dzikim osłem. Pokazują nam to, abyśmy zrozumieli dlaczego teraz (rok 1968) Judy kiwa głową jak popsuta lalka i (przywołując w zawoalowany sposób akcję #metoo) troszkę się wzruszyli. Dlaczego jednak tak trudno ją zwolnić? W fabule brak kontekstu, bo nie ma na niego czasu, film upraszcza, skraca, przeinacza i dostarcza widzowi słodką pocieszkę na koniec. Ta kobieta spada z rozrywkowego Everestu i twórcy biografii zakładają niejako, że oglądacz o tym wie. Nie jest to więc fabuła wystaczająco czytelna dla widza z Europy Środkowej niezainteresowanego tematem kina złotej ery Hollywoodu. W zasadzie nie ma wątku z czasów wielkiego triumfu Garland w kinie jako dorosłej kobiety (gdy zatrudniano ją, choć nie była w stanie pojawiać się na czas w pracy … później ten scenariusz powtarzała Marylin Monroe), nie ma jasno pokazanej niszczącej relacji z matką, niekoniecznie wiadomo też skąd fenomen Judy jako gejowskiej ikony (jej ojciec i dwóch mężów, którzy się do biografii „nie załapali”, miało tzw. skłonności, ale czy tylko to?). W tym miejscu wydaje się, że moja ocenafilmu robi się trochę na minus. Tymczasem oboje wyszliśmy z kina zadowoleni. Pomijając praprzyczynę taką, że my w ogóle jesteśmy zadowoleni, ja znalazłam jeden powód, a Kraciasty … to niech sam opowie. Bo jeśli byłam ciekawa jak film zostanie odebrany przez kogoś, kto niewiele wie o Garland, to moja ciekawość została natychmiast zaspokojona właśnie dzięki obecności Kraciastego.

A wracając do mojego zadowolenia … JAK ONA TO CUDNIE ZAGRAŁA! Jeśli sądzisz, że Zellweger ma tu jakiś paraliż twarzy od operacji plastycznej, to ja Ci mówię: to Judy. Charakterystyczne zgarbienie głowy, niezborne trzymanie mikrofonu, dziwaczne pląsy, dramatyczna mimika. Oglądamy lekomankę i alkoholiczkę, która nie ma przerwy w nałogu na czas fabuły. Cieszę się, że Zellweger zaśpiewała swoim głosem, że twórcy wzięli taką możliwość pod uwagę – to ukłon w stronę tych, którzy znają barwę głosu gwiazdy. Jeśli aktorka śpiewa do playbacku, to swojego własnego, i nie robi przy tym strasznych min dlatego, że nie umie „kłapać”. Ona właśnie jest Garland, obnażoną bezlitośnie przez zbliżenia kamery, wychudzoną, z fatalną protezą, pomarszczoną, rozedrganą, teatralną z nawyku. Wielka gwiazdą spadającą z firmamentu z gracją wysłużonej prostytutki. Bo tak to widzę i czuję: w ostatnim swoim roku, który oglądamy na ekranie, artystka wyglądała bardzo źle, jak psująca się lalka, której za chwilę wysiądzie bateria. A to boli, jeśli porówna się jej występy z czasu świetności.

W zeszłym roku, na fali popularności „Narodzin gwiazdy”, postawiłam sama przed sobą wyzwanie obejrzenia wszystkich wersji tego filmu. Dokonało się, nawet napisałam długaśny tekst porównawczy, który słusznie wrzuciłam do szuflady (za dużo słów, nawet jak na tego bloga). Tylko wersję z Lady Gagą odłożyłam na nieokreślone „później”. W wersji niemuzycznej Janet Gaynor, w wersjach muzycznych Garland i Streisand (obejrzałam też pierwowzór pierwowzoru z 1932 z Constance Bennett). No proszę Cię, co mogła lepiej zrobić Lady Gaga? Spójrz na Judy z roku 1954. „Narodziny gwiazdy” i piosenka „The Man That Got Away”:

Patointeligencja.

mój ziomo walił herę słuchając Kazika
Centralny, menele, rodzice i szpital
ojciec był maklerem, a mama lawyerem
i grube portfele, co chudły wraz z nim na odwykach

I skąd ten cały szum? Bo dał do myślenia? Pan z Konfederacji stwierdza na podstawie rapu, że problemem młodzieży jest Lewica. Wicedyrektor Batorego, że nie spotkał się z pozytywnym odbiorem utworu wśród absolwentów. Jakimowicz, że wysłałby autora do wojska (ciekawe co go tak ubodło – kwestia wątroby, czy po prostu Pan Zapuchnięty też ma w domu rododendrony?).

w wakacje pod palmą albo na językowych campach
Open’er w Sopocie i emka w apartamentach, przy nakryciu w święta
łosoś, jazzowa kolęda, srebrna choinka, podłoga w prezentach
zacząłem tu robić te rapy, bo miałem kurwa tak dość tego ciepła i piękna

Bogactwo nie jest wadą, podobnie jak bieda nie jest zaletą. A skoro tak, to jak sądzisz, co podmiot liryczny miał na myśli?

kadr z klipu

Bunt i cierpienie …

Koncert bożonarodzeniowy i tajemnica Filomeny.

Byliśmy wczoraj na koncercie kolęd, nie powiem, całkiem interesująco. Kościół św. Mikołaja w Dundalk (ten katolicki, bo jest jeszcze drugi, Church of Ireland … dla imigranta to jest ciekawe odkrycie, że w mieście bywają kościoły z tym samym patronem dwóch różnych denominacji, a na wikipedii przy nazwiskach lokalnych terrorystów wspomina się zazwyczaj czy był katolikiem czy protestanem) i chór seminarium Redemptoris Mater wzmocniony o kilka kobiecych głosów z których jeden należał do naszej bliskiej znajomej (stąd wizyta dwóch jawnogrzeszników w kościele, a w zasadzie więcej ich było, bo z nami przyjechali kolejni, w tym dwie pary małych stópek, które dobrze się zapowiadają). Wysłuchaliśmy wiązanki pieśni po łacinie, angielsku, hiszpańsku a nawet polsku. Ponieważ katoliccy hierarchowie przyjęli zwyczaj żegnania uczestników posiedzenia, Kraciasty miał okazję uścisnąć rękę biskupowi Armagh, ja mu natomiast pomachałam 😁

Koncert nie był bardzo długi, więc mieliśmy jeszcze czas na herbatę i film. „Tajemnica Filomeny” Stephena Frearsa (2013) okazała się wyborem trafionym, nawiązywała bowiem i do wizyty w kościele i do dyskusji na temat wybaczania, której zalążek pojawił się na zaprzyjaźnionym blogu. Dziennikarz polityczny, który stracił pracę, pisze książkę o kobiecie poszukującej swojego syna. Philomena Lee zaszła w pierwszą ciążę w czasach, gdy panna z dzieckiem w zdewociałym, irlandzkim społeczeństwie była obywatelem najniższej kategorii. Władza absolutna przydzielona kościołowi przez państwo sprawia, że syn Philomeny zostaje oddany do rodziny adopcyjnej wbrew jej woli, po latach zaś system działa równie niemrawo oferując nieprzydatne współczucie w miejsce realnej pomocy w poszukiwaniach.

Dużym plusem filmu jest skontrastowanie głównych bohaterów – dziennikarza, absolwenta Oxfordu (Steve Coogan) i starszą panią, miłośniczkę kiepskiej literatury (Judi Dench dobrze sobie radzi z irlandzkim akcentem) różni wiele, pomimo tego jednoczy ich cel i jest to pokazane bez głupowatych zagrywek i kaznodziejskiego tonu. Ciepło, które pojawia się przy okazji godzenia dwóch bardzo różnych sposobów na życie, dominuje nad poczuciem beznadziei i okrucieństwem. W związku z tym fabuła aż tak nie targa, choć są momenty, gdy czuje się obecność zła, choćby w scenie, gdy Filomena wraca po latach do miejsca w którym musiała odpracować cztery lata za to, że urodziła syna. To są już inne czasy, posoborowe zakonnice wyskoczyły ze starych mundurków, teraz są miłe, bo mają przed sobą starszą panią, a nie dziewczynę, której mogłyby zazdrościć, że uprawia seks. Ale ich pilne oczka nadal widzą wszystko – wystarczy, że naciśnie się klamkę od nieodpowiednich drzwi, a zaraz pojawia się ktoś pomocny. Film realistycznie pokazuje z czym musi zmagać się ofiara, której wmówiono, że sama jest sobie winna. Temat handlu dziećmi w ośrodkach prowadzonych przez duchowieństwo nadal tkwi zadrą w irlandzkim społeczeństwie, ale Frears zachował zdrowe proporcje pomiędzy powagą i dowcipem, co pozwala na refleksję na temat własnych wartości, zamiast skupiania się na ponurych myślach o systemowej przemocy insytucji kościelnych. Wierzyć więc, czy nie wierzyć? Gniew czy wybaczenie? Film subtelnie zagrany.

Grudniowy Rysiu i random folk.

Jutro wylatam i już się cieszę na pieczenie z babcią ciasta drożdżowego, spacery po okolicy i kawę na mieście z tatą oraz pogadanki naukowe z mamą przy telewizorze włączonym na jakimś głupowatym serialu.

Martwi mnie natomiast pozostawienie Ryszarda samego na gospodarce. Kocilla od kilku wieczorów wygniata skrytę przed nieczynnym kominkiem – Kraciasty położył tam stare posłanie Ryśka, które ten konsekwentnie ignorował i do którego powrócił, gdy upewnił się, że przestaliśmy mu je zachwalać. Od zamartwiania się nic nie jest lepiej … zostawię w sypialni uchylone okno, żeby kot mógł w każdej chwili się ewakuować oraz sąsiadkę uzbrojoną w klucz i saszetki z kocimi przysmakami. Zobaczymy jak zaradny nastolatek zareaguje na puste mieszkanie. To baza, jego dom. Mam nadzieję, że już wie, że zawsze wracamy.

Takie miny Rysiu robił rano, gdy obserwował jak Kraciasty pakuje torbę na kółkach, która potem zawsze znika razem z właścicielem i nigdy nie wiadomo kiedy ponownie się pokaże. Chyba jej nie lubi, chociaż dzisiaj pachniała glazurowanymi czikenłingsami.

Kot swoją godność ma. Gdy Kraciasty wyszedł, odpalił samochód i pomachał mi na pożegnanie, Rysiu obkręcił się na lewą stronę i śpi teraz brzuchem do góry. Całe życie jest czekaniem, na obiad, na skrzypnięcie okna, na kółka walizki na chodniku przed domem …

Szarówka przez cały dzień, więc sprawdzam jak będzie w Polsce. Chłodno, ale u nas w tym tygodniu raczej słonecznie. Puławy też zapowiadają się optymistycznie, byle tylko mój kochany nie złapał jakiegoś przeziębienia. Już jutro …

Tymczasem obiad czas zrobić. Może posłuchasz ze mną bluegrass? The Dead South, zespół z Saskatchewan, znalazłam wczoraj wcale nie szukając. Poza muzyką bardzo podoba mi się ich styl ubierania … chociaż Kraciasty ma lepsze szelki 😉 jak ktoś nosi szelki codziennie, to wie, że zapinane na guziki są bardziej wytrzymałe.

In Hell I’ll Be In Good Company.

Podzielę się z Tobą jeszcze moim drugim znaleziskiem – niesamowita Abby the Spoon Lady z Wichita, Kansas … to ta pani grająca na łyżkach do starego gospel:

Nie wiem jaki algorytm youtube’a mnie na nią naprowadził, ale tym razem się nie pomylił. Abby Roach z kobiety jak wyjętej ze zbioru opowiadań Alice Munro „Uciekinierka” stała się artystką zdolną utrzymać się ze swojej sztuki, wartościową członkinią społeczeństwa, która nie przestaje być sobą. Bardzo inspirujący mnie przekaz. Poniżej krótki wgląd w codzienność Abby w dokumencie Justina Johnsona:

Mam nadzieję, że sprawy mają się tak dobrze jak przedstawiają się na pierwszy rzut oka. Każdy ma swoje ciemne chwile, ważne, żeby pozostawiać je za sobą.

Idę do garów zapowiadając buńczucznie, że następny post będzie o Polsce 😄 Tobie również dobrego weekendu …

Amy.

Dobrze pamiętam, gdzie byłam, gdy dotarła do mnie wiadomość o jej śmierci, chociaż wcale nie identykowałam się jako jej fanka. Tobermory nad Georgian Bay. Dzień wcześniej Breivik dokonał zamachu na wyspie Utøya. To były dwie dołujące wiadomości, które dogoniły nas w wynajętym pokoju, w czasie wakacji skądinąd zupełnie oderwanych od realiów życia. Przedwczoraj miałam okazję obejrzeć dokument Asifa Kapadii (2015) o życiu Winehouse i oczarowanie muzyczne miesza mi się ze smutkiem.

Autorowi udało się jako tako uniknąć gadających głów – wspomnienia lecą z offu przemieszane z głosami znajomych, rodziny i tekstów jej piosenek, natomiast warstwa wizualna to często materiały prywatne, skupione głównie na Amy, choć zdarza się i dłuższa celebracja otaczających ją pijawek. Film pokazuje zapadanie się Winehouse w nałogi, ale niewystarczająco (jak dla mnie) porusza problemy natury psychicznej. Mogę oczywiście dociekać, czy to wszystko co było „potem”, miało kanwę w postaci „przedtem” – np. borderline’u bez diagnozy. Pewne ślady są rzucane i pozostawiane zbyt lekko: buntownicze dzieciństwo, bulimia, rozwiązłość, nadmierne skupianie się na negatywnych emocjach. Niektóre elementy wydają się być od innej układanki: o nastolatce, która nie chce lub, z powodu używek, nie ma okazji dojrzeć emocjonalnie, o rodzinie stanowionej przez dwoje niewydolnych wychowawczo ludzi, o bardzo złym chłopaku, który sprowadza na manowce. W zasadzie brzydotę borderline’u ciekawiej wyraziła Peszek:

Przy okazji przyszło mi do głowy porównanie z innym dokumentem o przedwcześnie zmarłym muzyku – w 2015 roku wyszedł „Cobain: Montage of Heck” Bretta Morgana – obejrzeliśmy go z Kraciastym w tym samym towarzystwie w marcu. Zależność odwrotnie proporcjonalna jest taka, że dokument o Kurcie Cobainie, gościu nudnym jak kilo gwoździ, miał ciekawszą formę, z drugiej strony Amy Winehouse, osoba o gigantycznym talencie, jest bohaterką filmu zdecydowanie bardziej konwencjonalnego. Obydwa obrazy kończą się tym samym: śmiercią w młodym wieku (chyba dużego spojlera nie popełniłam). Śmierć za młodu, choć może być przyczynkiem do kręcenia lodów na legendzie, jest sprawą żenującą, gdy następuje w wyniku osobistego zaniechania. Oboje z Kraciastym jesteśmy już w takim wieku, że spore liczby się nam pojawiają, gdy chcemy powiedzieć „przeżyliśmy o … lat Jima Morrisona”. A on myślał, że gdzieś był i wszystko widział, w 27 wiośnie był podstarzałym gościem o twarzy spuchniętej od używek. Facepalm! Pozostając w temacie Amy i młodych, głupich śmierci – królestwo dla tego, kto wymyśli kurację, która pozwoliłaby wypędzić z ludzi smutki, jednocześnie zachowując w nich dobrą, twórczą wrażliwość na świat. A może kuracja już istnieje i problemem jest, żeby zacząć? Pokłosie filmu: wolę słuchać muzyki Winehouse bez obrazu … kilka dni po obejrzeniu dokumentu o Amy, klipy zrobione do jej piosenek nadal wydają się płytkim, słabym produktem szołbiznesu.

Dwa filmy, książka i płyta.

Kraciasty już w domu, kot usatysfakcjonowany, nad ranem za oknem, po pięknym, mroźnym poniedziałku, szary wiatr rozhulał się nad wybrzeżem. Szeleszczę papierami i popijam to herbatą. Już jakiś czas nie robiłam tu żadnych wyliczanek, więc napiszę Ci o dwóch filmach, które obejrzeliśmy z Kraciastym z okazji jesieni, i może jeszcze o książce, a na koniec dorzucę muzykę.

„Żona” Björna L. Runge (2017) to nierówny film, bo z jednej strony wspaniała Glenn Close i piękne zdjęcia, z drugiej okropnie napisana postać jej syna (w tej roli syn … Jeremy’ego Ironsa – nie wpadłabym na to, bardziej jest podobny do swojej matki, Sinéad Cusack) i parę nieprawdopodobieństw o których nie mogę się rozwinąć bez zdradzania twistu w fabule.

Czy kobiety są coś warte jako pisarze? Wydawać by się mogło, że po Noblach dla Munro i Tokarczuk już nie trzeba pytać. Z drugiej strony recenzje jakie napotkałam jeszcze przed seansem sugerowały mi, że obejrzę feministyczny film o losach biednej kobiety zdominowanej przez zdradzającego ją, nieobecnego emocjonalnie męża. Tymczasem w dziele Runge w ogóle nie o to chodzi. Bo, pardon moi, uważam, że Joan grana przez Close zarządza tym porządkiem świata, godzi się na obsadzenie w takiej a nie innej roli, żeby robić w gruncie rzeczy to, na co ma ochotę, i aż do finału nie traci przywództwa. Więź emocjonalna głównych bohaterów (męża gra walijski aktor Jonathna Pryce) wcale nie jest tak łopatologicznie prosta, jak to zazwyczaj bywa w amerykańskich filmach – dla reżysera jest to chyba pierwsza amerykańsko-szwedzka koprodukcja i widać, że chciał do niej wsączyć trochę europejskiej wieloznaczności. Poza tym dawno już nie widziałam w nowych rolach Christiana Slatera. Generalnie film kapryśny pod względem poziomu, ale interesujący.

„Siódma pieczęć” (1957), średniowieczna, mroczna baśń Bergmana to inna półka. Rycerz Antonius Block i jego giermek Jöns wracają z wieloletniej wyprawy krzyżowej. Wracają do Szwecji a u ich boku kroczy Śmierć, ta zupełnie realna, bo z południa na północ przesuwa się straszna zaraza depopulizująca Europę, ale i bladolica personifikacja śmierci, która objawia się Antoniusowi i gra z nim w szachy. Antonius ma swój cel w odkładaniu czasu zgonu – chciałby w życiu zrobić jeszcze jedną rzecz, która miałaby znaczenie …

… powodu jego zgorzknienia domyślić się łatwo. Jako młody człowiek wyjechał na wyprawę niesiony młodzieńczym poczuciem posiadania racji. Gdy zobaczył jak wygląda świat, jak wygląda dzieło, które miało być zbożnym …

Nasza krucjata była tak głupia, że tylko idealista mógł ją wymyślić.
– powiedział Jöns.

kadr z filmu

Film nie jest jakoś szczególnie trudny. Po prostu wymaga uwagi. Jest krótki, dynamiczny i nikt nie streści nam tego, co się wydarzyło, gdy wyszliśmy do kuchni po kanapki. Stary, dalej jary z cechami wielkości. Moją ulubioną postacią jest Jöns, z jednej strony bardzo mocno w typie silnej grupy z „Mistrza i Małgorzaty”, z drugiej natrętnie kojarzący mi się z Baldrickiem, synem Robina, zbieracza gnoju ze wspaniałej serii „Czarna żmija”.

„Siódma pieczęć” jest szczytowym osiągnięciem reżysera, syna luterańskiego pastora, z okresu gdy zadawał pytanie o istnienie Boga (potem chyba skonstatował, że odpowiedź jest negatywna i zajął się obserwacją więzi międzyludzkich). Pojawia się też w związku z tym pytanie o sens życia, ba, autor w niektórych scenach podejmuje próby odpowiedzi: robić to, co można zrobić? Nie być *ujem? Carpe diem? Warto wracać do starych filmów.

W klimacie pytania o istnienie Boga wspomnę o książce, którą zaczęłam czytać w weekend i przegalopowałam szybko, bo w sumie to czytadło, ale dość ciekawe. Jest w naszej biblioteczce od dawna, zwróciłam na nią uwagę tylko dlatego, że szukałam czegoś w co mogę włożyć wypowiedzenie, żeby mi się w plecaku nie pogniotło 😉. „Życie na pełnej petardzie” czyli wywiad Piotra Żyłki z księdzem Kaczkowskim wydane przez Wydawnictwo Wam rok przed śmiercią duchownego.

Kaczkowski z jednej strony prostolinijny w mowie, jako duchowny idący tym pod prąd, mało się nadawał na robienie wielkiej kariery w hierarchii, z drugiej obudowywał swoje lęki związane z chorobą i śmiercią w katolicki tradycjonalizm. Był fanem Ratzingera i Pio, człowiekiem inteligentnym, który musiał cały czas zwalczać w sobie dysonans poznawczy, bo wybrał zadanie nie do wykonania: pogodzić wiarę z nauką … coś musiało przy tym ucierpieć, najczęściej logika. Myślę, że to taka osoba z którą można byłoby się pięknie pokłócić, bo zakładam, mając w głowie wyobrażenie jego postaci, że byłby w stanie przyjąć argumenty drugiej strony. Zachwyt nad tym jaki był cool spławiam uśmiechem – księża są ludźmi, szkoda, że ta jakże „głęboka” refleksja nachodzi wiernych najczęściej, gdy szukają argumentów do obrony ulubionego duchownego przed oskarżeniami o różne podłości. Księża są ludźmi, a niektórzy ludzie są w porządku. Czytadło przeglądam z zaciekawieniem zastanawiając się skąd Kaczka wyniósł przekonanie, że był nieatrakcyjny. Przecież w domu tak wspaniałym jak wynika to z jego wspomnień ktoś mu musiał powiedzieć, że najatrakcyjniejszy jest piękny umysł … prawda?

Na koniec …

Kraciasty przywiózł wczoraj debiutancką płytę folkowego zespół Odpoczno. To sobie słucham złamanych rytmów. Wielkiego umysłu nie trzeba, żeby się domyślić, że inspiracją są brzmienia z okolic Opoczna (w jidysz ‏אפאטשנא‎ 😁). Najmłodszy brat mojego pradziadka z kolei to chyba było sieradzkie, albo nawet wieluńskie czyli na lewo od Łodzi. Wuja Józef lubił spędzać czas na przyśpiewkach, dzięki tej płycie zupełnie niespodziewanie myślę o nim dziś wieczorem.

Jak żyć? Trójkąt dramatyczny i inne przypadki.

Jeszcze kilka dni temu napisałabym, że lekko, bo byłam w trakcie intensywnego ciągu pracowniczego. Jako że jednak w piątek wręczyłam mojej menadżerce wymówienie z pracy, trzeba się wziąć za siebie i przestać się obijać 😉. Nie ma już telefonów w dzień wolny z zapytaniem, czy nie wpadłabym na zastępstwo, nie ma już wymówek, że nie mam czasu szukać czegoś lepszego, bo zarobiona jestem. Wprawdzie pracuję do czwartku, ale kobieta puściła takiego focha, że nie ma bata, aby zechciała ze mną choć jedno słówko sensownie zamienić. Bogowie, jaki będzie spokój! Przy okazji tej sprawy przypomniał mi się Trójkąt Karpmana, nazywany też Trójkątem Dramatycznym – model teoretyczny pokazujący jak wchodząc w relacje (w rodzinie, szkole, pracy) podświadomie wpadamy w trzy role typowe dla klasycznego teatru: wybawiciela, prześladowcy i ofiary. Od czasu do czasu oglądam sobie Magdę z Selfmastery i chociaż nie jestem wielką fanką coachingu udzielającego łatwych odpowiedzi na każde pytanie, odeślę Cię tutaj, do jej ujęcia kwestii trójkąta dramatycznego:

I co myślisz? 😊 Mnie osobiście zaskakuje gdy osoba w czasie krótkiej rozmowy płynnie przechodzi od prześladowcy do odgrywania ofiary. Zaskakuje, ale jest to także cholernie interesujące. Człowiek ma głowę wypchaną różnymi modelami teoretycznymi, rozmawia sobie (przynajmniej próbuje, choć moim zdaniem w przypadku natłoku dramatu trudno mówić o racjonalnym dialogu) i nagle łups, taka myśl mi błyska: trójkąt dramatyczny! Czy ona to zrobiła? Czy ja to właśnie powiedziałam? Inną sprawą, która mnie ciekawi jest to, że można u niektórych osób zauważyć jak gra psychologiczna staje się całym życiem. Na przykład z łatwością powtarzalnie wchodzą w rolę wybawiciela, aby realizować w ten sposób własne potrzeby, np. wybierając sobie zawód pomocowy. Hm?

Magda wspomniała o innym swoim nagraniu rozwijającym temat odgrywania roli ofiary. Również je załączam. Bardzo ważne dla zrozumienia tego zjawiska jest uświadomienie sobie, że i bycie ofiarą ma swoje plusy – gdyby było inaczej, każdy z nas natychmiast dążyłby do tego, aby szybko z takiego statusu wyjść. A chyba dobrze wiesz, że nie jest to takie oczywiste 🤨.

Warto, moim zdaniem, zauważyć klimat naokoło ofiary, często szczelnie wypełniony pomagaczami z misją i potakiwaczami – dwie grupy, które przy okazji załatwiają własne potrzeby duchowe (pierwsza grupa pomagając nie zajmuje się własnymi problemami, druga ma tendencję do pocieszania się, że ktoś ma gorzej od nich). A klimat może być taki, że gdy ktoś komunikuje problemy to oznacza, że jest szczery, autentyczny. To zjawisko widać również w blogosferze – tysiąc pięćset razy powtórzysz, że jest Ci źle i masz status osoby autentycznej (przy czym odgrywanie ofiary odróżniam od bycia w depresji – depresja to choroba, odgrywanie ofiary to, często nawykowa, postawa jaką w danym momencie przyjmujemy). Ofiara zanurzona w swoim własnym sosie uważa, że nie ponosi odpowiedzialności … to nie ona jest winna, to świat dzieli się na fajnych (słuchających jej skarg, wyręczających) i niefajnych (całą resztę, bo nawet, gdy po prostu próbujesz zająć się swoim życiem, to już może być powód Twojej niefajności). Zresztą łączy się z tym również temat „dlaczego pomagam?”. Czy po to, aby ktoś mógł się wydostać z gówna, czy po to, abym to ja mogła wejść z buciorami w czyjeś życie. Trudna jest nauka dystansowania się w sytuacji udzielania pomocy 😊.

Rzuciłam pracę, żeby nie stać się etatowo ofiarą, bo już mi zaczęły uszczelki mojej duszy przepuszczać. I cóż, kolejnej nocy, pomimo niepewnej przyszłości gapiącej się na mnie zza roga, spałam snem królewskim, z kotem przy boku 😊. Jeszcze pokażę Ci taką scenkę: wsiadam wczoraj do autobusu na przystanku w mojej wsi, zajmuję miejsce w drugim rzędzie za jakąś starszą, zniszczoną osobą, która gada czasem do innych, a czasem do siebie. Na którymś z kolejnych przystanków wsiada następna pokręcona postać, przygnieciona plecakiem, z odrętwiałymi rękami, i zajmuje pierwszy rząd po drugiej stronie przejścia. Jedziemy. Nagle słyszę w radiu piosenkę, początkowo myślę, że country, ale oni nie śpiewaliby o „shore” 😁. Chyba Dublinersi, coś mniej mi znanego, głos jakby Luka Kelly. I ktoś się dołącza, najpierw jeden, potem drugi, nastawiam uszu, bo te dwa źródła dźwięku są bliżej mnie. To zlasowane panie śpiewają, a głos tej przede mną jest nawet melodyjny i czysty. Patrzą na siebie, pokręcona zerka na mnie … „Kiedyś to były piosenki”. Takie wzruszenie poranne 😊 Nie traktuj tego jako odpowiedzi na pytanie „jak żyć”, bo, ludzie! nie pijcie alkoholu, szkoda się marnować! Ale piękne było chwilowe połączenie dusz, którego byłam świadkiem w autobusie podmiejskim. Piosenki nie znam, mam ochotę o poranku na irlandzki folk, który w prosty ale nie prostacki sposób opowiada o ludzkim losie, więc oto Luke zaśpiewa Ci o podążaniu za ławicami śledzia:

* * *

I jeszcze – moja mama … kilka lat temu, latem, wygląda z okna hotelu „Lviv” na Viacheslava Chornovola 7, wysoko, pokój bez klimatyzacji. Patrzę na zdjęcie i myślę jak bliska jest mi ta kobieta, dla mnie nadal młoda, z głową małej dziewczynki, zawsze trochę w chmurach. Jesteśmy podobne, i wcale niepodobne, a choć w przeszłości bywało różnie, porobiło się nam na starość, że ani trójkątów dramatycznych, ani żadnych innych triangulacji …

Instagram: @świechna

… w związku zaś z tym, że nagle mogę robić ze swoim czasem co chcę, zabukowałam kilka dni w grudniu na wizytę w domu rodzinnym. Z tatą lubię chodzić po lesie, z mamą po mieście, mam więc bardzo poważne plany. Kraciasty mówi mi, że tęsknią za mną. Jeszcze dziś i jutro go napasą, potem wypuszczą do mnie machając z wrocławskiego tarasu widokowego. Potem siądą w domu, w rozświetlonej kuchni, i wszystko omówią podrzucając smakołyki swoim rozpuszczonym, zaspanym futrzakom.

* * *

Mam ochotę pogadać dzisiaj o wchodzeniu w role i jeśli masz jakieś ilustracje trójkąta dramatycznego z własnego życia, zapraszam Cię do wymiany myśli. Miłej niedzieli, dbaj o swój dobrostan.

Halloween’s coming.

Cudownie jest po pracy nie musieć iść do pracy 😉 W związku z tym wstąpiliśmy po południu do kawiarni, rozsiedliśmy się nad kofeiną i miałam chwilę przyjemnego klapnięcia po kilku godzinach przebywania z ośmiolatkami. Byliśmy tutaj pierwszy raz, ale dopiero po jakimś czasie zaczęłam się rozglądać, żeby w połowie kawy zauważyć, że nad głową Kraciastego wisi urwana, ludzka kończyna …

Oczywistość 🙂 Już wczoraj wieczorem po supermarkecie hasały wróżki, zombi i jednorożce, sama zresztą weszłam tam, żeby kupić diabelskie różki do mojej dzisiejszej, wieczornej pracy, do której w końcu nie doszłam. Trudno, poczekaj, niech no sobie je założę …

… już. W Irlandii widać jak to święto wzięły w posiadanie dzieci i jak bardzo odcisnęła się na nim kultura popularna JuEsEj. Rodowód zabawy jest niezbyt jasny dla badaczy – niektórzy twierdzą, że jest to kolejna odsłona Samhain, celtyckiego święta zbiorów, w czasie którego przepowiadano sobie przyszłość za pomocą jabłek i orzechów oraz palono wielkie ognie mające moc oczyszczenia …

… a przez otwarte drzwi z Innego Świata sprowadzały się rzekomo na ziemię ponadnaturalne siły i mroczne dusze. Każdego roku w Samhain grający na harfie goblin Áillen miał usypiać władców Tary i swoim płomiennym oddechem wypalać im pałac królewski do fundamentów, gdy tymczasem obywatele tego świata trochę dla jaj, a trochę z innych, równie ważnych powodów, robili latarnie z rzepy lub buraka pastewnego. Niektórzy więc twierdzą, że Halloween to Samhain, inni, że może raczej ludowa wersja chrześcijańskich obchodów Wszystkich Świętych, bezustannie aktualizującą się baśń w której rzepa zamienia się w amerykańską dynię, a goblin w straszydło z horroru.

Czymkolwiek Halloween by nie było, właśnie nadchodzi. Świętują dzieci, neopoganie, a rodzice i panie na kasie w supermarketach mają urwanie głowy. Dokształcam się u Kraciastego, co będą rozpalali Irlandczycy 31 października – z braku puszczy na drewno zapłoną palety. Mnie też się udziela, bo choć nie mam w planach okadzania się nad paletami, to gdy wracając z pracy patrzyłam na migające za oknem góry Irlandii Północnej, marzył mi się spacer po cmentarzu. A jeśli przychodzisz i mi mówisz, że my Słowianie mamy własną, równie dobrą tradycję, to ja Ci mówię „i tu się nie mylisz”:

Merfolk – Dziady