Žitná 17 i spacer po Pradze.

„To nie jest miejsce dla kotów” – powiedział Kraciasty wyglądając przez okno. Z perspektywy kociej mieszkanko niepoważne: wysoko, duży ruch uliczny nawet nocą, nigdzie ani źdźbełka trawki, kuweta na korytarzu. Na plus przemawiała przystępna cena i lokalizacja, Václavské náměstí za rogiem. Czy zdecydowałabym się drugi raz? Pewnie tak.

View this post on Instagram

#žitna17 #dobryden

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

W tej chwili jestem już w naszym domu bez piętra, słucham muzyki i po raz enty poprawiam ten tekst. We wtorek poza oczywistą przyjemnością spaceru po Pradze, chodziły mi po głowie treści na temat komentarza do tekstu na pewnym blogu. Komentarz dotyczył Wandy Tkaczyk-Stawskiej, a konkretnie był zarzutem, że pani ta jest za stara, aby demonstrować jakieś tam swoje opinie w Sejmie czy też pod nim. Napisałam kilkustronnicowy tekst o dyskryminacji, potem skróciłam go i umieściłam tutaj, nadal jednak coś mi nie pasowało. Myślę, że od początku chodziło o moją pupę. Temat nie jest wart rozprawki pod tak fajnym zdjęciem z powodu komentarza o tak niskiej jakości merytorycznej.

Łatwo się emocjonuję przejawami dyskryminacji, nazwijmy to wrodzonym wyczuciem sprawiedliwości. Po drugie sądzę, że Tkaczyk-Stawska będzie pamiętana jednak trochę dłużej niż autorka komentarza, który był czystym przejawem ageizmu, i że nie potrzebuje w tym mojej pomocy. Po trzecie brak konsekwencji w poglądach nie pomaga w drążeniu sprawy; zaciesz z każdego słowa Wojtyły, nawet gdy pod koniec życia przemawiając wykazywał oznaki postępującej demencji powoduje, że argument „ze starości” tylko dlatego, że się z kimś nie zgadzamy traci swoją moc*. Można zarzucić, że ktoś jest głupi … są ludzie zwyczajnie głupi, którzy myślą, że zmądrzeli, bo się zestarzeli. Ale to argument do innego tematu na innym blogu 🙂

Mam nadzieję, że protestujący w Sejmie  osiągną swój cel i fundusze pozwolą im cieszyć się wolnością. Życzę im tego, trzymam za nich kciuki. Niepełnosprawność nie oznacza, że nie macie prawa walczyć o swoje, że musicie być skazani na plugawą „wspaniałomyślność” głupców, którzy zarzucają Wam zmanipulowanie, ponieważ uważają, że człowiek niepełnosprawny to człowiek pozbawiony rozumu. Na tym kończę streszczenie pięciostronnicowego tekstu.

° ° ° ° ° °

W Pradze byliśmy krótko, dwa razy w odstępie kilku dni, tak naprawdę przejazdem pomiędzy praskim lotniskiem a Wrocławiem. To nie był mój pierwszy raz tutaj, ale pierwszy chodzony tak, jak to należy robić w takim miejscu. W drodze do domu postanowiliśmy wziąć dwa noclegi na starym mieście. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogonił nas deszcz i bardzo dobrze, że tak się stało, bo z już zapakowanymi walizkami nie weszlibyśmy sami z siebie pod tą rzeźbę. Oto, proszę bardzo Kůň, którego autorem jest David Černý:

kawiarnia Lucerna

Na dworze deszcz, a my siedzieliśmy w kawiarni starego kina Lucerna pijąc kawę po turecku i patrzyliśmy przez okno na zad padłego konia świętego Wacława. Pałac Lucerna – żelbetowy szkielet, styl art nouveau – został zaprojektowany z początkiem XX wieku przez dziadka Václava Havla. Rzeźba kunia powstała z kolei pod koniec wieku i jest postmodernistycznym komentarzem do monumentu św. Wacława Josefa Myslbeka stojącego nieopodal, na placu Wacława. Wyobraź sobie taką autoironię w Warszawie.

Myślę, że następnym razem przyjdziemy tu zupełnie planowo, poza tym bardzo chciałabym obejrzeć w Kinie Lucerna jakiś niemy film. Taki seans w historycznym miejscu (kino działa od 1907 roku) to byłoby coś wspaniałego 🙂

Praga synagoga Meisela

Drugi dziwny pomnik, tym razem odwiedzony nieprzypadkowo, sfotografowaliśmy dzień wcześniej w dzielnicy żydowskiej. Skierował nas do niej miły, starszy pan z widocznymi oznakami Parkinsona, bileter z Synagogi Maisela, Maiselova synagoga. Dostałam od niego mapkę, więc po początkowym kluczeniu, od Maisela doszliśmy pod Kafkę bez problemu.

Praga pomnik Kafki

Pomnik Jaroslava Rony, Kafka idący przez miasto na bezgłowej postaci, pojawił się przy ulicy Dušní osiemdziesiąt lat po śmierci pisarza. Tuż za nim znajduje się Španělská synagoga inspirowana architekturą Alhambry. Synagoga jest najmłodsza w tym rejonie, ale stoi podobno w miejscu, gdzie była Altshul, pierwsza żydowska bożnica w mieście.

Właśnie jest remont budynku w którym urodził się Franz, więc tam akurat nie mogliśmy uczynić żadnych pięknych zdjęć (centrum Pragi sprawiało wrażenie remontowej paniki przed sezonem). Zaczęła mnie bardzo intrygować postać Franza i zastanawiam się czy żyje jakiś potomek kafkowskiej rodziny, czy ktoś w ogóle ocalał z zagłady. Jego dwaj bracia zmarli jeszcze w dzieciństwie, ukochana siostra Ottla zginęła w Auschwitz, starsze Ellie i Valli przeniesiono do łódzkiego getta, Litzmannstadt, a stamtąd podobno do Chełmna, Kulmhof am Nehr, gdzie zmarły.

Cieszy mnie bardzo myśl, że Kafka pisał po niemiecku, roję sobie teraz, że przynajmniej w taki sposób poćwiczę język, gdy przestanę w końcu dukać i zacznę coś rozumieć.

Robiąc kółko od Kafki minęliśmy cmentarz żydowski:

Praga cmentarz żydowski

Nie mieliśmy czasu aby stać w kolejce, w murze natomiast zostawione jest okienko do świata zmarłych, przez które Kraciasty zrobił to zdjęcie. Starý židovský hřbitov to najstarszy kirkut w Europie, spoczywają tutaj tysiące praskich Żydów, w tym Mordechaj Meisel, XVI-wieczny filantrop.

Kiedy byliśmy w Pradze tydzień wcześniej i mieliśmy tylko tyle czasu, żeby przespacerować się nocą po dzielnicy, zrobiłam z kolei to zdjęcie:

View this post on Instagram

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

To budynek w bezpośrednim sąsiedztwie synagog Staronová (najstarszej aktywnej synagodze w Europie, zbudowanej jeszcze w stylu gotyckim) i Vysoká sfinansowanej przez Meisela, być może wzorowanej architektonicznie na synagodze Wysokiej z krakowskiego Kazimierza. Za chwilę jest cmentarz i dwie inne synagogi. Tak mały obszar a tyle historii do opowiadania, że czuję niedosyt przebywania w tym miejscu tak krótko. Wygląd Josefova podobnie jak całej centralnej Pragi jest efektem asanacji – wielkiej przebudowy na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony pogrzebało to wiele zabytkowych ulic, z drugiej dało dzielnicy secesyjny wygląd, taki jak w tym miejscu, ponad kwitnącym drzewkiem.

Praga 3

Oprócz tego, we wtorek po południu idąc mostem Karola natrafiliśmy na uroczystości związane z Janem Nepomucenem i musieliśmy się przebijać przez spory tłum uczestników procesji i gapiów, a wieczorem z Małej Strony obserwowaliśmy na niebie pokaz świątecznych, sztucznych ogni. Przypuszczam, że w Polsce na tę okoliczność zamknięto by cały most – Czechy to jednak bardziej normalny kraj, chociaż ludzie pracujący w usługach i urzędach mają podobny, postkomunistyczny smutek na twarzy.  Poza tym miasto nie jest jakoś rewelacyjnie przystosowane do potrzeb osób na wózkach, rzucało mi się to w oczy może właśnie dlatego, że spacerowałam w rytmie myśli o proteście w polskim Sejmie. Gastronomicznie, wstyd to przyznać, najlepiej wypadł nam fast food na Staroměstské námesti. Dopiero tam, pod parasolami i następnego dnia, gdy było deszczowo mogliśmy usłyszeć na mieście więcej czeskiego języka. Lokalni amatorzy tanich trunków i tutaj mają swoje ulubione miejsca – gdybyśmy spędzili na spacerach kilka dni, zapewne zaczęlibyśmy rozpoznawać ich twarze i codzienne rytuały. Nieczuli na architektoniczne piękno i historię na której siedzą i o którą się potykają, jak wszystkie pokolenia wykluczonych przed nimi, zajmowali się swoją własną, codzienną mizerią. Ostatnio więcej się im przyglądam.

Przywitała nas Praga turystami i upałem, pożegnała deszczem dnia codziennego i kawą. Rozrzewniłam się od tego i zatęskniłam trochę za krakowskim Kazimierzem. Bo takie zdjęcie można byłoby zrobić i tam:

View this post on Instagram

dzielnica żydowska ❤

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Dzisiaj kupiłam pork pie i bardzo się cieszę tym szykownym kapelutkiem. Następny spacer po jakiejkolwiek żydowskiej dzielnicy będzie w kapeluszu z piórkiem lub jesiennym suszem. Tymczasem zostawiam Cię z Nohavicą:

___________________________________
* Po czwarte do poczytania „Ageizm a funkcjonowanie i rozwój ludzi starszych” Trempały. Łatwo można znaleźć w sieci w pdf, a na stronie piątej tej pracy zaskakujący wniosek: najbardziej ludzi starszych nie lubią starsi ludzie.

Reklamy

Dublińskie klimaty.

Sobota była ciepła; jeszcze można było dostać wilka siedząc w Stephen’s Green na trawie, ale przez słoneczne ulice przelewały się kolorowe tłumy w mniejszym lub większym negliżu. Spacerowaliśmy nie gonieni żadną większą koniecznością, trochę nonszalanccy, a ja w trochę za krótkiej kiecce. Dublińskie centrum z pewnością warto przejść na własnych nogach, nawet jeśli obok pubów zalatuje nam nieciekawym zapaszkiem.

Wąską uliczką idziemy z Kraciastym trzymając się za ręce i z naprzeciwka mija nas para homoseksualna, która robi dokładnie to samo. I to mi pasuje w centralnym Dublinie: otwartość na różnorodność i multikulti. Ludzie demonstrują swoje poglądy, zbierają na cele charytatywne, wylewają się z pubów i kawiarń, reprezentują każdy wiek, styl, kraj, język, kulturę i nikt nie robi z tego zagadnienia. Jednym zimno, innym gorąco, są kurtki i podkoszulki, klapki i trapery, kapelusze i dredy. Osobiście kieruję swój zachwyt w kierunku ludzi z szarmancką elegancją noszących kamizelki i zegarki z dewizką oraz różnej maści naturalnych hipsterów starej daty; ale każdemu, co lubi.

Jak ten pan. Co pan w zasadzie rysuje?

multi-culti dublin

W takiej atmosferze nawet lampowy zapał zygotarian mi nie przeszkadza. W Irlandii trwa obecnie walka ideologiczna o utrzymanie ósmej poprawki do Konstytucji. Wojna na hasła na latarnianych słupach jest widoczna nie tylko w Dublinie. Poprawka jest bzdurna, natomiast niebzdurna jest dla mnie wolność wypowiedzi, nawet, gdy osoba plecie trzy po trzy. Mam w tej sprawie stanowisko jasne: każdy ma prawo być głupi (bo odmawianie sobie samemu prawa do swojego ciała jest głupotą), tak jak ma prawo mieć skrzywienie kręgosłupa i nic z tym nie robić.

Oprócz kulturowej różnorodności podoba mi się tu religia kawiarniana*. Nie jestem kawiarą w tym peerelowskim stylu starszych nauczycielek, które ogłaszają, że piją kawę, żeby wszyscy wiedzieli, że było je stać na zakupy w pewexie. Piję kawę z dwóch powodów: żeby się skupić, gdy pracuję umysłowo i dla towarzystwa. Od dłuższego czasu piję espresso zalane gorącą wodą, czyli americanę. Bez cukru, bez mleka. I nie uważam, że najlepsza jest w domu. Lubię chodzić do kawiarń i patrzeć na ludzi; cholernie mnie cieszy, że nie jestem w tym odosobniona.

religia kawiarniana Dublin

to miejsce, które jest w każdym zakątku świata. Jest najwyższym osiągnięciem naszej cywilizacji oprócz języka, pisanego i mówionego, oczywiście. Tam spotykają się ludzie i wszystkie poglądy można w tym miejscu pogodzić. W kawiarni nie ma kłótni, nie ma indoktrynacji. Wszyscy przychodzą tu licząc, że załatwią jakąś sprawę pozytywnie. Broń zostaje za drzwiami. Wszyscy, bez względu na poglądy czy wyznanie, mogą normalnie rozmawiać. Nie ma prania mózgu. To namiastka tego, jak byśmy mogli zbudować świat.

Tyle K. Pieczyński w wywiadzie sprzed trzech lat. Opinie ma radykalne, powyższą potwierdzam własną obserwacją. Siedzimy z Kraciastym w tę sobotę w Coście (odmiana słowa Costa wygląda dziwnie, wiem). Siedzimy pod szklaną ścianą, Costa jest na którymś piętrze Jervisa, centrum handlowego przerobionego z XIX-wiecznego szpitala. Na wprost mój wzrok pada na azjatyckie zgromadzenie familijne. Po prawej stronie mam dziewczynę w kapelutku (prawie) Annie Hall i jej koleżankę z fryzurą na Jennifer Grey w epoce „Dirty Dancing”. Po lewej  siedzi paru młodzieńców i dziewic ciemnoskórych, ubranych w hip-hopowym stylu. W kącie sali pan w wieku średnim zaczytany w „Folk” Zoe Gilbert. Siedzimy, pijemy kawę, rozmawiamy, po pół godzinie pan nadal zaczytany. Nikt nikomu nie przeszkadza, nikt nikogo nie próbuje przekonać do bycia Azjatą lub hip-hopowcem lub do noszenia kapeluszy. Panie obsługujące co najwyżej poinformują, że zamykają za półgodziny, nie zaburzają picia klauzulą sumienia w kwestii „dolewać mleka czy nie dolewać”, nie kołyszą się pomiędzy stolikami z kubkami pełnymi śmietanki, nie zachwalają, że ich śmietanka cieplejsza i nie powoduje sraczki. Pan z kąta w niewidzialny sposób inspiruje mnie do sprawdzenia kim jest Zoe Gilbert, ot, cały atak duchowy. Tak, do tej religii przypadkowych przechodniów mogę i chcę należeć.

stephens green dublin

I trzecia sprawa: modlitwa trawnikowa, albo parkoterapia. Stephen’s Green, Faiche Stiabhna, wiktoriański park w środku miasta (piszę, wiktoriański, chociaż park ma dłuższą historię, ale w każdym razie swój obecny kształt zawdzięcza XIX wiekowi). Tłumy zastaliśmy dzikie, wydaje mi się nawet, że większe niż gdy chodziliśmy po nim latem zeszłego roku. Tu spacerował James Joyce, tu ludzie wylegują się na trawnikach, podpierają drzewa czytając, rozmawiają, łapią promienie słońca, tańczą tango, albo jak my, jedzą drugie śniadanie. Garda przechadza się pilnując porządku, mewy kołują nad małym stawem i walą zdrowe kupy na przechodniów, chłód od wody chroni przed przegrzaniem – chociaż w mieście ciepło, właśnie u Stefana poczułam, jak zatoki mówiły mi „ej no”. Zastanawiam się jak tu jest, gdy pada lub jest zupełnie poza sezonem, w środku irlandzkiej, trzydniowej zimy, czyli dnia drugiego. W taki dzień jak ta sobota tłumy mogą irytować, ale przecież to dość logiczne, że każdy chce pobyć chwilę na zielonym polu Stefana, albo chociaż się po nim przejść. To piękne miejsce jest i należy do wszystkich:

Ja tu o Dublinie i jeszcze ani słowa o pubach (poza sikami) i o Guinnessie. Da się? Oczywiście. W Dublinie w ogóle nie trzeba pić piwa, żeby poczuć specyficzny klimat miasta, a nawet wręcz warto zachować trzeźwość spojrzenia. Wypić kawę, pospacerować, przyjrzeć się godności z jaką niektórzy starsi mieszkańcy noszą swoją własną modę. Gdy już dorosnę i zdam maturę, też tak będę, całym sercem.

__________________________________
* Mój stosunek do religii i instytucji opisany jest TUTAJ. Irlandia, poza tym, że katolicka, ma trochę inne tempo; czasami jest to problemem, czasem wręcz przeciwnie.

O rozlewaniu kawy.

Ktoś tam gdzieś pochrapuje, na gazie owsianka pyrka, przede mną od metra wykładu do wysłuchania i gramatyka do obrobienia. W taki oto sposób nie uczestniczę w niedzieli tylko dla rodziny.

Kilka dni temu był Dzień Kobiet, czas tak dobrze spędzony, że naprawdę nie chciało mi się zasiąść do pisania. Skoro dzisiaj za to dzień pracujący, podzielę się tutaj pewną refleksją. Na instagramie w przeddzień naszego święta pojawił się post Amnesty International Polska na którym pani Magdalena Środa, filozofka specjalizująca się w etyce i feministka, migała pewien przekaz. Gdy go upubliczniłam na swoim koncie obserwowałam jak wyświetlenia filmu rosną, natomiast liczba lajków dla tego posta jest mocno umiarkowana w porównaniu z innymi filmikami na których jest cokolwiek innego w ruchu, jak kawałek wybrzeża lub dyjaboliczny czajnik w półmroku. Co migała pani Środa? PRAWA KOBIET TO PRAWA CZŁOWIEKA. Poważnie. Innymi słowami, stwierdzała, że kobieta to człowiek. Wiem, że obserwują mnie głównie kobiety, a jednak tylko 1/4 wyświetlających post była w stanie zgodzić się z przekazem. Możliwe, że nie lubią pani Środy. Jest ona pozbawiona jednej ważnej cechy przypisywanej przez tradycję kobietom, cechy tak zinternalizowanej, że najczęściej jej nie zauważamy, ale za to natychmiast wyłapujemy u innych kobiet jej brak i budzi to nasz lęk: funkcji przymilania się. Bo wiedzy i inteligencji pani Środzie nie brakuje.

Mam w związku z tym bardzo sprzeczne emocje, z jednej strony ubawienie, z drugiej przyznaję sama sobie naganę za to, że tak nisko oceniam polskie kobiety, bo z góry założyłam wynik i rzeczywistość się do niego dopasowała.

Skąd kawa w tytule? Notatkę jako szkic rozpoczęłam, gdy napotkałam pewną analogię wylewanej kawy do tego, co z nas wypada, gdy życie nas potrąci. Nie zostaniemy oblani niczym ponad to, co mamy we własnej filiżance. Mój początkowy zachwyt nad prostotą tego porównania zmalał, gdy zaczęłam myśleć, że pewnie można go znaleźć na co drugim blogu motywacyjnym. Z moim podejściem, żeby podawać autora cytatu i z podejściem wielu blogerów, aby przedstawiać cudze myśli jako swoje … to byłoby długie niedzielne popołudnie. Myśl wyskrobałam więc z zajawki tekstu, tytuł pozostał, a łączy się on w jakiś sposób z tym, co napisałam o instagramowym nie-wydarzeniu. W jaki, domyśl się Czytelniku. Kraciasty mi już mówił, że czasem piszę hermetycznie. To jest najwyraźniej ten dzień.

rozlewanie kawy

P.S. Chciałabym Cię zaprosić na blog o tematyce społecznej, który uruchomiliśmy wczoraj z moim partnerem. Nazywa się Związek niesakramentalny. Możliwe, że tylko tam będę wylewała moją feministyczną żółć, a to miejsce pozostanie jedynie do mizdrzenia się i czarowania Cię moimi niewątpliwymi urokami. Zapraszam.

Poczytaj coś o cipce.

Wylała się miłość. Wysokie Obcasy, które wspierają dobre feministyczne pomysły (np. filmiki #sexedpl), opublikowały ostatnio okładkę z hasłem „aborcja jest ok”. Skrzywiłam się. Ja, która uważa, że każdy sam powinien decydować o swoim ciele. Bo co chcesz mi powiedzieć WO? „Usunięcie wyrostka jest ok”? Po co w ogóle o tym mówić w ten sposób?

Jest dla mnie jasne, że każdy człowiek ma prawo do swojego ciała, do tego stopnia, że nikt nas nie zmusza do oddawania krwi czy nerki innemu człowiekowi, tylko dlatego, że tamten drugi umiera. Możemy to zrobić, ale nikomu nigdy nie przyszło do głowy wyprodukowanie paragrafu na ten temat, bo byśmy go zjedli bez pieprzenia. I tym kończę watek, którego inspiracją był post Saguli. Może jeszcze warto poczytać wywiad o wrażliwości polskiej* z dr Rudzińskim i jeszcze bardziej przygnębiający z dr Dębskim, o obłudzie prolajferów, którzy z aborcji i in vitro korzystają chętnie, gdy sprawa ich dotyczy. Ale chciałam o czymś innym.

Sagula napisała, że edukacja seksualna u nas leży. Zgadzam się, leży i cicho sobie pokwikuje. Na wdż uczniowie chodzą, gdy rodzic się uprze. W ostatniej klasie likwidowanych gimnazjów to jest już odwrót walny – gdy rozdaje się karteczki ze zgodą dla rodzica, dzieciaki spuszczają głowy, upychają karteluchy gdzieś w geografii, żeby spoczęły na dnie Atlantyku, albo memlą je w dłoniach tak długo, aż zostaje z nich pokarm dla rybek. Gdy do kin wchodzi „Sztuka kochania”, biografia pani Wisłockiej (film polecam, Boczarska i Lubos epiccy) i na półki trafia kolejne wydanie jej antycznego manualu, dziewczęta po wdż w gimnazjum wstawiają na instagramie okładkę tejże książki nie jako tekst źródłowy z zamierzchłych czasów. O nie. Dla nich to jest jak najbardziej aktualny podręcznik z którego można się czegoś d o w i e d z i e ć. Naprawdę. Bo one tyle wiedzą o  t y c h sprawach. Jakby nie minęło 40 lat, a z nimi pruderyjni, ale jurni towarzysze, którzy przetrzymywali dzieło 10 lat na półkach. Dziewczyny 16-letnie same u ginekologa? A po co? Seks niepełnosprawnych ruchowo?  Że żyją i ich czasem tolerujemy, albo nawet wystawimy na wózku pod dom, to im już nie wystarcza?

Nie znęcam się dalej, bo najprostszy sposób, żeby się pozbyć bunny dust z mózgu to czytać, czytać. Polecam książkę, którą dostałam w listopadzie. Chociaż cipka na okładce mówi, że dla dziewcząt i kobiet, książka ta jest w zasadzie dla wszystkich. „Radości z kobiecości” wydane przez Wydawnictwo Sonia Draga:

radości z kobiecości

Jest o nieśmiałych początkach, o fizjologii, o niby-tabu, dużo miejsca autorki poświeciły na obgadanie kwestii antykoncepcji i przegląd różnych okołocipkowych dolegliwości. Panowie heteroseksualni, czyli potencjalnie zainteresowani tematem, odnajdą tutaj odpowiedzi na wiele wątpliwości, co ich kobietom może aktualnie dolegać. Ta książka to w zasadzie bejzik. Naprawdę spokojnie można dać ją nastolatce, żeby sobie zdezynfekowała mózg po dawce wdż prowadzonego choćby w oparciu o podręczniki jednej Teresy. Nie jest to zaawansowany almanach figur seksualnych czy też rozterek genderowych, zapewne takie pozycje istnieją i zapewne odnajdę je. O je.

Książka norweskich autorek Brochmann i Støkken Dahl koi prostotą podejścia. Nie ma w niej o panach, przepraszam, może coś interesującego znajdę, wtedy polecę. Zdecydowanie gdzie indziej należy też szukać info o seksie homoseksualnym, albo życiu seksualnym z niepełnosprawnością. Jeśli masz takie źródła, przede wszystkim traktujące wszystkich ludzi jako równych, bez względu na praktyki na tej płaszczyźnie, podrzuć tytuły.

Dobrego tygodnia 🙂

__________________________________________
* pokochałam ten zwrot odkąd słyszę kolejne beknięcia polityki historycznej. jest on dla mnie synonimem buraczanej januszowatości.

Miłość Miłość.

Bo jesteś moim kaszmirowym sweterkiem, spacerem po wleńskich pagórkach, mocną kawą, chrzęstem muszelek pod stopami na plaży, półeczką na delfinki.

Niektórzy czują się zobligowani do przypomnienia, że nie dla nich dzisiaj to skomercjalizowane święto i fe, inni, ponieważ zbiega się ono z Popielcem, ruszają z hasłem z rodzaju nie obchodzę Halloween. Z kolei ja obchodzę głównie jeziora. Post uwielbiam, ponieważ wtedy moja babcia robi wodę ze śledzia (miałam dodać tradycyjną i wielkopolską, ale nie wiem, czy ktoś jeszcze wie, co to jest). Uwielbiam wodę ze śledzia w towarzystwie gorących ziemniaków w mundurkach do tego stopnia, że zawsze biorę dokładkę. I, że chociaż jestem dzisiaj umówiona z przyjaciółką, skrócę spotkanie do samej kawy, i kończę tę rozmowę, bo na mnie woda ze śledzia w domu oczekuje.

DSC01848
Rózia. Jedna z tych, którzy podjęli poważną decyzję i się tego trzymają.

Każdy kot wie, że miłość jest decyzją. Najpierw oczywiście może być przypadkiem, ale potem jest już decyzją. Jest decyzją, że je się z tej oto miseczki i śpi na tym oto miejscu, oraz gra na nerwach tej oto osobie o drugiej w nocy szurając po podłodze jakimś wihajstrem. Miłość jest pluszowa i odpowiedzialna. Jest to sprawa dość poważna, że ten a nie inny będzie czuwał nad naszym snem i wdeptywał po ciemku w nasze wypluwki.

Tak. Jak sami widzicie dzięki świątecznemu dwupakowi będę jednocześnie najedzona i świadoma powagi sytuacji. Czego i Wam życzę. Albo miejcie coś innego, co tam sobie ustaliliście, że powinno być.

Dobrego dnia 🙂