Dawka kina.

Byliśmy w stolicy (spójrz: post fotograficzny), śnieg, kot, choroba, ciepłe (o dziwo) mieszkanie, nawiązywanie nowych znajomości (dla mnie, dla Kraciastego spotkania z dawno nie widzianymi przyjaciółmi). Raz weszliśmy do muzeum, innym razem do kina. Najpiękniejszy obraz jaki znalazłam to „Kuropatwy“ Chełmońskiego … bardzo skandynawski. Poza tym zwrócił moją uwagę „Portret Sergiusza Korowina“ Makowskiego – malarz AD 1892 mógłby zejść z obrazu tu i teraz, i wyjść na miasto. Nikt nie zwróciłby na niego uwagi w kawiarni w której byliśmy po narodowym … podobno nie był szczególnie utalentowanym realistą, ale Makowski machnął mu wspaniałą, hipsterską podobiznę. „Portret Anny Saryusz Zaleskiej“ Boznańskiej – cudo! Zauroczyła mnie również „Sztuka w zaścianku“ Malczewskiego (kopytka! kopytka!)  i „Żydówka z pomarańczami“ Gierymskiego przez przypadek odnaleziona kilka lat temu w mieście bajek, Buxtehude. Dowiedziałam się poza tym, że Jan Wellens de Cock malował czasami jak Bosch 😀 W muzeach zawsze przytłacza mnie ilość i po raz kolejny plułam sobie w brodę, że zamiast pójść w określonym celu, chciałam zobaczyć wszystko, a przecież nigdy nie da się tak naprawdę zobaczyć wszystkiego. Do tematu Warszawy zawracając … śnieg, chłód, kra na rzece, wystarczyło kilka minut bez rękawiczek na lotnisku i kciuki chciały mi odpaść. Dzień na odpoczynek i powoli wracamy w tryb praca, Kraciasty właśnie jest w drodze do beze mnie, czego cholernie nie lubię, a ja opowiem Ci o filmach, które razem obejrzeliśmy w ostatnim czasie …

melancholia trier

… czyli w zasadzie jeszcze w grudniu: „Melancholia“ von Triera (2011). O kurcze, powiadam Ci, pierwsze minuty to minuty grozy – muzyka i obraz ciągnęły się jak gluty, a ja zastanawiałam się, czy to już cały film będzie w tym stylu, w końcu to Trier, po nim można się spodziewać wszystkiego. Druga uwaga – ile gwiazd, i, czy to mu się zwróciło? Grali za darmo? Przecież w USA tego nikt nie obejrzy. Do Ziemi na kursie kolizyjnym zmierza planeta, oglądamy ostatnie dni kilku osób w pięknym miejscu, które wygląda jak centrum cywilizacji, jedyne zaludnione miejsce na Ziemi. Wbrew internetowym zapowiedziom, zamiast filmu s-f otrzymałam dramat psychologiczny w którym najsympatyczniejszą postacią, bo spójną i szczerą, był mały chłopczyk. Co zrobimy wiedząc, że nadchodzi koniec świata? Dunst, Gainsbourg, Skarsgårdowie, Rampling, Sutherland, Hurt, Kier. Film wart obejrzenia, chociaż nie za łatwy w odbiorze. Dużo w nim psychologicznej prawdy (jedna z bohaterek ewidentnie ma objawy ciężkiej depresji), a ta nieopakowana w optymizm słabo się sprzedaje. Za oknem wiał nam tego wieczoru południowo-wschodni wiatr. Jak dla mnie film ryje banię.

„Jasminum“ Kolskiego (2006) obejrzeliśmy z Kraciastym w wieczór wigilijny, wyposażeni w swoje prezenty – on w jedwabny szalik, ja w czapkę z pomponem. Absolutnie uroczy film z rysą w postaci żony reżysera w ważnej roli. Kolska ma zawsze jedną minę – może są aktorzy, którzy mają jedną minę i mi to nie przeszkadza, ale jednej miny Kolskiej nie czytam. Za to brat Kleofas mówi głosem Ferencego, brat Zdrówko ma twarz Gajosa, a w tle jest melodia, którą prawie znam i bardzo się ucieszyłam, gdy z napisów dowiaduję się, że faktycznie … Konieczny. „Jasminum“ pięknie opowiada o ideach, które od wieków zajmują ludzkość: miłość, świętość, codzienność.

Myślę, że świat tak właśnie może wyglądać, kolskie uniwersum mi odpowiada i prawie zawsze je kupuję, szczególnie, gdy uśmiech miesza mi się ze smutkiem.

Dwa dni przed końcem roku obejrzeliśmy inny, wcześniejszy film z Gajosem – „Ucieczka z kina wolność“ (1990) Marczewskiego i następnego dnia „Zaklęte rewiry“ Majewskiego (1975) z młodym panem Mareczkiem i dojrzałym Wilhelmim. Już rozmawialiśmy na ten temat z Kraciastym na Związku zwracając uwagę przede wszystkim na tematykę wolności i odpowiedzialności. Ale też jakie tam są zdjęcia, jaka scenografia! W „Ucieczce“ zresztą znowu brzmi Konieczny i … Mozart. Pomysł na postacie z filmu, które wchodzą w interakcje z widzami, jest allenowski, ale dostosowany do polskich realiów, aktorsko wysmakowany. W takiej sytuacji, dlaczego nie miałby się tam pojawić w którymś momencie Raskolnikow? I się pojawia. A wracając do Allena  i faktu, że Kraciasty wróci późną nocą – mam przed sobą „Allena na scenie“ wydane przez Rebis, i to będzie moja lektura wieczorna na najbliższe dni. „Lata z Laurą Díaz“ Fuentesa, doskonałe na taką okazję, zostawiłam w Polsce, więc rozgrzebane w połowie (a czytam tę książkę już kilka lat) muszą poczekać do mojej kolejnej wizyty w domu rodzinnym. Do tego mam zaczętą jeszcze „Sagę puszczy białowieskiej“ wspaniałej Simony wydane przez Marginesy, pozycję bardzo aktualną w obecnych, rządowo fujowych, czasach. Fuj Fuj!

Był Allen i „Tajemnica morderstwa na Manhattanie“ (1993) w pierwszy dzień świąt:

Tak jak akceptuję uniwersum Kolskiego i czuję, że jest mi ono bliskie, podobnie mam z Nowym Jorkiem Allena. Doceniam jego skoncentrowany na sobie, neurotyczny humor, inteligenckie drwienie z konwenansów kina (w tym przypadku z szablonu kryminałów), błyskotliwe dialogi mądralów skupionych wokół stołu, w kawiarniach, wracających z kina lub opery, cudowną Diane Keaton, która pojawia się w wielu jego filmach (jej indywidualny styl noszenia się po prostu uwielbiam, podglądam, zazdraszczam), dobór muzyki. Z Allenem można się lubić lub nie, jego filmy kręcą się naokoło nowojorskiej klasy średniej, z jej intelektualnymi ambicjami i fobiami, co nie każdemu widzowi odpowiada. Rozumiem głosy, że wszystkie jego filmy są o tym samym … tak to może wyglądać. Faktycznie Allen jest twórcą, który wykreował swój własny, łatwo rozpoznawalny format kina. Iluż reżeserów chciałoby mieć własny format 🙂 Poza tym rozczula mnie, że w „Tajemnicy“ bohaterowie korzystają z budki telefonicznej 😀

Na koniec dodam niedawną premierę, bo … kocham polskie kino! I wracam do tematu Warszawy – ostatni czwartek, ja i Kraciasty przez śnieg brniemy do kultury: do pomidorowej, makaronu  i multikina na Ursynowie na nowy film Kingi Dębskiej „Zabawa Zabawa“. Film o piciu-życiu w Polsce. Babski film: Kolak, Kulesza i Dębska grają główne bohaterki, reprezentantki trzech pokoleń, które łączy zamiłowanie do mocnych trunków.

Przeczytałam na filmwebie opinię, że to zły film, a reżyserka najwyraźniej nie ma pojęcia o uzależnieniach i leci banałami. Zgodzę się tylko z banałami. Mamuśki „jedz jedz“, które nie rozmawiają tylko wpychają ludziom kotleta i zadają ciągle te same, egzystencjalnie puste pytania (i tu zaraz przypomina się i kłania Koterski). Wrażliwi tatusiowie, którzy pić nie chcą, ale czasem się nie da. Ludzie różnie pojmowanego sukcesu, którzy wszystko kontrolują, bo jeszcze nie mają tak, jak … (i tu można sobie wybrać dowolną grupę porównawczą). Przecież nie zawalają, a jak zawalają, to nigdy nie jest ich wina. Mechanizmy obronne, żeby tylko przypadkiem nie zacząć leczenia. Wszystko to w realu nudne do porzygu, unikam nawet na blogowisku, nie chwalę, nie współczuję. Co innego w filmie, tu mogę bezpiecznie obejrzeć bagienko, które mnie nie dotyczy. Bo słuchać „piję, ponieważ …“ lub powtarzać „nie pij, nie pij“ nudzi, śmieszy, znieczula. Naprawdę dla ludzi trzeźwych niewiele jest głupszych rzeczy, niż słuchać pijackiego bełkotu lub jego ekwilibrystycznych uzasadnień. Reżyserka świetnie wyłapuje standardy zachowań alkoholików przed terapią, film jest bez tezy, nie traktuje o typowym wyobrażeniu alkoholika jako ofiary biednego, patologicznego środowiska (i to ukłuje tych, którzy mówią sobie „nie, ze mną nie jest jeszcze tak źle“), nie ma też wyraźnego wątku sensacyjnego, a puentę trzeba sobie dorysować samemu. Kolejny film na myślenie – aktywnie uzależnionych może odrzucić. W każdym razie nasze brnięcie przez śnieg do kultury nie było brnięciem daremnym 🙂 Fajne jest polskie kino, w najbliższym czasie planuję obejrzeć parę starszych rzeczy, czarno-białych i tak dalej. Taka jestem 😉 Do tego przed chwilą zrobiłam sobie zupę z papierka … o matko, no!

A Ty co obejrzałeś ostatnio dobrego?
Lubisz kino autorskie? … kino polskie?
Jakie w ogóle rzeczy oglądasz i dlaczego?

i ostatnie pytanie z innego gatunku:
Uważasz, że uzależnienie od alkoholu jest w Polsce problemem społecznym, czy raczej media przesadzają?

Advertisements

Janda. Blackrock. Malahide.

Nie byłam w teatrze, że ho ho. A konkretnie ostatnio byłam w styczniu … pojechaliśmy wówczas z Kraciastym slalomem do Michałowic, Kiesewald, części Piechowic, z których podobno dobrze się idzie na Śnieżne Kotły. W Michałowicach jest Nasz Teatr, unikalne przedsięwzięcie Jadwigi i Tadeusza Kutów. Bo czy ktoś widział prywatny teatr, za przeproszeniem, na wsi? Do tego czy ktoś widział, aby właściciel teatru pytał się publiczności, czy możemy jeszcze trochę poczekać, bo właśnie skrobie się do Michałowic autobus pełen nauczycieli z Bolesławca? W tym miejscu byłam na ostatnim spektaklu na żywo w tym roku. Wiem, wstyd straszny … (obok kawiarń teatry są szczytowym osiągnięciem cywilizacji, jest w nich coś pierwotnego, mistycznego, absurdalnego – siedzisz w ciemności i przeżywasz, gdy ktoś opowiada Ci historię) … a skoro już okolice Jeleniej, to jeszcze inne miejsce – Teatr Karawana w Sobieszowie, Hermsdorf am Kynast, założony przez Tadeusza Rybickiego. We wrześniu zeszłego roku widzieliśmy ich „Policję“ Mrożka. To teatr osób uzależnionych, amatorów, którzy w wartościowy sposób spędzają swój wolny czas. Ale ja nie o tym chciałam …

… w niedzielę wieczór rozsiedliśmy się z herbatami i kawami na naszej nowej, rozkładanej wersalce i odpaliliśmy internet … TheMuBa wymagał od nas zalogowania się i uiszczenia opłaty, co też uczyniliśmy. Obejrzeliśmy „Ucho, gardło, nóż“, monodram w reżyserii i wykonaniu Krystyny Jandy. Sam tekst mocny, a występ rozwiał moje wątpliwości, czy w końcu ja lubię czy nie lubię tę Jandę. Rwana opowieść o życiu Chorwatki, która jest Serbką, choć obydwie kategorie są umowne, jest historią uniwersalną. Adaptacja książki Vedrany Rudan nie pozostawia wątpliwości, że to może być też tekst o Polsce, że to jest w jakimś sensie o Polsce, o naszym gatunku, skłonnym do uniesionego pierdolanda za którym chowa się małość, okrucieństwo, wyzysk słabszych. Nie, nie przez silniejszych … przez tych, którzy mają okazję. Że gdy padają wielkie słowa, wielkie wycia, a sztandar powiewa, trzeba uciekać, bo to jest jedyna naturalna reakcja. Tonka Babić ma tej nocy przed oczami wiele obrazów i opisuje słuchaczom grubym językiem to, co widzi, pyta się ich, jak to wszystko zrozumieć i znieść. Spektakl dla widzów dorosłych Teatru Polonia … na stronie teatru Jandy możesz znaleźć linki to profesjonalnych recenzji. Bierzcie  z tego wszyscy. TheMuBa jest nowym przedsięwzięciem m.in. Borysa Szyca – ciekawe jak im się to rozkręci w tym kraju.

* * *

Dwa dni wolne spędziłam bardzo przyjemnie, a skoro już zacząłeś mnie czytać to właśnie o tym Ci napiszę. W poniedziałek pojechaliśmy do Blackrock, Na Creagacha Dubha, nadmorskiej wsi pod Dundalk, która jeszcze kilkadziesiąt lat temu cieszyła się ze statusu miejscowości turystycznej …

Blackrock Tea Room 17 grudnia (1)

Nie było jakiegoś konkretnego powodu, aby jechać właśnie tam, poza odległością, wolnym dniem i chęcia napicia się kawy z widokiem. Blackrock ma ładne, umocnione nabrzeże przy którym biegnie długa droga oferująca podróżnym malownicze landszafty. Gdyby ktoś chciał mi podarować tu dom, nie zwlekałabym ani chwili … najlepiej jakiś z dużymi oknami, gdzie kot mógłby wygodnie nadzorować ruch samochodowy. Przy tej głównej ulicy zaszliśmy na kawę i soup of the day do Belle’s Tea Rooms … zamiast tradycyjnego chleba sodowego podano nam do zupy drożdżową kromkę w której Kraciasty odnalazł smak lubelskiego cebularza. Medytowaliśmy w którym w zasadzie kubku jest dodatkowy shot kawy, ja obciachowo robiłam różne ujęcia aparatem jak japońska turystka, tymczasem obsługa przygotowywała się już do swojego Xmas party, więc wyszliśmy po trzeciej, żeby ludziom dać posprzątać i wlać w serca trochę xmasowego nastroju …

Blackrock Tea Room 17 grudnia (2)

(zapomniałam Ci napisać, że w piątek zaliczyłam swoje pierwsze xmas party i kris kringle w Irlandii – zjedliśmy bardzo miły późny obiad w Brú, poza menu najlepsze jest w tej restauracji jej położenie, nad brzegiem ciemnej, chłodnej rzeki)

Ale wracając do naszego pobytu w Blackrock, to jeszcze okienna uwertura świąteczności:

Blackrock Tea Room 17 grudnia (3)

… a to znacznie prostsze zabiegi estetyczne Natury – na górze widzisz jak przypływ odsłania ławicę naniesioną przez rzekę Fane, Abhainn Átha Féan … na dole daleki odpływ na tle gór Cooley przykrytych grubą kołderką chmur:

Blackrock Tea Room 17 grudnia (4)

Taki obraz, tuż po godzinie trzeciej, za chwilę zachód słońca. Gdzieś tam za górami zapada w popołudniową drzemkę Carlingford.

Dzisiaj natomiast zmiana kierunku, zamiast na północ pojechaliśmy pod Dublin, żeby spotkać się z Richardem, starszym znajomym Kraciastego. O miejscu spotkania już Ci kiedyś opowiadałam, ponownie wylądowaliśmy w Malahide Castle – tym razem cele towarzysko-kulinarne przeważyły nad turystycznymi.

Nie wiem jak przeoczyłam za pierwszym razem tego pieska, który z kolegą strzeże wejścia do centrum turystycznego:

Malahide 18 grudnia (2)

Jak widzisz początkowo pogoda była bura, a Richard już na nas czekał w całej swojej dżentelmenskości. Spędziliśmy we trójkę jakiś czas na rozmowie nad kawą i ciastkiem … Richard mówi tak ładnie, że wszystko się rozumie, nie jest to tak oczywiste w każdym rejonie Irlandii czy z każdym Irlandczykiem … przyznał, że gdy tylko skończył szkołę porzucił język irlandzki i katolicyzm. Chyba uśmiechnęliśmy się oboje.

Malahide 18 grudnia (3)

Po kawie już tylko we dwójkę zajrzeliśmy do miejsca, które znamy. I dlatego Heliconius melpomene sfotografowany w motylarni:

Malahide 18 grudnia (4)

Zrobiłam tam o wiele więcej zdjęć, ale trochę było mi smutno. Motylarnia wydała mi się mało zaopiekowana, żeby nie powiedzieć zaniedbana. Być może to zwykły, sezonowy zastój. Albo nie … sprawdzę jeszcze kiedyś jak im się tam żyje.

A to już szklarnia z 1901 dodana do ogrodu dzięki staraniom Lady Isabel. Nie jest tak wyeksponowana jak szklarnia wiktoriańska, tuli się do muru i zarasta zieleniną. Nazywa się The Peach House, znajdują się w niej delikatne pnącza i krzewy z Australii i Nowej Zelandii:

Malahide 18 grudnia (5)

Chociaż zimą ogród jest w stanie uśpienia i z jego ziemi wystaje sporo kikutów obumarłych naci, nie tylko nadal się zieleni, ale można w nim znaleźć wiele kwiatów i kolorów, w tym całkiem chwalących sobie to miejsce imigrantów, takich jak ten:

Malahide 18 grudnia (6)

Światło zrobiło różnicę w spacerze. Gdy wyszliśmy z The Walled Garden słońce nagle przebiło się przez chmury, jakby chciało nam powiedzieć szybko, szybko, jeszcze trochę wam poświecę. Dzięki temu to miejsce wygląda na zdjęciach tak inaczej w porównaniu z jego odsłoną wrześniową.

Cienie to my czyhający przed zamkiem na dogodny moment, aby strzelić fotkę bez kłusujących w te i wewte turystów:

Malahide 18 grudnia (7)

Cedr libański nadal pilnie strzeże tajemnicy dziur w ziemi:

Malahide 18 grudnia (8)

W słońcu wszystko wygląda inaczej, przyjaźniej – nawet, gdy jest się ekscentrycznym budynkiem rodem ze scenografii amerykańskich horrorów, łatwiej to znieść:

Malahide 18 grudnia (1)

Po spacerze zjechaliśmy do domu, gdyż na mnie już krokiety do pieczenia oczekiwały 😀 Tylko jeszcze chwilka, raptem dwie godziny,  żeby Kraciasty mógł zrobić pareset metrów kraulem na basenie. Pierwszy raz widziałam jak pływa, wyłania się z wody i znika, robi te wszystkie ceregiele, których ja nie umiem. Trochę się pogapiłam szczęśliwa, że to mój Kraciasty tak robi, trochę poczytałam Fuentesa i doszłam do momentu, gdy Laura wracała pociągiem do Xalapy. Wróciliśmy do domu, zjedliśmy obiad, wiem już, że w xmas pracuję do piątej …

* * *

Możesz się dziwić, że zaczęłam od sztuki „Ucho, gardło, nóż“, a potem pokazuję Ci ładne widoczki, zupełnie niezwiązane, jakbym pozostała niewstrząśnięta, nie zrozumiała nic z przekazu. Otóż, ja i wiele osób, możemy wybrać. Są ludzie, którzy jak Tonka, wybrać obrazków nie mogą – na tym polega ptsd, złapanie w sytuację, która wszystko zmienia … chodzi o to, żeby umieć odróżnić, że jeszcze jesteśmy na etapie w którym możemy sobie wybrać. Jednocześnie wybierając obrazy chciałabym dla kogoś być optymistycznym przekazem, że życie jest proste i łatwo może być piękne. Czasem tylko dlatego, że nic nie boli, niewiele uwiera, miasto żyje, a nas stać na kawę. Dobre to były, spokojne dni mojego przesuniętego weekendu … opowiedz mi jak Ty spędziłeś weekend … jaka była ostatnia sztuka, którą widziałeś w teatrze? … a może teatr telewizji? Roi mi się ostatnio, że takich archiwalnych sztuk mogłabym oglądać na pęczki, pławiąc się do woli w obecności najlepszych aktorów polskich scen. Na razie jutro środa, czyli poniedziałek 🙂 Dobrej nocy.

Przychodzę do Ciebie z kinem …

bo praca skradła mi chwile, które moglibyśmy przeznaczyć na spacery. Jesienna aura też nie pomaga 🙂 to taki okres, gdy częściej śpię z poduszką na głowie niż pod głową. Podrzucam Ci kilka dobrych tytułów obejrzanych w ciągu moich jesiennych miesięcy. Pierwszy świetny, jeszcze listopadowy film to …

control sam riley.gif

biograficzny „Control“ zrobiony ponad 10 lat temu przez Antona Corbijna, który opowiada o krótkiej karierze nowofalowego Joy Division, zanim stało się popowym New Order.

Wizualnie przemyślany obraz skupia się na prywatnym życiu frontmana zespołu, Iana Curtisa. Muzyki Joy Division słuchałam krótko gdzieś w okolicach edukacji licealnej … obok ówczesnego zafascynowania The Doors był to jedynie epizod, ale film obejrzałam z ogromną przyjemnością. Nie jest dziełem głównie dla fanów (tak mogłabym powiedzieć raczej o „Bohemian Rhapsody“  na które poszliśmy do kina pod koniec października – muzyka zwycięża, Malek jako aktor nieźle dobrany), psychologicznie prawdziwy chwyta i ducha epoki i osobiste dramaty.

Główne role są naprawdę trafnie obsadzone … Sam Riley grający Curtisa pozwolił mi zapomnieć, że nie tak dawno widziałam go jako pana Darcy’ego w „Dumie i uprzedzeniu i zombie“, w roli jego żony Samantha Morton – dla mnie do tej pory aktorka na stałe przypisana do ról kostiumowych. Druga połowa lat 70-wcale nie jest jak kolorowe jarmarki, zresztą koloru innego niż czarno-biały w tym filmie brak, i nie chodzi tylko o to, co widzimy, także o świat wewnętrzy bohatera … Curtis był utalentowanym, charyzmatycznym liderem, który w zasadzie „robił“ zespół, ale z innej perspektywy był postacią zupełnie typową dla swojego pokolenia czy wieku, zerojedynkową, niedojrzałą, zagubioną. Nie dał też sobie czasu, żeby się odnaleźć. Robotnicze miasto w jego sercu ciągnie się za nim jak cień, gdy Ian wyrusza w wielki świat … gdzieś tam daleko pobrzmiewa David Bowie, migocze inna rzeczywistość. Gdy zespół Warsaw (sic!) staje się Joy Division*, a spełnienie artystycznych marzeń widać na wyciągnięcie ręki, nie ma fajerwerków. Sukces niczego nie zmienia, jeśli nadal jest się tym kim się jest. A mówią Bądź sobą …

Kolejny dobry film obejrzałam, gdy kilka tygodni temu byłam w Polsce. „Amator“, opowieść o tym, jak można odnaleźć coś, co pochłania, co spełnia życie i jakie są tego konsekwencje – mamy go w naszej domowej kolekcji filmowej, po prostu tym razem był to seans telewizyjny, czyli nic nowego, ale Kieślowskiego nadal się ogląda, nawet lepiej za drugim czy entym razem. Poboczna uwaga jest taka, że czas akcji filmu jest mniej więcej ten sam, co wspomnianej wyżej biografii Curtisa.

Jest to historia zaopatrzeniowca, któremu się wydaje, że ma wszystko czego chce, a chce tego, czego zazwyczaj ludzie pragną: rodziny, miłości bez szaleństw, świętego spokoju. Któregoś dnia Filip kupuje kamerę i świat mu się odmienia. Kino moralnego niepokoju – dziwna nazwa, wydaje mi się, że film Kieślowskiego wyrasta ponad jego założenia. Z uśmiechem przeczytałam, że kręcono go w Chrzanowie … ileż nasłuchałam się o tym Chrzanowie od pewnej osoby … Chrzanów spełnieniem marzeń. Miasto gra Wielice, miejsce „tak bliżej Krakowa trochę“, prowincjonalne blokowisko na którym rodzi się artysta. Z tych narodzin nie wszyscy się cieszą, w szczególności najbliżsi, którzy woleliby, żeby było jakoś tak normalnie. Z drugiej strony jest Wawrzyniec, bohater kręconego przez Filipa filmu, jest jego wzruszenie. I tu muszę zauważyć, że aktorom zawodowym nie ustępują amatorzy, jak pan Rzepka, prywatnie pracownik Biblioteki Narodowej w Krakowie, grający szeregowego, starego pracownika zakładu przemysłowego. Nie ma dziadostwa rodem z „Klanu“, nikt nie podaje tekstu jak robot starej generacji. I to też jest zasługą reżysera – sztuką jest pozwolić ludziom zagrać co mają do zagrania. „Amatora“ cyfrowo zrekonstruowano i tę wersję z pewnością warto u siebie mieć – uwielbiam świeżość kadru połączoną z patyną czasów i okoliczności. Aaaaa … i nie wiem czy wiesz, ale film miał pierwotnie mieć inne zakończenie. Potem dopiero dopisano i zagrano to, które oglądamy,

bo tamto zakończenie to była nieprawda, przestaniesz robić filmy?, a ja przestanę robić filmy?

Z peerelowskiej Polski przechodzę do zimowego Berlina. W październiku obejrzałam niemiecki „Upadek“, film o ostatnich dniach Hitlera – portretuje go u Hirschbiegela doskonały w tej roli Bruno Ganz. Tak kończy się wódz, jego wyznawcy, współpracownicy, miasto. Dobrze jest wrócić do seansu myślami po jakimś czasie i zastanowić się czy coś mi po nim w głowie zostało. Jest tam powtarzający się obraz młodych ludzi, którzy sami postanawiają obsługiwać posterunek z działem – taki młodzieńczy hurapatriotyzm, mówi ci to coś (że zacytuję pana Jasińskiego z serialu „Dom“)? …  Czytałam gdzieś o oburzeniu/kontrowersji, że przedstawiono Führera jako człowieka. Hitler był człowiekiem … zachowaj się jak człowiek, mówią … paradne, biorąc pod uwagę ile nasz gatunek ma niedoróbek – podobno świniom łatwiej jest rzucić alkohol niż nam …  🙂

Hitler był człowiekiem, a młodzi ludzi byli patriotami. Czy nastolatkowie walczą kiedykolwiek w jakiejś swojej wojnie, czy to jest jedna wielka ściema dorosłych? To nie jest nowa myśl, już mi zaświtała, kiedy letnim wieczorem obejrzeliśmy „Miasto 44“ (też całkiem niezły film, świetnie łapiący groteskę powstania, chociaż wcale nie jestem pewna, czy szkoły w swoim czasie waliły na ten film w celu oglądania groteski).

Oprócz prac historycznych podstawą scenariusza były wspomnienia Traudl** Junge, osobistej sekretarki wodza – dzięki temu jest w filmie element bardzo autentyczny, powtarzający się w wielu kulturach, w wielu czasach: z bliska zło nie wydaje się takie okropne, szczególnie, gdy widzimy je jak cieszy się wegetariańskim obiadkiem, rozmawia z dziećmi, gdy damy mu okazję do zadzierzgnięcia z nami prywatnej znajomości. Zło, inaczej niż w amerykańskich kreskówkach, jest bliskie, niepozorne i ponieważ jesteśmy skłonni je usprawiedliwiać, łatwiej zaraża. Wiedzą to nie tylko uczestnicy wielkich wydarzeń historycznych, wiedzą to przecież również bite żony. Czyż Hitler po prostu nie pomagał narodowi wstać z kolan? Bardzo cieszę się, że ten film zrobili akurat Niemcy,  język ogromnie pomógł nadać spójność mojemu odbiorowi tego, co dzieje się na ekranie. Jeśli tylko będzie ku temu okazja wyląduje w mojej kolekcji dvd, bo jest to jeden z filmów do których można wracać (takim do którego wracać nie warto okazał się kilka dni temu „Kod Da Vinci“ Rona Howarda, z odległości czasu cieniznę dialogów słychać straszliwie i tylko autentyczna scenografia podsłodziła mi seans).

A na koniec wrześniowy „Whiplash“, ponownie film muzyczny. Autorskie dzieło Damiena Chazelle z 2014 roku i współczesny Nowy Jork jako tło historii o złudzeniach młodości, technice gry na perkusji i psychicznych manipulacjach. Osią opowieści jest relacja pomiędzy ambitnym studentem jazzowego grania i jego toksycznym nauczycielem.

„Whiplash“ był początkowo filmem krókometrażowym, który dostał powiew funduszy po bardzo dobrym przyjęciu go przez krytykę w Sundance 2013. Wraz z pieniędzmi w roli ambitnego nastolatka pojawił się nowy odtwórca, Miles Teller. Utwór tytułowy napisany przez Hanka Levy’ego pierwszy raz zabrzmiał w 1973 roku na płycie „Soaring“ Dona Ellisa. Jakoś nie mogę zebrać słów, żeby napisać coś więcej o warstwie muzycznej tego filmu, co by się zresztą zgadzało, bo Zappa rzekł był, że

Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury.

Btw. wczoraj minęło 25 lat od jego śmierci. W każdym razie czuję się zwolniona z tego punktu programu i dobrze, bo jeszcze palnęłabym jakieś głupstwo. Długi muzyczny finał tego filmu jest wisienką na torcie, tym na co liczyłam, chociaż nikt tu nie wygrywa żadnego konkursu. Puenta taka mi się nasuwa, że życie jest czymś więcej niż walką o cudzą akceptację, rodziny lub mistrza i że spełnienie może pojawić się jako skutek uboczny, gdy robimy to co robimy not giving a fuck.

Każdy z tych filmów był powodem naszych domowych dyskusji, nawet teraz gdy to piszę wracamy do fabuł i gadamy. Przez moment zastanawiałam się czy nie poświęcić im osobnych postów, bo tematyka jest tak różna i przemyślenia w związku z tym różnorakie. Ale z drugiej strony nie chcę zafilmowywać sobie bloga, bo nie tylko o tym jest moje życie, nie widzę też powodu, żeby pisać o wszystkim, co oglądam … o rzeczach słabszych pisać się nie chce, narzucanie sobie reżimu miesięcznych podsumowań filmowych uważam za bezużyteczne. Wracając pamięcią do naszych wieczornych seansów widzę, jak szybko mija ten czas, mija dobrze choć mógłby wolniej, mógłby się ciągnąć jak wtedy, gdy byliśmy dziećmi i dać nam się przesycić, aż do radosnego oczekiwania na choinkę … już grudzień, za chwilę nowy rok.

Jak przeżyć młodość, żeby nie zrobić sobie krzywdy … pasja ważniejsza niż rodzina … wojny nie dzielą się na sprawiedliwe i niesprawiedliwe … rób swoje i nie żebraj o poklask, uznanie przyjdzie samo. Jakieś Twoje myśli w związku z tymi zdaniami?

Dzień dobry 🙂

_______________________________
*Joy Division to tłumaczenie słowa Freudenabteilung, nazwy grupy więźniarek z obozu w Auschwitz wybranych do świadczenia usług seksualnych.
**tak w ogóle, to jakie to bajeranckie imię! Wersja Gertrudy (nigdy bym na to nie wpadła), pochodzi ze starogermańskiego i oznacza mocną włócznię.

Jedno zdjęcie. Bristol Aquarium.

Grzebałam w moich archiwach od kilku dni zastanawiając się, co by tu pokazać na jednym zdjęciu. Mam ich tysiące, a na każdym jakieś wspomnienie, czasem z zamkniętej szuflady – uleciało mi z głowy i nigdy ponownie by się w niej nie pojawiło, gdyby nie wynalazek fotografii. A tymczasem Jadzisia kilka dni temu, niedługo po mnie, obchodziła swoje urodziny. Niech będzie więc to, słabej jakości foto, a jakże miłe wspomnienie z nią związane:

aquarium Bristol

Bristol Aquarium, 29 grudnia 2011 roku, po południu.

Moja pierwsza wizyta na Wyspach. Przyjechałam do przyjaciółki i jej przechodniego domu, żeby ładnie zakończyć dziwny rok. Dziwny, bo przeplatany dobrymi i kiepskimi doświadczeniami, rok w soczewce skupiający jak to się wszystko może przyśnić i rozwiać. Jadzisia była przed wielką transformacją, zakupem własnego domu i kotów. Jeszcze nie było dzieci, a w klatce ganiały się dwa myszoskoczki. Już latem następnego roku będzie inaczej, za nowym domem powoli odchwaści się ogród, Rychu i Krycha zaczną penetrować swoje królestwo na małych łapkach. Ale wracam do zimy …

… zima w Bristolu była angielska, szara i głównie padało. Mieszkałam na poddaszu, dni upłynęły nam na gadaniu, chodzeniu, robieniu na drutach i robieniu jedzonka, a w ramach out and about poszłyśmy we trzy, jeszcze z Betty Portugalką, do miejskiego oceanarium (dobrze, że zapisuję sobie imiona, w życiu nie pamiętałam). Oceanaria budzą we mnie mieszane uczucia. Po pierwsze kojarzą mi się z terrariami, ich zapachem i temperaturą, zapachem wizyt we wrocławskim zoo, z ekscytacją, czymś nowym, interesującym. Jako dziecko uwielbiałam oglądać egzotyczny świat za szybą, zresztą to się nie zmieniło, bo i nie zmądrzałam za bardzo. Tak dużo wody i koloru wywołuje we mnie efekt kojący. Wyciszam się, nawet gdy słyszę brzęczenie innych zwiedzaczy, zapadam się w sobie, czytam opisy i cieszę się, gdy rozpoznaję gatunki. Z drugiej strony zawsze wiedziałam, że one, te stworzenia, też na mnie patrzą. Czy wiedzą, że gdzieś jest większa woda, jest las deszczowy? Czy nie męczy ich gwar za szybą, tysiące przypatrujących się oczu? Czy to miejsce w którym będą do swojej śmierci nie jest dla nich za małe … za nudne? Ja mogę sobie stamtąd pójść, one nie. Gdy widziałam kilka razy orangutana Tumku we wrocławskim zoo, wiedziałam, że to nie miejsce dla niego. Takie mieszane uczucia. Wiem, że jesteście zaopiekowane, ale nie wiem, czy właśnie o to wam chodzi. Czy poszłybyście sobie żyć niebezpiecznie? Czy w ogóle w życiu chodzi głównie o poczucie bezpieczeństwa?

Rozmawiam często z ludźmi, których od innego świata, innego życia nie dzielą żadne kraty i szyby, a choć są nieszczęśliwi, trwają na swoim posterunku, nie przekraczają niewidzialnej linii na ziemi. Jadzisia zaryzykowała dając krok w nieznane. W jakiś sposób uczyniłam to i ja, żyjąc tu i teraz. Myślę, że gdyby orangutan Tumku mógł wyjść, dokonałby takiego właśnie wyboru, zaintrygowany, zmotywowany do poznawania … zresztą, może mi się tylko zdaje, niektórzy nadmiernie mądrzy twierdzą, że tylko przypisujemy swoje uczucia zwierzętom, ja aż taka mądra nie jestem, gadam z kotami, wiem, że gdy one chcą wyjść to wychodzą … no dobrze, homilijny ton pora uciąć, zakończę pytając, bo jestem ciekawa –

Lubisz odwiedzać miejsca z egzotycznymi zwierzętami?
Jesteś szczęśliwy tam gdzie jesteś?
Uważasz, że masz wpływ na swoje życie?
Skoro jest u Ciebie tak jak jest, jakimi wartościami w życiu się kierujesz?

Niedziela, trawelersi, morze, Witkowski, lot, psychiatria.

Od czasu gdy wróciliśmy do naszego domu w zasadzie nie byłam na plaży. Kraciasty trochę się przeziębił, więc i wyglądaliśmy na szare chmurki zazwyczaj zza szybki. Czytam pierwszą część „Zakazanej psychologii“ Witkowskiego, wczoraj byłam gdzieś pomiędzy krytyką Freuda i polewką z terapii NLP, po południu poczułam jednak, że potrzebuję spaceru nad morzem. W takim przypadku sprawdzam tabelę, żeby wiedzieć, kiedy plaża zrobi mi najwięcej miejsca.

Niedzielny szczyt odpływu przypadł na godzinę 14:05 – czapka z daszkiem na głowę, pasek Kraciastego, żeby spodnie mi nie spadały, jego kraciasty szaliczek i mogłam nonszalancko przesuwać się w dół, ku naszemu morzu. Ręce miałam w kieszeniach i zaczęłam spacer po zielonym trawniku, potem trochę po asfalcie, w końcu chodnik prowadził mnie piękną uliczką do wody. Można się uśmiać z tego, że aplikacja w telefonie pokazywała mi 18 stopni. Duchotę mieliśmy wprost niesamowitą, a ulice we wsi pachniały wszystkim, co tam akurat rośnie i kwitnie w żywopłocie, rozpoznałam duszącą woń rozmarynu i gigantyczne, wściekle pachnące hortensje. Przy wejściu do plaży na piasku ścieliło się zielone coś, morskie, co kwitło morsko i morsko pachniało, mógłby ktoś powiedzieć, że nawet waliło, ale szczęśliwe dziewczyny tak na to nie patrzą. Nasze morze, oto ono:

Clogherhead 22.07.18

Jak widzisz, trochę sobie odpłynęło pozostawiając stęsknione pąkle i morskie piaskówki czekające na następny cykl. Czerwona kropeczka pokazuje, gdzie jesteśmy w tej chwili, w poniedziałek rano:

pływy

Wydaje mi się, że zanim weszłam na plażę miałam swoje pierwsze spotkanie oko w oko z irlandzkimi trawelersami. Kobieta wyglądająca na Irlandkę zagadnęła mnie na temat jedzenia, zgodnie z prawdą przeprosiłam ją, bo w kieszeniach miałam tylko ręce i wiatr. Miłego dnia. Kilka kroków dalej zaczepił mnie bardzo podobny do niej mężczyzna, który po dwóch grzecznościowych zwrotach życzył sobie mnie poinformować, że on tylko siedzi w tym samochodzie i pilnuje, że to nie jest jego. Zaakceptowałam to jako fakt i z rękami w kieszeniach poszłam dalej. Skąd moje przekonanie, że byli to trawelersi? Nie wyglądali na typowych żebraków z innej części Europy, niewątpliwie byli tutejsi, mówili z lokalnym zaśpiewem. Nie twierdzę, że wszyscy trawelersi żebrzą, po prostu akurat w tym momencie doszłam do wniosku, że stoi przede mną pavee. No i co mogę dodać? Ucieszyłam się, że zobaczyłam trawelersa, jeśli to brzmi sensownie. Z polskimi Romami też nie mam problemów, bo taką już jestem osobą. Na plaży było niedzielnie, niewiele osób, lekki wiatr robił trochę ruchu w tej ogromnej szklarni w której wczoraj było Clogherhead. W drodze powrotnej pot dosłownie ściekał mi po łokciu, przy niebie cały czas zachmurzonym i aplikacji stanowczo potwierdzającej owo 18 stopni.

* * *

Wracając do lektury, czytam „Zakazaną psychologię“ Tomasza Witkowskiego (wyd. Bez Maski). Jeśli w ogóle o niej nie słyszałeś, to zapewniam, że wbrew tytułowi nie jest to dzieło z rodzaju „interesuję się psychologią, miałem o tym jeden semestr na technologii żywienia, więc teraz wszystko Ci wyłuszczę“. Dalsza część tytułu brzmi „Tom 1. Pomiędzy nauką a szarlatanerią“.

Tomasz Witkowski jest polskim psychologiem i sceptykiem odsiewającym pseudonaukę od psychologii – wskazuje jakie terapie nie mają ugruntowania w empirii, przypomina też wielkie naukowe fejle w nadzorze nad badaniami, które dały potem chwiejne podstawy trendy teoriom. Podczas studiów nie przepadałam za freudyzmem, ale spotkałam gorliwych wyznawców tej pseudonauki w osobach przyszłych terapeutów, którzy tropili u siebie i u innych opory i wyparcia z podziwu godną konsekwencją. Lektura Witkowskiego jest pod tym względem odświeżająca. Otóż np. nie ma procedur umożliwiających wydobycie pamięci z ciała migdałowatego. Można za to wszczepić z łatwością fałszywe wspomnienia – nasze mózgi pełne są wspomnień, które nigdy się nie wydarzyły i najczęściej nie ma to wielkiej doniosłości. Problem powstaje, gdy na tej podstawie oskarżamy w procesie sądowym z pomocą psychoterapeuty, który twierdzi, że zwalczył u nas wyparcie, chociaż nie mógł, bo tego nikt nie potrafi. Witkowski skupia się w książce na tym, co nie działa. Jeśli takie podejście Cię nie zniechęca i interesujesz się nauką bardziej niż pokrzepiającą pseudonauką, to książkę polecam. A to maziajek z testu Rorschacha:

Rorschach_blot_09

Ja tam zawsze widzę homara, i nie wiem czy to dobrze 😀 . Wyobrażasz sobie, że niektórzy psycholodzy używają tego testu projekcyjnego jako biegli w sprawach sądowych o przyznanie opieki nad dzieckiem? Czy to dobrze, proszę pana, że widzę homara?!

I jeszcze … wczoraj obejrzeliśmy z Kraciastym „Lot na kukułczym gniazdem“, film ze świetnego rocznika 1975 🙂 Wspomniana przeze mnie książka i ten film mają wspólny wątek – zawodu jaki nauce/rzeczywistości czynią ludzie. Bo psychiatria, psychologia, psychoterapia jako nauki nie są ani dobre ani złe. Jako nauki bazują na faktach, superwizji, badaniach ilościowych i jakościowych, które mają służyć wykryciu stanu obiektywnego. Powinny. To człowiek zawodzi, ze swoimi ambicjami, nieuprawnionymi przekonaniami, kompleksem Boga, chciwością – to człowiek robi z nauki jarmarczek, czary-mary, blogi z pierdami powtarzanymi po tysiąckroć, które nie zatrącają o prawdę, instagramy z coachami po technologii żywienia, którzy powiedzą Ci to, co już wiesz, ale za pińćset złotych. Czyż siostra Ratched nie była świętą kobietą? Siostra Ratched, która nigdy się nie myli, pasywno-agresywny tyran z dwoma naleśnikami przyczepionymi do głowy, niezastąpiona, ponadczasowa siostra Ratched.  Tę nieruchomą, bezemocjonalną twarz zagrała Louise Fletcher … kurcze, jaka to wspaniała, subtelna w swojej potworności osoba. I mogę sobie wyobrazić, że istnieją widzowie, którzy wcale nie uznają jej za postać negatywną. Czyż możemy nie docenić jej obowiązkowości, spokoju, dobrych intencji? Oprócz niej świetna postać Wodza zagrana przez Willa Sampson, olbrzyma z plemienia Muscogee, dla którego ta rola była debiutem filmowym. Grzebałam przez chwilę w sieci, żeby Ci pokazać, że Sampson był także malarzem, ale pokonał mnie żar poranka. Już i tak za długi ten post, zawieszam go więc tutaj takim jakim jest i robię śniadanie.

Dzień dobry.
Co myślisz o psychologii, o spacerach nad morzem, o ludziach zaczepiających Cię po drodze?

Žitná 17 i spacer po Pradze.

„To nie jest miejsce dla kotów“ – powiedział Kraciasty wyglądając przez okno. Z perspektywy kociej mieszkanko niepoważne: wysoko, duży ruch uliczny nawet nocą, nigdzie ani źdźbełka trawki, kuweta na korytarzu. Na plus przemawiała przystępna cena i lokalizacja, Václavské náměstí za rogiem. Czy zdecydowałabym się drugi raz? Pewnie tak.

View this post on Instagram

#žitna17 #dobryden

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

W tej chwili jestem już w naszym domu bez piętra, słucham muzyki i po raz enty poprawiam ten tekst. We wtorek poza oczywistą przyjemnością spaceru po Pradze, chodziły mi po głowie treści na temat komentarza do tekstu na pewnym blogu. Komentarz dotyczył Wandy Tkaczyk-Stawskiej, a konkretnie był zarzutem, że pani ta jest za stara, aby demonstrować jakieś tam swoje opinie w Sejmie czy też pod nim. Napisałam kilkustronnicowy tekst o dyskryminacji, potem skróciłam go i umieściłam tutaj, nadal jednak coś mi nie pasowało. Myślę, że od początku chodziło o moją pupę. Temat nie jest wart rozprawki pod tak fajnym zdjęciem z powodu komentarza o tak niskiej jakości merytorycznej.

Łatwo się emocjonuję przejawami dyskryminacji, nazwijmy to wrodzonym wyczuciem sprawiedliwości. Po drugie sądzę, że Tkaczyk-Stawska będzie pamiętana jednak trochę dłużej niż autorka komentarza, który był czystym przejawem ageizmu, i że nie potrzebuje w tym mojej pomocy. Po trzecie brak konsekwencji w poglądach nie pomaga w drążeniu sprawy; zaciesz z każdego słowa Wojtyły, nawet gdy pod koniec życia przemawiając wykazywał oznaki postępującej demencji powoduje, że argument „ze starości“ tylko dlatego, że się z kimś nie zgadzamy traci swoją moc*. Można zarzucić, że ktoś jest głupi … są ludzie zwyczajnie głupi, którzy myślą, że zmądrzeli, bo się zestarzeli. Ale to argument do innego tematu na innym blogu 🙂

Mam nadzieję, że protestujący w Sejmie  osiągną swój cel i fundusze pozwolą im cieszyć się wolnością. Życzę im tego, trzymam za nich kciuki. Niepełnosprawność nie oznacza, że nie macie prawa walczyć o swoje, że musicie być skazani na plugawą „wspaniałomyślność“ głupców, którzy zarzucają Wam zmanipulowanie, ponieważ uważają, że człowiek niepełnosprawny to człowiek pozbawiony rozumu. Na tym kończę streszczenie pięciostronnicowego tekstu.

* * *

W Pradze byliśmy krótko, dwa razy w odstępie kilku dni, tak naprawdę przejazdem pomiędzy praskim lotniskiem a Wrocławiem. To nie był mój pierwszy raz tutaj, ale pierwszy chodzony tak, jak to należy robić w takim miejscu. W drodze do domu postanowiliśmy wziąć dwa noclegi na starym mieście. Kiedy wyjeżdżaliśmy pogonił nas deszcz i bardzo dobrze, że tak się stało, bo z już zapakowanymi walizkami nie weszlibyśmy sami z siebie pod tą rzeźbę. Oto, proszę bardzo Kůň, którego autorem jest David Černý:

kawiarnia Lucerna

Na dworze deszcz, a my siedzieliśmy w kawiarni starego kina Lucerna pijąc kawę po turecku i patrzyliśmy przez okno na zad padłego konia świętego Wacława. Pałac Lucerna – żelbetowy szkielet, styl art nouveau – został zaprojektowany z początkiem XX wieku przez dziadka Václava Havla. Rzeźba kunia powstała z kolei pod koniec wieku i jest postmodernistycznym komentarzem do monumentu św. Wacława Josefa Myslbeka stojącego nieopodal, na placu Wacława. Wyobraź sobie taką autoironię w Warszawie.

Myślę, że następnym razem przyjdziemy tu zupełnie planowo, poza tym bardzo chciałabym obejrzeć w Kinie Lucerna jakiś niemy film. Taki seans w historycznym miejscu (kino działa od 1907 roku) to byłoby coś wspaniałego 🙂

Praga synagoga Meisela

Drugi dziwny pomnik, tym razem odwiedzony nieprzypadkowo, sfotografowaliśmy dzień wcześniej w dzielnicy żydowskiej. Skierował nas do niej miły, starszy pan z widocznymi oznakami Parkinsona, bileter z Synagogi Maisela, Maiselova synagoga. Dostałam od niego mapkę, więc po początkowym kluczeniu, od Maisela doszliśmy pod Kafkę bez problemu.

Praga pomnik Kafki

Pomnik Jaroslava Rony, Kafka idący przez miasto na bezgłowej postaci, pojawił się przy ulicy Dušní osiemdziesiąt lat po śmierci pisarza. Tuż za nim znajduje się Španělská synagoga inspirowana architekturą Alhambry. Synagoga jest najmłodsza w tym rejonie, ale stoi podobno w miejscu, gdzie była Altshul, pierwsza żydowska bożnica w mieście.

Właśnie jest remont budynku w którym urodził się Franz, więc tam akurat nie mogliśmy uczynić żadnych pięknych zdjęć (centrum Pragi sprawiało wrażenie remontowej paniki przed sezonem). Zaczęła mnie bardzo intrygować postać Franza i zastanawiam się czy żyje jakiś potomek kafkowskiej rodziny, czy ktoś w ogóle ocalał z zagłady. Jego dwaj bracia zmarli jeszcze w dzieciństwie, ukochana siostra Ottla zginęła w Auschwitz, starsze Ellie i Valli przeniesiono do łódzkiego getta, Litzmannstadt, a stamtąd podobno do Chełmna, Kulmhof am Nehr, gdzie zmarły.

Cieszy mnie bardzo myśl, że Kafka pisał po niemiecku, roję sobie teraz, że przynajmniej w taki sposób poćwiczę język, gdy przestanę w końcu dukać i zacznę coś rozumieć.

Robiąc kółko od Kafki minęliśmy cmentarz żydowski:

Praga cmentarz żydowski

Nie mieliśmy czasu aby stać w kolejce, w murze natomiast zostawione jest okienko do świata zmarłych, przez które Kraciasty zrobił to zdjęcie. Starý židovský hřbitov to najstarszy kirkut w Europie, spoczywają tutaj tysiące praskich Żydów, w tym Mordechaj Meisel, XVI-wieczny filantrop.

Kiedy byliśmy w Pradze tydzień wcześniej i mieliśmy tylko tyle czasu, żeby przespacerować się nocą po dzielnicy, zrobiłam z kolei to zdjęcie:

View this post on Instagram

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

To budynek w bezpośrednim sąsiedztwie synagog Staronová (najstarszej aktywnej synagodze w Europie, zbudowanej jeszcze w stylu gotyckim) i Vysoká sfinansowanej przez Meisela, być może wzorowanej architektonicznie na synagodze Wysokiej z krakowskiego Kazimierza. Za chwilę jest cmentarz i dwie inne synagogi. Tak mały obszar a tyle historii do opowiadania, że czuję niedosyt przebywania w tym miejscu tak krótko. Wygląd Josefova podobnie jak całej centralnej Pragi jest efektem asanacji – wielkiej przebudowy na przełomie XIX i XX wieku. Z jednej strony pogrzebało to wiele zabytkowych ulic, z drugiej dało dzielnicy secesyjny wygląd, taki jak w tym miejscu, ponad kwitnącym drzewkiem.

Praga 3

Oprócz tego, we wtorek po południu idąc mostem Karola natrafiliśmy na uroczystości związane z Janem Nepomucenem i musieliśmy się przebijać przez spory tłum uczestników procesji i gapiów, a wieczorem z Małej Strony obserwowaliśmy na niebie pokaz świątecznych, sztucznych ogni. Przypuszczam, że w Polsce na tę okoliczność zamknięto by cały most – Czechy to jednak bardziej normalny kraj, chociaż ludzie pracujący w usługach i urzędach mają podobny, postkomunistyczny smutek na twarzy.  Poza tym miasto nie jest jakoś rewelacyjnie przystosowane do potrzeb osób na wózkach, rzucało mi się to w oczy może właśnie dlatego, że spacerowałam w rytmie myśli o proteście w polskim Sejmie. Gastronomicznie, wstyd to przyznać, najlepiej wypadł nam fast food na Staroměstské námesti. Dopiero tam, pod parasolami i następnego dnia, gdy było deszczowo mogliśmy usłyszeć na mieście więcej czeskiego języka. Lokalni amatorzy tanich trunków i tutaj mają swoje ulubione miejsca – gdybyśmy spędzili na spacerach kilka dni, zapewne zaczęlibyśmy rozpoznawać ich twarze i codzienne rytuały. Nieczuli na architektoniczne piękno i historię na której siedzą i o którą się potykają, jak wszystkie pokolenia wykluczonych przed nimi, zajmowali się swoją własną, codzienną mizerią. Ostatnio więcej się im przyglądam.

Przywitała nas Praga turystami i upałem, pożegnała deszczem dnia codziennego i kawą. Rozrzewniłam się od tego i zatęskniłam trochę za krakowskim Kazimierzem. Bo takie zdjęcie można byłoby zrobić i tam:

View this post on Instagram

dzielnica żydowska ❤

A post shared by świechna 🌙 (@swiechna) on

Dzisiaj kupiłam pork pie i bardzo się cieszę tym szykownym kapelutkiem. Następny spacer po jakiejkolwiek żydowskiej dzielnicy będzie w kapeluszu z piórkiem lub jesiennym suszem. Tymczasem zostawiam Cię z Nohavicą:

Jaromir Nohavica – Minulost

___________________________________
* Po czwarte do poczytania „Ageizm a funkcjonowanie i rozwój ludzi starszych“ Trempały. Łatwo można znaleźć w sieci w pdf, a na stronie piątej tej pracy zaskakujący wniosek: najbardziej ludzi starszych nie lubią starsi ludzie.