Archiwa tagu: psy

Honeymoon (3). Jeszcze bardziej na wschód.

Wiatr hula … to dobry moment na dokończenie opowieści …

… szósty dzień podróży to był piątek, trzynastego. Słońce wstaje, sprawa rodzinna kontynuuje się sama przejawiając cechy perpetuum mobile. My zaś pakujemy się i wyjeżdżamy z Puław ok. 10-tej postanawiając, aby ten dzień nie był zbyt przeładowany. Ma być Grabarka, żubry i Kruszyniany, gdy jeszcze jest jasno (nauczka po Guciowie). Oto więc …

… święta góra, najważniejsze w Polsce miejsce kultu dla wyznawców prawosławia. Historia górki jest podobno związana z wcześniejszym kultem ikony Spasa z Mielnika, która zaginęła w czasie najazdów tatarskich i ma rzekomo gdzieś tutaj być ukryta. Historycy mają na ten temat opinie różne, niektórzy uważają, że w tym przypadku cofanie historii do czasów średniowiecznych jest mocno naciągane.

Główna cerkiew jest otwarta dla zwiedzający. To rekonstrukcja po podpaleniu w 1990 roku, w tym czasie główna świątynia (na górze są trzy cerkwie) została doszczętnie strawiona przez ogień. To co ją otacza, to nie cmentarz, a krzyże wotywne – najstarsze są z drugiej połowy XIX wieku. W środku cerkwi nie można było robić zdjęć, kupiłam za to aktualny „Przegląd prawosławny”, zaś w innym miejscu, w sklepiku z pamiątkami, książkę „1938. Jak burzono cerkwie” wydaną przez Fundację Ostrogskiego. Niewielu Polaków wie o przedwojennych urojeniach naszych rządzących – warto ją przeczytać.

Tego dnia wydawało się, że w końcu dopadnie nas deszcz, ale pogoda poprawiła się gdy zaczęliśmy chodzić po górze, a gdy zeszliśmy do studni, zza chmur wyjrzało słońce:

Wg legendy woda ze źródełka miała uzdrawiać podczas epidemii cholery 1790. W stosunkowo nowej kapliczce (ma kilkanaście lat) napotkaliśmy pana, który napełniał nie kubki, ale kanistry wody!

Skoro jesteśmy aż tutaj, to przez Dubicze i Hajnówkę jedziemy w kierunku Rezerwatu Pokazowego Żubrów. Co jakiś czas wytykamy sobie palcami złocące się na horyzoncie cebule cerkwi. Pod Białowieżą dopada nas też przaśna rzeczywistość – zauważamy rozpostarty nad drogą antyunijny transparent. Zagęszcza się las, zwężają drogi. Rezerwat za to zaskakuje mnie pozytywnie – wejście wygląda jak centrum dla turystów w Irlandii, architektonicznie spójne, cywilizowane i czyste. Na ograniczonej przestrzeni mogliśmy do woli fotografować znudzone kapryśną pogodą rysie i wilki …

… oczywiście żubry, żubronie, jelenie, sarny, łosie i dziki. Żubry z rezerwatu tworzą tu spore stado z młodymi, tolerują turystów, choć ogony chodzą im nerwowo. Domyślam się, że to potomkowie Plischa, byka z Pszczyny, który przed drugą wojną odegrał dużą rolę w powrocie żubrów do Białowieży.

Piękne zwierzęta, wydaje się, że na razie im się udało, choć Głupota Ludzka periodycznie podnosi swój obmierzły ryj … Podobali mi się i inni mieszkańcy, smutny łoś stojący w sadzawce, jeleń przypominający sobie od czasu do czasu o rykowisku i pospałe dzikie świnie:

Przez większość dnia myślimy o dodatkowym przystanku na kawę, ale to się nam cały czas odkładało, aż do „hotelu”. Pozwalamy się prowadzić nawigacji i zamiast dojechać do Kruszynian od Krynek, nadjeżdżamy od drogi 65 i przejścia granicznego w Bobrownikach – z zapchanego tirami traktu skręcamy z przytupem na lewo i tak tarabanimi się chińską drogą wzbijając za sobą tumany kurzu. Nigdy więcej nie zrobimy tego błędu … dopiero za Łużanami rozwijają nam asfalt 🙂 . Gdy wjeżdżamy do Kruszynian wioseczka gotuje się do snu, przed Zajazdem Tatarskim wita nas karłowata, łaciata koteczka. Początkowo pani Marta nie wie, że przyjeżdżamy, ale znajduje się i pokój, i kolacja dla podróżników.

Zostajemy przyjęci po domowemu, rosół pachnie najbardziej rosołowo na świecie, w końcu też lądujemy w pokoiku na piętrze i po siódmej wieczorem myję włosy … pościel mamy w róże. A poranny widok z okna prezentuje się następująco:

Sobota, 14 września – dzień siódmy. W nocy padał deszcz, który zmył z naszego samochodu pył po dzikiej podróży od strony Bobrownik. Śniadanie na końcu świata jest zacne … nie dla tych, co się odchudzają …

… po śniadaniu ruszamy na spacer po Kruszynianach. Wioska powstała w wyniku tzw. pomiary włócznej, reformy rolnej przeprowadzonej przez królową Bonę. Reforma miała uporządkować samorzutne osadnictwo, a w efekcie nadawała wsiom regularne kształty, które utrzymały się przez setki lat. Wyludnienie po potopie szwedzkim i najeździe moskiewskim spowodowało, że w XVII wieku wieś nadano Tatarowi. Samuel Murza Krzeczowski był pułkownikiem w wojsku Sobieskiego i wg legendy otrzymał wieś w nagrodę za uratowanie życia króla w bitwie pod Parkanami (1683).

Obecnie we wsi koegzystują prawosławni, katolicy i muzułmanie. Tych ostatnich jest zaledwie kilka rodzin, ale to na nich jest oparty ruch turystyczny. Poza tym dość często słyszałam tu język białoruski. Sam meczet – charakterystyczna, zielona budowla – wybudowany został w drugiej połowie XVIII wieku, wyremontowano go w połowie XIX wieku. Nie uległ zniszczeniu w czasie pierwsze wojny, natomiast w czasie drugiej był niemieckim szpitalem polowym, wtedy też zniknęły z jego wystroju zabytkowe dywany.

Gdy przed południem zerkamy na meczet, tłumy pojawiają się znikąd (myślimy sobie wówczas, że do Tatarskiej Jurty pójdziemy raczej w poniedziałek, bo widzimy, że i tam mkną dzikie stada, Hunowie z Bełchatowa). Odczekujemy, żeby zabrać się na mizar, tatarski cmentarz, z jedną, gigantyczną grupą, a raczej zlepkiem grup, tej która wyszła z meczetu i kolejnych, które dopiero przyjechały.

Do cmentarza prowadzi nas Dżemil, który przypomina mi Eda Chigliaka z „Przystanku Alaska” (kilka lat temu udzielił wywiadu Dorocie Biziuk, który możesz poczytać tutaj). Faktycznie jest gadatliwy, ma głos jak dzwon i zestaw dowcipów, dzięki którym wycieczka na cmentarz zamieniła się w wesołą kompaniję, która co jakiś czas się zatrzymywała i wybuchała rechotem. Tatarzy zmarłych pamiętają, lecz nie czczą.

Najstarsze nagrobki to zwykłe kamienie. Poza tym mizar nadal jest czynny, rozrasta się, bo tam gdzie pochowano jednego Tatara, nie chowa się po latach drugiego. Przybywa nagrobków współczesnych – Tatarzy są grzebani w Polsce na trzech „swoich” nekropoliach, a to gdzie spoczną nie zależy od miejsca zamieszkania, ale od rodziny z której pochodzą. Nagrobek poniżej jest najstarszym możliwym do rozczytania. Rok 1699:

Po spacerze dołączamy do grupy, która jeszcze nie była w meczecie. Na zewnątrz jest trochę chłodno, ściągamy więc buty, płacimy 5 zł i siadamy na dywanie zwróceni twarza do minbaru. To bardzo miło spędzone pół godziny, Dżemil opowiada o historii Tatarów, trochę o zasadach ich islamu, trochę o sobie.

Tego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Białystok. Zapominam sfotografować znak „Zwolnij! Rysie”. W drodze do dużego miasta zatrzymujemy się na chwilę w Supraślu (przy okazji uczę się prawidłowej odmiany nazwy miasta i rzeki, miasto – rodzaj męski, rzeka – rodzaj żeński 😀 ) zaciekawieni bryłą monasteru Zwiastowania. Przewodnik zamyka nam drzwi przed nosem …

… co ma też swoje dobre strony. Możemy zrobić zdjęcie temu uprzejmemu kotu:

Monaster ma długą, interesującą historię (sięga początków XVI wieku), nie ominęły go w latach międzywojennych zawirowania związane z prześladowaniami prawosławnych, a cerkiew Zwiastowania została w 1944 zaminowana przez wojska niemieckie i wysadzona. Odbudowano ją dopiero w ostatnich latach, możesz o tym poczytać więcej u Odbudowa Rekonstrukcją Pogania.

Po przystanku w Supraślu docieramy w końcu do Białegostoku. Początkowo sądziłam, że właśnie w tym mieście będziemy mieli kilkudniowy postój. Zmieniliśmy jednak plany, poskromiliśmy ambicje, z perspektywy czasu mam wrażenie, że dobrze się stało. W sobotę zaparkowaliśmy na Orzeszkowej, za apartamentami Branickiego, i śladami Białej, przez Park Stary (akurat wisiały ogłoszenia o festiwalu borowika) ruszyliśmy w kierunku Pałacu Branickich …

… żeby pospacerować trochę po ogrodach na tyłach budynku. Późnobarokowy pałac bardzo ucierpiał w 1944 roku, do dalszej ruiny przyczyniła się też Armia Czerwona. To, co oglądamy dzisiaj, zawdzięcza swój kształt powojennej rekonstrukcji. Niektóre elementy odbudowano całkiem niedawno, jak ten czarno-złoty Pawilon Pod Orłem tuż przy ogrodzie francuskim, ukończony w 2011 roku, który kontemplowałam przez dłuższą chwilę:

Zauważ, że Karolek kontemplował razem ze mną. Fosy mnie zaczarowują, zastanawiam się zazwyczaj, czy tylko udają, czy naprawdę były elementem jakiegoś wcześniejszego zamku:

Kraciasty ponownie szalał z aparatem, fotografując gzymsy, cudze, grube pieski, zagapione gołębie, kupry kaczek oraz mnie z tzw. nienacka.

Po obejrzeniu ogrodów przez bulwary Kościałkowskiego poszliśmy na obiad do Esperanto Cafe. Zjedliśmy babkę ziemniaczaną, napiliśmy się buzy i wzmocnieni mogliśmy stawić czoło miastu, które od tak dawna pragnęłam odwiedzić.

Białystok. Pewnie pamiętasz wydarzenia z drugiej połowy lipca, gdy naprzeciwko Marszu Równości wyszła wszelkiego rodzaju żulia. Chcę go widzieć inaczej, bo wiem, że miasto nie kończy się na Uniwersum Szkolnej 17. W celu zgłębiania sprawy mrocznych mogę polecić Ci książkę Kąckiego wydaną przez Czarne „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” – lektura wiele wyjaśnia i jest to reportaż świetnie wchodzący do głowy. Żeby zaś było piękniej podrzucam piosenkę Cichej:

Wydaje mi się teraz, że przeszliśmy po drodze z tego klipu – Lipową, którą zwieńcza modernistyczna, żelbetowa Bazylika Mniejsza Rocha. Pamiętasz jak ostatnio pisałam, że spotkamy się jeszcze raz z prof. Sosnowskim? Zanim to nastąpiło, obejrzeliśmy jeszcze Pomnik Podróży Michała Jackowskiego (też widać go w klipie, Kraciastemu skojarzył się raczej z aktualną polityką, może zechce to w komentarzu wyjaśnić). W tle już bieleje monumentalny Roch, jak wspomniałam wcześniej, betonowy, choć mur otaczający kościół powstał częściowo z materiałów po rozbiórce białostockiej cerkwi Zmartwychwstania.

Po drodze było mnóstwo sklepów z sukniami ślubnymi z poliestrowej firanki. Sporo osób paliło gumy – nigdzie do tej pory nie słyszałam tylu samochodów ruszających z piskiem opon. Spotykamy też panów z Konfederacji wychodzących ze swoimi słowiańskimi cheerleaderkami do obywatela. To nie są dobre omeny (gdybym wierzyła w omeny), więc tfu tfu, trzeba zakręcić się na pięcie i splunąć. Wdrapaliśmy się do Rocha akurat, gdy trwał w środku ślub, ostrożnie, robiąc nabożne miny, zajrzeliśmy do środka … wnętrze jest zaprojektowane majestatycznie. Mogliśmy przyjrzeć się miastu z tego giganta akurat, gdy zaczęło zachodzić słońce. Wspaniała budowla, panie Sosnowski 🙂

W drodze powrotnej poszukaliśmy jeszcze pomnika Zamenhoffa. Eliezer Lewi Samenhof jest pochowany w Warszawie, tam też spędził większą część swojego życia. Urodził się jednak tutaj, w drewnianym domu przy ulicy Zielonej, noszącej obecnie jego imię. To dawna, wielonarodowa atmosfera Białegostoku zainspirowała go do stworzenia nowego języka, esperanto.

Obok znajduje się pomnik Zamenhoffa jako chłopca. Wielcy byli najpierw małymi.

Supraśl zaskakuje nas o zmierzchu, tym razem naprawdę pozytywnie. Szukamy Biedronki, żeby zrobić małe zakupy przegryzkowe. Gdy wychodzimy ze sklepu spowija nas mrok, w nim zatopione są drewniane domki, gdzieś tętniący życiem lokal, cisza, bajka. Jedziemy wprost na gigantyczny księżyc nad Krynkami, śmiejąc się z ustawionego przy drodze znaku „Zwolnij! Wilki!”

15 września (niedziela). Chyba udziela mi się zmęczenie, bo tego dnia niczego nie zapisuję w moim kajeciku wspominkowym. Pogoda jest ostrzejsza, ale słoneczna. Na chwilę przed rozbujaniem na dobre samochodu taty, zatrzymujemy się za Kruszynianami, żeby zrobić zdjęcie temu miejscu:

Cmentarz nie wiadomo czyj i jak stary. Przyczepiła się do niego legenda o dwóch orszakach weselnych, które nie chciały sobie ustapić drogi, bo to przynosi nieszczęście. Weselnicy pomordowali się więc, mówi opowiastka, i na tym miejscu ich pochowano.

Poza tym znów mijamy Krynki. A Krynki to osobna historia. Przed pierwszą wojną 90% mieszkańców stanowili Żydzi. A jeszcze wcześniej … to pokręcone rondo, najdziwniejsze jakie Kraciasty spotkał w swoim życiu, to XVIII-wieczny plac gwiaździsty. I gdy Lewiatan przy nim jest w niedzielę nieczynny, to zaraz po drugiej stronie ulicy jest czynny inny sklep.

Dojeżdżamy do Tykocina. Wiatr targa mnie za szalik, gdy zmierzamy w poszukiwaniu synagogi. Miasteczko jest przepiękne, plac i późnobarokowy kościół Trójcy, nie za bardzo wiedzieć czemu, kojarzy mi się z kolonialnymi zabudowaniami w Meksyku …

Przed jaskrawo pomalowaną synagogą siedzi i rozgląda się mały piesek …

Hej, piesku!

… który ochoczo daje się pogłaskać, gdy się do niego zbliżamy. Widać, że jest „czyjś”, może tak tylko sobie wyszedł na spacer, żeby spotkać kogoś miłego. Całkiem słusznie 🙂

O tykocińskiej synagodze pięknie i wyczerpująco pisze Anna na swoim blogu Białystok subiektywnie. Synagoga ocalona. Powstała w połowie XVII wieku, prawdopodobnie na wzór nieistniejącej już (rozebranej przez władze Kraju Rad w latach 60-tych XX wieku) synagogi w Pińsku. Jest niemym świadkiem prosperity, a później powolnego upadku (wraz z rozrastaniem się Białegostoku) tykocińskich Żydów, aż do zagłady w 1941 roku. Zaraz po wojnie budynek służył jako składowisko nawozów sztucznych, niszczał przez bezmyślność i niewiedzę poprzednich pokoleń wiele lat. Dopiero lata 70-te przyniosły mu poprawę losu.

W środku spotkaliśmy dużą, hałaśliwą wycieczkę młodych Izraelczyków. Obejrzeliśmy z Kraciastym judaiki i korzystając z tego samego biletu podeszliśmy do znajdującego się obok Domu Talmudycznego, gdzie mogliśmy zobaczyć wystawę malarstwa Zygmunta Bujnowskiego, gabinet upamiętniający Zygmuna Glogera i ekspozycję związaną z XIX-wiecznymi aptekami. I kupiliśmy jeszcze jedną książkę … „Serce i pazur” wspaniałej Simony wydaną przez Marginesy. I aroniowa herbatkę produkowana w Hajnówce 😀

Chcieliśmy tego dnia dojść do zamku, zaliczyliśmy więc słusznie spacer nad Narwią. Zygmunt August po śmierci swojej Barbary ukochał sobie to miasto. Tutaj też jego zmumifikowane ciało leżało w zamku przez ponad rok, zamku, którego ściany były ocieplane arrasami. Arrasy wyruszyły wraz z królem w kondukcie żałobnym do Krakowa i nigdy już tu nie powróciły. Zamek przechodził z rąk do rąk, aż w połowie XVIII wieku historia zastała go zupełnie opustoszałym. Kolejne rozbiórki i powódź dokonały swego. Zamek zniknął z powierzchni ziemi.

Dziś na jego miejscu stoi nowy „zamek”, wybudowany kilka lat temu. Niektórzy po prostu budują sobie wille w kształcie zamku, bo mogą. Historia ta dotarła do nas późno, po tym jak olał nas pan od biletów czekając na większą grupę i odrzuciły nas estetycznie samochody poustawiane tuż pod „zamkiem”. Takim obrazkom mówimy „fuj” i robimy nosami króliczka! Zrezygnowaliśmy ze „zwiedzania”, popatrzyliśmy za to dłużej na Narew, potem zabraliśmy się na obiad do Tejszy. W jidysz „tejsza” to koza. Cośmy się najedli, to nasze. Ja barszczyku z krokietem i wątróbki, Kraciasty flaków i świątecznego cymesu. O koszerności w Tejszy nie ma mowy, ale jest klimat, zaczynając od pani odbierającej zamówienia, której twarz z kimś, nie pomnę z kim, mi się kojarzyła, gdy w milczeniu młóciłam dary bogów.

Jeszcze spacer, zarzucam na siebie duży, zielony szal, który wiatr nadal próbuje mi wyrwać. Potem wsiadamy do samochodu i odbijamy na północ, do Suchowoli. Spotykamy się tam w Restauracji Pensjonat Poniatowski z internetową znajomą Kraciastego. Nad kawą gadamy sobie o tym i owym. Dowiaduję się przy okazji, że niechcący dotarliśmy do geometrycznego środka Europy:

Suchowola. Tutaj też byli Żydzi i już ich niema. Było getto, przeszło przez nie ok. 5 tys. ludzi.

W drodze powrotnej, gdy znów wypatrujemy księżyca nad Krynkami, Kraciasty śmieje się, że zrobiliśmy kilkadziesiąt dodatkowych kilometrów tylko po to, żeby napić się kawy z osobą, której nigdy nie widzieliśmy na oczy. Dobrze, że się znaleźliśmy 🙂 Księżyc w końcu wschodzi nad zachmurzoną drogą.

I to mógłby być już koniec tej historii, ale może wspomnę coś o poniedziałku …

Bo w poniedziałek, szesnastego, karłowata koteczka, Pusia, żegna mnie pazurem. Kultową Tatarską Jurtę odwiedzimy jednak kiedy indziej. Otwierają ją po 11-tej, my w tym czasie już dawno minęliśmy Krynki i tylko kątem prawego oka zdążam w końcu zauważyć, że dalej od drogi widać synagogę. Nie łypnęłabym tak, gdyby nasza współpasażerka nie zagaiła chwilę wcześniej „Krynki do żydowskie miasto …”. Wysadzamy panią Martę z tobołami w Białymstoku i jedziemy w kierunku Łodzi, bo jesteśmy umówieni z miłymi ludźmi. Trzy baby (Sława, Iwona, Kaśka) goszczą nas pączkami i napitkiem za jednym z tych okien na prawo.

Są ludzie (sama czytałam), którzy mówią, że poza Piotrkowską w Łodzi nic nie ma. Głupio gadają Tu jest dużo miejsc i chcę je wszystkie kiedyś zobaczyć. Fotografowałam odrapane kamienice, znaleźliśmy nawet jednego zabytkowego „drewniaka” po drodze, a w tym miejscu, co wyżej, są duże przestrzenie z jasnymi ludźmi. Lepiej patrz.

… to teraz już kończę i zanurzam nos w oparach gorącej kawy, bo czerwienieje mi z chłodu. Ryszard śpi w sypialni na mojej stronie łóżka, mówi, że pogoda na razie się nie poprawi i nie ma sensu wychodzić. Czekamy na Ciebie, chłopaku-mężu 🙂

A po tej Łodzi, dopowiem Ci jeszcze, mój Czytelniku, dojechaliśmy do domu pod lasem na Zachodzie, zupełnie już spowitego ciemnością. I zapadliśmy się zmęczeni w mięsistą, pachnącą pościel.

Reklamy

Honeymoon (2). Teściowie i miejsca.

Czwarty dzień naszej podróży, środa, ponownie piękny poranek wpada nam we wschodnie okno. Schodzimy na śniadanie w Zagrodzie Guciów. Nasz nocleg na te dwa dni zaplanowaliśmy w Puławach, ale zamiast od razu kierować się na północ postanowiliśmy zrobić mały myk i zajechać do Biłgoraju, choć nasz wczorajszy zamojszczyznofil twierdził Biłgoraj?! Przecież tam nic nie ma! Pakujemy manatki, przy odjeździe próbuję wytłumaczyć pewnej miłej pani różnicę pomiędzy świerszczem a konikiem polnym. Czarny robak, nie bójmy się czarnych robaków, kochajmy je!

Nasza wyprawa przedpołudniowa ma konkretny cel. W poszukiwaniu Miasta XXI trochę krążymy po Biłgoraju, ledwo jest zaczęte, ale synagoga stoi!

Projekt jest naprawdę niezwykły – zbudować w Biłgoraju drugi Rynek, a na jego środku zrekonstruować synagogę z Wołpy. XVII-wieczny budynek został spalony przez Niemców w 1941 roku. Rekonstrukcja jest oparta na drobiazgowej inwentaryzacji sporządzonej w latach 30-tych przez Oskara Sosnowskiego, profesora Politechniki Warszawskiej. Architekt zginął w pierwszych dniach wojny broniąc gmachu swojej uczelni przy ulicy Koszykowej. Spotkamy się jeszcze z efektami jego pracy, gdy będziemy później w Białymstoku.

Siadamy w kawiarence czynnej naprzeciwko synagogi. Miła nieznajoma udostępnia nam swój internet, więc mogę sprawdzić, czy odezwał się Norbert. Przeczytał wiadomość i cieszy się na nasz przyjazd. Kawa i telefon do Norberta … postanowione, jedziemy do Dragan!

Pogoda przecudna, mkniemy samochodem taty wśród zielonych przestrzeni drogą 835 przez Frampol. W końcu skręcamy na lewo i jeszcze raz na lewo …

… a tam maleńki domek z wszechobecnymi maryjkami. Na podwórku wybiegają nam na powitanie trzy przyjazne psy. Parę słów do nich i od razu wiemy, że mieszkają tu dobrzy ludzie. Norbert mieszka w Draganach z przyjacielem, obaj prowadzą blogi (to blog Andrzeja, który wiele lat pracował jako bibliotekarz), obaj są niezwykle religijni. Pomimo wielu zmartwień i skrzeczącej codzienności, otwarci, złaknieni gości ludzie.

Trochę rozsiadamy się przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Andrzej pokazuje nam zieloności ogrodu na tyłach i chowającą się w środku bibliotekę maryjną, psy dają się wygłaskać, przysłuchują się rozmowom, widać, że nie brakuje im w życiu miłości. Ponieważ znałam głosy gospodarzy z reportażu Radia Lublin, czułam się jakby to wcale nie była moja pierwsza wizyta. Do wysłuchania „Żeby dusza nie kulała” zachęcam, to wyjaśni Ci sytuację chłopaków.

Ogromnie zbudowała mnie ta wizyta. Naszym gospodarzom się nie przelewa, Norbert choruje, obaj mieszkają na skraju wsi, pomimo tego przyjmują nas serdecznie. Oni bardzo wierzący, my zupełnie nie bardzo i nikomu z nas to nie przeszkadza. Przyjechaliśmy bez oczekiwań, czy chęci oceniania kogokolwiek, zastaliśmy gościnność, dużo ciepła, pozytywne nastawienie do dnia. Zanim zdążyłam wymodzić ten wpis, Norbert ładnie napisał o nas, za co bardzo mu dziękuję 🙂 . Wypijamy u nich swoje herbaty i kawy, przed trzecią ruszamy dalej …

… a w Lublinie już czeka na nas nasza cat sitterka, której wręczamy czerwonego kota kupionego w Zamościu. Zatrzymaliśmy samochód gdzieś na Podwalu. Podchodzimy pod lubelski zamek, oglądamy go trochę z wierzchu, trochę od dziedzińca. Nasza przewodniczka zaprasza nas na obiad w Magii, wcześniej spacerujemy po wąskich uliczkach starego miasta. Dom Andrzeja Kota z kotem, „Ochronka” na Grodzkiej, zatrzymujemy się na chwilę na Placu po Farze, potem delektuję się budynkiem Mandragory. Jest jeszcze kamienica Porazińskiej, domy na Złotej. jakieś wąskie uliczki (w jednej schodzę z drogi samochodowi prowadzonemu przez pana Palikota) i na Grodzkiej fotografuję balansującego Jaszę Mazura:

Jerzy Kędziora jest autorem wielu takich „wiszących” rzeźb.

… po obiedzie idziemy na Krakowskie Przedmieście. Zaczarowuje mnie multimedialna fontanna na Placu Litewskim, której przyglądam się z dobre 10 minut filmując zmieniające się kolory. Krótkie popołudnie to za mało czasu, aby powiedzieć cokolwiek więcej o Lublinie. Miasto historycznie leżące na granicy Małopolski z Rusią Czerwoną, przed wojną z populacją Żydów powyżej 30%. Jeszcze go nie poznałam, przeszłam dwie ulice na krzyż wypełniona już tym, co było wcześniej i oczekiwaniem na kolejne, wieczorne spotkanie. To miasto zasługuje na osobny post, kiedyś. Wrócę tu, gdy będę mogła.

Robimy sobie zdjęcia ze znanym napisem I ❤ Lublin i zawracamy do zaparkowanego samochodu. Mija nas w półmroku 2 chłopaków i dziewczyna w spodniach w kratkę. Obserwuję ją jakiś czas, aż znika mi w ciemności. Bo przez chwilę, przez te jej ciemne włosy, mam wrażenie jakbym mijała samą siebie sprzed 25 lat. Trójca odnajduje się za 10 minut, zbierają na piwo próbując różnych socjotechnik. „Też noszę glany … i nie jem mięsa”. Na nas to nie działa 😀 „Jesteś piękna”, odpowiadam jej, „ale alkohol to trucizna”. Dzieciaki podążają za nami jeszcze jakiś czas … „Jesteście niezwykli” … no ba! Wiemy. Fajna młodzież, miejmy nadzieję, że nie narobią sobie w życiu kłopotu …

Puławy przywitały nas gigantyczną mgłą z kominów świecącą na niebie. Mrok. Tur tur tur walizki po chodniku … „a o, tu kiedyś zaczynała swoją karierę Siekiera”, Kraciasty wskazuje mi budynek 😀 Faktycznie, dosłownie rzut beretem od jego domu …

Zacząć znajomość z tym miastem w nocy to niezwykły początek. Wtaczamy na piętro walizki, witamy się kurtuazyjnie z teściami, zjadamy uprzejmie kolację. Następnego dnia budzimy się o przyzwoitej porze, za oknem w kuchni niebo czyste, a tu gdzieś niedaleczko jest przedszkole do którego chodzili młodsi bracia Kraciastego. Jego miasto.

Tego dnia (czwartek, dwunastego) mój Miły postanawia wyrobić sobie nowy dowód osobisty, podjeżdżamy więc pod urząd. Spod urzędu wędrujemy na piechotę do pobliskiego fotografa, a czekając na zdjęcia do Herbaciarni Czartoryskich 😀 Tak to z nami jest. Obiecujemy teściom, że nie będziemy się włóczyć w poszukiwaniu obiadu i po kolejnych przygodach wrócimy do domu. Zanim to nastąpi Kraciasty chce mi pokazać Męćmierz i Kazimierz. Najpierw jedziemy na Albrechtówkę. Roztacza się z niej piękny widok na Wisłę:

To tutaj wujek uczył Kraciastego jak się maluje pejzaże. Na drugim brzegu rzeki bieleje XVI-wieczny zamek Firlejów w Janowcu (wyszedł z kadru 😀 ), w górze rzeki zaczyna się Krowia Wyspa na której jest obecnie rezerwat faunistyczny. Po naszej stronie wypatrzyliśmy (byłą już chyba) chałupę Olbrychskiego, a dalej za nią wiatrak kozłowy, który ma ponad sto lat. Wybudowano go gdzie indziej (wieś Osiny) i przeniesiono do Męćmierza w roku moich urodzin:

A to już Męćmierz (lub Mięćmierz) z bliska, dawna wieś flisacka. Zeszliśmy do niej szlakiem z Albrechtówki, żeby popatrzeć przez chwilę na wodę. Gorąco niesamowicie, ale wszędzie są obecne sygnały jesieni, pajęcze nitki nostalgii za odchodzącym latem:

Na Wiśle kręciło się trochę białej floty i stateczki z turystami robiły fale na rzece niepokojąc kaczki:

Następny statek płynący z przeciwnej strony miał na imię Marzanna. Pomachaliśmy mu, odmachali nam pasażerowie, oklaski wzmogły się, gdy zaczęliśmy się całować. Kraciasty stwierdził po namyśle, że to był chyba statek na którym płynął raz czy dwa, gdy był dzieckiem. Być może ma rację, sprawdziłam. Marzanna, statek pasażerski typu SP-150, czynny od 1960 roku.

W tym miejcu stoi też kamień z inskrypcją: w dniu 9 września 1939 roku do tego miejsca dopłynął galar, którym ewakuowano skarby wawelskie. Dzięki pomocy miejscowej ludności z Kazimierza Dolnego, Karmanowic i Wojciechowa przetransportowano je furmankami do Tomaszowic a następnie wywieziono z Polski przez Rumunię do Kanady. Taka historia na spłachetku piachu pod wsią flisacką 🙂

Wróciliśmy do samochodu zaparkowanego na Albrechtówce (uff, jak gorąco) i ruszyliśmy w kierunku Kazimierza Dolnego. Jeszcze po drodze krótki przystanek przy cmentarzu żydowskim, który przykuł nasz wzrok w drodze do Męćmierza.

Od drogi kirkut wita gości ścianą w którą wkomponowano fragmenty rozbitych macew. To cmentarz na zboczu wąwozu na Czerniawach, otworzony w 1851 roku i zdewastowany przez hitlerowców w czasie wojny. Macewy wykorzystano m.in. do utwardzenia dziedzińca klasztoru franciszkanów, gdzie mieściła się siedziba gestapo. W roku mojego urodzenia (ponownie! Widać, że to był dobry rok) zaczęto poszukiwać i odzyskiwać kamienie nagrobne, by kilka lat później wykorzystać je w tym pomniku nawiązującym do jerozolimskiej Ściany Płaczu (projekt Tadeusza Augustynka).

Za ścianą jest spokój, pozostałym grobom pozwolono po prostu być. I tak trwają wśród ocieniającyh je od żaru słonecznego drzew. Na ścianie pod macewami wypatrzyłam kamyki i zwinięte karteluszki, tzw. kwitłechy.

Do Kazimierza (po żydowsku Kuzmir) mieliśmy szczęście – tyle się naczytałam, że miasto w pogodne dni przeżywa najazd warszawskich Hunów. I zapewne tak jest, ale nie w środku tygodnia. Przed wojną było to biedne miasteczko z ludnością składającą się w połowie z Żydów, tutaj uwiecznione na fotografiach Jerzego Benedykta Dorysa. Na dobrą wróżbę jeden z obrazów (nasz prezent ślubny pędzla Zbigniewa Kosmulskiego, nieżyjącego już wiceprezydenta Puław), przedstawia kazimierski rynek. Na razie obraz zostawiliśmy w domu moich rodziców na Dolnym Śląsku, za to rynek mogłam obejrzeć w realu. Kraciasty zrobił mnóstwo zdjęć architektonicznych detali miasta, wsadziliśmy nosy do kilku galerii (obrazów!) i do jednej kawiarni, U Esterki:

Jak widać to nie tylko kawiarnia, ale i centrum zarządzania żydostwem, czyli takie miejsce jakie uwielbiam odwiedzać 😉 Kawiarnia w której można także obkupić się cudownymi książkami mieści się w XVIII-wiecznej, kamiennej synagodze, a nazwą nawiązuje oczywiście do rzekomej ukochanej króla Kazimierza.

Jaki jest Kazimierz? Piękny. Ale chyba ciężko się w nim żyje ludziom, którzy nie zajmują się turystyką lub malarstwem. Zdjęć mamy mnóstwo, oczywiście z Kamienicą Przybyłów, oczywiście z zabytkową studnią. No i tak sobie idziemy ulicą za Przybyłami, mając w głowie, że to właśnie w tym małym Kazimierzu kilka lat temu miał miejsce bunt betanek, wchodzimy po schodach do Sanktuarium MB Kazimierskiej (właśnie tutaj w czasie okupacji przez dwa lata było zlokalizowane gestapo), cyk cyk, parę zdjęć, potem spacerujemy Krakowską, oglądamy te wszystkie domy, dziwną bryłę faktorii angielskiej, i Willę Murka, oraz inne, zadbane lub umierające, pochowane w zieleni, aż do Spichlerza. Przed nim skręcamy nad Wisłę. Jestem bardzo zmęczona upałem. Zatrzymujemy się o tu, po lewo, w cieniu drzew przy nadwiślańskich bulwarach:

… ja zdycham z gorąca, Kraciasty robi zdjęcia kaczkom i panoramie Kazimierza. Ze smażalni ryb lub jakiegoś baru dobiega mnie muzyka i nagle czuję się jakbym już tutaj była, tylko ostatnio był to czarno-biały film. Przecież m.in. tutaj kręcono „Podróż za jeden uśmiech”! 😀 Wąskimi uliczkami wracamy do samochodu zaparkowanego w mieście i ruszamy do Puław, wcześniej grzecznie zapowiadając się teściom na obiad.

Tego dnia, zanim zakopię się w betach ze zmęczenia na trzecim piętrze bez windy, czeka mnie jeszcze jedna przygoda. Po sytym obiedzie wyruszamy z Kraciastym na spacer w kierunku XVII-wiecznego (choć obecna bryła jest raczej XVIII-wieczna) pałacu Czartoryskich:

Pałac był swego czasu najważniejszym polskim ośrodkiem kulturalnym, potem od połowy XIX wieku mieścił instytucje publiczne – Instytut Wychowania Panien, następnie Instytut Politechniczny i Rolniczo-Leśny, Instytut Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa, Państwowy Instytut Naukowy Gospodarstwa Wiejskiego (wbrew nazwie nie tylko w czasach PRL-u), a obecnie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa/Państwowy Instytut Badawczy. Taki to dziwny pałac 🙂 Przygoda nie ograniczyła się do oglądania frontu pałacu, o nie. Kraciasty wziął mnie za rączkę i dawaj w ciemniejące krzaki. Najpierw doszliśmy do Domu Gotyckiego i Świątynii Sybilli. To była ostatnia chwila, aby zrobić zdjęcie uśmiechniętym lwom – dosłownie w tym momencie zaszło słońce, które jako tako pozwalało nam fotografować:

Chwila i … zakręcamy słońce. Nie ma. Następnie ścieżką pod ścianą muzeum Czartoryskich przeszliśmy niżej, aż do szlaku nad łachą wiślaną. W ten sposób minęliśmy Sybillę jeszcze raz, przeszliśmy w zasadzie kilka pięter pod nią. To pierwsze polskie muzeum narodowe, budynek swoim kształtem, wg ówczesnej mody na antyk, imituje starożytną świątynię. Po drodze jeszcze taki spektakl:

Nad głowami przelatywało nam setki ptaków wykorzystujących ostatnie promienie słońca, żeby dotrzeć do gniazd. Spóźnialskie łakomczuchy. I zignoruj proszę to sikanie w tle 😀

Dalej było jeszcze ciemniej. Zupełnie nieoświetloną ścieżką parkową, która nagle stała się ścieżką w Ciemnym Lesie podążyliśmy w kierunku Pałacu Marynki, XVIII-wiecznej budowli wg projektu Chrystiana Piotra Aignera (on ci to uczynił wspomnianą wcześniej Świątynię Sybilli i Dom Gotycki w Puławach, ale także przebudował w stylu klasycystycznym pałac Namiestnikowski, czyli obecną siedzibę polskich prezydentów). Się bardzo bałam, Kraciasty był moim przewodnikiem. Zna to miejsce od podszewki, tu musiał chodzić z rodzicami na spacery (źle), tu mógł zjeżdżać zimą na sankach (dobrze). Od Marynki ulicą Zieloną, mijając Starą Octownię (cudna nazwa!), wracaliśmy do domu na piechotę jak słowik z wiersza Tuwima 🙂

I co mają do tego wszystkiego teściowie? Teściowie się zachowywali. Nakarmili nas, przenocowali, wyłączali na czas posiłków telewizję Trwam i Republikę i ogólnie zajmowali się własnymi sprawami. Dali się też namówić na oglądanie starych albumów. Czwartek poszedł spać wśród różnych świętych obrazków, w pokoju, który Kraciasty dzielił kiedyś ze swoim młodszym bratem. A następny dzień był jeszcze bardziej na wschód …

Siekiera – Ludzie wschodu

Dobranoc, mały piesku.

Kraciasty w piątek zjechał do domu w Polsce, a dzisiaj przed południem przekazał mi smutną wiadomość. Umarła nam Bobisia, ostatnia z Koszykarek. Miała 14 lat, od dłuższego czasu była bardziej niż bardzo schorowanym psem, przetrwała jednak wiosnę i miałam nadzieję, że zobaczę ją raz jeszcze. Była już głucha, prawie ślepa i było jej na tym świecie trochę samotnie bez innych Małych Psów z którymi w młodości bawiła się na podwórku. My ludzie też tak mamy, starzejemy się i mijamy podobnie. Kraciasty tego nie pamięta, ale kiedyś, gdy wracało się do domu, Bobisia, choć chorowała większość swojego życia, była najweselszym z psów – kręciła kikutkiem ogonka na wszystkie strony i robiła rundy honorowe naokoło mieszkania aż do palpitacji serca. Kiedy jeszcze nie bolały jej zęby i słyszała odgłosy gryzionego jabłka, pędziła do jabłkożercy i domagała się ogryzka jakby to był najprzedniejszy stek wołowy. Najbardziej kochała swoją ciocię Wacławę (psa, który gustował raczej w surowej marchewce i kiszonej kapuście) i babcię Marysię (człowieka pod którego nogami Bobisia lubiła wylegiwać się w kuchni) – z nimi spędzała najwięcej czasu. Nie wiem, co tam układała sobie w swojej psiej głowie, ale mam nadzieję, że byliśmy dla niej dobrą rodziną i że w większości sprawowaliśmy się jak trzeba. W końcu urodziła się w domu pod lasem i to on, to my byliśmy jej całym światem. Teraz leży w swoim koszyku niedaleko cioci Wacławy, Muszki II i czarnego Grahamka, a ja popłakuję jak głupia pisząc to wszystko … dobranoc, mały piesku.

Zaduma.

Gdy słyszę to słowo w okolicach zbliżającego się pierwszego listopada to … coś mi się robi. Brzmi ono dla mnie jak „inaczej, znicze weź po bokach”, albo „ja przy samym wejściu znalazłam po dwanaście”, albo „a ten wiecheć to musiał twój brat kupić”. Ludzie dumają pierwszego listopada aż się kurzy, nawet ci z układem nerwowym pierwotniaka, którzy przez życie idą na nibynóżkach tzw. ruchem nieukierunkowanym (non directed movement). Dumanie bywa opakowane w przeintelektualizowane porównania pomiędzy napływowymi zwyczajami. #nieobchodzehalloween. Bo zaduma. Aż chce się to zużyte słowo otrzepać z tego co tam się do niego przykleiło i przytulić, tak serdeczne budzi we mnie współczucie. Bo przecież nie jest ono złe, ani nie jest niczemu winne.

Opinie są różne. Pewien mój dawny znajomy, którego już nie znam, twierdził, że gdy umiera rodzic to się nie chce lubić Halloween. I on nie lubił. Nie mam tego doświadczenia, mam natomiast silne przekonanie graniczące z pewnością, że każdy z nas umrze. Umrzemy Ty i ja. Aby to wiedzieć nie potrzebuję pierwszego listopada. Nie potrzebuję go też by wstrząśnięta nagłym wspomnieniem zmarłego dziadka robić straszliwie bolesne miny ubrana w nowy, jesienny płaszcz. Może ktoś jest w tym autentyczny, ale nie jest możliwe, żeby w tym samym momencie na cmentarzu autentyczni byli wszyscy. W wymiarze globalnym oglądam tylko ruch sceniczny. I czasem mi się nie chce.

O dziadku pamiętam w dni różne … gdy widzę w ogrodzie schnące paprotki, albo zdjęcie psa na stoliku. Przekonanie, że do pamięci potrzebujemy zorganizowanej okazji, jest wyjątkowo infantylne. Nieśmiertelność zaś jest krótka, trzymać ją trzeba za ogon dopóki się da, bo po śmierci żyjemy tylko w głowach ludzi i zwierząt, którzy nas znali. Wacia, pies mojego dziadka, jeszcze długo po tym, gdy dziadek wszedł na piętro i nie zszedł, intensywnie wsłuchiwała się w echo jego kroków. Gdy przyszła wiosna, psina biegła nad ranem obwąchać dziadkowy kostur, który stał wbity przy furtce do lasu. Bo przecież wszedł i nie zszedł. Coś tu się musiało wydarzyć. Mój dziadek z pewnością jest jeszcze nieśmiertelny, choć będzie nas, pamiętających go, coraz mniej (Wacia umarła 11 listopada 2010 roku). I nie ma znaczenia, że zostanie zapamiętane jego nazwisko. Jest tylko jedna pamięć – w głowach tych, którzy nas znali osobiście. Także w głowie psa. Reszta to bzdura.

To jest Wacia, która znała mojego dziadka:

wacia1

W jaki sposób to, co napisałam o pamięci i nieśmiertelności koliduje z Halloween? W żaden. Belgijskie czekoladki można u nas kupić zapakowane w papierowe trumienki i nic się nie dzieje. Zwyczaje halloweenowe i zwyczaje wszystkich świętych są takim samym zmyśleniem, produktem kultury – możemy wybrać sobie dowolne albo żadne. Z całą pewnością nie mają one nic wspólnego z głębią i autentyzmem naszej tęsknoty za tymi, których nie ma. Zresztą pisanie o zagrożeniach duchowych też o niczym nie świadczy. To nie konkurs, tu nikt nie wygrywa.

Gdy byłam dzieckiem, bardzo lubiłam chodzić na cmentarz w święto zmarłych – otwarte znicze często gasły, można było bawić się zapałkami oraz grzebać palcem w wosku. Lubiłam też chodzić tam wieczorem, gdy do nieba unosił się świeczkowy, pachnący dym. Jakże marnie to teraz wygląda. Plastiki zabiły we mnie tę miłość. Komu potrzebne są znicze, które nie gasną?

Czy pamiętasz każdego dnia, że ropa naftowa to przeobrażone w bituminy szczątki roślin i zwierząt? Siedzimy na poprzednich pokoleniach, wdychamy poprzednie pokolenia i jemy poprzednie pokolenia. Czytam o paleontologii, a w ręce trzymam długopis z atomami, które wcześniej być może były jakimś konkretnym triceratopsem, wielkim roślinożercą, który pochłaniał tony paproci. Naukowcy wiedzą, że triceratops był, nikt go jednak nie pamięta. Wszyscy koledzy, którzy podtrzymywali jego nieśmiertelność, też już nie żyją. Tak właśnie na to patrzę. Bardzo kruche to nasze życie, życie naszych kochanych ludzi, zwierząt i roślin. Bo o roślinach też czasem myślę – Stefan, fikus benjamina, zimuje już któryś sezon na piętrze, w pokoju w którym umarł dziadek. Czuwa tam nad snem babci i gdy zaświecają się uliczne latarnie rzuca na jej łóżko swój ażurowy, ochronny cień.

Cóż więc, gdy wszystko tak kruche? Kochać to kruche, gdy jest. Nie będzie drugiej okazji, żeby się spotkać.

Umrzemy i to czyni z nas szczęściarzy. Większość ludzi nigdy nie umrze, ponieważ nigdy się nie narodzi. Ludzi, którzy potencjalnie mogliby teraz być na moim miejscu, ale w rzeczywistości nigdy nie przyjdą na ten świat, jest zapewne więcej niż ziaren piasku na pustyni. Wśród owych nienarodzonych duchów są z pewnością poeci więksi od Keatsa i uczeni więksi od Newtona. Wiemy to, ponieważ liczba możliwych sekwencji ludzkiego DNA znacznie przewyższa liczbę ludzi rzeczywiście żyjących. Świat jest niesprawiedliwy, ale cóż, to właśnie myśmy się na nim znaleźli, ty i ja, całkiem zwyczajnie.

– Richard Dawkins „Rozplatanie tęczy”.

I tyle. Dziękuję za uwagę.

Czas.

Gdybym Ci mogła to wszystko opisać tak, jakbyś tu był. Jest gorąco, a w zasadzie parno, bujam się na zardzewiałej ławce-huśtawce. Mruczuś siedzi obok w trawie, Maciej leżakuje na stole pod tarasem, a niedaleko niego wentylują Dziewczynki. Lipa chyba już przekwita, nie wiem, bo musiałabym podejść, a znowu spuchła mi stopa i wygodnie jest tu gdzie jestem. Rodzice oglądają w domu „07 zgłoś się”, babcia je podwieczorek. 17:49. Szum wentylatora jak w każde lato, mama nie lubi gorąca. Tyle różnych chwil minęło mi pomiędzy tym ogrodem i domem. Kiedyś piłam tu herbatę zawinięta w koc, pod otwartym niebem okutana szalem i rękawiczkami bez palców. Kiedyś mżyłam tu różne mrzonki. Cierpiałam z miłości. Spacerowałam niewidomego kota. Chodziłam w japonkach po śniegu, żeby zrobić zdjęcie zaschłym owocom róży. Teraz pnącze kwitnie jak szalone a pod nowym stolikiem stoi spodeczek z wodą. O tej porze roku truskawki, ogórki małosolne, jutro może będzie pyra z gzikiem. Jesteś tu ze mną? Burza zapowiada się drugi dzień, a nawet zapowiadała się zanim jeszcze wysiadłam z samolotu. Dobry wieczór, burzo, wchodzisz czy postoisz? Tutaj zawsze jestem dzieckiem.

Masz takie miejsce? Opowiedz mi.

dom 2015